Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khuzdul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Khuzdul. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział 10.

Jest! W końcu jest kolejny rozdział! Przykro mi, jeżeli jego długość nie jest zadowalająca
w stosunku do tego, jak długo musieliście czekać na jego pojawienie się, ale rzecz w tym, że ja do tej pory nie miałam do końca czasu żyć, a co dopiero pisać.

 Ale dosyć już mojego użalania się nad sobą, i tak wy pewnie myślicie sobie tylko: "no już dłużej się rozdziału pisać nie dało, co?!", czy coś w tym rodzaju.

SPOILER ALERT: poniższy rozdział w większości skupia się wokół śmierci Dziedziców Durina, zawarty w nim jest również Thilbo Bagginshield, a jakże. Tyle Bagginshielda.
I, z Bagginshieldem jako tłem, znajdują się w nim przemyślenia na temat Śmierci, Miłości,
a także... paru innych. Cudnie.

W trakcie pisania tekstu znajdującego się pod linią wiele razy łzy napłynęły mi do oczu
i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to sobie robię? Ten rozdział boli. Zostaliście ostrzeżeni (lepiej weźcie to sobie do serca).


AAAAAAA!!!! WIDZIELIŚCIE PEŁNY ZWIASTUN "BITWY PIĘCIU ARMII"?!?!?!?!
Wyobraźcie sobie, jak mi kopara opadła, gdy zobaczyłam ten moment, w którym Thorin opiera swoje czoło no czole Kiliego (podejrzanie podobnie jak w końcówce rozdz. 7.).
COOOOOOOOO?! JAK?! JUŻ
W WAKACJE WIEDZIAŁAM, ŻE TAKI RODZAJ SCENY ZNAJDZIE SIĘ
W FILMIE WCHODZĄCYM DO KIN POD KONIEC GRUDNIA...
No po prostu....
NieWierzę.
______________________________

     Bolg wskazał na martwe ciało Sybil
     - Nawet mi szkoda tej zdrajczyni - powiedział sarkastycznie.
     - Doprawdy? - wycedził, uderzając z lewej.
     - Tak, tak – odpowiedział jego przeciwnik, blokując cios. - Ojciec i ja rozmawialiśmy
o niej co nieco - dodał, wykonując pchnięcie.
     - Co takiego? - wysyczał, odparowując.
     - Azog i ja zgodziliśmy się, że nadawałaby się - stwierdził ork ze złośliwym uśmieszkiem. - Była niczego sobie. Mogłaby dać mi syna….
     Słysząc owe słowa, Thorin niemalże oślepł z furii. Wszystko, co widział, było czerwone. Było żądzą mordu tego bluźniercy, który walczył z nim z niezmywalnym szyderczym grymasem. Thorin kompletnie stracił panowanie nad sobą, a jego uderzenia stały się gwałtowne i nieprzemyślane.
     Trudno mu było wyrazić, co czuł, kidy ujrzał, że dziewczyna zginęła. Jak wielkie było cierpienie na widok rozpaczy Filiego z powodu śmierci jego Jedynej.
     Thorin stracił ją. Znowu.
     Sybil była czasem tak podobna do Kory, że patrzenie na nią aż bolało. W głębi serca kochał Sybil, tak jak Korę, choć ten rodzaj miłości był trudny do jednoznacznego sklasyfikowania.
     Teraz utracił je obie.
     To wszystko przez orków… przez całe zło i plugastwo na tym świecie.
     Gwałtownie wzrosło w nim uczucie wściekłości i bezradnego, śmiesznego buntu. Ta złość niczym jakiś stwór podnosiła swój łeb gdzieś w jego klatce piersiowej, utrudniając mu oddychanie. Wzbierała w nim jak potężna sztormowa fala. Ten dogłębny sprzeciw przeciwko cierpieniu wznosił się w nim, zmuszając go do dalszej walki.. Całe to poczucie niesprawiedliwości, to wszystko, wydobyło się z niego w postaci krzyku. Jego doniosły, grzmiący jak burza głos utonął wśród odgłosów bitwy. A ona też była jednym wielkim krzykiem. Zwierzęcym krzykiem pełnym przerażenia przed śmiercią, dźwiękiem towarzyszącym czemuś tak prymitywnemu jak bezsensowne zabijanie się nawzajem.
     Wszystko było krzykiem. Krzykiem śmierci.
     Gdy Bolg został przez niego zgładzony, świat brzmiał jak tryumf.
     A potem Thorin otrzymał cios włócznią w plecy i przez moment nic nie słyszał. Chwilowa, surrealna, martwa cisza była zapowiedzią nadchodzącego końca, by potem ustąpić miejsca czemuś o wiele bardziej realistycznemu – bólowi. Nasilił się on jeszcze bardziej, gdy druga włócznia wbiła się w jego bok.
     Przyjacielski ból, utrzymujący go przy pewności bycia wciąż żywym, osiągnął zupełnie inny wymiar, gdy Thorin jak przez mgłę ujrzał swoich siostrzeńców czołgających się w jego stronę, krwawiących od licznych ran. Ta scena była wyjęta wprost z jego najgorszych koszmarów, a w dodatku wszystko działo się tak powoli, tak… dobitnie prawdziwie. Zawsze oczekiwał prawdy – od swojej rodziny, poddanych, od życia. Teraz chciał tylko kłamstwa. Zaprzeczenia, że nie, właśnie nie widział ukochanych synów swojej siostry, swoich synów, swoich dziedziców… umierających. Za niego.
     Wszystko, co robił, robił dla nich. Oni byli dla niego wszystkim. Patrzenie jak rośli, dorośleli i mądrzeli było najpiękniejszym doświadczeniem jego życia. Widzenie ich starań, by uczynić go dumnym przynosiło największą radość jego sercu. Miał takich wspaniałych siostrzeńców, udanych synów, cudownych dziedziców. Ich uśmiechy oraz żarty rozjaśniały najczarniejsze dni i dodawały siły do przejścia przez liczne trudne chwile.
     Teraz umierali. Ponosili najwyższą ofiarę. Niewinnie, dla niego. 
     W tamtej chwili Thorin II Dębowa Tarcza nie zaprzeczyłby i nie odmówiłby łzom, spływającym po jego policzkach.
     - Powiodłem was na śmierć – wyszeptał, drżącymi dłońmi głaszcząc Filiego i Kiliego po głowach, które złożyli na jego kolanach. – Umieracie przez moje szaleństwo…
     Usta Filiego wykrzywił uśmieszek. Zakasłał, plując krwią, po czym przemówił cicho.
     - Jesteśmy z rodu Durina, czyż zatem wszyscy nie jesteśmy szaleni? – wychrypiał.
     I tak oto wyruszali na spotkanie śmierci – ostatni Dziedzic Durina w prostej linii męskiej oraz dwaj jego siostrzeńcy. Przeklęci szaleńcy.
     Świat brzmiał jak rozpacz. Rozpaczliwy śmiech.

***
     Kili tak bardzo się bał. Nie chciał być sam.
     Świat wokół wirował i jakby mu… umykał. Niewiele do niego docierało prócz strachu
i bólu.            
     Niemal nie mógł się ruszać przez strzały utkwione w jego ciele. Jedynie przerażenie dodawało mu siły do walki. Nie był gotowy na zmierzenie się ze śmiercią. Przynajmniej nie w pojedynkę. 
Musiał dotrzeć do Filiego, do swojego brata. On od zawsze był przy nim i go wspierał.
     Fili go nie zostawi, bo…
     Też umierał, tak jak Thorin.
     Wuj klęczał, przebity włóczniami, a Fili leżał u jego boku z licznymi strzałami wystającymi z jego ciała.
     - Kili, Kili, mój drogi, niewinny Kili. – Młody krasnolud poczuł dłoń Thorina głaszczącą go po głowie. – I mój dzielny, mądry Fili… Przepraszam - wuj powiedział drżącym głosem. – Powiodłem was na śmierć.
     To była dobra śmierć, śmierć w obronie swojego króla, śmierć wojownika, ale niewiele to wnosiło do samego aktu umierania. Być może wierzenia, że czekało na ciebie coś lepszego niż plugawy świat, który opuszczałeś, potrafiły coś ułatwić, jednakże i tak pojawiało się pytanie „dlaczego”?
     Możliwe, że witałeś śmierć z uśmiechem ulgi na twarzy, niczym starego dobrego przyjaciela, albo starałeś się umknąć jej nieuniknionym sidłom. Jednak i tak pojawiał się ten moment niepewności oraz beznadziei, poczucie bezsensu, braku gotowości na stawienie czoła przeznaczeniu, Jedynej Sprawiedliwości. Chwila ta mogła być niezauważalnie krótka i odejdziesz w spokoju, a równie dobrze możesz umrzeć w bezradnym sprzeciwie
i uczuciu straty.

     Dlaczego?
     Dlaczego teraz i w ten sposób? Jaki był w tym sens?
     „Za co umieramy, Fili?” – Kili pomyślał, patrząc na wykrzywioną z bólu twarz brata. „Dlaczego poległa moja Ukochana? Dlaczego to wszystko tak bardzo boli?”
     Oczy Filiego zaszkliły się, zupełnie jakby usłyszał jego myśli.
     - Umarła za nic… - wykrztusił blondyn. - Sybil… miała sen i widziała nas… dokładnie tak jak teraz… i chciała temu zapobiec… zginęła na próżno…
     - Nie, nie myśl tak - wydyszał Kili. – Kochała cię tak bardzo, że oddała za ciebie życie. To nigdy nie jest próżna śmierć.
     Marne to było pocieszenie, ale Kili nie potrafił zdobyć się na nic innego. Wszechogarniający chłód, który odczuwał, powoli przemieniał się w przyjemne ciepło, kojące niczym głos mamy śpiewający mu do snu za czasów jego wczesnego dzieciństwa. Młody krasnolud półprzytomnie zerknął w górę i ujrzał oblicze wuja zalane łzami. Kili uśmiechnął się do Thorina delikatnie, siląc się na gest otuchy, lecz tamten tylko zaszlochał bardziej. Później Król pod Górą pochylił się nad swoimi siostrzeńcami i złożył pocałunek na ich czołach.
     - Jesteście moją największą dumą, synowie mojej siostry – wyszeptał.
     Kili spojrzał na brata i wymienili słabe, słodko-gorzkie uśmiechy. W tej samej chwili powieki Filiego zaczęły opadać ciężko, a Kiliego znów ogarnęła panika, która ścigała go od zawsze na najdrobniejsze wyobrażenie bycia rozdzielonym z bratem.
     - Fili! Fili, n-nie… nie zostawiaj mnie! – Kili załkał.
     Blondyn pokręcił głową, po czym mocno złapał jego dłoń, choć oczy utrzymywał otwarte z wyraźnym trudem.
     - Ki, nigdy cię nie zostawię, nigdy – rzekł cicho. – Po prostu patrz mi prosto w oczy i nie przestawaj, dobrze?
     Kili kiwnął głową, a Fili mocniej uścisnął jego dłoń.
     - Patrz na mnie, braciszku – wyszeptał blondyn.
     Cały świat wokół przycichł, rozmył się i stracił na znaczeniu. Już bardzo niewiele do niego docierało. Liczyły się tylko oczy Filiego, które miały taki sam kolor jak u Dis. Oddech Kiliego stopniowo zwalniał. Wiedział, że słabnie. Mimo wszystko nie odrywał wzroku od niebieskości oraz szarości tęczówek Filiego. Ujrzał w nich ulotną radość słonecznych, bezchmurnych dni spędzonych wspólnie z rodziną i poddanymi w wioskach ludzi, jak również bezlitosny chłód stali ich wrogów.
     Potem, przez coraz bardziej otulającą jego umysł mgłę, wdarł się jakiś zwierzęcy ryk
i Thorin chyba gdzieś zniknął. Kili leżał na usłanej trupami ziemi, a wszystko wokół robiło się zarazem oślepiająco jasne i przytłaczająco ciemne. Instynktownie raz jeszcze zerknął 

w kierunku Filiego.

     Ostatnie, co widział, to oczy brata patrzące prosto w jego własne. Nie pamiętał, czy spojrzenie Filiego było jeszcze żywe, czy już martwe.
***
     Jakże to było niezwykłe - jeden plus jeden dawało Jeden. Dwa serca, poprzednio zdające się być samodzielnymi całościami, zachowując dawną formę jednocześnie okazywały się być połowami Całości. Uroczo nielogiczne odejmowanie w dodawaniu. Przedziwna, fascynująca kreacja Valarów.
     W bólu oraz smutku, przez umysł Bilba przemknęła myśl, że chciałby móc cofnąć czas
i nie mieć z tym nic wspólnego. Że może jednak nie było warto. Wszystko z powodu łaski Ilúvatara, która przestała nią być już tysiące lat temu. Odpoczynek od nieśmiertelności, zwany Śmiercią.

     A zatem zadawał pytania Jej Wysokości Łasce. Czy zna pojęcie wyjątku? Czy wie coś
o litości? Czy potrafi dać szansę na naprawienie błędów i uleczenie ran, zaprowadzenie
w sercach porządku? Czy choć raz pokłoniłaby się Miłości?
     Bilbo klęczał przy umierającym Thorinie Dębowej Tarczy, a w trzepocie połów namiotu targanych lodowatym wichrem usłyszał stanowczą odpowiedź na swoje modły.

     Nie.

     Hobbit zamarł na moment, zszokowany tym bezlitosnym, ostrym tonem. Chwilę później, kiedy już się otrząsnął, intensywnie wpatrywał się w unoszenie się i opadania klatki piersiowej Thorina, tak jakby każdy oddech krasnoluda był jego własnym i to życia ich obu, nie tylko Króla pod Górą, były zawieszone na szali. Niedługo potem, zauważywszy, że oddech Thorina słabnie, Hobbit nie potrafił powstrzymać cichego łkania ogarniającej go rozpaczy. Jego wzrok powędrował gdzieś w dal, po czym znów w myślach przemówił do Jej Wysokości Ostatniej Sprawiedliwości.
     Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie jesteś pierwotnym ukojeniem? Dlaczego nie chcesz swej misji na później odłożyć? Dlaczego jesteś tylko przerażeniem? Dlaczego, dlaczego… ono zawsze Cię poprzedza, lecz pytanie o sens tylko chyba Cię
w okrucieństwie utwierdza. Dlaczego, dlaczego - to nieszczęsne słowo, Twój herold, czy dasz mu odpowiedź, dlaczego czynisz żałobę wciąż na nowo? 

     Wiatr wdarł się do środka i otulił go swym chłodem.

     Ja nie jestem Przyczyną, tylko Skutkiem.

     - Bilbo… - wychrypiał Thorin, wyrywając go z transu.

     Hobbit błyskawicznie spojrzał prosto w te szafirowe oczy, które były całym jego światem. Tęczówki Króla pod Górą były najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widział. Przeważnie przybierały odcień szafiru, lecz często zmieniały kolory. Czasem mogły stać się lodowato niebieskie i przeszywające, zdolne zajrzeć do samego rdzenia twojej duszy,
a kiedy indziej były ciemne i pełne tajemnic niczym głębie Ekkai. Jednocześnie zawsze migotała w nich iskra silnej woli, władczości oraz uporu. Patrząc w oczy Thorina od razu wiedziało się, że spoglądało się na króla. Teraz jednak nawet ten błysk majestatu wygasał powoli.

     Bilbo westchnął przeciągle, słysząc słaby głos Thorina. Z niepokojem chwycił dłonie krasnoluda złożone na jego piersi w swoje własne i przysunął się bliżej.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – powiedział cicho.
     Treść dalszej rozmowy Hobbit zachował tylko dla siebie, a słowa wtedy wypowiedziane stały się mrocznym wspomnieniem przywoływanym w samotności. W istocie, Bilbo czuł się w tamtej chwili tak samotny i bezradny wobec tego, co nieuchronne. Jakby w zwolnionym tempie obserwował, jak powieki ciężyły Thorinowi coraz bardziej, aż w końcu krasnolud wyszeptał ochryple:
     - Żegnaj, włamywaczu.
     Wtedy to się stało.
     Thorin zamknął oczy. Przestał oddychać. Znieruchomiał. Nie reagował na nawoływania Bilba.
     Wyzionął ducha.
     Kiedy Hobbit zdał sobie z tego sprawę, nagle znalazł się poza namiotem. Gdzieś szedł, czy biegł, uciekał. Wszystko wokół rozmyło się do niewyraźnych plam, a słyszał tylko zawrotne bicie własnego serca i szum w uszach. Nie mógł złapać tchu.
     Biegł.
     Bilbo uciekał. Przed prawdą, przed myśleniem o nim, przed…


A Elbereth Gilthoniel
   
     Czyjś cudny głos gwałtownie przywrócił jego umysł do rzeczywistości, jakby oblano go kubłem lodowatej wody. Ostro zwrócił głowę w kierunku dźwięku, by ujrzeć jakiegoś elfa ze świty Thranduila. Był on wysoki, jego zbroja nie została jeszcze oczyszczona z krwi. Stał pośród grupy elfów podobnych sobie; wszyscy mieli długie, piękne, jasne włosy. Cała gromadka zaśpiewała:

silivren penna míriel

o menel aglar elenath!

     Wtedy Bilbo zrozumiał, że patrzył na Eldarów, bowiem niewielu z nich żyło nawet
w Leśnym Królestwie – sam Pan Lasu się do nich zaliczał. Owe elfy kontynuowały swą pieśń, hymn do Elbereth. Słodka muzyka roznosiła się wokół, opadając na obecnych nieopodal ludzi, krasnoludów i elfów delikatnymi falami. Każdy zamierał w bezruchu
i przysłuchiwał się. Nie inaczej Bilbo. W miarę jak melodia docierała do niego, czuł, że coś pękało w nim w środku.
     W momencie, kiedy hymn się skończył, świat zawirował, a grunt usunął mu się spod nóg. Usiadł na ziemi, dopiero teraz w pełni odczuwając fizyczne wyczerpanie oraz rany doznane na bitwie. Ból głowy doprowadzał go do szału. Albo była to po prostu rozpacz.
     Thorin nie żyje, Thorin nie żyje, Thorin nie żyje.
     Jakiś dziwny odgłos wydostał się z jego gardła, ni to krzyk, ni to łkanie. Cały drżał, a na policzkach poczuł palące, słone krople. By powstrzymać dygoczące dłonie, mocniej chwycił krawędzie koca, który ktoś narzucił na jego ramiona. Nawet tego wcześniej nie zauważył.
     Fili i Kili też nie żyją, nie żyją, nie żyją.
     Rozejrzał się wokół. Łzy rozmywały mu wizję na świat. Jedyne, co mógł teraz dojrzeć, to tragedia. Widział wiele martwych ciał, licznych rannych, żałobę oraz smutek. Rozdarte rodziny, przecięte więzy, tyle istnień ukróconych na zawsze…
     Świat bez jego uśmiechu, bez psot chłopców
     Tyle par oczu na zawsze zamkniętych, tyle głosów komuś drogich na zawsze uciszonych…
     Oddech Bilba i jego bicie serca znów przybrały niemalże maniackie tempo.
     Ona tu była. Śmierć tu krążyła.
     Znów chciał spytać – „dlaczego”.
     Hobbit zadrżał. Pragnął, by wszystko w jego głowie, wszystko naokoło nie krzyczało.
     Nie bądźcie…
     Umarli.
     A wtedy jedna elfka, jakaś prosta żołnierka, zwyczajnie stanęła pośrodku owego skupiska rozpaczy i zaśpiewała:

In gwidh ristennin 

     Wszystkie elfy wokół zwróciły się w jej stronę. Po chwili elfce zawtórował chór głosów reszty mieszkańców Mrocznej Puszczy:

Ilfirin nairelma 

     Elfka znów podniosła głos:

i fae narchannen 

     Chór odparł jej:

Nauva i nauva 

     Elfka jeszcze wielokrotnie podnosiła głos, a chór zawsze jej odpowiadał. Bilbo nagle odkrył, że powtarzał razem z nimi: ilfirin nairelma, i coraz bardziej zatracał się w tym lamencie. Owa melodia działała zupełnie jak lek – swymi nutami wydobywała wszelkie cierpienie i smutek z serc obecnych wokół. „Zabieg” ten nie był do końca przyjemny. Miało się uczucie, jakby trucizna naprawdę opuszczała twoje wnętrze, nie szczędząc przy tym ostrego, palącego bólu. Hobbit płakał z wrażeniem, że pochłaniał żal oraz żałobę słyszalne w pieśni elfów, które były zarazem jego własnymi. Bilbo pogrążał się w mroku. Przestawał on już nawet budzić w nim strach…
     Z tego stanu po czasie bardzo długim wyrwał go znajomy głos:
     - Ach, już myślałem, że znów gdzieś zniknąłeś, Włamywaczu.
     Hobbit, wcześniej kryjący twarz w dłoniach, uniósł głowę, by ujrzeć Mithrandira pochylającego się nad nim z zatroskanym obliczem. Bilbo patrzył na Szarego Pielgrzyma, nie mogąc znaleźć słów, zarazem próbując opanować niekontrolowany szloch targający jego ciałem. Czarodziej westchnął ciężko, po czym uklęknął przed Hobbitem i położył ręce na jego ramionach, a potem potrząsnął nim delikatnie. Bilbo w końcu zdołał odzyskać mowę i powiedział ochrypłym, drżącym tonem:
     - Gandalfie, powiedz mi tylko jedno, tylko jedno… - Wziął głęboki oddech. – Dlaczego kochamy, skoro odejście drogich naszemu sercu tak bardzo boli?
     Na twarzy czarodzieja odmalowała się głęboka żałość oraz współczucie.
     - Ryzyko straty ukochanych jest wyzwaniem, które wszyscy musimy podjąć – przemówił łagodnie. – Jeżeli znalazłeś w sobie odwagę by kochać, i to kochać tak mocno, odnajdziesz również siłę na przetrwanie rozstania. Musimy być dzielni w miłości, mój przyjacielu, gdyż nie trwa ona jedynie wtedy, gdy sprzyja szczęście. Prawdziwa miłość jest światełkiem
w najgorszej ciemności, a męstwem jest pozostać mu wiernym i nie poddać się pokusie mroku.
     Z tymi słowami wziął Hobbita w objęcia, trochę jakby trzymał małe dziecko. Bilbo bezradnie złożył głowę na ramieniu Mithrandira w poszukiwaniu bliskości innej istoty. Czarodziej zaśmiał się cicho, po czym zaczął głaskać Niziołka po głowie. Ten gest był dla Bilba tak bardzo kojący, tak zaskakująco dokładnie tym, czego potrzebował, że
z wdzięczności wzruszenie odebrało mu głos, a łzy spłynęły po jego policzkach.
     Zdawało się, w oddali, czyste, boskie głosy elfów łączyły się w coś w rodzaju balsamu, łagodzącego ból fizyczny, uśmierzającego rany. Opływały wszelkie zranienia
z subtelnością i słodyczą mleka oraz miodu, przynosząc ulgę. Hobbit łapczywie wsłuchiwał się w te dźwięki, starając się jednocześnie zwracać uwagę na to, co mówił do niego czarodziej.
     - Jesteś Rozmówcą Smoków, Zabójcą Azoga Plugawcy, Jeźdźcem na Beczułce i nie tylko, Bilbo Bagginsie. Jesteś dzielny, stawisz czoła żałobie – szeptał Gandalf. – Później twoje serce znów pozna, co to radość, zobaczysz. – Westchnął. – Lecz teraz płacz, mój drogi hobbicie, płacz… albowiem nie wszystkie łzy są złe.
     Na pogrzebie Króla i dwóch książąt nie uronił ani jednej łzy. Stał nieruchomo wśród innych członków Kompanii, uparcie wpatrując się tylko w ciała trójki poległych. Światła pochodni niezliczonych żałobników go oślepiały, więc tylko zmrużył oczy, nie odrywając wzroku od Thorina, Filiego i Kiliego składanych do kamiennych mogił. Kiedy przyszła jego kolej na pożegnanie Dziedziców, na sztywnych nogach zbliżył się do trzech grobów. Najpierw pocałował czoła Filiego i Kiliego, tych dzielnych młodzieńców, których pokochał niemal jak własną rodzinę. Później podszedł do Thorina i położył Arcykamień na jego piersi. Czuł na sobie ciężar tysięcy spojrzeń, lecz sam patrzył tylko na twarz swojego Króla, ten ostatni raz. Nim znów stanął pomiędzy członkami Kompanii, prawie niezauważalnie musnął brwi, nos i wargi Thorina opuszkiem palca.
     Dalsza część ceremonii minęła mu jak we mgle. W pewnej chwili odkrył, że wszyscy żałobnicy prócz niego opuścili już miejsce spoczynku Króla oraz jego siostrzeńców. Wszystko wokół było zimne i puste. Do jego uszu docierał cichy pomruk lamentów krasnoludów, elfów oraz ludzi, niosący się z wyższych hal aż tutaj. Hobbit zdał sobie sprawę, że nie był w stanie wydusić z siebie ani nuty, nieważne jak bardzo pragnął przyłączyć się do pieśni.
     Więc pan Baggins stał wśród chłodu oraz mroku, dzieląc swą samotność z Samotną Górą, jednocześnie gorzko rozmyślając o swojej przyszłości po tak niesamowitej przygodzie. Zastanawiał się nad obietnicą daną Thorinowi…
     Kiedy nadejdzie czas, opuści Erebor, uprzednio pożegnawszy się ze wszystkimi swymi przyjaciółmi. Odejdzie, nie spoglądając wstecz. Będzie miał wrażenie, jakby usunięto
z jego ramion jakiś wielki, niewidoczny ciężar. Mimo że wędrówka z powrotem do domu będzie raczej przyjemna, całą drogę spędzi z głową nisko spuszczoną i ponurym nastroju. Gandalf, chcąc go odrobinę rozweselić, zacznie opowiadać najróżniejsze ciekawe, nieraz przezabawne historie. Wtedy właśnie Bilbo wpadnie na pomysł spisania swoich przygód. Powróci do domu z tym zamiarem, który jednak odłoży na potem, gdyż jego żal będzie jeszcze zbyt świeży. Dobre, proste życie już nigdy nie będzie dostarczało mu prawdziwego spokoju, a historie w książkach nie rozpalą jego ciekawości.
     Ależ oczywiście, Bilbo będzie cieszył się zwykłymi rzeczami, jak na przykład promieniami słońca ogrzewającymi jego twarz w trakcie kurzenia porannej fajki we frontowym ogrodzie Bag End.              
     Jednak nigdy już nie spojrzy na Wschód. Tam, gdzie wstaje słońce, gdzie podążył tyle lat temu, gdzie znajduje się Samotna Góra, pod którą spoczywa…
     Jego imię przez lata nie przejdzie mu przez gardło.
     Żeby zająć myśli czym innym, a zarazem wypełnić obietnicę, długie godziny spędzi na ogrodnictwie.
     Niemal od razu po powrocie do Shire, zasadzi drzewo. Dąb. Do opieki nad nim nie dopuści nikogo, nawet Dziadunia. Będzie samodzielnie dbał o niego i pielęgnował z wielką uwagą oraz starannością.
     - Rośnie pięknie, mój królu – szepnie nieraz, czule muskając listki siewki opuszkami palców.
     Nie będzie wiedział dokładnie, w którym momencie zacznie mówić do rośliny. Nikt nie będzie świadkiem tych intymnych rozmów, lecz i tak rozprzestrzeni się plotka, że Szalony Baggins zwariował do reszty. Nie będzie go to interesowało, tak jak wiele nieistotnych już spraw.
     Czasami, gdy rozpocznie snucie kolejnej opowieści o swoich przygodach do roślinki, będzie się czuł z lekka niespełna rozumu. Za wytłumaczenie uzna żałobę i stratę. Gdy łzy po raz kolejny napłyną mu do oczu, jego wzrok powędruje do młodej sadzonki stojącej
w doniczce na parapecie, tak pełnej nadziei i nowego życia. Zawsze zanuci wtedy:

Ilfirin nairelma

     A kiedy głos uwięźnie mu w gardle, wyszepcze tylko:

Nauva i nauva 

    Potem, gdy już przełknie gorycz, powróci do opowiadania historii. Opowie swojemu dębowi
o trollach, Rivendell, Górach Mglistych, Azogu, Beornie, Mrocznej Puszczy, Thranduilu oraz jego Leśnym Pałacu, Esgaroth, Samotnej Górze, Smaugu, wspaniałościach Ereboru, wspomni także o każdym z jego drogich kompanów, syna Thráina nie wliczając, napomknie nawet o Sybil i Dorianie…
     Jednakże nigdy nie znajdzie w sobie siły, by powiedzieć cokolwiek o Arcykamieniu czy Bitwie, nie zechce również mówić o pierścieniu.
     I tak miną mu lata, przez które z dumą będzie obserwował, jak jego roślina rozrasta się
i pięknieje z każdym rokiem.
     - Rośnij – będzie powtarzał swojemu drzewu. – Staw czoła światu z taką siłą jak on kiedyś.
     W istocie tak się stanie. Dąb zostanie przesadzony z doniczki do ogrodu, gdzie wrośnie na potężny i cudny, z ogromem ciemnozielonych liści szumiących swoje tajemnice, przyniesione nieraz od strony Samotnej Góry przez ciepły, suchy wiatr.
     Ten, który naprawdę przywróci radość do serca Hobbita, jego usynowiony kuzyn, Frodo
(z niektórych cech wyglądu tak bardzo będzie Bilbu przypominał jego Króla), pokocha drzewo od pierwszego wejrzenia i obieca przejąć opiekę nad nim po wuju.
     - Bądź silny i niezwyciężony – Bilbo powie dębowi po raz ostatni, zanim opuści Shire
i wyruszy do Rivendell. – Niczym… Thorin, mój âyzung, kurduh.

***
     Jako krasnoluda ten fakt nie powinien go zadziwiać ani trochę. Dzieci Aulëgo miały wiele wspólnego z bogactwami, z żądzą posiadania, nawet chciwością, jak żadna inna rasa Śródziemia. Ich serca od zawsze pragnęły mieć coś na własność. 
     Dlaczego zawsze pragniemy coś mieć? Zabierać wszystko tylko dla siebie, zagarniać jako tylko i wyłącznie własne? Z jakiego powodu on chciał mieć Bilba, mieć Jego miłość, mieć Jego serce?
     Był takim chciwym głupcem. Dopiero teraz, na łożu śmierci, zrozumiał, że tak naprawdę chciałby dzielić swoje i Jego serce. Pragnął by jego i Bilba miłość była wspólna. Ileż by
z tego wynikło radości oraz dobroci! Miał wrażenie, że czuł to nawet teraz – ciepłe promienie słońca muskały jego twarz, a lekki wietrzyk poruszał kosmykami jego włosów, niosąc ze sobą słodkie kwiatowe aromaty. Drobne dłonie Bilba delikatnie przeczesywały jego włosy, podczas gdy On nucił jakąś spokojną melodię, tonącą w śpiewie ptaków. Thorin głowę miał złożoną na Jego kolanach, a leżał na miękkiej trawie. Uchylił powieki by zobaczyć swojego Jedynego, spoglądającego na niego z góry z uśmiechem piękniejszym
i jaśniejszym od wszelkich klejnotów świata. Promienie światła przeświecały przez Jego burzę loków, przydając im wyglądu aureoli ze szczerego złota.
     - Jesteś aniołem – Thorin wyszeptał z czułym uśmiechem, ujmując dłonią Jego policzek.
     Bilbo zaśmiał się tak cudnie. Dźwięk ten poniósł się daleko wśród otaczającej ich roślinności prywatnego ogrodu Bilba znajdującego się na bardzo szerokiej półce skalnej Samotnej Góry. Rozrastając się i piękniejąc z każdą kolejną wiosną, stał się on ostoją spokoju i świątynią dumania dla wszystkich tych, którzy potrafili bliskość natury docenić.
     - Mój królu – On powiedział cicho, z uczuciem, odwracając uwagę Thorina od otoczenia. Nie potrafił on oderwać wzroku od Jego twarzy, na której malowała się tak oczywista miłość i oddanie. – Jeżeli mnie uważasz za dobrego ducha…
     Właśnie wtedy opanował go chłód, powrócił ból i znalazł się z powrotem w brutalnej rzeczywistości. Gdyby tylko mógł wrócić do tamtego widzenia! Tak bardzo chciał zatracić się w tym, co już na zawsze stracone. Świadomość tego, co mógłby mieć, potęgowała mękę walki o życie. Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy i coraz mniej sensowny,
a ubytek krwi sączącej się z jego licznych ran przestał mu przeszkadzać. Wszystko, żeby ten koszmar się skończył. Byleby tylko trafić w miejsce podobne temu z jego marzenia, byleby tylko raz jeszcze ujrzeć mądrość, która olśniła Thorina Dębową Tarczę, króla głupców, tak późno, że mogłaby być uznana za nic więcej ponad bezsensowną mrzonkę umierającego.
     Czy byłby w stanie zdziałać wiele przez dzielenie wspólnej miłości po całym życiu
w chciwości i żądzy?

     Nie

     Głos, który udzielił odpowiedzi, był lodowaty bardziej od wichrów z dalekiej Północy, aż zza Ered Mithrin, i bezlitosny bardziej od ostrzy Mordoru. Zzupełnie jak Śmierć. Niemal zadrżał od tego dźwięku. Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc wsłuchiwał się
w otoczenie. Do jego uszu dotarł odgłos połów namiotu szarpanych wiatrem oraz cichutkie łkanie… Jego serce zamarło.
     Z trudem uchylił powieki i ujrzał swojego Jedynego.
     Bilbo.
     Siedział przy jego materacu, kiwając się lekko w przód w tył z niewidzącymi oczami, zupełnie jakby znajdował się w jakimś rodzaju transu.
     Nie wierząc w to, co widzi, Thorin przez czas jakiś intensywnie wpatrywał się w Niego, zastanawiając się, czy to tylko kolejne widziadło. Dlaczego Hobbit miałby być tutaj, u jego boku, skoro Thorin go zdradził, złamał obietnice miłości, wierności oraz opieki dane
w tamtą pamiętną noc? Bilbo był jego marzeniem, ale czy był nim też teraz? Tylko marzeniem półprzytomnego umysłu, jedynie zjawą, życzliwie spełniającą pragnienia osoby odchodzącej z tego złego świata…
     - Bilbo…
     Niziołek gwałtownie zwrócił głowę w jego kierunku. Thorin raz jeszcze zachwycił się pięknem Jego oczu. Od zawsze fascynował go ich kolor. Miał on w sobie uspokajającą szarość jesiennej słoty, odrobinę z odcienia słonecznego letniego nieba, krystaliczność górskich strumieni, a także niewielką ilość zieleni przypominającej mu kolor trawy pokrytej szronem. Pod wszystkim tym był ukryty błysk swego rodzaju stałości, a także łobuzerska iskierka, jakby Bilbo znał jakąś tajemnicę, być może owy hobbicki sekret czerpania radości z prostoty życia.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – On wyszeptał.
     - Chłopcy? – wymamrotał. – Co z Filim i Kilim?
     - Przykro mi – Hobbit odpowiedział cichutko po chwili ciężkiego milczenia, z bólem słyszalnym w głosie.
     Król pod Górą wypuścił z płuc przeciągły, drżący oddech, tłumiąc szloch. Dis nigdy mu tego nie wybaczy. On sam sobie tego nie wybaczy. Gdyby tylko jego siostra byłaby przy nim, może skróciłaby mu mękę…
     - Dlaczego tu jesteś? – wydyszał Thorin, usiłując zająć myśli czym innym. – Przecież po tym, jak się wobec ciebie zachowałem…
     - Nie! – Bilbo gwałtownie pokręcił głową. – To ja jestem bardziej winny! Wykradłem twoją własność, własność twojego rodu, a przecież wiedziałem, jak wielkie znaczenie miał Arcykamień dla ciebie i dla całej sprawy…
     - Bilbo… - przerwał mu ochryple, ciesząc się jeszcze brzmieniem tego imienia. – Ten występek ci wybaczyłem, bo ty jesteś moim Arcykamieniem, to ty jesteś moim sercem. 
    On załkał.
     - Ja również ci wybaczyłem, gdyż i ty jesteś moim sercem.
     Thorin mocniej uścisnął Jego dłonie, czując, że już nie da rady walczyć dłużej. 
     - Ghivashel… - Zakrztusił się krwią. - Wróć do Shire, do swojego domu, ogrodu, książek. Sadź rośliny i patrz jak rosną, przynosząc nową nadzieję z każdą wiosną. Ciesz się dobrym, prostym życiem, najdroższy Bilbo, bo jest w nim sens, dobrze? Zrobisz to dla mnie?
     Wzrokiem pochłaniał każdy cal Jego najpiękniejszego oblicza, kiedy Niziołek pokiwał głową z drżącym westchnieniem. Thorin uśmiechnął się lekko, patrząc na niego spod przymkniętych powiek.
     - Żegnaj, włamywaczu – wychrypiał.
     Zapadał się w bezdenną czarną głębię, a zarazem ulatywał w górę. Do jego uszu docierała jakaś melodia, być może to jego własne imię,  albo glosy wszystkich, których kochał… jego Kompanii, Brandona i Kory, Doriana i Sybil, Dis i chłopców, a może to Jego głos…
     Nim znalazł się w innym czasie oraz miejscu, ostatnią rzeczą, jaką czuł, było ciepło Jego drobnych dłoni, trzymających jego własne w żelaznym uścisku, który, mimo całej swej desperacji, nie powstrzymał Śmierci.

***
     Tragiczne wieści rozniosły się pędem błyskawicy.
     - Hiro hyn hîdh ab ‘wanath – wszędzie słyszał elfy powtarzające to zdanie, a także imiona jego ukochanych. Na pięknych twarzach wojowników z Mrocznej Puszczy malował się łamiący serce smutek oraz żałość.
     Gdziekolwiek by nie skierował swojej uwagi, którejkolwiek rozmowie by się nie przysłuchał, osaczały go tylko owe słowa, przygniatające go ciężarem ich doniosłego znaczenia.
     Hiro hyn hîdh ab ‘wanath. Niech znajdą spokój po śmierci.
     Po śmierci.
     Tyle głosów mówiło to cicho, albo głośno, szeptało, wykrzykiwało, wszystkie jednocześnie, a do Doriana docierała tylko ta część mówiąca o śmierci, o tej jedynej śmierci, której miał zapobiec.
     Przecież to niemożliwe, przecież przysięgał na Siedem Gwiazd, przecież patrzył wtedy na jego gwiazdę, którą tak dawno temu pokazał mu Fili, przecież robił wszystko, by nie zawieść Dziedziców i wspomnień z nimi związanych, chwil, które nosiła w sobie właśnie jego gwiazda…
     Niech znajdą spokój po śmierci… Gwiazdy widziały już tyle śmierci, a wciąż były spokojne. Czy nadal takie pozostaną, jeżeli to, co słyszy jest prawdą? Nie, na pewno nie…  ród Durina miał je w swoim herbie…
     Gwałtownie spojrzał w górę, lecz ujrzał jedynie zachmurzone niebo. Zamrugał, podczas gdy coś na kształt nadziei przyspieszyło rytm jego serca. Skoro gwiazdy nie udzielą mu jeszcze odpowiedzi, to może istnieje szansa, że to wszystko nieprawda…
     - Niestety, król Thorin nie żyje – powiedziano mu, kiedy błagał kogoś, nie pamiętał kogo,
 o zaprzeczenie. - Książę Fili i książę Kili również polegli. 
     Całe jego życie roztrzaskało się na drobne kawałeczki w tamtym momencie, bardziej spektakularnie od najdelikatniejszego szkła.
     Zatoczył się i upadł na kolana, pochyliwszy głowę. Dłońmi ściskał klingę miecza tak mocno, że spod palców wypłynęły mu strużki krwi. Wstrząsał nim szloch, kiedy przez zasłonę łez  wpatrywał się w refleksy świetlne odbijające się w ostrzu. Słone krople spływały mu po policzkach, po czym skapywały na klingę i obmywały ją z posoki. Czuł ogromny palący ból, jakby pozostałość po poparzeniach, po Ogniu. Paliła go rana w nodze, paliły go krwawiące skaleczenia na palcach, paliły go gorące łzy, tak gorzkie.
     Słodycz zwycięstwa przerodziła się w gorycz przegranej. Spełnił się najgorszy scenariusz - ukochani umarli. Sen Sybil się spełnił. Nagłe ukłucie zatrzymało jego serce na myśl o niej.
     Sybil… Gdzież ona się podziewała? Czy była bardzo ranna? Czy słyszała już wieści? Czy to… jej imię… czy wiatr szeptał jej imię? Sybil, Sybil… i Dorian… Dorian i Sybil… ich imiona razem brzmią tak… tak… właściwie.
     A teraz jest tylko Dorian, tylko on sam.
     Gdzieś na krańcach jego świadomości, Głos podsuwał mu wizje dotyczące rzeczy, które mogły przydarzyć się jego siostrze.
     Dorian zadrżał i nie przestawał dygotać, rozsadzany przez wewnętrzną wściekłość na samego siebie, na swoją głupotę.
     Zakręciło mu się w głowie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wstrzymywał oddech. Wypuścił powietrze z płuc, lecz z jego ust wydobyło się głośne łkanie. Przygryzł wargę, starając się uciszyć samego siebie. Nie chciał zagłuszać krzyku sumienia.
     Dorian zawiódł. Zawiódł ich wszystkich.
     Jedyne, co mu pozostało, to płacz. 

______________________________

Z winylowej płyty puszczonej na gramofonie leciały utwory Chopina, a ja pisałam ten rozdział, wieszałam cukierki na pachnącej choince i robiłam tysiąc innych rzeczy w tym przedświątecznym zamęcie, podczas gdy obok komputera stał kubek z kawą, jedyną miłością mojego życia. Ach, ach, doprawdy, tak najlepiej. Coś sprawia, że będę ten moment wspominać z uśmiechem jeszcze długo.

Moje papugi, ci czterej mali terroryści, zdaje się, i tak najbardziej lubią "Cztery Pory Roku" Vivaldiego.

Moja krew! ... tak jakby.

Ekhm. 

Sindarin:
- In gwidh ristennin - The bonds cut - Przecięte więzy
- i fae narchannen
 - the spirit broken - złamany duch
  
- Ered Mithrin - Góry Szare


Quenya:
- Ekkaia - jedna z nazw ogromnego oceanu okalającego wszystkie ziemie Ardy
- Ilfirin nairelma - Undying is our regret - Wieczny jest nasz żal
- Nauva i nauva - What should be shall be - 
Co ma 
być to 
będzie

Tekst tej pieśni jest tak naprawdę początkowym fragmentem wyrwanym z Lamentu do Gandalfa, który Drużyna Pierścienia ma okazję usłyszeć w Lothlórien. (Ja taka szczwana bestia...). Jej oficjalne wykonanie jest moim zdaniem przepiękne - posłuchajcie tego,
a później wyobraźcie sobie, że Bilbo słyszy dokładnie to samo po śmierci Thorina... Boli.

Polecam także ten cudny cover Lamentu.

Oczywiście, leśne elfy nie posługiwały się Quneyą w codziennej komunikacji. One nawet tak naprawdę nie mówiły po sinadrińsku! Język elfów Mrocznej Puszczy był
w rzeczywistości daleko spokrewniony z Sindarinem i Quneyą. Wiedziałam o tym od początku, ale zastosowałam sindariński jako ich język, bo zwyczajnie poszłam na łatwiznę. Wszak w głębiach "internetów" nie ma słownika ani wykazu wyrażeń w języku elfów Mrocznej Puszczy. Ale w Sindarinie, Quenyi, Khuzdulskim i (uwaga, uwaga, świat jest nieskończenie zaskakującym miejscem) Czarnej Mowie już tak.

Ale, nawet jeżeli te elfy nie mówiły w Sindarinie i Quenyi, to dlaczego nie mogłyby w nich śpiewać?

Khuzdul:
âyzung - lover/ true love -  kochanek/ prawdziwa miłość 
- kurduh - my heart - moje serce

Do tej pory nie do końca pojmuję, dlaczego Tolkien uśmiercił całą trójkę Dziedziców. Jedynym argumentem przemawiającym za, który potrafiłam wymyślić, jest ten, że razem
z nimi umarła klątwa ich rodu - choroba złota. I WIEM, że pojęcie "fikcja literacka" pozwala mi na bardzo wiele, lecz  nie mogłam zmienić tak ważnego punktu w fabule, jakim jest śmierć Thorina, Filiego i Kiliego. Skoro Tolkien tak postanowił, to niech będzie.

Och, Dorian, mój chłopcze... z jednej strony tak szczerze mi cię żal, z drugiej jednakże....

Czy ty zawsze musisz być taki.... skomplikowany?

Pisanie rozdziału 11. (praktycznie cały z jego punktu widzenia) przyprawia mnie o ból głowy. Chcę pokazać tam, jak Dorian powoli traci zdolność racjonalnego myślenia (przez truciznę), jak żałoba przygniata go coraz bardziej i bardziej, jak z coraz większym trudem podnosi się po każdym ciosie zadanym od Losu, aż w końcu...

A doskonale wiem, że muszę dać z siebie wszystko, bo rozdział 11. to... to ma być coś,
a... a jak się staram to zawsze nawalam, i to jest wszystko takie...

stresujące.

~*~+~*~
Uruchamiam cykl pt.
PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 
czyli jakie myśli napadają tolkienowskiego świra (czytaj - mnie) tkwiącego na biol-chemie.
  1. Czym w Śródziemiu byłby epikotyl? 
  2. Jak wtórnie diploidalna komórka centralna ośrodka zalążkowego brzmiałaby
    w Quenyi? 
  3. Jak długa jest ontogeneza mallronów? 
  4. A co z filogenezą Calaquendich? 
  5. Czy owoc Laureinu był owocem rzekomym? 
  6. Czy kwiat Tempelrionu miał fitochrom P730? 

~*~+~*~
Dzisiaj idę zobaczyć "Bitwę Pięciu Armii" ... Mahal, ależ się boję...
Tak czy siak, z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci, drogi czytelniku, po prostu szczęścia, rodzinnego ciepła i uśmiechu, a także radości dzielonej razem z najbliższymi w otoczeniu magicznej bożonarodzeniowej atmosfery,
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! :)  

poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział 4.

No więc... na wytłumaczenie tego ogromnego opóźnienia (w pierwotnym założeniu "Życie za życie" miało być skończone do maja) mam tylko (nie)mały "kryzysik mojego pisarskiego ja". Nadchodzące wydarzenia będą tak trudne do opisania i jednoczesnego nie spieprzenia... nie spieszę się zatem. A na razie oto rozdział 4... tak, myślałam, że nie można dać więcej miłości. A jednak. Nevermind. To już końcówka. Brniemy do celu, brniemy do celu....


__________________________

     Szli powoli, patrząc w nocne niebo, nic się nie odzywając. Ona przystanęła, lecz nie odrywała wzroku od niezliczonych gwiazd. On również na nie patrzył, chociaż nie wprost.
Z zachwytem przyglądał się, jak jasne punkty odbijały się w Jej oczach. Tauriel spojrzała
w dół i przyłapała go na tym podziwianiu. Uśmiechnęła się, a on szybko przerwał krepującą ciszę:
     - Nie oddaliliśmy się zbytnio?
     - Dlaczego tak uważasz? - Zmarszczyła brwi.
     - Nie wiem… orkowe mogą pojawić się znikąd…
     - Ach, nie masz powodów do zmartwień! - zaśmiała się. - Nie odważą się zaatakować.
     - A co jeśli…
     - Potrafię się bronić, dziękuję ci bardzo.
     Wymierzył sobie myślowy policzek. Dlaczego rozmowa przebiegała z takim trudem?
     - Nie! Zmierzam do tego, że…. - Jęknął. - Och, po prostu… nie chcę, żeby coś ci się stało.
     Patrzyła na niego przeciągle po tym wyznaniu.
     - Kili… widzę, jak ci na mnie zależy, do czego dążysz, ale zrozum.... ja jeszcze nie jestem do końca pewna, czego pragnie moje serce.
     „To po co zaplotłaś mi warkoczyk?” - pomyślał z wyrzutem, lecz powiedział:
     - Co ty na to, żeby sprawdzić?
     - Co?
     Jego odpowiedzią był delikatny pocałunek w usta. Cóż, Tauriel najwyraźniej nie miała nic przeciwko. Nic a nic. To chyba Ona zaczęła nalegać na więcej. Kili nie protestował. Ani trochę. 

***
     Najpierw usłyszał jakiś śliczny, melodyjny śmiech, dziwnie mu znajomy. Potem zobaczył przed sobą małą istotkę, biorącą go za rękę.
     - Chodź - powiedziała.  
     Pociągnęła go za sobą, idąc w podskokach, nucąc słodkim głosikiem jakąś wesołą piosenkę.
     - Gdzie mnie prowadzisz? - zapytał.
     - Zobaczysz - zachichotała uroczo.
     Ciągnęła go za rękę cały czas i mógł widzieć tylko tył jej ciała. Była ubrana w prostą, zwiewną sukieneczkę w kolorze błękitu nieba, sięgającą kostek. Jej gęste złote włosy spływały falami aż do połowy pleców. Na główce miała delikatny diadem z mithrilu, a jej małe stópki były bose. Poruszała się gracją, zupełnie jakby tańczyła.
     - Gdzie mnie prowadzisz? - powtórzył.
     - Przekonasz się - odparła ze śmiechem skrzącym się radością.
     Nie widział jej przodu, ale był pewny, że za rękę trzymała go jakaś przepiękna, mała dziewczynka, którą skądś kojarzył.
     - Dlaczego cały czas mnie ciągniesz?
     - Bo jestem uparta zupełnie jak ty, tatusiu.
     Jakby w zwolnionym tempie zobaczył, jak dziecko odwróciło główkę w jego stronę. Ujrzał znajome, śmiejące się ciemnobrązowe oczy.
     Fili obudził się, porażony tym spojrzeniem. Nie zapamiętał twarzyczki tej dziewczynki, ale był pewien, że była śliczna. Usiadł, a jego serce biło bardzo szybko. Znajdował się
w stanie potężnego szoku. Kiedy się w końcu opanował, rozejrzał się dookoła. Jego Wojowniczka spała tuż obok, przykryta tylko jego futrem. Uśmiechnął się mimowolnie na ten widok. Nachylił się nad Nią i czule pocałował w czoło.
     - Może pewnego dnia… - wyszeptał.
     Położył się i otoczył swoją Panią ramieniem. Ona, nie budząc się, wtuliła się w niego mocniej. Westchnął, napawając się spokojem, jaki dawała mu samą swą obecnością. 
     Fili jeszcze długo nie mógł zasnąć. Wsłuchując się w cichy oddech Sybil i głaszcząc Ją po głowie, rozmyślał, jaki wspaniały diadem wykuje dla swojej córeczki. 

***
     Padła tuż obok niego, cała spocona i zmęczona. Oboje z trudem łapali oddech. Objął ją ramieniem, a ich nogi same się splotły. Znów patrzył w piękne oczy Sigrid.
     - Twój ojciec mnie zabije - wydyszał.
     Zachichotała, ale nic nie odpowiedziała. Przymknęła powieki i uśmiechnęła się, szczęśliwa.  Cieszył się, widząc ją zadowoloną, lecz chciał sprawić jej więcej przyjemności. Przytulił się do niej i zaczął przesuwać dłonią wzdłuż jej kręgosłupa, masując jej plecy. Sigrid zamruczała z ukontentowaniem. Ten dźwięk sprawił, że przestał nad sobą panować, znowu. Przyciąganie, młodzieńcza krew, jak zwał tak zwał. Ona też nie mogła się dłużej powstrzymać. Dorian poczuł, że płonął od jej namiętnych pocałunków.
     - Och Sigrid, jeszcze raz? - zadał pytanie retoryczne.
     - A dlaczego nie? - szepnęła uwodzicielsko.
     Ten ton spowodował, że chłopak aż…
     „Jak ty mi to robisz?” - przemknęło mu przez myśl.
     - Bard mnie zamorduje.
     - Przecież nie musi się dowiedzieć. - Zakończyła dyskusję, po czym znów zatracili się
w sobie. 

***
     - Wstawać, gołąbeczki, pobudka!
     - Csooo? - jęknęła, nie otwierając oczu.
     - Zbierajcie się, natychmiast! - krzyknął Bofur.
     Zaraz…
     - Bofur?! - Razem z Filim podskoczyli.
     W istocie, krasnolud stał nad nimi, ze swoją zabawną czapką jak zawsze obecną na głowie.
      - Załóżcie coś na siebie, migiem! - powiedział ze znaczącym uśmieszkiem.
      Sybil zdała sobie sprawę, że była naga, przykryta jedynie futrem swojego narzeczonego. Usiadła i zaczęła rozglądać się za swoim ubraniem. Każdy ruch sprawiał jej trud - jej ciało było zesztywniałe po zimnej (no, może w pewnych, całkiem licznych momentach, gorącej) nocy. Spostrzegła swój strój kilkanaście metrów dalej, nad samym brzegiem zatoczki. Większość rzeczy Filiego też tam była.
     „O, na łzy Nienny, jak to się stało?”
     Oblała się rumieńcem, gdy przypomniała sobie bardzo… wyraziście, co i jak się wydarzyło.
     - Czy mógłbyś się odwrócić, Bofurze? - poprosił Fili. - Inaczej się nie ubierzemy.
     - Ależ oczywiście. - Ten sam znaczący uśmieszek nie schodził mu z twarzy.
     Fili i Sybil potruchtali po swoje ubrania. Podczas gdy w pośpiechu zakładali je, Bofur mówił:
     - Wszyscy szukają was już od dawna. Zaczęliśmy się nawet martwić, że coś wam się stało. Ale, dzięki ci Mahal, jesteście. Z pewnością nie słyszeliście najnowszych wieści, czyż nie?
     - Nie - odpowiedziała. - Niby skąd?
     - No właśnie - zachichotał zabawkarz, a potem przybrał poważny ton:
     - Thradnuil przybył.
     Sybil zastygła w bezruchu. To nie była dobra nowina. Wiedziała, że ten moment kiedyś nadejdzie, a i tak bała się go.
     - Tym to mnie nie zaskoczyłeś - powiedział jej ukochany. - Już wczoraj mówiono
o nadejściu jego wojsk.
     - Ty chyba nie rozumiesz, mój książę. - Bofur pokręcił głową. - To, że Pan Lasu jest nad Jeziorem oznacza, że…
     - … musicie uciekać - dokończyła Sybil.
     Fili rzucił jej pytające spojrzenie.
     - No co? Czy nie znasz Thranduila? - spytała. - Czy nie domyślasz się, że może was użyć do wyciągnięcia jakiś informacji, albo nawet do negocjacji? Oin był już w Ereborze, prawda?
     Pokiwał głową.
     - Zatem zagrożenie jest jeszcze większe. Chyba nie chcesz, żeby władca Mrocznej Puszczy dowiedział się od niego coś o ukrytych drzwiach, albo o bramach i przejściach Samotnej Góry?
     - Nie! - odrzekł, po czym westchnął. - Więc postanowione, znikamy.
     Później niemal biegiem ruszyli w stronę chat. Z daleka zobaczyli ogromne zastępy elfów. Kiedy się zbliżyli, Sybil zaparło dech w piersiach. Jeszcze nigdy nie widziała tak wspaniałej armii. Rynsztunek wojowników jaśniał niczym zimny, czysty i bezlitosny blask odwiecznych gwiazd, a piękni, wysocy, smukli żołnierze zachowywali godny podziwu porządek. Całym sercem zapragnęła znaleźć się wśród nich, zachłysnąć się ich nierealnością oraz potęgą, ale ostry szept Bofura sprowadził ją do rzeczywistości:
     - Łódka jest już przygotowana, za mną.
     I rzeczywiście, w najdalszym zakątku portu kołysała się pojedyncza łódź. Nie było przy niej nikogo. Czekali tam w milczeniu. Zaczęło robić się trochę niebezpiecznie - nowo przybyłe elfy patrzyły na nich przeciągle, z niekrytą ciekawością, a potem odchodziły szybkim krokiem. To trwało zbyt długo. W końcu pojawił się Súrion, potem Kili z Tauriel,
a Dorian i Sigrid jako ostatni.
     - Sybil, my też odpływamy - powiedział jej brat.
     - Oczywiście - przytaknęła. - Najwyższy czas zobaczyć Erebor.
     Lecz nikt nie miał ochoty na rozstanie.
     - Czas nam się pożegnać, moi nowi, nieoczekiwani przyjaciele - rzekł Súrion do krasnoludów. - To był zaszczyt was poznać i nie żałuję niczego, chociaż naraziłem się na dezaprobatę moich współplemieńców. Na do widzenia przekażę wam ważną informację, której podsłuchałem: mój Król nie zatrzyma się tutaj. Zostawi trochę zapasów i swoich ludzi do pomocy, a potem ruszy na Samotną Górę. Chce odzyskać to, co mu się należy. Żeby tylko nie było z tego jakiegoś nieszczęścia… A teraz żegnajcie, i niech gwiazdy świecą wam z nieba!
     Krasnoludy ukłoniły się nisko.
     - Żegnaj i ty, Súrionie z Mrocznej Puszczy, miły kompanie! - powiedział Oin. - Od teraz aż do końca świata towarzyszą ci nasze najlepsze życzenia. Niech wszystko i zawsze ci sprzyja!
     Elf skłonił się z uśmiechem. Sybil podeszła do niego i uścisnęli się na elfią modłę - położyli prawe ręce na lewych ramionach.
     - Boe i 'waen - powiedziała.
     - Iston - odparł. - Galu.
     - Na lû e-govaned vîn.
     Pokiwał tylko głową, a ona z niechęcią odeszła od niego - bardzo lubiła Súriona. Nagle pomyślała o Gilraen, swoim Słońcu, o jej kochanej, pięknej, wspaniałej Gilraen, z którą się nie pożegnała, którą zawiodła… i oczywiście o dziecku, które niemal zabiła. Potrzęsła głową. Gdy to całe szaleństwo się skończy, Sybil obiecała sobie, że wszystko naprawi. Teraz jednak czas się ratować.
     Następnie chciała pożegnać się z Tauriel, ale zobaczyła, że ona nadal była z Kilim. Dziewczyna ze smutkiem patrzyła na to, jak bardzo nie potrafili się ze sobą rozstać. Kili niespodziewanie złożył pocałunek na czole Tauriel, później na powiekach, następnie na policzkach, ustach, po czym pocałował jej dłoń i przyłożył do swojego, a później jej serca.
     Sybil opadła szczęka.
     „No Kili, jedziesz po bandzie” - pomyślała.
     Elfka patrzyła na Kiliego przez chwilę, ale zastanowienie nad odpowiedzią nie zeszło jej długo. Pocałowała Kiliego w czoło, co oznaczało ,,chcę znać twoje myśli i opinie”, powieki - ,,chcę widzieć świat twoimi oczami”, policzki - ,,chcę dzielić z tobą łzy i uśmiechy”, usta - ,,pragnę cię i chcę dzielić z tobą swoje ciało”, ucałowała dłoń Kiliego, po czym przyłożyła do swojego, a potem jego serca, co znaczyło: ,,chcę, żebyś znał moje serce i ja chcę znać twoje”.
     „No dobra, obydwoje jedziecie po bandzie”.
     To był starożytny rytuał, znany, co dziwne, krasnoludom jak i elfom. Była to oferta dzielenia ze sobą całego dalszego życia. Ona i Fili zrobili to zeszłej nocy, a Sybil aż bała się myśleć, co zaszło między Kilim a Tauriel, że zrobili to teraz.
     Odwróciła się od tej sceny tylko po to, by ujrzeć jak Dorian trzymał Sigrid z rękę
i usłyszeć jego pytanie:
     - Kiedy się zobaczymy?
     - Mój ojciec zbiera ludzi, którzy pójdą razem z nim odbudować Dale. Ja, Tilda i Bain przybędziemy razem z nim.
     - Dobrze, więc… do zobaczenia. - Z tymi słowami dał jej delikatnego całusa w policzek.
     „Ej, wszyscy! Co z wami?! Skąd ta eksplozja miłości?” - pomyślała Sybil ze zdumieniem.
     - Tauriel! - zawołała. - Sigrid!
     Obie podeszły do niej.
     - Dziękuję wam… za wszystko, co zrobiłyście dla mnie i dla brata. Jestem wam za to dozgonnie wdzięczna. Mam nadzieje, że wkrótce się spotkamy.
     Potem wszystkie się uściskały.
     Sybil wskoczyła do łódki - brakowało w niej już tylko Doriana. Obejmował się
z Súrionem i patrzył elfowi w oczy. Obaj milczeli.
     - Nie wiem, co powiedzieć - przemówił jej brat nareszcie.
     - Ani ja - odparł tamten.
     - Może po prostu… uważaj na siebie…
     - … i staraj się nie zabić? - dokończył elf.
     Parsknęli śmiechem i przytulili się bardzo mocno, po czym chłopak wszedł do łódki,
a krasnoludy natychmiastowo chwyciły za wiosła. Odbili od brzegu i oddalali się, patrząc, jak sylwetki przyjaciół oraz ukochanych stawały się coraz mniejsze i mniejsze, aż w końcu zniknęły z linii horyzontu.
     Sybil odwróciła się twarzą do Góry z ciężkim westchnieniem. Potężny szczyt przesłaniał wszystko, co znajdowało się przed nimi. Wyglądał jakoś złowieszczo, groźnie, nawet bez Smauga w środku. Czuła się dziwnie - odkąd usłyszała legendy o Ereborze to, od małego, zapragnęła się tam znaleźć. Ale teraz miała jakieś niezbyt dobre przeczucia, albo, najpewniej, nie była gotowa na… spełnienie marzeń.
     Zimny dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa. Znaleźli się w okolicach Cmentarzyska Smoka. Przelotnie zerknęła na szczątki dawnego Esgaroth. Nie chciała wracać myślami ani na moment do miejsca tragedii. Dorian najwyraźniej też. Zbladł i miał nietęgą minę. Łapał szybkie, urywane oddechy, przetarł czoło od potu. Zaniepokoiła się. Nie chciała jednak, by jego słabość zauważyli inni (ponieważ dobrze wiedziała, że i on tego nie chciał), więc spytała w systemie znaków:
     - Co ci jest?
     - To nic.
     - Nieładnie tak kłamać.
     - Och, no dobra, zwyczajnie nie lubię tego miejsca, i tyle. Wynośmy się stąd.
     - Wytrzymaj jeszcze trochę, zaraz będziemy już daleko.

     Pokiwał głową, lecz nic nie odpowiedział. Płynęli długo, a rejs zdawał się przeciągać
w całą wieczność. Krasnoludy ze względu na swoją wytrzymałość nie zmęczyły się wiosłowaniem za bardzo, ale Sybil i jej brat tak uparcie nalegali, żeby im pomóc, że zgodziły się zmieniać co jakiś czas. Samotna Góra była coraz bliżej i bliżej. Wzrastająca wśród całej szóstki ekscytacja była niemal namacalna, a osiągnęła apogeum, gdy dobili do brzegu. Błyskawicznie wyskoczyli na ląd. Szerokie uśmiechy wstąpiły im na twarze.
W końcu ujrzą wspaniałości Ereboru na własne oczy, a Oin zobaczy je raz jeszcze. Stary krasnolud przejął prowadzenie, jako że był jedynym, który znał drogę.
     Nie uszli stu jardów, gdy usłyszała głuchy łomot za plecami. Jej brat upadł.
     - Hawn! - Błyskawicznie znalazła się przy nim.
     Był nieprzytomny. Medyk przybył z pomocą i zaczął go ocucać. Nie było żadnej reakcji. Oin przybliżył policzek do ust Doriana, a po chwili powiedział:
     - Nie oddycha.
     Fili i Kili, a także Bofur, musieli trzymać Sybil bardzo mocno, kiedy Oin przystąpił do działania. Przecież sama wiedziała, co zrobić, mogła to zrobić! A jeżeli medyk zrobi coś nie tak? Niech tylko ją puszczą! Zaczęła się wyrywać, i to bardzo zawzięcie.
     - Sybil! - wrzasnął zabawkarz.
     - Uspokój się! - krzyknął Ki. To ją rozwścieczyło jeszcze bardziej.
     - JAK JA MAM SIĘ USPOKOIĆ?!
     Była gotowa ich uderzyć, nawet sięgnąć po broń. Już wyciągała sztylet, gdy usłyszała:
     - GHIVASHEL!
     Fili miał niezwykle donośny głos, a użył określenia, które, jak zapewne doskonale wiedział, natychmiastowo ją opanowało. Złapał ją za ramiona z ogromną siłą i stanowczo patrzył jej w oczy. Pod naporem twardego spojrzenia tych lodowato niebieskich tęczówek była pewna, że już się nie wyrwie, więc tylko przyglądała się wszystkiemu bezradnie.
     Stary krasnolud naprzemiennie uciskał klatkę piersiową jej brata i wykonywał sztuczne oddechy.
     Dorian był niewzruszony na wszelkie próby przywrócenia mu krążenia.
     Zaczęła modlić się do Elbereth.
     Nic.
     Odważyła się prosić Manwëgo.
     Nadal nic.
     Teraz błagała samego Ilúvatara. Nawet Eru zdawał się być głuchy.
     To trwało zbyt długo. Zdawała sobie sprawę, że szanse na uratowanie go drastycznie maleją.
     Kiedy Oin bezskutecznie powtórzył wszystko po raz piąty, zaczęła płakać.
     - Ty idioto! - wrzasnęła do brata przez łzy. - To się nie może tak skończyć!
     On, jak na zawołanie, zaczął kaszleć. Wszyscy odetchnęli z ulgą, a medyk od razu zaczął badać przyczyny tej dziwnej sytuacji. Krasnoludy w końcu puściły Sybil. Podbiegła do Doriana i ucałowała go w czoło.
     - Co to miało być?! - wykrzyczała. - Czy tylko takich niespodzianek mogę się po tobie spodziewać?
     Chłopak nie udzielił odpowiedzi. Dyszał głośno, a Sybil zauważyła, że znów trawi go gorączka.
     - Oinie, co się dzieje?- spytała, zaniepokojona nie na żarty.
     - Muszę przyznać szczerze, że nie wiem - odparł tamten. - Kiedy wypływaliśmy to wyglądał dobrze i zdrowo. A teraz, ni stąd, ni zowąd, jego stan jest krytyczny. Nie ma żadnych objawów choroby cielesnej… Możliwe, że to ma jakiś związek z psychiką.
     „Ogień i Głos…? Ale… aż tak?”
     - Prawdopodobnie masz rację - powiedziała, po czym jęknęła. - No i co mam teraz uczynić? Jesteśmy już tak niedaleko celu…
     - On wciąż potrzebuje ciszy, spokoju, wypoczynku oraz wygód - rzekł Oin. - Góra mu tego nie zapewni.
     Przetrawienie ostatniego zdania zajęło jej trochę czasu.
     - Sugerujesz, żebym… - wykrztusiła. - Zabrała go z powrotem?
     - Jeżeli pragniesz, żeby żył.
     „To się dopiero nazywa wybór, który nie istnieje”.
     Wzięła głęboki oddech. Zamknęła oczy, próbując powstrzymać łzy. Usiadła na ziemi
i ukryła twarz w dłoniach. Poczuła rękę na ramieniu, znajomą już nawet w dotyku. Powoli podniosła wzrok, by ujrzeć zrozpaczone teraz, lekko zaszklone oczy swego narzeczonego.
     - Musicie wracać - wychrypiał.
     - Melda nín! - zaszlochała, po czym wtuliła się w niego. Była pod wrażeniem, że zdobył się na tę słowa. Rozumiała, ile go to kosztowało. Płakała, a on głaskał ją po głowie.
     - Musicie wracać - powtórzył załamującym się głosem.
     - Ja nie chcę, melda nín- wyszeptała.
     - A myślisz, że mi rozłąka się uśmiecha, ghivashel? - spytał cicho. - Ale musisz ratować naszego braciszka. Erebor nie zając, nie ucieknie.. - Złapał ją za podbródek i zmusił do spojrzenia w twarz.          Wytarł łzy jej policzków, a ona z jego.
     - Spiesz się teraz, lecz zanim odejdziesz, obiecaj mi tylko jedno - powiedział. - Obiecaj, że wrócisz do mnie.
     - To pewniejsze niż to, że jutro wstanie dzień.
     W jego oczach jaśniej zapłonął ogień tej cudownej miłości, jaką ją darzył. Pocałował Sybil namiętnie, a ona odwzajemniła pocałunek z radością.
     „Zatrzymajcie czas, Valarowie”.
     Lecz Valarowie nie dalej niż przed chwilą udowodnili, że nie mieli na względzie jej modłów.
     - Gołąbeczki, z nim znowu jest gorzej! - usłyszała przestraszonego Bofura.
     Sybil i Fili oderwali się od siebie. Zobaczyła, że Dorian jest cały zlany potem i szamoce się, jakby walczyłz czymś niewidzialnym. Oin i Bofur pomogli jej przenieść oraz włożyć go do łódki. Było z nim naprawdę źle i liczyła się każda sekunda. Sybil nie miała wątpliwości - potrzebna była pomoc elfów.
     W pośpiechu pożegnała się z Bofurem oraz Oinem, gorąco podziękowała temu ostatniemu. Gdy podeszła do Kiliego, musnęła jego warkoczyk i powiedziała:
     - Powodzenia z Thorinem, bracie.
     - Postawię go przed faktem dokonanym - stwierdził stanowczo. - Niech mnie nawet wydziedziczy, nie zmienię zdania.
     Westchnęła na upór i tragiczny wręcz wybór serca kochanego Kiliego. Uściskała go tylko, a gdy obok zjawił się Fili, jednocześnie z nim wyszeptała:
     - Kocham Cię.
     Kiedy odbijała od brzegu, krzyknęła:
     - Do zobaczenia! Przybędziemy z wojskami Thranduila!
     Gdy odpływała, nie spuszczała wzroku ze swego narzeczonego, stojącego nieruchomo nad skrajem wody. Chciała oddać się ogarniającej ją rozpaczy, ale nie mogła. Dorian był
w stanie krytycznym. Wiercił się i mamrotał. Kiedy znaleźli się w okolicach ciała Smauga, zaczął płakać, jakby błagać o litość, co i ją doprowadziło do istnego potopu łez. Potem ucichł. Przestraszyła się, że znów go traciła, ale on odezwał się, tym razem zaskakująco wyraźnie:
     - Potrzebuję… potrzebuję Sigrid.
     Przestała wiosłować.
     - Co proszę?
     - Potrzebuję Sigrid.
     Bolało. To chyba było ukłucie zazdrości. Lecz w tej prośbie znalazła nową determinację, przez co szybko zbliżali się do osady. Niestety, opadła z sił wcześniej niż poprzednim razem.
     - Cholerny… mały… pasożyt - wysyczała, uparcie wiosłując.
     O tak, to najodpowiedniejszy moment, żeby dostała ataku nudności. Zacisnęła zęby
i płynęła dalej, mimo, że świat wirował.
     W porcie czekał sam Thranduil. W innej sytuacji bardzo by się zlękła, ale teraz nie miało znaczenia, co Pan Lasu wobec nich zamierzał. Łódka ugrzęzła na mieliźnie, a Sybil
w szaleńczym akcie desperacji chwyciła Doriana w ramiona, chociaż nie wiedziała później, jak to jej się udało. Wytoczyła się na ląd, niosąc go. Podeszła do Króla i ułożyła chłopca
u jego stóp, po czym padła na kolana ze słowami:
     - Hîr vuin, boe de nestad!
     Władca Mrocznej Puszczy pochylił się nad jej bratem.
     - A chéneg… - wyszeptał z troską i przejęciem. Dał znak jednemu ze strażników, a ten wziął Doriana na ręce.
     - Teraz tak łatwo się nie rozstaniemy, czyż nie?- Thranduil spytał retorycznie, patrząc na nią chłodno.
***
     Dwie pary małych, drobnych rączek plotły mu warkocze, podczas gdy on siedział na fotelu i odpoczywał. Ogień wesoło trzaskał w kominku, a Dis i Kora kręciły się nieopodal, nakrywając stół do wieczerzy.
     - Pamiętacie, czego nauczyłem was wczoraj? - spytał dzieci, siedzące na skraju oparcia.
     - Tak! - odpowiedziały chórem.
     - Więc?

     - 
Men kemgugajum menu! - wyrwała się Sybil. Wymówiła to doskonale, znakomicie akcentując. Imponujące, gdyż miała dopiero dziesięć lat, a żadnych problemów z trudnym językiem krasnoludzkim.
     - Bardzo, bardzo dobrze, Sybbie - pochwalił. - Dorianie?
     - Men kem…guga…jum me…nu - malec sylabizował z trudem.
     - Tobie też idzie coraz lepiej - powiedział, i w istocie nie skłamał. - Dzisiaj nauczycie się mówić:
men lananubukhs menu.
     -
Men lananubukhs menu - dziewczynka powtórzyła od razu.
     - Brawo! - Thorin był pod wrażeniem, co prawdopodobnie było słuchać w jego głosie, bo Sybil z nieuwagi pociągnęła go za włosy, zapewne przez ekscytację. Syknął, a ona od razu szepnęła ze skruchą:

     - Men gajmu.
     Zaśmiał się i pokręcił głową. Sybbie była niemożliwa. Dorian chyba stał się zazdrosny, bo z niekrytą złością wycedził:
     -
Men la..na..nub..ukhs menu!
     - Naprawdę świetnie, chłopcze - stwierdził. Nie chciał go zniechęcać. Dla takiego malucha Khuzdulski to musiał być istny łamacz językowy.
     -
Men lananubukhs menu? - zaciekawiona Kora podeszła do nich. - Co to znaczy?
     Uznał, że nie powstrzyma się ten jeden, jedyny raz. Utonął w jej ciemnobrązowych oczach i wyszeptał:
     - Kocham cię.

     Poczuł na sobie ostre spojrzenie siostry. Miał ochotę odtrącić je ręką. Dis wcale nie była taka święta. Niech sobie nie myśli, że nie zauważył, w jaki sposób patrzyła na Brandona.
     Kora uśmiechnęła się tylko, w ten swój charakterystyczny, ciepły sposób, co mogło znaczyć dosłownie wszystko. Bez słowa odeszła, by pomóc Dis w podaniu kolacji. W następnej chwili Bran niemal wtoczył się do pokoju i padł na krzesło, wyzuty z sił.
     - Co. Za. Dzień - wyjąkał. Dis podała mu kubek z wodą, a on wziął go z uśmiechem pełnym wdzięczności i pił łapczywie. Thorin zachichotał. Klienci dali im dzisiaj do wiwatu. Tak bardzo, że nawet on, a przecież krasnolud, niemało się zmęczył.    
     Dzieci natychmiast zapomniały o czesaniu jego włosów i zeskoczyły z oparcia fotela, by uściskać ojca. Obskakiwały go, krzyczały z radości i niemal wchodziły mu na głowę. Przyjaciel znosił to wszystko cierpliwie, chociaż po dłuższym czasie wyraźnie się zirytował.

     - Powiedzcie mi, moje szkraby - użył swojego groźno-władczo-żądającego tonu, żeby je uspokoić. - Czego się dzisiaj nauczyliście?
     - Men lananubukhs menu! - powiedziała  Sybil od razu.
     - Pięknie to powiedziałaś - pochwalił ją Bran, pękając z dumy. - Cokolwiek znaczy.
     - To oznacza kocham cię - wyjaśniła Dis, lecz to nie do końca brzmiało jak wyjaśnienie.
     Brandon przyglądał się jego siostrze uważnie. Kora patrzyła to na swojego męża, to na przyjaciółkę. Napięcie zaczęło rosnąć, ale na szczęście wkroczyli Fili i Kili ze… skrzypcami w rękach.
     - Chłopcy! - wykrzyknął Thorin. - Skąd wy wytrzasnęliście skrzypce? Myślałem, że swoje zostawiliście w Ered Luin!   
     - Zgadza się, wujku - odpowiedział Fili. - A te tutaj wymagały niemało zachodu… ale nie, nie wpadliśmy w żadne tarapaty! - dodał szybko, widząc zapewne jego minę.
     - To dlatego nie było was tak długo. - Dis rzuciła im spojrzenie pełne wyrzutu. - A już zaczynałam się martwić!
     - Ależ mamo! - zaśmiał się Kili. - Cóż mogłoby się nam stać? 
   
     Chwycili za instrumenty, po czym uderzyli w wesołą, skoczną melodię, od której nogi same aż rwały się do tańca. Kilka członków Kompanii zaczęło już nawet pląsać wokół ogniska. Nagle Thorin przeniósł się z domu Brandona i Kory gdzieś w las, w którym nocowali w trakcie podróży.
     - Chłopcy, czy wy postradaliście rozum?! - Balin spojrzał na nich w sposób, jaki patrzył, gdy byli jeszcze mali i nie wiedzieli, co jest dobre, a co złe, a stary krasnolud miał nieszczęście zostać wyznaczonym do nauczenia ich dostrzegania różnicy (jako najbliższy przyjaciel rodziny, najbardziej zaufany Królewski Doradca oraz jako krasnolud uważany za jednego z najmądrzejszych wśród chodzących po ziemi - a tutaj miał niewielką konkurencję, prawdę powiedziawszy). Cóż, widząc niegasnącą chęć chłopców do demonicznych żartów i, delikatnie rzecz ujmując, spontanicznych oraz niemądrych wybryków, synowi Fundina odrobinę się nie powiodło.
     - Znam tę minę, Balinie - powiedział Fili, nie przestając grać. - Co tym razem robimy źle? - jego ton sugerował, że doskonale znał odpowiedź.
     - Jesteśmy w samym środku głuszy, a orkowie są blisko. Tymczasem wy zaczynacie dawać koncert, jak gdyby nigdy nic! Już chyba nie ma lepszego sposobu na szybkie odkrycie! - napomniał ich siwy krasnolud. - Choć raz zachowajcie się odpowiedzialnie
i odłóżcie skrzypce...

     - To po co w takim razie dźwigamy je przez całą drogę? - spytał Kili, uparcie ciągnąc razem z bratem duet tak zgrany, jak mogą być tylko oni sami.

     - Błagam was, przestańcie! - krzyknął Balin bezradnie.
     Jego późniejsze próby powstrzymania chłopców były tak zabawne, że Thorin, mimo rozsądnych argumentów Balina za rozkazaniem zaprzestania tej farsy, przyglądał się wszystkiemu ze śmiechem, tak jak reszta jego ludzi. Potem słyszał śmiech ich wszystkich, całej Kompanii, zawsze połączony w jeden śmiech Filiego i Kiliego, dziecięce śmiechy Doriana i Sybil, zaraźliwy śmiech Brandona, ciepły śmiech Kory i takiż Bilba, a potem perlisty śmiech Dis.
     - A teraz posłuchaj mnie uważnie, bracie, i zapamiętaj to sobie raz na zawsze. - Jej twarz przybrała najpoważniejszy wyraz. - Jeżeli moim najukochańszym synom, których cenię i miłuję bardziej od wszystkich bogactw Ereboru, Morii czy przeklętego Arcyklejnotu, spadnie z głowy choćby jeden włos... to przysięgam, odpowiesz mi za to... a nie cofnę się przed niczym, jeżeli coś się im stanie przez twoje szaleństwo.
     Thorin otworzył oczy gwałtownie. Powoli zaczął uspokajać dziwnie przyśpieszony
i urwany oddech. Na karku poczuł nieprzyjemnie zimny pot, a skronie pulsowały z bólu. Był pewny ujrzeć blask ognia, może gwiazdy lub księżyc i usłyszeć glosy swoich ludzi, lecz zobaczył jedynie nieprzeniknioną ciemność, a otaczała go wręcz krępująca cisza. Chciał znów poczuć twardość ziemi i chłód nocy, lecz dotarło do niego, że leżał w miękkim łożu, oraz, że czuł specyficzny swąd dymu z niedawno wypalonej pochodni, różniący się od zapachu ogniska. Usiadł, po czym ból się nasilił i zaczął promieniować od skroni, niedorzecznie dobrze przypominając ból po uderzeniu jakimś tępym narzędziem. Starał się głębiej oddychać i zapomnieć o bólu. Poczuł suchość w ustach, a jego ręce się trzęsły. Rozejrzał się po komnacie rozczarowanym wzrokiem. Miał nadzieję znów ujrzeć wszystkich swoich ludzi, jeszcze w podroży do Góry, albo znów zobaczyć wnętrze domu

i krzątającą się razem z Dis Korę, Brandona z dziećmi  oraz... siostrzeńców?
     Chłopcy! Dopiero teraz zrozumiał, że nie było ich ani przy nim, ani przy Dis, ani
w... Ereborze.
 Ale dlaczego? Wytężył umysł. Powoli, z trudem wracały do niego wspomnienia, jakby przebudził się z o wiele, wiele dłuższego snu. Serce w nim zamarło.
     Fili i Kili zostali w Esgaroth, razem z Bofurem i Oinem….   
     A Esgaroth…
     Rozpadło się na drobne kawałeczki, to pamiętał.
     A jego siostrzeńcy, medyk i zabawkarz… nie wrócili.
     Okrutna prawda zalewała go sztormowymi falami, topiąc serce w przerażeniu, a duszę rozszarpując poczuciem winy.Szloch i wściekłość na samego siebie targnęły nim jednocześnie. To był stan podobny do tego, gdy dowiedział się o okrutnej śmieci Brandona i Kory. Ale teraz to jego wina. Zawiódł tych, którzy mu ufali, swoich ludzi - Oina i Bofura. Zawiódł tych, na których zależało mu najbardziej. Zawiódł tych, których kochał. Jego najdroższych chłopców, za których ojca się uważał, którym obiecał ochronę. I siostrę…
     - Dis, wybacz mi, och, wybacz mi - wyszeptał.
     Nawet jeżeli Dis zrozumie wybór swoich synów, by pozostać w Mieście na Jeziorze, nawet jeżeli zgodzi się z tym, że nikt nie przewidywał ataku smoka, to nigdy nie wybaczy mu jego ignorancji. To samo dotyczy rodzin Bofura i Oina. 
Minęło tyle dni… a on dopiero teraz o tym myśli? Co się z nim działo przez cały ten czas?
     Poczuł ogromną potrzebę, żeby zawołać Dwalina. On był jedynym krasnoludem na świecie, który bez wahania dałby mu w twarz. Thorin uważał jednak, że zasłużył sobie na dużo więcej. Wypierał się choroby złota przez dekady. A wystarczyło tak niewiele, by bogactwa zawładnęły nim do reszty. Był na siebie niewyobrażalnie zły. Jak zostanie Królem, skoro jest tak słaby? Wstał i zakręciło mu się w głowie. Słaby nawet fizycznie.
O tak, zasługiwał na to.
     Potrzebował noża. Okrył się hańbą, więc będzie żył z jej konsekwencjami. Co więcej, cały świat ujrzy jego hańbę. Tak być musi i tak będzie. Potrzebował tylko noża, by obciąć sobie włosy… Niestety, odkrył, że nie ma przy sobie żadnej broni. Musiał zatem zdjąć ją do snu. Zaczął rozbijać się po pokoju w poszukiwaniu miecza. Potknął się o coś
i spektakularnie runął na posadzkę. Jęknął i podniósł się na klęczki. Drżącymi palcami musnął warkoczyk Filiego, a potem piękny koralik, który jego dziedzic zrobił z okazji osiągnięcia pełnoletniości, w podzięce Thorinowi za opiekę i wszystko, co dla nich zrobił. Potem dotknął drugiego warkocza, zakończonego równie ślicznym koralikiem, wykonanym przez Kiliego, z tej samej okazji i w tym samym celu, co ten Filiego.
   
     Dopiero teraz w pełni dotarło do niego, jak bardzo miłował synów swej siostry.
     „Gdybym jeszcze dostał szansę, by wam to wyznać. Lecz na nią nie zasługuję. Poza tym, nie ma już nadziei”.
      Nadzieja umiera ostatnia - odezwał się wredny głosik w jego głowie. W pustce, w której niegdyś było jego serce, zapaliła się iskierka nadziei, jednakże słaba i chwiejna, niczym pojedynczy płomyk świecy wystawiony na przeciąg. Zdawał sobie sprawę, jak niewielkie szanse przeżycia mieli Fili i Kili. Ale tak małe prawdopodobieństwo jest lepsze niż żadne, czyż nie? Zrozumiał, że musiał się dowiedzieć, co się z nimi stało, nawet jeżeli miałby usłyszeć najgorszą prawdę. Powoli dźwignął się z klęczek. Rozejrzał się wokół bezradnie, zastanawiając, dokąd iść. Postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza. Bez problemu wyszedł ze swojej komnaty z czasów młodości i po ciemku sunął przez labirynt korytarzy
i przejść, które znał na pamięć. Nagle do jego uszu dotarły podniesione głosy, jakieś poruszenie. Przyspieszył kroku, ruszając w kierunku dźwięków. Zobaczył światło słoneczne padające na kamienne ściany. Wyszedł na zewnątrz, a jasność oślepiła go na moment. Gdy odzyskał ostrość widzenia, zauważył, że jego Kompania zgromadziła się wokół kogoś.
     Fili i Kili. Zamrugał z niedowierzaniem. Czy oni naprawdę tam stali? Czy to nie za proste? Może zaczynał widzieć to, co chciał? Całkiem możliwe, bo byli tam także Oin
i Bofur. Ale oni chyba… rzeczywiście tu byli!
Jeszcze nigdy, jak długo żył, a sto dziewięćdziesiąt pięć lat to jednak sporo, nie czuł takiej ulgi na czyjś widok, takiego szczęścia, radości. Z uśmiechem poklepał Bofura i Oina po ramieniu, a później bez zbędnych ceregieli, podbiegł do siostrzeńców i nic nie mówiąc, przytulił ich mocno. Oni na początku zastygli w bezruchu, lecz po niedługim czasie odwzajemnili uścisk.
     - Przepraszam - wychrypiał. - Ja o was… zapomniałem. To wszystko przez chorobę złota, ale ona minęła, gdy tylko zdałem sobie sprawę, że was tu nie ma… tak bardzo się bałem…
     - Już dobrze, wuju - przerwał Fili. - Jesteśmy cali i zdrowi, wszystko w porządku.
     Później długo trwali w objęciach, gdy w końcu  Kili powiedział:
     - Wujku…? Może nas w końcu puścisz?
     „Nie”.
     Nie chciał tego robić. Nie chciał już nigdy spuszczać ich z oczu. Pragnął być pewny, że już nigdy ich nie straci. Mimo to, posłuchał tej prośby. Odsunął się od nich, próbując dyskretnie wytrzeć ślady łez, które mimowolnie spłynęły mu po policzkach. Gdy znów podniósł na nich wzrok, zrozumiał, że mu się nie udało, gdyż ujrzał szok na ich twarzach.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by zauważył, że obydwaj mieli nowe warkoczyki. Obudziły się w nim złe przeczucia. Podszedł to Filiego i wskazał na jego…
     - Co to dokładnie jest? - spytał.
     - Nazywa się kłos - wyjaśnił blondyn.
     - Ładny. Kto? - przeszył go wzrokiem.
     - Sybil - odparł śmiało, nie uginając się pod jego spojrzeniem.
     Cóż, to było dosyć… niespodziewane. I głupie. Okropnie głupie.
     - Fili, czyś ty zwariował?! - syknął. - Przecież Sybil to tylko człowiek. Człowiek! Nie dość, że zestarzeje się, zanim się obejrzysz, to jeszcze nie będzie akceptowana!
     - Ona nie jest tylko człowiekiem! - zaprzeczył gwałtownie.
     Jego ton, wyraz twarzy, i w ogóle wszystko, nie wróżyło dobrze.   
     - Ty naprawdę…
     - Tak, wybrałem ją - wyznał jego starszy siostrzeniec.
     „Aulë, ty grasz w grę „ile zniesie Throin Dębowa Tarcza”!”
     Thorin zamknął oczy, bezgłośnie modląc się o panowanie nad sobą.
     - Sybil? Jak ją spotkałeś? - rzucił pytanie na mniej drażliwy temat.
     - Kiedy nadszedł smok, ona i Dorian, ni stąd ni zowąd, pojawili się w domu Barda, który jako jedyny nie odmówił nam pomocy - powiedział Fili. - Sybil pomogła nam wyjść z pożaru,
a Dorian uratował Sigrid i niemal przypłacił to życiem.
     No tak. Jeżeli przychodzi do czegoś niesamowitego, Dorian i Sybil zawsze mają w tym udział.
     - Dlaczego więc nie ma ich z nami? - Zmarszczył brwi. 
     - Dorian stracił przytomność, a nawet puls, niecałe sto jardów od brzegu - wyjaśnił Oin. - Myślałem, że wyzdrowiał, jednak myliłem się. Śmiem przypuszczać, że jego dolegliwość to nie choroba ciała.
     Thorin zdziwił się na te słowa. Zaczynał dostrzegać, jak wiele go ominęło.
     - Z tego powodu Sybil zabrała go z powrotem do chat - powiedział Bofur.
     Rzucił zabawkarzowi pytające spojrzenie.
     - Ludzie, którzy ocaleli wybudowali schronienia na nadchodzącą zimę.
     Thorinowi na usta cisnęło się coraz więcej pytań. Większość z nich zostawił na później, by poznać odpowiedź na najważniejsze. Podszedł do Kiliego.
     - Ciebie aż boję się pytać.
     - Chyba masz powody - odparł tamten. - Wybrałem Tauriel.
     Omal nie wykrzyknął na cały głos „CO?!”, albo nie parsknął szaleńczym śmiechem, albo nie poprosił by ktoś go uszczypnął, albo...
     Nie, na pewno się przesłyszał. Kili chyba nie powiedział właśnie, że wybrał tę, akurat tę, elfkę?
     - Powtórz to.
     Kili był trochę zmieszany, ale nie na długo. Stanowczo stwierdził:
     - Wybrałem Tauriel.
     „Mahal mnie nienawidzi”.
     Tak, to było jedyne możliwe wytłumaczenie.
     Teraz mało brakło, by uderzył Kiliego. Wybór Filiego to już było za wiele, a to
     - Dlaczego ja zawsze byłem pewny, że wszystkie głupoty, które do tej pory zrobiliście to nic?! Ja po prostu wiedziałem, że kiedyś przejdziecie samych siebie! Dlaczego akurat
w tym
się nie myliłem?!
     Nie mięli nawet na tyle przyzwoitości, by wyglądać na zawstydzonych. O nie. Byli nadzwyczajnie pewni swego. To będzie trudna rozmowa...
     - Tego już nie zmienisz! - wykrzyknął młodszy z siostrzeńców. - Rytuał się odbył!
Thorin poczuł coś na kształt ciosu w twarz. Gapił się na Kiliego z czystym niedowierzaniem, a szok pogłębiał się z każdą sekundą, w której zdawał sobie sprawę, że młodzieniec sobie nie kpił.
     - Błagam cię, Kili - jęknął. - Powiedz mi, że żartujesz!
     Ciemnowłosy krasnolud pokręcił głową.
     „Eru, Ainurowie, Valarowie i Valiery, Majarowie i wszystkie dobre siły tego świata! Czy chociaż raz mógłbym liczyć na przychylność?”
     - Fili... - zwrócił się do blondyna. - Ty nie wplątałeś się w coś takiego, prawda?
     Ależ oczywiście. Mina jego dziedzica mówiła wszystko.
     „Jeszcze jeden cios, Mahal, no śmiało!”
   
     - Rytuał odbył się i u mnie - potwierdził Fili. - Ja i Sybil jesteśmy nawet zaręczeni - wskazał na palec, na którym brakowało pierścienia Dis.

     - CO?! FILI… - z furii aż odebrało mu mowę. - Czy ty zdajesz sobie sprawę, co narobiłeś?! Nie wycofasz się już z tego! Czy nie pomyślałeś, ach, na pewno nie pomyślałeś, że wasz związek nie ma przyszłości?! A co z dziedzicami? Czy nie wyraziłem się jasno, że od ciebie i od twojego brata będą oczekiwani potomkowie?! Teraz na pewno ich nie zapewnicie!
     - Ty nie jesteś jeszcze taki stary, wuju - odparł Fili chłodno, niewzruszony jego wybuchem złości. - Poza tym, z mojej strony nie masz się czego obawiać. Jestem pewny, że ja i Sybil może mieć dzieci.
     - Fili, czy ty nie odrobiłeś lekcji? - syknął. - Nasze rasy są z innych ojców!
     - Wiem o tym dobrze.
     - Więc skąd ta pewność? Doskonale zdajesz sobie sprawę, że nie można pozwolić, by linia Durina wygasła.
     - I nie wygaśnie - powiedział tylko. Thorin powstrzymał się od dalszego zadawania pytań. Od Filiego bił iście krasnoludzki upór. Za to Kili miał nietęgą minę, gdy przyszło do tego tematu.
     - Twojego niedorzecznego wyboru nigdy nie zrozumiem - westchnął z irytacją.
     - Bo niby skąd?! - W oczach Kiliego zapłonęły iskierki wściekłości. - Jak możesz nas rozumieć, jak możesz osądzać, skoro nigdy nikogo nie miałeś?!
     Granica została właśnie przekroczona.
     - JAK ŚMIESZ TAK MÓWIĆ?! - Thorin ryknął. - Całe swoje życie poświeciłem naszemu królestwu! Okaż temu szacunek! Pierwszą rzeczą, którą musi rozbic władca jest porzucenie prywaty! Jeszcze sie o tym boleśnie przekonacie! Obaj!
     Po
została część ,,wykładu" przerwana przez pojedynczy okrzyk radości.
     - Kamień spadł mi z serca! Wy żyjecie! - Bilbo uściskał nowo przybyłych.
     Dziwne. Thorin nie zauważył wcześniejszej nieobecności Hobbita. Z zaskoczeniem zauważył piękną kolczugę z mithrilu, którą Włamywacz miał na sobie. Potem nagle przypomniał sobie, że dał mu ją w prezencie. Ten gest znaczył bardzo wiele, a on zrobił to będąc pod wpływem choroby złota. Pragnął uczynić Hobbita cennym niemal jak Arcyklejnot... Ogarnęło go zażenowanie na myśl o tamtych żądzach. Trudno mu było spojrzeć Niziołkowi w twarz przez te wspomnienia...
     Bilbo przyglądał się wszystkim uważnie tymi swoimi mądrymi oczami, a po dłuższym czasie powiedział:
     - W końcu się udało! Obudzić was z choroby złota… Ja próbowałem, lecz moje starania odbiły się bez echa, ale wasze przybycie nareszcie ich ocuciło! To trwało długo, zbyt długo…
     - Istotnie, panie Bagginsie - wtrącił Nori, trochę mrocznym tonem.
     - Zastanawia mnie tylko - ciągnął dalej Hobbit. - Gdzież w się podziewaliście?
     - Och, musieliśmy dojść do siebie po wszystkim, co się wydarzyło, a to zajęło niemało czasu - odparł Kili z uśmiechem. - Prawdę powiedziawszy, to wcale nam się tak tutaj nie spieszyło, ale Thranduil nadszedł ze swoimi wojskami…
     - Co?! - wykrztusił Thorin.
     - Jeden z naszych przyjaciół, elf imieniem Súrion, powiedział nam, że Thranduil ma zamiar oblegać Samotną Górę - rzekł Fili.
     Thorin omal nie zaczął żałować, że się obudził. Spojrzał w dal i ujrzał kruki zataczające kręgi na szarym niebie. Zwiastuny wojny.
      - Co za tupet! - mruknął pod nosem.
      Po tym wszystkim, co się wydarzyło, po tych wszystkich krzywdach, Pan Lasu śmie żądać udziału w skarbie.      
     „Po moim trupie”.
      W tamtej chwili Thorin przysiągł sobie, że Thranduil nie dostanie od niego nic, nawet jednej złamanej monety.
____________________________

Zapomniałam ostrzec - każdy kolejny rozdział będzie długi, bardzo.

Sindarin:

Hîr vuin - my lord - mój panie
- Melda - beloved -
ukochany/ukochana
- nín - my -
mój/moja
- Boe i 'waen - I have to go - muszę iść

- Galu - goodbye/good luck -
do widzenia/powodzenia
- Na lû e-govaned vîn - until next we meet -
do następnego spotkania

Kuzdul:

- Men kemgugajum menu. - You are excused. -
jesteś usprawiedliwiony/a.

- Ghivashel - beloved, treasure of all treasures - ukochany/a, skarb nad skarbami
- Men lananubukhs menu - chyba nie trzeba tłumaczyć... 



Ten rytuał to nie ja wymyśliłam, ja tylko wymyśliłam to, że jest starożytny i znany krasnoludom, jak i elfom. Pomysł został zaczerpnięty z fanfikcji, do której link uczciwie umieszczam.

Szczególnie podziękowania dla Kamili, która uratowała przebudzenie Thorina od totalnej katastrofy. Ale i tak nie jestem zadowolona z całokształtu. Tak, kryzysik.


Manwë - najwyższy z Valarów, pan Ardy.

Ilúvatar/Eru - Jedyny, Bóg bogów, władca wszechrzeczy.
Nienna - jedna z Valier, pani smutku.
Ainurowie - istoty duchowe stworzone z myśli Eru
Majarowie - dobre duchy, podległe i pomagające Valarom 

Serio ciekawa ciekawostka - zarówno Gandalf, jak i Sauron, byli Majarami, z tą różnicą, że Gandalf (w Valinorze znany pod imieniem Olórin) jako uczeń Nienny pozostał dobry, a Sauron (pierwotnie sługa Aulëgo) stał się tym "zeźlonym" Majarem, czyli inaczej Balrogiem. 

Czaicie to?!
Mi szczęka opadła, jak się dowiedziałam. Ale przynajmniej wreszcie dostałam odpowiedź na wielce frapujące mnie pytanie - jak Gandalf mógł walczyć z Sauronem w Dol Guldur czy Balrogiem z Morii, skoro oni byli tacy potężni, a Mithradnir był "tylko" czarodziejem?
Proste - byli równi rangą, byli Majarami.