Pokazywanie postów oznaczonych etykietą family feels. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą family feels. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

17 lat później...

Na wstępie powiem tylko jedno - tego się nie spodziewaliście.

_____________________________

     Jej serce biło jak szalone. Mocniej ścisnęła ukryty pod peleryną miecz.  
     - Bądź silna – wyszeptała sama do siebie, zaciskając powieki. Wspomnienie twarzy Doriana mignęło jej w pamięci. Po tylu latach myślenie o nim przyprawiało ją już jedynie
o żal, zarazem dając pewien rodzaj ukojenia w smutku. Owo uczucie było jedną z niewielu niezmiennych rzeczy w jej życiu.
– Bądź silna dla nich obu.
     Z tymi słowami wzięła głęboki oddech, po czym postawiła kaptur i niezauważenie opuściła pałacowe ogrody przez bramę zachodnią. Strażnicy byli tak dobrze przekupieni, że nawet nie złożyli ukłonu, kiedy ich mijała. W obecnej jakże wyjątkowej  sytuacji nie uraziło to jej dumy czy honoru ani trochę.
     Poza tym, to, co powszechnie postrzegano jako honor, utraciła już siedemnaście lat temu.
     Szybko potrzęsła głową, wyrywając się ze zgorzkniałych rozmyślań. Musiała skupić się tylko na zachowaniu czujności.
     Naokoło panowała zimna deszczowa noc, kiedy przemykała się ulicami Dali. Po dłuższej przechadzce przez kręte i ciemne zaułki znalazła się pod wysokim drewnianym domem. Na drżących nogach okrążyła budynek, by stanąć przed tylnym wejściem. 
     Pukając  do drzwi sierocińca, największym wysiłkiem woli powstrzymywała się przed ucieczką. Otaczające ją odgłosy ulewy, chłód oraz mrok nie uspokajały jej nerwów jak zwykle, a tylko potęgowały niepokój. Bardzo długie czekanie było torturą, ale w końcu drzwi otwarły się. Stała w nich  smukła kobieta o spracowanym acz ciepłym obliczu - właścicielka i główna opiekunka domu dla sierot wojennych - Alanie. To była dobra, poczciwa, godna zaufania osoba.
     - Witaj, Pani - powiedziała, kłaniając się. - Chłopak już czeka.
     Ona w odpowiedzi kiwnęła tylko głową i dała się zaprowadzić pod drzwi jakiegoś pokoju na poddaszu.
     - Tam będziecie mogli porozmawiać w spokoju - szepnęła Alanie, po czym odeszła, zostawiając ją sam na sam z jej największym sekretem.
     Czekała tyle lat na tę chwilę, a jednak bardzo się jej obawiała. Tyle miesięcy zbierania się na odwagę, tyle nieprzespanych nocy, w czasie których układała całe przemowy… Teraz to wszystko miało się ziścić.
     Zdecydowanie nie była na to gotowa. Mimo to drżącą ręka nacisnęła klamkę i szybko weszła do niewielkiego, oświetlonego chybotliwym blaskiem świec pomieszczenia. Jej wzrok padł na młodzieńca, który stał na drugim końcu pokoiku odwrócony tyłem do wejścia. Chłopak niemal od razu obrócił się na pięcie i spojrzał prosto na nią.
     Zaparło jej dech w piersiach.
     Wpatrywała  się w niego z zachwytem pełnym niedowierzania, ale nie odezwała się ani słowem, gdyż bycie blisko tego chłopaka jak nigdy wcześniej odebrało jej mowę.
     „Synu,  jesteś taki… wspaniały” - pomyślała, lecz nadal milczała.  
     On był nie mniej zdziwiony. Znieruchomiał i patrzył na nią bez mrugnięcia okiem, zszokowany. 
Z pewnością zastanawiał się, dlaczego sama córka Barda Łucznika zażądała z nim rozmowy na osobności.
     - Pani - wykrztusił, skłoniwszy się nisko. - To dla mnie zaszczyt.
     „Nawet głos masz ten sam”.
     Zdawało jej się, że widzi przed sobą zmartwychwstałego Doriana. Chłopak był tak samo dobrze zbudowany, lecz średniego wzrostu, może dwa czy trzy cale wyższy od Doriana. Miał dokładnie tak samo przystojną twarz… Jasnobrązowe falowane włosy sięgające ramion, delikatny zarost, wyraźne kości policzkowe i idealne brwi. Te same pełne usta. Identyczne, wysokie czoło. Gdyby nie wiedziała, kim ten chłopak jest, już dawno rzuciłaby mu się na szyję z okrzykiem „Dorian, ty żyjesz, żyjesz!” i zasypała pocałunkami. 
A przynajmniej pomyliłaby młodzieńca z Dorianem przed zajrzeniem w jego oczy.

     Ten młody człowiek miał intensywnie niebieskie tęczówki, takie jak u Sigrid, jednakże błyskała w nim ta iskra inteligencji, której chłopak na pewno nie odziedziczył po niej.
     - Pani? - spytał niepewnie, wyrywając ją z zamyślenia.
     Błyskawicznie się opanowała i rzekła:
     - Witaj, Findanie. Zanim przejdę do celu naszego spotkania, musisz zagwarantować, że moja wizyta pozostanie tajemnicą.
     Nic nie odpowiedział przez moment, przyglądając jej się uważnie.
     - Masz moje słowo, pani. Słowo honoru - zapewnił z ręką na sercu.
     Kiwnęła głową, po czym wzięła głęboki oddech i wyjęła miecz.
     - To należy do ciebie.
     Z tymi słowami podała mu broń. Findan przez długi czas zerkał to na klingę, to na nią, znów na klingę, kolejny raz na nią. Pewnie myślał, że Sigrid żartuje. Księżna Dali potaknęła głową zachęcająco, a chłopak ujął miecz w dłonie delikatnie i przyjrzał się mu bliżej, marszcząc brwi. 
     - Dziwne… - mruknął. - Elficka pochwa…
    Szybkim ruchem wyjął oręż.
     - … krasnoludzki miecz - wydyszał, nie mogąc złapać tchu z zachwytu.
     Sigrid uśmiechnęła się pod nosem. W sąsiedztwie Samotnej Góry, a co za tym idzie, powszechnym dobrobycie, środki znajdywały się nawet na kształcenie sierot. Jednak
w przypadku stojącej przed nią „sieroty” było inaczej.  Sigrid sama zadbała o jego edukację. Przekazała Alanie niemałe pieniądze na ten cel. Zażądała, że chłopak ma umieć czytać, pisać, liczyć, znać obyczaje. Dodatkowo miał kształcić się w minimum jednej dziedzinie, którą sam sobie wybierze. Najwyraźniej była to znajomość broni
i posługiwania się nią.
     - Jest niezwykły, tak jak jego historia. - Zaczęła swoją opowieść. - Został wykuty przez Thorina II Dębową Tarczę dwadzieścia pięć lat temu, w podarunku dla twojego dziada Brandona. Później trafił do twego ojca Doriana.
     Findan wyraźnie nie wierzył w to, co słyszy.
     - Ale… - zająknął się, wytrzeszczywszy oczy. - Jesteś pewna, pani? Thorin Dębowa Tarcza?
     Księżna Dali uśmiechnęła się z przekąsem.
     - Nie mów mi „pani” - rzekła. – Zwracaj się do mnie Sigrid.
     To zdumiało go jeszcze bardziej.    
     - Kim tak naprawdę jesteś, Sigrid? – spytał, marszcząc brwi.

     „Twoją matką” - pomyślała ze smutkiem. Tak bardzo chciała go teraz przytulić
i powiedzieć mu, że to nie jest tak, że go nie kocha. Findana miłowała najmocniej ze wszystkich swoich dzieci, bardziej od tych, które czekały na nią w pałacu. To nie było tak, że o nim zapomniała. Często wybierała się na długi spacer po mieście z najbardziej zaufanymi służącymi i „przypadkiem” zawsze przechodzili koło sierocińca. Patrzyła wtedy, jak jej syn bawi się z innymi dziećmi, a jej serce krzyczało. To nie było tak, że go porzuciła. Kiedy Bard dowiedział się, że jego córka jest w ciąży  z zaginionym chłopakiem, zapłonął strasznym gniewem. Do dziś klnie pod nosem Doriana syna Brandona, który najpierw uratował Sigrid z płomieni, a potem zhańbił. Bard nie zgodził się na wychowanie bękarta. To był
w jego oczach zbyt wielki dyshonor dla rodziny. Pozwolił jej urodzić to dziecko, ale natychmiastowo po porodzie rozkazał oddać do sierocińca. Sigrid wybrała ten dla sierot wojennych, skoro chłopiec stracił jedno z rodziców w skutek bitwy. Tak bardzo płakała, kiedy kładła pod drzwiami koszyk z imieniem swojego synka napisanym na kartce. Findan, co znaczy Jaśniejący. Od tamtej pory cień padł między nią a ojca. Nigdy nie myślała o tej ciąży jak o hańbie. Nie… tamta noc była warta wszystkiego. Mimo ostrzeżeń Barda, na jakie niebezpieczeństwo narażała siebie i bliskich, Sigrid zawsze pozostawała blisko swojego pierworodnego, choć cały czas w ukryciu.       
     - Znałaś mojego ojca? - Zapytał znowu, zanim zdążyła odpowiedzieć na poprzednie pytanie. - Albo moją matkę? 
     Córka Barda Łucznika pokiwała głową, biorąc głęboki oddech.
     - Poznałam Doriana, jak również jego siostrę Sybil – odparła, po czym opowiedziała Findanowi historię życia dzieci Brandona i Kory, którą Dorian przekazał jej tamtej nocy. 
     Kiedy skończyła, chłopak patrzył na nią z błyskiem zrozumienia w oku.
     - Byłaś jego… przyjaciółką? - Kąciki ust Findana uniosły się niemal niezauważalnie.
     - Można tak powiedzieć – odpowiedziała ostrożnie. - To on podarował mi miecz, zanim… - głos uwiązł jej w gardle.
     - Nie płacz - mówił wtedy. - Jesteś silna.
     - Zanim? - Findan wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.
     Boleśnie przełknęła ślinę, po czym westchnęła drżąco.
     - Odszedł w poszukiwaniu siostry, by już nigdy nie powrócić – powiedziała, siląc się na jak najbardziej obojętny ton.
     Młodzieniec przygryzł wargę i spuścił głowę.
     - Nie wiadomo, co się z nim stało? – zapytał cicho. Słychać było wyraźnie, że starał się zamaskować maleńką nutę nadziei ukrytą w tym pytaniu.  
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie. Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę  – słowa Doriana przebrzmiały w jej myślach.
     - Niestety - rzekła smutno.
     Findan wyprostował się i spojrzał jej w oczy z żalem. Widać było, że jego nadzieje spłonęły.
     Wspomnienia powróciły do Sigrid z całą mocą.
     Płomienie. To wszystko stało się przez smoczy ogień. Smaug zaatakował Miasto na Jeziorze, a ich dom ogarnął pożar. Została otoczona przez ogień i dym. Tak bardzo się bała, że zaraz zginie, więc krzyczała o pomoc, która nadeszła w ostatniej chwili.
     Zobaczyła go, kiedy wyłaniał się z płomieni. Nadawały mu one niesamowitego wyglądu.
     Jego oczy stały się bezdenną otchłanią czerni. Jego twarz iluminowała
z zachwycającymi świetlnymi refleksami. Jego skóra zdawała się płonąć, a jego włosy powiewały delikatnie.

     Emanował potęgą i gniewem. Był siłą. Mocą. Ogniem.
     Podszedł prosto do niej i bez słowa delikatnie ujął ją w ramiona, po czym wyniósł
z pożaru.

     Nie mogła być bardziej oczarowana.
     Za ratunek odwdzięczyła mu się dopiero, gdy się nim zaopiekowała. Chęć pomocy wykorzystała za pretekst, by poznać bliżej tego tajemniczego nieznajomego. 
     W krótkim czasie pojęła, że młodzieńca pokroju Doriana nie spotka już więcej. Syn Brandona zauroczył ją jak nikt wcześniej, niemal zapanował nad nią, nad jej myślami oraz pragnieniami. Ukrywała się jednak ze swym uczuciem, bo nie wiedziała, czy Dorian je odwzajemniał.
     Do tej pory Sigrid wmawiała sobie, że tak było. Że Findan został poczęty z miłości. Że tamta noc to nie był tylko impuls. Że to było coś więcej niż gorąca młodzieńcza krew. Paradoksalnie, ona i jej mąż doczekali się trójki dzieci po wielu trudach, podczas gdy jej nieplanowany potomek zjawił się na świecie z taką łatwością.
     O ironio, ty najwybitniejszy reżyserze życia o zabarwieniu jak zawsze komediowo-dramatycznym.
     - Findanie - powiedziała, wyrywając się z zamyślenia po raz kolejny. - Oddaję ci ten miecz, ponieważ życzeniem Thorina było, aby był on przekazywany w waszej rodzinie
z ojca na syna.

     Chłopak przyjrzał się przedmiotowi z uwagą.
     - Co mój ojciec o nim powiedział… zanim odszedł?
     Zastanowiła się przez chwilę, a potem powtórzyła słowa Doriana:
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez. 
     Młodzieniec uniósł klingę na wysokość oczu.
     - Miecz… łez - szepnął, patrząc na ostrze z podziwem.
     Po chwili zapanowała krępująca cisza
     - Findanie… - księżna Dali zaczęła niepewnie. - Za kilka dni wejdziesz w wiek dorosły
i będziesz musiał opuścić sierociniec… jeżeli mogłabym ci jakoś pomóc…

     Findan potrząsnął głową.
     - Czuję się zaszczycony, Sigrid – odparł. – Ale nie ma takiej potrzeby. Jeden z kowali chce mnie wynająć do pomocy w kuźni. Kto wie, może pewnego dnia sam nim zostanę…
     Uśmiechnęła się szeroko i ciepło, przepełniona dumą. Jej syn był taki wspaniały,
a ponadto wiedział, jak sobie w życiu poradzić.

     - Czas na mnie - o mało co wtrąciła słowo „synu”. - Życzę ci szczęścia w dorosłym życiu.
     - Dziękuję. – Chłopak skłonił się nisko.
     Kiedy wracała do pałacu, myślała tylko o tym, że Findan, mogłaby przysiąc, mruknął wtedy „mamo”. 
***
     Dis umarła szczęśliwa, jakkolwiek absurdalnie mogło to zabrzmieć.
     Jeśli rzec, że przecież straciła wszystko i nie miała jak zaznać szczęścia, w istocie byłoby to prawdą. Przynajmniej na początku.
     Kiedy powróciła do Samotnej Góry, nie potrafiła patrzeć na wspaniałości Eroboru
z niczym innym niż odrazą. Żadne z tych pysznych oraz świetnych skarbów nie potrafiło przywrócić do żywych jej ukochanych synów i ostatniego brata.

     Nie było bogactw, które uznałaby za warte poświęcenia życia. Nawet Arcykamień nie był godzien takiej ofiary.
     Królewski Klejnot darzyła szczególną pogardą. Zawsze patrzyła zabójczym wzrokiem na miejsce, gdzie niegdyś jaśniał nad królewskim tronem. Na szczęście Dáin także odnosił się z dystansem do Serca Góry, jak również do całych bogactw Ereboru. Jej krewniak dobrze sprawował się jako władca Ereboru. Prawda, potrzebował poparcia i pomocy Dis, lecz ona udzielała mu ich chętnie. Przywrócenie świetności Ereborowi wyznaczyła sobie za nowy cel w życiu. Nosiła żałobę po straconej rodzinie, ale trzymała się dumnie. Musiała być silna dla swoich poddanych.
     Tylko w samotności, gdy stała nad grobami swoich synów i Thorina, dopadały ją chwile słabości. Wtedy zwykła modlić się do Mahal. Och, jak bardzo błagała Aulëgo, by choć raz ją wysłuchał, nawet jeśli jej prośba była niemożliwa do spełnienia.
     Jej Jedyny odszedł ze świata tak dawno temu i serce Dis już nigdy nie otworzy się
w ten sposób dla nikogo, a jednak Księżna Ereboru pragnęła syna. Tak gorąco pragnęła mieć jeszcze jednego syna.

     I Aulë wysłuchał ją.
     Ten chłopak pojawił się w jej życiu poprzedzony niemałą sensacją.
     Plotki w Samotnej Górze rozchodziły się tempem błyskawicy. Długo zanim go ujrzała już wiele o nim słyszała. Młodzieniec pojawił się u jednego z krasnoludzkich kowali
w Samotnej Górze. Był biedne odziany, a dzierżył wspaniały miecz. Nie dość, że chłopak chciał, aby na ostrzu wygrawerowano napis „Miecz Łez”, to jeszcze miał czelność twierdzić, że klinga została wykuta przez… Thorina II Dębową Tarczę.

     Za to ostanie został postawiony przed królewskim majestatem. 
     Dis nie mogła być w potężniejszym szoku, gdy stała po lewicy Dáina i patrzyła na młodzieńca, który był z wyglądu tak podobny do członków jej ukochanej ludzkiej rodziny
z Ettinor.

     Chłopak przedstawił się jako Findan syn Doriana i rzeczywiście był w posiadaniu miecza, który Thorin ofiarował Barndonowi.
     Słabość do tych ludzi chyba była we krwi wszystkich Dziedziców Durina. Dis zaprzyjaźniła się z Findanem od razu. Miała mu do opowiedzenia wiele historii z Ettinor,
a młodzieniec 
chłonął każdą nową informację o swoich przodkach. On w zamian wyjawił jej, jak skończyli jej ukochani ludzie z Ettinor.
      Musiała przyznać, mimo swej krasoludzkiej dumy i uporu, że płakała wtedy rzewnie, ale Findan również. Żal połączył ich jeszcze bardziej.
     Dis dostała upragnionego syna.
     Chłopak mieszkał w Dali przez dwa lata. Pracował jako uczeń kowala. Erebor odwiedzał regularnie oraz często i zawsze wtedy spotykał się z Dis. Jego bliskim przyjacielem został także młody krasnolud imieniem Huan. To razem z nim syn Doriana wyruszył w świat.
     Findan wysłał do Dis dwa listy w trakcie swoich podróży.
     Jego tułaczka trwała dziesięć lat.
     Dziesięć lat.
     A gdy Księżna Ereboru niemal straciła nadzieję na ujrzenie swego syna kiedykolwiek więcej, on tak po prostu zjawił się w Samotnej Górze.
     Po dziesięciu latach.
     Z kobietą trzymającą małą dziewczynkę na rękach u swego boku i ogromnym czarnym wilkiem podążającym tuż za nim.
     Bestia została nazwana Huan, na cześć poległego kompana Findana.
     Żona Findana była piękną Rohirrimką, a jego córeczka… wyglądała jak mała Sybil. Dis pokochała tę małą od pierwszego wejrzenia, a Edith mówiła do niej „babciu”.  
     W tamtym czasie Dis zaznała, co to szczęście, nawet jeśli nieraz ogarniał ją smutek. Nie potrafiła przestać wspominać Brandona, Kory i ich dzieci. Szczególnie, że Findan, po powrocie ze swoich podróży, wręczył Dis rysunki piętnastoletniego Doriana oraz siedemnastoletniej Sybil.  
     Dis żałowała, że już nigdy nie dowie się, czy portrety Thorina, Filiego, Kiliego i jej samej wykonane przez Brana wciąż wsiały w salonie, gdy ich dom w Ettinor płonął?
     Jednakże Dis wolała nie myśleć o płomieniach, bo wtedy napadał ją widok potęgi smoczego ognia, którą doświadczyła na własnej skórze. A były przecież przyjemniejsze rzeczy, nad którymi mogła się zastanawiać.
     Aulë ulepił krasnoludy z kamienia, mówiło się też, że on sam był twardszy i potężniejszy od każdej skały. Ale serce Mahal było gorące jak jego kuźnie.
     Dis zaznała w ciągu swojego życia zarówno okrucieństwa jak i dobra bogów. Jej żywot był kompletny. Umarła niedługo po przyjściu na świat drugiego dziecka Findana. Jej synowi urodził się syn. To był dobry moment, by odejść. Jej dusza opuściła Ardę w spokoju.
     Jednakże, w Salach Czekania Dis miała zamiar zrobić pierwszorzędną awanturę. Niech Throin drży przed jej gniewem spowodowanym tym, że poprowadził Filiego i Kiliego na śmierć.  
***
     Zakręciło mu się w głowie i niemal się przewrócił, potykając się o splątane korzenie. Przystanął na moment, by złapać oddech.  Uderzyła go martwa cisza, która napierała na niego ze wszystkich stron.
     Findan zmarszczył brwi podejrzliwie. Rozejrzawszy się wokół, nie zobaczył nic prócz smukłych pni drzew ginących w mroku. Nawet kiedy wytężył zmysły, nie był w stanie usłyszeć ciężkiego tupotu łap ani zobaczyć znajomej wilczej sylwetki przemykającej się nieopodal.
     Findan prychnął, pokręcił głową, a potem ruszył dalej przed siebie.
     - Pojawia się i znika, pojawia się i znika, zupełnie jak zjawa – mruknął pod nosem. – Powinien się nazywać Duch, a nie Huan.
     Mężczyzna poruszał się szybko i cicho, zagłębiając się coraz bardziej w las. Starał się przemieszczać jak najsprawniej, jednak przeszkadzało mu w tym zmęczenie oraz łodygi jeżyn ciągle oplatające się wokół jego nóg. Mimo to nie przestawał iść. Jego umysł był zajęty czym innym niż przejmowanie się przeszkodami czy znużeniem.
     Głęboko zastanawiał się nad przyszłością, targany niepokojem. Od teraz tak wiele rzeczy się zmieni. Jego rodzina uzyskała tytuł szlachecki, a on sam został głową rodu. Powinien stać pewnie na czele Peryárów w trakcie ich początku, który będzie trudny. Jednakże,  Findan z paniką odkrył, że nie miał pojęcia, co zrobić ani od czego zacząć. Ponadto, na myśl nie przychodził mu nikt doświadczony, u kogo mógłby szukać pomocy
i wsparcia. Znalazł się w tej nowej sytuacji praktycznie sam.

     A i tak potrzebował samotności.  Istniało zatem jedno miejsce, do którego postanowił się udać.  
     Krąg Smutku fascynował go odkąd tylko sięgał pamięcią. Od dnia, kiedy powiedziano mu o tamtym miejscu po raz pierwszy, zawsze coś ciągnęło go na ową polanę. Nikt by nie zaprzeczył, że było w niej coś naprawdę wyjątkowego.
     Jedynie tam Findan naprawdę potrafił zebrać myśli, a teraz musiał to robić.
     Znajdował się już niedaleko. Przyspieszył kroku i wkrótce dodarł do celu. Jak zwykle, gdy wyszedł z linii drzew, zaparło mu dech w piersiach na widok polany. Jej wygląd był niemal nieziemski.
     Skrzyła się srebrem księżycowego blasku, a kwiaty oplatające mogiły jaśniały niczym gwiazdy. Strumień szemrał cicho, delikatnie, jakby nie chcąc przerywać spokoju nocy. Powietrze pachniało słodko, a zarazem przesycone było tą charakterystyczną melancholią. Dało się wyczuć również jakąś potęgę oraz tajemnicę bijącą od dwóch grobów.

     Findan zamarł na moment, oczarowany, lecz po chwili odetchnął z ulgą, poddając się ogarniającemu go spokojowi.       
     Zrobił kilka kroków w kierunku środka polany, po czym zatrzymał się i usiadł na ziemi. Później stracił poczucie czasu, rozmyślając nad tym, jak wypełnić oczekiwania innych, zapewnić dobrobyt Violet i dzieciom, i tym podobne. 
     Niestety, nie był ani trochę bliżej rozwiązania. 
     Findan wstał, po czym zaczął nerwowo chodzić w tę i we w tę. 
     Jak postępować, by historia już nigdy więcej się nie powtórzyła? Co począć, by uchronić potomnych przed cierpieniem, jakie spadło na ich przodków i możliwe, że także ich dotyczy? 
     Zmarszczył brwi. Znów obudził się w nim ten bunt, znów zadawał sobie pytanie o sens tej tragedii. 
     Z niezrozumiałych mu przyczyn, jego wzrok został przyciągnięty przez dwie mogiły. Wpatrywał się w nie jakby był w transie. I nagle go olśniło. 
     Z ust Findana wypłynęły słowa, które układały mu się w głowie przez te wszystkie lata. Nareszcie wydobył z siebie pieśń, którą miał na końcu języka tak długo. 

Łzy Nienny, co uczyniłyście ten świat, 
Ainurowie oczarowani słodyczą waszego smutku, 

Valarowie doprowadzili wizję do skutku. 


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 


Dwa Drzewa, co Światłem Valinor okalacie, 
By zginąć od jadu Majara mrocznego, 
Rodzicami stałyście się dobra przemożnego. 

Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Eru, nazwij Twój klucz na istnienie siły,
Co potrafi zmienić rzecz zranioną i upodloną, 

W jeszcze lepszą i piękniejszą, na nowo odrodzoną. 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

I wszystkie potęgi Ardy, co zachowamy w pamięci, 
Spłodziłyście ogień i wiatr, nosicieli pożogi, 
Dałyście wodę i ziemię, byśmy wkroczyli w raju progi. 

Gdzież jest Łaska w Śmierci?  

      Jego śpiew niósł się echem daleko, a przyroda wokół zdawała się wsłuchiwać
w napięciu, jednakże uparcie pozostawała milcząca. Po zakończeniu pieśni Findan westchnął z ponurą rezygnacją. Do reszty zwątpił, by kiedykolwiek odpowiedziano mu na owe pytania.

     Moment później, na polankę wkroczył Huan, jak gdyby nigdy nic. Zaszczycił Findana jednym przelotnym spojrzeniem, na co mężczyzna fuknął z niedowierzaniem.
     Doprawdy, że też jego przyjaciel miał czelność uważać się za wiernego kompana.
     Zwierzę zbliżało się do dwóch grobów niespiesznie, poruszając się z ociężałym majestatem, a jego futro czarniejsze od nocy lśniło zachwycająco w świetle miesiąca.   
     Findan miał wrażenie, że wszystko wokół zatrzymało się, a cała uwaga otoczenia skupiła się jedynie na Huanie, kiedy stanął przy mogiłach w bezruchu.
     Po chwili wilk uniósł łeb ku niebu i dał głos. Jego wycie, z początku ciche oraz niskie, rosło w siłę stopniowo. Przejmująco wznosiło się i opadało, jakby falami spływając na słuchaczy. W pewnym momencie zaczęło wzrastać dramatycznie, urwało się na moment, po czym cichło powoli, napełniając ogromnym, nieopisanym smutkiem.
     Huan zamilkł na krótki czas, a potem zawył po raz kolejny. Na początku dźwięk ten był zaledwie pomrukiem, słabo słyszalnym, ale w przeciągu sekundy przerodził się w potężny ryk, oszałamiając z gwałtownością burzy, niemal zwalając z nóg przebrzmiewającą w nim rozpaczą oraz gniewem.  A potem wycie urwało się równie niespodziewanie, jak się zaczęło.
     Wilk spuścił łeb, mruknął i położył się na ziemi, skomląc.
     Findan zrozumiał, że jego przyjaciel oddał cześć dwójce poległych spoczywających
w Kręgu. Mężczyzna wsłuchiwał się, jak echa hołdu Huana zostawały pochłonięte przez milczenie nocy, a potem skupił swój wzrok na dwóch mogiłach. Znów zanucił:


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 
Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

Gdzież jest Łaska w Śmierci? 

     Skończywszy, spojrzał prosto w oczy swojego przyjaciela warującego przy grobach. Obaj zamarli w bezruchu, wsłuchując się w otoczenie, nie odrywając od siebie wzroku. Słyszalny wokół szelest liści targniętych przez lekki wietrzyk zdał się Findanowi podobny do szumu wesołego domowego ogniska. Huan uniósł uszy, obserwując go bacznie, jakby
z oczekiwaniem.

     I właśnie tamtej chwili, przez jeden krótki moment, Findan nic nie był w stanie usłyszeć.
     A wtedy uśmiechnął się, gdyż cisza nareszcie udzieliła mu odpowiedzi.


KONIEC 

środa, 17 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 1

WOW, wstawiam posta! Czyżby to był wielki powrót?
Nie, raczej nie.
Rozdział 11. okazał się być ogromny, więc postanowiłam rozdzielić go na dwie części. Pierwszą część wstawiam teraz, a drugą za tydzień. 
"Życie za życie" zostanie skończone przed rozpoczęciem wakacji! Nareszcie!
W lipcu żaden post się nie pojawi, gdyż praktycznie w ogóle nie będzie mnie w Polsce. Myślę, że w sierpniu również nic nie udostępnię, bo wtedy rozpocznę powtórkę materiału do matury. I potem nadal nic. Także bardzo możliwe, że posty, które ukażą się w czerwcu, będą tak naprawdę ostatnimi przed prawdziwym zawieszeniem ,,działalności" bloga na czas nieokreślony.
Ok, a teraz ostrzegę, że w poniższym tekście znajdziecie jeszcze więcej ars moriendi, rozpacz, szaleństwo, ból, łzy, wprost emocjonalny kuźwa rollercaster, i ja już nie wiem co. Ja już nie wiem. Jestem zmęczona. Nie miałam głowy do pisania czy odpowiedniego przyłożenia się do tego rozdziału. Historia w nim przedstawiona równie dobrze mogłaby potoczyć się kompletnie inaczej - o wiele, wiele prościej. Jednakże zakończenie, jakie spotkało Doriana, wyznaczyłam sobie za wyzwanie. Miałam wiarygodnie opisać go przyjmującego razy od Losu, jakich nie zniosłaby prawdopodobnie żadna istota ludzka, a już z pewnością nie szesnastolatek, nawet jeżeli wyrośnięty 
i dojrzały jak na swój wiek. Ostatecznie jednak wyszło mi chyba coś w stylu ,,Ciepień młodego Doriana".
Cóż, przeczytajcie i oceńcie sami. 
_____________________________

     - Pokażcie mi ich twarze. 
     - Dorianie… - Balin szepnął ze smutkiem. 
     - Pokażcie mi ich twarze! – ryknął, a wszyscy wokół aż się wzdrygnęli. 
     Balin westchnął drżąco i powoli pochylił się nad ciałami książąt. Dorian patrzył niczym zahipnotyzowany, jak syn Fundina niespiesznie odwijał chusty z głów Filiego i Kiliego. Ich oblicza odsłaniały się kawałek po kawałku, podczas gdy Dorian potrafił jedynie gapić się bezradnie na każdy cal ich twarzy. 
     Chłopak nagle odczuł potężną chęć ucieczki, a jakiś ostrzegawczy głos rozdzierał go od środka.
     - Uciekaj – głos krzyczał. - Uciekaj, uciekaj, uciekaj! Tu nic nie ma, tu już nic nie zostało, uciekaj! 
     Dorian zapragnął być daleko stąd, daleko, gdziekolwiek, byle nie tutaj – tutaj, gdzie złożono tyle trupów. Tutaj, gdzie świat jawił się w całym swym okrucieństwie. Tutaj, gdzie niezliczone więzy przyjaźni, miłości i krwi zostały na zawsze zerwane. Tutaj, gdzie Fili i Kili leżeli… 
     Martwi. 
     Ciche łzy spływały mu po policzkach, kiedy stał jak posąg nad ciałami swych braci, spoglądając nań chciwym wzrokiem. Dokładnie przyglądał się wszystkim szczegółom ich wyglądu. Miał wspomnienia związane z czesaniem ich włosów i nauką plecenia warkoczy. Ze sposobem, w jaki marszczyli brwi albo, jak układały się zmarszczki w kącikach ich oczu, gdy się śmiali. Doskonale pamiętał ich tęczówki, które czasem zdawały się zmieniać kolor w zależności od emocji. Pamiętał, jak kręcili nosami, będąc niezadowolonymi, a ponad wszystko przypominał sobie uśmiechy tej dwójki. Nadal mógł usłyszeć ich wspólny śmiech w myślach. Wciąż pamiętał, jak kłócili się na temat najlepszych ubrań czy broni. 
     A zatem przywoływał te wspomnienia, wszystkie po kolei. Katował się nimi. Porównywał to, jak wyglądali, kiedy żyli, z tym, jak widział ich teraz. Każda kolejna myśl była biczem. Każde kolejne wyobrażenie „co by było, gdybyś nie zawiódł” stawało się potężnym ciosem. Dorian karał się, zadawał sobie ból. Jakaś najgorsza, najmroczniejsza część jego samego czerpała z tego pewien rodzaj przyjemności. Upajał się w cierpieniu,
w upadku, w poczuciu winy. Jakiś najbardziej obrzydliwy skrawek jego duszy mruczał
w grzesznej rozkoszy nienawiści na samego siebie. 
     Umarli przez ciebie… spójrz, coś narobił… - To On szeptał. – Spójrz na ich twarze. Są martwe. Są martwe, bo skupiłeś się na własnych porachunkach, a nie na swej misji… Patrz na to! Złamałeś dane słowo, więc patrz i cierp!  Hrizg, Stauki  hrizghai, Stauki zoob 
     Dorian uparcie skierował wzrok przed siebie, przez co otrzymał jeszcze boleśniejsze razy. Pod naporem Jego ciosów usiadł na ziemi. Kulił się i krzywił od psychiczno-fizycznego cierpienia. Jak przez mgłę słyszał zaniepokojone okrzyki krasnoludów, lecz je ignorował. Pragnął jedynie ciosu ostatecznego, który pogrążyłby go w mroku. Po bitwie tak wiele istot nie ujrzy światła nigdy więcej, ale jego ciemność nie pochłonęła. Chłopak poczuł się przez to jak zwycięzca. Nie został do reszty złamany.   
     Tryumfalny uśmieszek wykrzywił jego usta, a Dorian jeszcze nigdy tak się sobą nie brzydził. Chłopak poczuł się w tamtym momencie tak podły, zdrożny, nikczemny, tak bardzo zły. Stał się nie lepszy od wrogów, którymi tak gardził – okazał się być żądną zemsty maszyną do zabijania.                  
     Mordował, lecz śmierć nie została mu dana, gdyż byłaby ona jedynie łaską. Przecież zdrajca nie miał prawa umrzeć w bitwie, jak szlachetny wojownik. 
     Spojrzenie Doriana znów spoczęło na wykrzywionych obliczach Filiego i Kiliego. 
     - Pewnie mieliście cholernie szlachetną śmierć, co? – ciche słowa młodzieńca zabrzmiały gorzko.
     Dokładnie w tamtej chwili go olśniło. Owa myśl uderzyła Doriana niczym grom
z jasnego nieba. 
     Szlachetna śmierć.
     Sybil nie zniosłaby żadnej innej. 
     Usłyszał głęboki chichot, jakby odgłos zwycięskiej uciechy wydany przez osobę będącą zawsze dwa kroki przed tobą. 
     Dorian znieruchomiał, sparaliżowany lodowatym przerażeniem rozlewającym się po jego ciele. Miał wrażenie, że ożył w nim jakiś stwór, który powoli ujmował jego ciało oraz umysł w żelazny uścisk potężnego, zwierzęcego strachu. Jego serce zaczęło bić niemal zabójczo szybko, a ręce się trząść. Chłopak cały dygotał, jakby został przygnieciony horrorem realizacji, że... to przeczucie, od którego starał się uciec, prawie na pewno było prawdą. Dorian tak naprawdę doskonale wiedział, od momentu zakończenia bitwy czuł, że Sybil… 
     - Nie. 
     Dźwięk, który chłopak z siebie wydał, nawet dla jego własnych uszu zabrzmiał jak czysta rozpacz. 
     Już cię złamałem, Iskro. 
     Młodzieniec zaszlochał, kryjąc twarz w dłoniach. To wszystko zdawało się być jednym wielkim koszmarem, przedłużającym się złym snem. Tak bardzo chciałby się wybudzić, albo chociaż mieć siłę wstać z ziemi i uciec...
     Czyjaś dłoń delikatnie spoczęła na jego ramieniu. 
     Dorian uniósł głowę i zajrzał Balinowi prosto w oczy. Wzrok krasnoluda był bardzo zmartwiony, a zarazem ciepły oraz przyjazny. Migotały w nim iskierki zrozumienia, współczucia. Syn Fundina rozumiał ból i stratę Doriana, ale… Widać było po nim, że miał na myśli jedynie Filiego i Kiliego. Sybil w ogóle nie brał pod uwagę. Jakby… nie, oczywiście, że była możliwość, iż Dorian się mylił. Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że jego siostra mogła nie 
     - Chłopcze – łagodny szept Balina wyrwał go z jego szaleńczych rozważań. 
     Dorian zamrugał, wracając myślami do rzeczywistości. Otworzył usta, ale z jego gardła nie wydobyły się słowa. Chłopak westchnął drżąco, po czym starał się uspokoić oddech przez czas jakiś. Balin cierpliwie czekał, nie zdejmując ręki z ramienia Doriana.
     - Kto… kto ich tu przyniósł? – wychrypiał chłopak w końcu. 
     Przez oblicze Balina przemknął cień, po czym krasnolud odparł: 
     - Beorn. 
     Dorian pokiwał głową ze zrozumieniem. 
     - Wiesz, gdzie go znajdę? – spytał. 
     - Pewnie nadal pomaga znosić rannych z pola bitwy. – Balin zmrużył oczy. – Dlaczego chcesz go odszukać? 
     - Muszę się coś od niego dowiedzieć – odparł i dźwignął się na nogi chwiejnie. Potem zaczął się oddalać najszybciej, jak mu na to pozwalało obolałe ciało. 
     - Dorianie! – krasnolud zawołał za nim. 
     Młodzieniec odwrócił się i spojrzał na Balina. 
     - Wybacz mi – rzekł z powagą, a sekundę później znów szedł w swoją stronę, nie oglądając się za siebie. 
     Te dwa słowa wypowiedział szczerze z całego serca. Nie wiedział nawet dlaczego akurat tego starego wojownika poprosił o wybaczenie za wszystkie swoje grzechy, lecz nie poświęcił temu więcej zastanowienia. Wolał zająć się odszukaniem siostry. Aby to uczynić, potrzebował jednej informacji od zmiennoskórego. Sybil mogła znajdować się tylko tam, gdzie spełnił się najgorszy scenariusz, a Beorn z pewnością znał dokładne położenie tego miejsca. 
     I mimo że Dorian był ranny oraz na skraju wyczerpania, to znalazł w sobie nową determinację. Nie zajmował myśli całym kalejdoskopem emocji, które odczuł w ostatnich minutach. Skupił się jedynie na tym, że nadzieja wciąż żyła. 
     „Nie, jeszcze mnie nie złamałeś” – pomyślał z satysfakcją, już znacznie mniej mroczną.

***
     Nie wiedział dokładnie, co się z nim działo po tym, gdy dowiedział się o śmierci Dziedziców. Zgadywał, że pałętał się gdzieś bez celu. Przed oczami przesuwały mu się liczne twarze oraz sylwetki, a o wykonywanej przez niego czynności chodzenia świadczył palący ból w nodze. Jedyne, co czuł więcej, to jego policzki wciąż mokre od łez. Zapewne długo trwał w tym dziwnym stanie otępienia, lecz nie potrafił dokładniej określić, ile czasu tak upłynęło. Przytomność umysłu przywrócił mu dopiero krzyk:
     - Daro, Alagos! Alagos! 
     Stanął jak wryty. Od bardzo dawna nie zwrócono się do niego w ten sposób. Zerknął
w stronę wołającej go osoby, by ujrzeć Hirlina żwawo idącego w jego kierunku. Dorian odwrócił się na pięcie i zaczął oddalać się jak najspieszniej. Nie miał ochoty na jakiekolwiek rozmowy czy czyjekolwiek pytania.
     -
Dartha! – usłyszał krzyk elfa, już z bardzo bliska.
     Ręka Hirlina zacisnęła się na jego ramieniu, powstrzymując go przed dalszą ucieczką. Dorian zamknął oczy, wzdychając ciężko. Nie miał siły na to, co nadchodziło. Jego ciało całe zwiotczało, spięte ramiona opadły. Chłopak wziął kilka głębokich oddechów, starając się opanować ogarniające go nudności. Trucizna już dawała o sobie znać. Nie chcąc o tym myśleć, powoli uniósł powieki i zobaczył zmartwionego Hilrina tuż przed sobą.
     -
Le minui.– Elf zmarszczył brwi. – I van Abgerdhil?
     Miał wrażenie, że poczuł cios w twarz na dźwięk elfickiego imienia siostry. Nie był
w stanie nic odpowiedzieć.
     -
I van nîtheg? – dopytywał Hirlin, zniżając głos do zaniepokojonego szeptu.
     Dorian z trudem przełknął ślinę i zwilżył wyschnięte na wiór wargi, lecz milczał, ze smutkiem wpatrując się w twarz elfa.

     - Alagos? – Hirlin brzmiał na bardzo przejętego.
     - Nîth nín ú-inev – odarł w końcu, tonem zaskakująco obojętnym.
     Najlepszy tancerz Mrocznej Puszczy zamrugał z niedowierzaniem.
     - I van he?
     Chłopak wziął głęboki oddech.
     -
Goheno nin, Hirlin – jakimś sposobem Dorian opanował załamujący się głos. - Ú-iston.
     Elf zdumiał się wielce.
     - 
Am man?
     Dorian nie mógł już znieść owego natłoku pytań. Zrobił krok w tył, na wpół świadomie chcąc wycofać się z tej sytuacji, ale wtedy jego nogę przeszył niemal oślepiający ból. Skrzywił się, z całych sił próbując nie krzyknąć. Potem zatoczył się, a świat wokół zawirował i nagle Dorian siedział na ziemi, przyciskając dłonie do rany na udzie. Mocno zamknął oczy i zacisnął zęby, starając się nie myśleć o bólu.
     -
Boe de nestad! – krzyknął Hirlin.
     -
Ǔ! – jęknął Dorian, jednakże kilka elfów już zaczęło się krzątać wokół niego. Na ramiona narzucono mu koc, w dłonie wciśnięto kubek z wodą.
     –
Baw! – zaprotestował głośno. – Ego!
     Z jego sprzeciwu nic sobie nie zrobiono. Ktoś nawet rozpoczął oczyszczanie zadrapań na jego czole. Wtedy chłopak zaczął wyrywać się i wiercić, a w końcu zerwał się na równe nogi, z najwyższym trudem utrzymując równowagę.
     - Nie dotykajcie mnie – wysyczał, rzucając otaczającym go sanitariuszom ostrzegawcze spojrzenie. Oni, po chwili niepewnego stania w miejscu, mimo wszystko zbliżali się do niego powoli. Dorian poczuł się osaczony i bez dalszego pomyślunku dobył sztyletu, po czym przykucnął lekko, przybierając pozycję obronną.
     - Nie. Dotykajcie. Mnie – warknął, wyszczerzywszy zęby.
     Elfy zamarły w bezruchu, oniemiałe z zaskoczenia. Dorian zmrużył oczy podejrzliwie. Co je tak dziwiło? Przecież był zhańbiony. Był zdrajcą i mordercą, brudnym oraz zepsutym. Nie chciał, żeby elfy zostały splamione przez dotknięcie go.
     - Dorianie… - Hirlin ostrożnie wystąpił naprzód, ręce unosząc w pokojowym geście. – Znajdujesz się w stanie pobitewnego szoku, rozumiemy to. Może ci się wydawać, że nie potrzebujesz pomocy, ale tak nie jest. Musisz poddać się opiece...
     - Przecież uważałem na lekcjach Gilraen o lecznictwie – chłopak przerwał tancerzowi
z prychnięciem.
     - Zatem wiesz, że najrozsądniej będzie zrobić tylko jedno – odarł elf. – Poddaj się.
     - Nie! – Dorian zaprzeczył uparcie, unosząc sztylet wyżej. – Już wystarczająco pomogliście, za co jestem wdzięczny. Rany dam radę opatrzyć sobie sam.
     - Doprawdy? – Hirlin uniósł brwi z powątpiewaniem, po czym zbliżył się do Doriana
o kilka małych kroków. – Dlaczego tak się opierasz,
chéneg nín? – przemówił łagodnie,
a w chłopaku coś pękło, gdy usłyszał ten ton. Łzy wezbrały mu w kącikach oczu.
     - Zostań tylko ty, Hirlinie – wyszeptał. – A powiem, co się stało. Niech reszta zajmie się bardziej potrzebującymi.
     Elf nie wyglądał na zachwyconego owym żądaniem.
     - Niektórzy tutaj umierają, im powinna  zostać poświęcona uwaga sanitariuszy – argumentował chłopak, podnosząc głos, ale powstrzymał dalszy wybuch złości. – Ja na nią nie zasłużyłem. – Dorian schował broń, po czym powoli powrócił do normalnej postawy. Spuścił wzrok, nie będąc w stanie na nikogo spojrzeć.
     -
Man agoreg? – spytał Hirlin cicho.
     - Powiem, ale tylko tobie – szepnął Dorian. – Niech inni odejdą. Proszę.
     Odważył się zerknąć na tancerza.
     - Proszę – powiedział błagalnie.
     Wszystkie elfy wokół wymieniły spojrzenia, a potem niechętnie oddaliły się. Dorian usiadł na ziemi z ulgą. Hrilin pojawił się obok niego, narzucając koc z powrotem na jego ramiona, podając mu kubek. Kiedy chłopak brał naczynie w swoje dłonie, palce elfa musnęły jego własne. Wzdrygnął się tylko odrobinę na ten kontakt. Później wypił wodę do dna, czując na sobie ciężar spojrzenia tancerza. Gdy skończył, odłożył kubek i spojrzał na Hirlina niepewnie. Tamten kiwnął głową krótko, a potem rzekł surowo:
     - A teraz wytłumacz się.
     Zatem Dorian opowiedział mu o wszystkim, co wydarzyło się na bitwie. Kiedy skończył, ze wszystkich sił starał się opanować łkanie, a elf wpatrywał się w niego z równie wielkim szokiem co smutkiem.
     - Co zamierzasz zrobić? – spytał Doriana cicho. W jego głosie słyszalny był chłodny dystans.
     Chłopak ukrył twarz w dłoniach, przytłoczony ogólnym wyczerpaniem oraz poczuciem wstydu.
     - Ja… - westchnął. – Nie wiem – wymamrotał.  – Najpierw powinienem odnaleźć moją siostrę, i jeżeli ona mnie nie zamorduje, to potem znalazłbym… Súriona.
    - Súriona? – Hirlin przerwał mu. Coś w jego tonie zaalarmowało chłopaka, sprawiając, że błyskawicznie spojrzał na tancerza. Elf przyglądał się twarzy Doriana przez moment.
     - Och – sapnął Hrilin nagle. – To ty jeszcze nie wiesz…
  

     Młodzieniec znieruchomiał, na nowo sparaliżowany strachem. Nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa, uważnie wodził spojrzeniem po każdym calu poważnego oblicza elfa. Poszukiwał odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie – co się stało z Súrionem?
     Z obawy przed najgorszym ciało chłopaka zaczęło drżeć i przechodziły go lodowate dreszcze. W końcu, nie mogąc wytrzymać niepewności, wyszeptał ochryple:
     - Powiedz mi, Hirlinie.
     Tancerz spuścił wzrok z żalem, westchnął, a później przemówił ponuro:
     - Zwyciężyliśmy, lecz wrogowie nie zostali wybici do nogi. Bardzo nieliczni orkowie
i gobliny zdołali pierzchnąć, zabierając ze sobą jeńców. Zostało pojmanych kilkunastu ludzi
i kilku naszych, o krasnoludach nic mi nie wiadomo. Lavassir wyznał, że był świadkiem schwytania Imlada. Mówi się też, że w niewolę został wzięty również… - elf zrobił pauzę, biorąc głęboki wdech. 
     - Súrion – Dorian dokończył za niego słabym szeptem.
     Chłopak zaszlochał i skulił się. Pragnął schować się przed brzemieniem usłyszanych wieści. Chciał wierzyć, że Súrion zaraz przyjdzie do niego, cały i zdrowy, jak zwykle uśmiechnięty.
     Tak, jego przyjaciel nie dałby się pojmać. Zaraz przyjdzie. A potem bez słowa ujmie Doriana w długi uścisk. I… i jego szaroniebieskie tęczówki będą skrzyły się tak charakterystycznie, a jego długie włosy będą lśniły…

     Dorian gwałtownie uniósł głowę, po czym rozejrzał się wokół, oczekując nadejścia Súriona. W poszukiwaniu przyjaciela chłopak uważnie obserwował otoczenie. Panująca naokoło szaruga nadawała wszystkiemu nijakie barwy, przyprawiając go o mdłości. Każde martwe ciało, ranny wojownik czy rozpaczający żałobnik, każdy z nich wyglądał na skąpanego w szarej obojętności. Rzeczywistość zdawała się teraz jeszcze okrutniejsza, tym bardziej, że Súrion się nie zjawiał. Dorian nieustannie wypatrywał przyjaciela ze łzami wzbierającymi w oczach. Bez przerwy, z wzrastającą desperacją, szeptał imię elfa, jakby to mogło go przywołać.
     Nic jednak nie pomogło.
     Súrion się nie pojawił.
     Dorian w końcu zrozumiał.

     Súrion już nigdy się nie pojawi.
   
     Jego najlepszy przyjaciel odszedł na zawsze i Dorian nie zobaczy go już nigdy więcej. W
ięźniowie goblinów nie wychodzili z niewoli żywi. 
     W tamtej chwili chłopak miał wrażenie, jakby stracił coś na kształt filaru podtrzymującego jedną z podstaw jego życia. Odebrano mu stały punkt zaczepienia, wcześniej niezachwiany. To Súrion miał być tym, który nie puści ich przyjaźni w niepamięć. To Súrion miał być tym, który nie odejdzie nigdy, który będzie trwał u jego boku na zawsze.
     Najmniejsza myśl o tym, że jego najdroższego przyjaciela równie dobrze można było uznać za zmarłego – to było zbyt wiele. Poczuł się za słaby na przyjęcie tego ciosu. Nie było przy nim siostry, a Súriona stracił. Nie miał się na kim wesprzeć. Zakręciło mu się w głowie, w uszach słyszał tylko dzwonienie, brakowało mu tchu, zaś po policzkach spłynęły łzy. 
     -
Alagos! A chéneg! – ktoś nawoływał z oddali. – Słyszysz mnie?! Otwórz oczy! Nie mdlej!
     - Nie – jęknął. – Zostaw mnie… nie mam siły…
     - Masz.
     - Nie dam rady…
     - Dasz.
     To brzmiało tak bardzo podobnie do sytuacji, kiedy leczyła go Gilraen, że Dorian mimowolnie otworzył oczy, by sprawdzić, czy to nie ona. Ujrzał jedynie twarz Hirlina
i załkał.
     Elf trzymał go w ramionach i potrząsnął nim.
     - Chłopcze - powiedział tancerz. – Nie możesz się poddawać! Nie możesz, chociażby ze względu na niego. On nie chciałby, byś rozpaczał. Súrion pewnie powiedziałby, żebyś odnalazł innych i żył dalej.
     Dorian niemal od razu przestał płakać. Zastanowił się nad słowami Hirlina, a po niedługim czasie podniósł się na nogi.
     - Tak – mruknął. – On właśnie tak by powiedział.

     Chłopak zaczął iść z trudem, mając na myśli pamięć o swym przyjacielu.  
     - Gdzie ty się wybierasz?! – wykrzyknął Hirlin.
     - Spotkać się z rodzeństwem – odparł Dorian.
     Później wspólnie z elfem prosili innych ocalałych o wskazówki, jak dotrzeć do książąt. Próbowali także dowiedzieć się czegoś o Sybil, lecz nikt nic nie wiedział.
     Niepokój Doriana o siostrę wzrastał coraz bardziej. Prawdziwie się przeraził, gdy odkrył, że nie było jej nawet przy Filim i Kilim. Ale dokładnie w tamtym momencie ujrzał swoich braci, leżących na ziemi, z chustami na głowach, nieruchomych.

     Hirlin oddalił się wtedy, za co Dorian był mu wdzięczny. Chłopak chciał stawić temu czoła w pojedynkę. Podszedł bliżej i został powitany przez Balina oraz Dwalina, trzymających wartę nad…
     Poległymi.
     Dorian potrząsnął głową gwałtownie, wyrywając się ze wspomnień. Nie mógł sobie pozwolić na wracanie myślami do tamtej chwili, ani do tego, czego dopuścił się potem. 
     Chłopak wkroczył w progi obozu dla rannych, kulejąc ciężko. Osaczyła go potworna kakofonia dźwięków, jakie można spotkać tylko w takim miejscu. Szedł wśród jęków, szlochów, nawoływań i łkań. Ten hałas napierał na niego, sprawiał, że był bliski szaleństwa. Nie był w stanie wydusić
z siebie ani słowa, lecz pragnął krzyczeć…

     Zatrzymał się gwałtownie, gdy powietrze rozdarł wrzask. Dorian myślał, że ten okropny odgłos wydostał się z jego własnego gardła, dopóki jego spojrzenie nie padło na scenę tuż przed nim. Jakiś człowiek potrząsał martwym ciałem drugiego, rozpaczliwie błagając tamtego do powrotu do żywych. Chłopak z bólem oderwał wzrok od tej sytuacji. Rozejrzawszy się wokół, zauważył wielu wojowników z mniej lub bardziej poważnymi obrażeniami. Jakiś człowiek stracił nogę, inny oko, jeden z elfów wróci do Mrocznej Puszczy bez ucha oraz dwóch palców, a ten krasnolud z rozłupaną czaszką chyba już nie oddychał.
     Młodzieniec miał wrażenie, że został niemal powalony na kolana ogromem cierpienia, na jaki spoglądał. Mimo to, nie potrafił przestać patrzeć. Przypatrywał się wszystkiemu coraz dokładniej…
     I wtedy ją ujrzał.
     Ona była jedyną, ostatnią, z którą dzielił coś pozytywnego, coś pięknego. Jakaś niewidoczna siła mimowolnie przyciągała go do niej. Nie był w stanie się temu oprzeć. Wcale nie chciał. 
     Dorian ostrożnie skierował się w jej stronę, uważnie lawirując między gorączkowo krzątającymi się uzdrowicielami, jednocześnie starając się ją obserwować. 
     Sigrid opatrywała bark jakiegoś półprzytomnego mężczyzny. Rana była okropna, głęboka aż do kości, lecz dziewczyna nie wzdrygnęła się ani razu. Dorian był coraz bliżej. Niemal pochylał się nad nią, kiedy skończyła zajmować się swoim pacjentem i podnosiła się z klęczek, dźwigając misę z wodą. Odwróciła się i stanęła z Dorianem twarzą w twarz.
     Spojrzał prosto w oczy Sigrid, w głębię tego błękitu, który, wraz z jej bliskością, potrafił ukoić jego nerwy i zapewnić spokój jak nic innego. Tęczówki dziewczyny mieniły się najróżniejszymi emocjami. W pierwszej chwili widać w niej było wielką radość, połączoną z ulgą i lekkim niedowierzaniem. Kąciki warg Doriana uniosły się, wykrzywiając jego usta w coś na kształt słabego uśmiechu. Szczęście promieniujące z oczu dziewczyny było zaraźliwe. Odstawiła misę na ziemię, po czym rzuciła się Dorianowi w objęcia.
     - Ty żyjesz – wyszeptała.
     Dorian nic nie odpowiedział, a jedynie przytulił ją mocnej, wdychając jej zapach. Ich uścisk trwał długo, lecz Dorian nie liczył czasu, mimo że było mu śpieszno. Upajał się obecnością dziewczyny, która również i teraz miała na niego zbawienny wpływ. Jego oddech zwolnił, a ból złagodniał. Chłopak pragnął nie wyrywać się z tego stanu. Otrzeźwiał jednak, kiedy tylko Sigrid odsunęła się od niego.
     - Bałam się, że już cię nie zobaczę – powiedziała cicho.
     - Nie pozwoliłbym na to – odparł Dorian, delikatnie gładząc ją po policzku.
     Sigrid westchnęła, chwytając dłoń Doriana w swoje własne. Potem zaczęła badawczo wodzić wzrokiem po jego ciele.
     - Jesteś ranny? – spytała.
     - Nie – skłamał.
     Ona sceptycznie uniosła brew, po czym przystąpiła do dokładniejszych oględzin, przyglądając mu się ze wszystkich stron.
     - Dorianie! – wykrzyknęła ze strachem, kiedy dostrzegła ranę na udzie. – Ta rana jest zatruta!
     Chłopak błyskawicznie zasłonił ręką zranione miejsce i odwrócił się twarzą do Sigrid.
     - To nic – burknął uparcie, nie patrząc jej w oczy.
     - Nic?! – krzyknęła. – Dorian, to obrażenie trzeba natychmiast opatrzyć! – Z tymi słowami już brała go za ramiona i usadzała na ziemi. Chłopak wyszarpnął się jej gwałtownie.
     - Nie teraz – powiedział ostro. – Najpierw muszę znaleźć Sybil.
     Sigrid zamarła w bezruchu.
     - Co? – wykrztusiła.
     - Rozdzieliliśmy się na bitwie – rzekł Dorian, wypowiadając to zdanie z najwyższą niechęcią. –
I nie mam pojęcia, gdzie ona jest.
     Dziewczyna milczała przez moment, wyraźnie zszokowana.
     - Nikt z mojej rodziny nie wspominał, by się z nią spotkał – Sigrid powiedziała po chwili. Wpatrywała się w niego ze smutkiem oraz współczuciem, mówiąc to. Zupełnie jakby już przekreśliła szanse jego siostry na…
     - Cóż z tego? – warknął, ale po chwili opamiętał się. Westchnął, zirytowany na swój temperament. – Przepraszam – szepnął słabo. Potem spojrzał dziewczynie w twarz. – Muszę ją znaleźć, rozumiesz? Muszę – powtórzył z desperacją.
     - Dobrze, ale najpierw ja zajmę się twoją raną – odpowiedziała Sigrid nieugięcie.

     Dorian skrzywił się ze złością.
     - Nie – odrzekł hardo. - Nie i koniec. Nie spocznę póki nie odszukam mojej siostry. Żegnaj, Sigrid. – Skinął głową, po czym zaczął się oddalać.
     Dziewczyna niemal natychmiast zastawiła mu drogę.
     - Żegnaj, Sigrid?! – syknęła z groźnym błyskiem w oku, kładąc ręce na biodrach. – Po wszystkim… po tym wszystkim, co się nam wspólnie przydarzyło, przez co razem przeszliśmy, tyle masz mi do powiedzenia?! – Podniosła głos do krzyku. – Żegnaj?!
     Podeszła do niego tak blisko, że stykali się ciałami.
     - A jeżeli  nawet tamta noc nic dla Ciebie nie znaczyła… - powiedziała niebezpiecznie niskim tonem, który załamał się na moment. Dorian już otwierał usta, by zaprzeczyć, ale wściekła mina Sigrid uciszyła go od razu. -
 To ja jej nie zapomnę, nie chcę zapomnieć…
I nie pozwolę Ci odejść,
rozumiesz?!  Nie. Pozwolę.

     Mierzyli się wzrokiem, a w jej oczach płonął ten ogień, zaś znajoma elektryczność praktycznie trzaskała miedzy nimi i, Mahal,  ta dziewczyna kiedyś doprowadzi go do szału takim spojrzeniem…
     Cóż, przynajmniej Sigrid nie miała nic przeciwko, gdy namiętnie pocałował ją w usta
i nie przestawał dopóki obydwoje byli bez tchu. Dorian oparł swoje czoło o jej i próbował złapać oddech oraz opanować się.
     - Sigrid, moja droga Sigrid- wyszeptał. – Błagam cię, zrozum. Nic nie zatrzyma mnie na długo.
     Odsunął się od niej, oplatając jej twarz swoimi dłońmi. Na jej obliczu po raz kolejny malował się sprzeciw.
     - Proszę, zrób to dla mnie i nie próbuj mnie powstrzymać. To by było tylko bardziej bolesne dla nas obojga.
     - Ale…
     Uciszył ją przez położenie palca na jej wargach. Następnie zastanawiał się przez moment, po czym zdjął swój miecz z pleców. Wyciągnął go przed siebie, trzymając przedmiot w obu dłoniach.
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie – rzekł. - Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę.
     Wręczył klingę Sigrid, a ona wzięła ją niepewnie. Dorian przyjrzał się swojemu mieczowi po raz ostatni.
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez – powiedział
z zadumą.
     Jakby na zawołanie, oczy Sigrid zaszkliły się. Dorian uśmiechnął się delikatnie.
     - Nie płacz. – Wytarł łzy z jej policzków. – Jesteś silna.
     Później ucałował ją czule , po czym wyszeptał:
     - Novaer, meleth nín.
 
     I odszedł.
     Nie próbowała go zatrzymać.
     Gdy oddalił się od niej wystarczająco, odważył się zerknąć na nią po raz ostatni. Spojrzał za siebie przez ramię i ujrzał sylwetkę Sigrid, niemal ginącą wśród tłumu ludzi wokół, a jednak jakoś wyraźnie osamotnioną. Dziewczyna stała ze spuszczoną głową, wpatrując się w trzymany przez siebie miecz. Dorianowi przemknęło przez myśl, że klinga wyglądała… właściwie, gdy spoczywała
w jej nie stworzonych przecież do walki dłoniach. 
     A potem odwrócił się, wspomnienie jej widoku zachowując głęboko w pamięci.
     Niedługo później odnalazł Beorna, spacerującego w swojej niedźwiedziej formie po obrzeżach obozu. Kiedy zmiennoskóry dostrzegł Doriana, przybrał swą ludzką postać i dał mu mrożącą krew w żyłach reprymendę za wykradanie mu koni, a widząc przerażoną minę chłopaka, zaśmiał się.
     Dorianowi do śmiechu nie było, nie mógł nawet zdzierżyć tego dźwięku. Po tym wszystkim, co się stało, śmiech był… nieodpowiedni.
     - Beornie – powiedział stanowczo, nie ważąc się jednakże na ukazanie swojego zdenerwowania. – Chciałbym wiedzieć, gdzie dokładnie polegli Throin, Fili i Kili. Czy możesz mi powiedzieć?
     Uśmiech na twarzy ogromnego mężczyzny zblakł natychmiastowo, ustępując miejsca żalowi.
     - Umarli nieopodal strumienia, niecałe pół mili od bramy, przez którą wyszli. Łatwo zauważyć to miejsce, bo krasnoludy rozbiły naokoło jaskrawe sztandary.
     Dorian pokiwał głową, a następnie oddalił się bez słowa. Usłyszał, jak Beorn zawołał za nim, żeby na siebie uważał, lecz nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
     Teraz potrafił skupić się tylko na jednym.
     Przez pobojowisko przedzierało się niełatwo, więc zbliżał się do celu ostrożnie, niezbyt spiesznie. Co więcej, spowalniała go rana w nodze, która znów zaczynała o sobie przypominać. Iść było mu trudno, a na dodatek coraz bardziej ciążył mu strach przed tym, co znajdzie... Te dwa słowa, które budziły w nim przerażenie jak nic innego – „szlachetna śmierć” – tylko one teraz przebrzmiewały mu w głowie. Mękę pogłębiała atmosfera panująca na otaczającym go polu bitwy – królowała grobowa cisza. Otaczało go tyle śmierci, powietrze było nią przesycone. Jedynymi oznakami życia były krzyki wron zbierających się na żer. Poza tym wszystko było martwe. Wzrastał w nim coraz większy niepokój. Znów miał przeczucie, które mówiło mu, że ten umarły zastój wokół nie wróżył nic dobrego.
     Kiedy dojrzał krąg szkarłatnych flag połyskujący w oddali, serce zaczęło kołatać mu się
w piersi, ręce drżeć, nogi miał jak z waty. Zdawał sobie sprawę, że musiał tam iść…
a jednak bał się, bał się tak bardzo jak nigdy wcześniej… ale Sybil tam czekała…
     Tak bardzo za nią tęsknił. Nie widział jej już od wielu godzin. Pragnął przytulić się do niej mocno i szeptać jedno słowo – „przepraszam”. Mówić ,,przepraszam, Sybil, przepraszam”
w kółko, jak mantrę.
     „Wybacz mi, Sybil, wybacz. Gdybym cię nie zostawił, może oni by nie umarli. Może ostatnie żyjące istoty związane z naszym domem w Ettinor, mamą i tatą by nie umarły… wybacz mi, wybacz, wiem, jak ciebie to boli”.
     - Wybacz mi, wybacz…
     Nawet nie zauważył, kiedy zaczął mówić do siebie.
     Znajdował się już bardzo blisko miejsca, gdzie polegli Dziedzice, ale siostry było ani śladu.
     Nie poczuł ulgi, a tylko większy strach. Gdzie mogłaby być jeśli nie tu? Przecież… nie, ona na pewno była gdzieś tutaj. Z rosnącą paniką skanował wzrokiem otoczenie
w poszukaniu jakiejś wskazówki, najmniejszego znaku, czegokolwiek…
     Dorian wrzasnął.

______________________________


No nie zabijajcie mnie, tak, wiem, że w gorszym momencie skończyć nie mogłam.

Po prostu nie byłam w stanie wyznaczyć lepszego miejsca na podzielenie rozdziału na dwie części

Część druga ukaże się za tydzień, także spokojnie.

Sindarin:
Uwaga! Zdania, przed którymi postawiona jest gwiazdka, są stworzone przeze mnie i nie dam sobie ręki uciąć za ich poprawność (jeżeli w ogóle możemy o takowej mówić
w stosunku do nieistniejącego języka).
- Alagos - sindarińska wersja imienia Dorian
- Abgerdhil -
sindarińska wersja imienia Sybil

- Daro, Alagos! - Stop, Dorian! -
Stój, Dorianie!
* Dartha
! - Wait! - Zaczekaj!
* Le minui - You’re alone -
Jesteś sam,
I van Abgerdhil? - Where’s Sybil? - Gdzie jest Sybil?
I van nîtheg? - Where’s your sister? - Gdzie jest twoja siostra?
Nîth nín ú-inev - My sister isn’t near me - Mojej siostry nie ma przy mnie,
I van he? - Where is she? - Gdzie ona jest? 
- Goheno nin, Hirlin - Forgive me, Hirlin -
Wybacz mi, Hirlinie, 

- Ú-iston - I don't know -
Nie wiem,

- Am man? - Why? -
Dlaczego?
- Novaer, meleth 
nín - Farewell, my love - Żegnaj, kochanie. 

Układanie moich własnych zdań po sindarińsku to była całkiem niezła zabawa, muszę przyznać. Zdania bazowe, które przetłumaczyłam na elficki, były oczywiście w języku angielskim. Do translacji skorzystałam z internetowych słowników sindarińskiego, a także wykazów zdań w tym języku użytych we "Władcy Pierścieni"i ze zbioru wyrażeń wykorzystanego przeze mnie już wcześniej. Przetłumaczenie opierało się w dużym stopniu także na domysłach i obserwacji, jak funkcjonują struktury wyrazowe w sindarińskim
w porównaniu do angielskiego. 


Czarna Mowa:

Hrizg, Stauki - Pain, Spark - Ból, Iskro,
- Hrizghai, Stauki zoob - Great pain, Spark of mine - Wielki ból, moja Iskro.  

Wiecie co, gdybym miała streścić  część rozdziału 11. to byłoby to coś na kształt - Dorian szuka, znajduje, traci, cierpi, nie jest sobą, drży i płacze. 
Jak dla mnie nic się nie dzieje. 
Możemy się umówić, że ten tekst powyżej potraktujemy jako jedną wielką retardację? Spowolnienie akcji przed ostatecznym rozwiązaniem...


~*~*+*~*~

PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 

  1. Orkowie to stworzenia pierwouste czy wtórouste? 
  2. Czy elfy mają zakwasy? 
  3. Czy powietrze w Mordorze powoduje raka płuc? 
  4. Jakie tempo metabolizmu mają Hobbici? 
  5. Jaki skład chemiczny ma mithril? 
  6. Czy wargowie są stworami ukrykotelicznymi? 

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 7.

To na dole... proszę potraktować pół żartem, pół serio. Szczerze powiedziawszy, dużo
z fragmentów znajdujących się poniżej powinno zostać wyrzucone. Jak na przykład sen Filiego na początku, długi na cztery cholerne strony, a nie mający żadnego związku
z moją opowieścią. Ale napisałam go już bardzo dawno temu i się do niego przywiązałam. Poza tym, przez niego ucierpiała moja ocena z matematyki...
Jeżeli sobie odpuścicie ten rozdział, niewiele was ominie. Lepiej idźcie zmieniać świat na lepsze, czy coś.
Ach, obecna szczypta Thilbo Baggindhield, a owszem. I odrobina z relacji między Thorinem a Korą, jeżeli brzmi kusząco.
_______________________________

     - Fili! Fili, obudź się! - Ktoś potrząsał nim lekko.
     Delikatnie uchylił powieki, lecz ujrzał tylko niewyraźnie kontury pokoju zatopione
w ciemności. Podniósł się, przecierając oczy. Po dłuższej chwili jego widzenie wyostrzyło się i zauważył wpatrzone w niego, wielkie ciemnobrązowe oczęta. Opadł na łóżko 

z ciężkim westchnieniem. 
   
     - Znowu firankowy potwór? - jęknął.
     - Tak - Dorian potwierdził cichutko. W jego głosie wciąż przebrzmiewały echa przerażenia.
     Fili z najwyższym wysiłkiem woli stłumił zirytowane warknięcie. Firankowy potwór dręczył Doriana ostatnimi czasy szczególnie często, a malec umyślił sobie to do niego przychodzić po pocieszenie, nieważne, czy był poranek, pora obiadowa, późne popołudnie, zmierzch, środek nocy czy świt. Było coś nieodparcie uroczego w takim geście zaufania
i przywiązania, ale, na litość Mahal, od czego Dorian miał Korę i Brandona? Po ostatnich niezbyt udanych próbach, Fili zwątpił w skuteczność jego metod uspokajania chłopca,
w porównaniu z, na przykład, sposobami Kory.                  
     Ogarnęła go frustracja. Wiedział, że nie mógł tak po prostu odprawić Doriana
z powrotem do jego pokoju, każąc iść spać, a z drugiej strony nie miał bladego pojęcia, jak pomóc mu tym razem. Tymczasem chłopiec stał tuż obok, nieruchomy, pełen oczekiwania. W jego oczach wciąż błyszczały iskierki strachu, niczym malutkie gwiazdy.
     Gwiazdy! Tak… to całkiem dobry pomysł.
     Fili ostrożnie wstał, wsunął buty na nogi, narzucił na siebie futro przewieszone przez oparcie stojącego nieopodal krzesła, po czym opatulił Doriana kocem.
     - Dokąd idziemy? - spytał podekscytowany chłopczyk.
     - Cśś, nie tak głośno - napomniał go, gdyż Kili poruszył się w łóżku obok. - Wyjdziemy na zewnątrz, pokażę ci coś.
     Dorian aż podskoczył z radości, a gdy jego usta otwierały się do krzyku, Fili położył na nich palec, ostrzegawczo kręcąc głową. Maluch pokiwał ze zrozumieniem. Potem krasnolud wziął chłopca na ręce i próbował wymknąć się z pokoju najciszej, jak potrafił. Niestety, kiedy otwierał drzwi, wydały z siebie niemiłosierny zgrzyt. Kili gwałtownie zerwał się do pozycji siedzącej.
     - Csoosiędzieje? - wymamrotał, z dezorientacją rozglądając się dookoła.
     - To nic, Ki, śpij - powiedział spokojnie. - Jutro wielki dzień, pamiętasz?
     - Taaa… - jego młodszy brat mruknął, po czym natychmiastowo położył się, zapadając w sen.
     Fili i Dorian zachichotali.
     Tak bardzo starał się nie robić hałasu, ale schody prowadzące na parter akurat teraz strasznie skrzypiały. Fili modlił się w duchu, żeby Kora się nie obudziła. Miała dziwną fobię na punkcie wychodzenia z domu po nocy. Jeżeli ich usłyszy, rano dostaną porządną reprymendę.
     - Dlaczego krasnoludy są takie głośne? - wyszeptał Dorian, elegancko omijając bezpośrednie oskarżenie go o ewentualne rozzłoszczenie mamy.
     - Wcale nie jesteśmy głośni - odparł, przemykając się przez jadalnię.
     - Jesteście, i to okropnie.
     Fili westchnął.
     - Nie martw się, jeżeli zbudzimy twoją mamę, to zwalimy wszystko na mnie, dobrze?
     Malec pokiwał głową z zastanawiającą ochotą. Fili odstawił go na ziemię, by odryglować drzwi. Poszło mu nadzwyczaj gładko i już po chwili wyszedł na orzeźwiające nocne powietrze, z chłopcem w ramionach.
     Noc była bajeczna, tak jak przewidywał. Bezchmurna, z księżycem w nowiu oraz oszałamiającymi aromatami unoszącymi się naokoło. Niezliczone mroźne gwiazdy jaśniały na niebie, bardzo dobrze widoczne. Z zachwytu na moment zaparło mu dech w piersiach. Poczuł na sobie ciekawskie spojrzenie Doriana i nie musiał długo czekać na pytanie:
     - Co my tu robimy?
     - Pomyślałem sobie, że dzisiaj zrobimy coś inaczej - wyjaśnił. - Nie musisz mi mówić, co tym razem wygadywał potwór, jeżeli nie chcesz…
     - Nie chcę - chłopczyk wtrącił stanowczo.
     - Skoro tak uważasz. - Fili zamilkł na chwilę, by posłać Dorianowi uspokajający uśmiech. - Jesteśmy tutaj, by coś sprawdzić.
     - Co? - Malec wiercił się niecierpliwie, zaciekawiony. - Co sprawdzić?
     - Czy gwiazdy ci pomogą, tak jak mi.
     - Jak to? - Dorian zmarszczył brwi.
     - Spójrz w górę. - Chłopiec uczynił to momentalnie. - Powiedz mi, co widzisz.
     - Mnóstwo białych kropek - odparł maluch z rozbrajającą dziecięcą szczerością.
     - Tak też podejrzewałem - zaśmiał się lekko. - A co o nich sądzisz?
     Udzielenie odpowiedzi zajęło chłopcu trochę czasu.
     - Są… ładne.
     - Trudno się z tobą nie zgodzić - przytaknął. - Lecz według mnie są piękne.
     Dorian aż krzyknął z niedowierzaniem.
     - Fili! Ty… podziwiasz gwiazdy!
     - No tak… - przyznał niechętnie.
     - Ale to jest elfickie!
     - Wiem - mruknął.
     - To dlaczego robisz tak jak ci szpiczasto uszy…
     - Nie! - Fili przerwał. - Na brodę Durina, nie powtarzaj tego, co Thorin mówi o elfach!
     Ciekawe, kiedy wujowi w obecności Doriana wypsnęły się te bluźnierstwa.
     - A dlaczego? Przecież sam mówił…
     - Błagam cię, Dorian! To jest bardzo obraźliwe! Nie powtarzaj tych przekleństw, proszę cię! - Przecież mama i Kora by ich zabiły - jego, Thorina, Kiliego i Brandona także.
     - Dobrze, już nie będę.
     - Obiecujesz?
     - Tak, tak - chłopczyk burknął.
     Fili odetchnął z ulgą.
     - Wracając do naszej rozmowy… Chciałem ci pokazać, jakie gwiazdy są wspaniałe. One… zachowują pamięć.
     - Jak? - dociekał Dorian.
     - Były świadkami wszystkiego, co działo się na tym świecie… Chodzi mi o to, że możesz na przykład znaleźć na niebie tylko swoją gwiazdę i przypisać jej jakieś bardzo miłe wspomnienie. I gdy będziesz miał złą noc, wystarczy, że wyjrzysz przez okno, odnajdziesz ją i przypomnisz sobie przyjemną chwilę. Rozweselisz się, firankowy potwór tego nie znosi, przecież wiesz. Rozchmurzysz się, a on na pewno odpuści.
     Perspektywa tak banalnego zwycięstwa nad odwiecznym wrogiem napełniła Doriana wyraźnym zapałem. Uważnie spojrzał w nocne niebo. Zastanowienie nie zajęło mu długo - już po kilku minutach wskazał na środkową z Siedmiu Gwiazd Vardy ze słowami:
     - Wybieram tę.
     - Masz gust. - Fili uśmiechnął się szeroko. - To też moja gwiazda, ale nie obawiaj się, podzielę się z tobą… myślę, że powinieneś usłyszeć coś więcej na jej temat. Twoja gwiazda jest jedną z Siedmiu Gwiazd Vardy, świętości wszystkich elfów, krasnoludów oraz ludzi Númenoru.
     - Ooo… - Małemu uroczo opadła szczęka. - A kto to jest Varda?
     - To żona Manwëgo, który jest bratem Aulëgo, ojca naszej rasy. Manwë jest władcą Ardy i panem wiatru. Razem z Vardą włada nad światem. Varda jest najpotężniejszą ze wszystkich siedmiu bogiń, czyli Valier. Ma wiele imion, a jednym z nich jest Elentári, czyli Królowa Gwiazd. To ona opiekuje się światłem na Ardzie. To ona stworzyła w ogóle wszystkie gwiazdy, by oświetlały Pierworodnym, czyli pierwszym elfom, świat, zanim powstał księżyc i słońce.
     Dorian słuchał jego opowieści z najwyższą fascynacją i nie mniejszym zdumieniem.
     - Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytał, pełen podziwu.
     - Mój tata opowiedział mi tę i inne historie, gdy byłem mały - Fili nie był w stanie ukryć smutku w głosie na myśl o ojcu.
     Dorian zasępił się bardzo i po dłuższej ciszy spytał z wahaniem:
     - Fili? Dlaczego nikt nigdy nie wspomina o twoim tacie?
     Spojrzał na swojego przyszywanego braciszka, który wpatrywał się w niego
z oczekiwaniem i znów poczuł się bezradny. Jak powiedzieć tak małemu dziecku
o śmierci? Zastanowienie zajęło mu dużo czasu.

     - Mój ojciec - Fili zaczął powoli. - Odszedł do komnat naszych przodków.
     - To dlaczego nie wrócił? - Dziecinnie proste pytanie Doriana zapędziło go w kozi róg.
     - Ponieważ… stamtąd się już nie wraca - odparł w końcu.
     Oczy chłopca rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu, po czym zaszkliły się i popłynęły
z nich łzy.
     - To ty nie masz taty? - wychrypiał załamującym się głosikiem.
     Fili westchnął.
     - Już od bardzo dawna nie ma go z nami. Poległ w bitwie, wszyscy mówią, że jak bohater…
     Nie dane mu było dokończyć, gdyż Dorian wybuchł płaczem.
     - Oj, nie bądź głuptasem - żachnął się Fili. - Przecież to nie dla ciebie powód do smutku!
     - Ale to niesprawiedliwe, że ja mam tatę, a ty nie - wyszlochał malec, wtulając się
w jego szyję.          
     Nie wiedząc, co powiedzieć, Fili po prostu głaskał braciszka po głowie, milcząc. Dorian niespodziewanie oderwał się od niego.
     - Mogę ci pożyczyć mojego tatę! - wykrzyknął. - Chcesz?
     Fili zaśmiał się czule, z trudem zwalczając łzy wzruszenia na widok szczerych chęci chłopca.
     - Nie, nie ma takiej potrzeby - odparł, a gdy na twarzy Doriana odmalowało się rozczarowanie, wyjaśnił:
     - Nie straciłem go do końca. Przecież mam gwiazdę, która mi o nim przypomina.
     Dorian przytulił się do niego mocnej. Trwali w ciszy przez długi czas, lecz w końcu chłopczyk odezwał się:
     - Dziękuję, Fili, bardzo mi pomogłeś, ale czy możemy już wracać? Zimno mi.
     - Oczywiście.
     Fili rzucił swojej gwieździe ostatnie, tęskne spojrzenie, gdy ryglował drzwi, w myślach życząc tacie dobrej nocy. Gdy był w drodze do pokoju Dorina, ten powiedział:
     - Nie, dzisiaj chcę spać z tobą.
     Tak więc jakoś ścisnęli się w jego łóżku. Chłopiec już prawie usnął, gdy Fili wyszeptał:
     - Dorian… czy to podziwianie gwiazd to może być nasz mały sekret?
     - Zgoda, sekret - jego braciszek przystał na to, po czym od razu zasnął z uśmiechem na ustach.
     Ze słodkiego snu Filiego wyrwał wrzask. Otworzył oczy i ujrzał światło pierwszego brzasku, nieśmiało rozjaśniające pokój przez pojedyncze, niewielkie okno. Odwrócił głowę w kierunku hałasu, by zobaczyć Sybil, dosłownie skaczącą po zakopanym w pościeli Kilim, krzyczącą nieznośnie głośno, jak to tylko ona potrafiła.
     - Wstawaj, no wstawaj!
     Kili jęknął jedynie.
     - No rusz się, już! Obiecałeś! Obiecałeś, że pokażesz mi, jak podejść kapłony!
     Żadnej reakcji.
     Dziewczynka prychnęła, po czym zeskoczyła na podłogę i z furią ściągnęła z Kiliego kołdrę. Ten zerwał się na nogi ze złością.
     Fili ryknął potężnym, nieopanowanym śmiechem na widok młodszego brata. Jego rozespana,  jednocześnie rozwścieczona mina była wprost komiczna, a efektu dopełniła czupryna potargana we wszystkich możliwych kierunkach. Jego włosy były tak skołtunione i splątane, że ptaki mogłyby bez większego problemu uwić w nich gniazdko. Sybil poczyniła w nich ogromne zniszczenie. Swoją drogą, jej burza fal, lub raczej to, co z niej pozostało, prezentowało się nie lepiej.
     Kili, jeszcze bez ani śladu brody, oraz Sybil, z ich brązowymi kołtunami oraz brązowymi oczami mogliby być łatwo pomyleni z rodzeństwem z krwi, kiedy ganiali się po niedużym pomieszczeniu. Fili prawie dusił się ze śmiechu, obserwując podchody tych dwóch dzikusów. Kili biegał za Sybil, przeklinając po cichu, łaknąc zemsty, grożąc łaskotkami,
a ona wyczyniała po meblach akrobacje jak jakaś wiewiórka. Niedługo potem Dorian zbudził się. Gdy dotarło do niego, co się dzieje, zareagował identycznie jak Fili,
a w dodatku jeszcze głośno kibicował siostrze. Cały rumor ściągnął rozespanego Thorina. Wuj stanął w drzwiach jak wryty, po czym parsknął potężnym, głębokim, prawdziwym śmiechem, który spośród wszystkich miejsc na świecie, najczęściej słyszały go ściany tego domu. Zupełnie jakby Thorin był tylko zwykłym krasnoludem, jak go tu z resztą traktowano, nie jako wielkiego wojownika Dębową Tarczę, nie jako Króla bez Góry. Tutaj był sobą, po prostu Thorinem, który właśnie bezradnie uwiesił się na futrynie, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu na widok Sybil przeskakującej Kiliemu nad głową. Tuż obok, korytarzem przemknął Brandon, a jego przelotny chichot wyjaśnił Filiemu wszystko - tak wczesną pobudkę Kili mógł zawdzięczać jemu, nie Sybil.            
     Dziewczynka, uciekając przed Kilim, zbiegła na dół. Ki podążył za nią, gniewnie mrucząc pod nosem:
     - Kapłony! - prychnął. - Kapłony kapłonami, a poczekaj aż cię dorwę, mała diablico! Pożałujesz tego, oooj, pożałujesz!
     Thorin zaśmiał się jeszcze głośniej, nie zdążywszy się nawet uprzednio uspokoić.
Z kuchni dobiegł gromki śmiech mamy i Kory. Brandon wkroczył do pokoju, już ubrany, ze swoim diabelskim uśmieszkiem. Wymienił spojrzenia z wujem i obaj parsknęli śmiechem. Zaraz potem Fili i Dorian dołączyli do ich wybuchu wesołości.
     - Jesteś złym człowiekiem, wiesz? - wykrztusił Thorin, wycierając łzy z policzków.
     - Och, mam zamiar być jeszcze gorszym. - Bran zachichotał łobuzersko. - Dzisiaj trzeba koniecznie zapolować na tych dwóch rozczochrańców.
     Fili i Thorin zgodzili się z nim, lecz Dorian zaprotestował - on też nie znosił czesania. Gdy przychodziło do tej czynności, odbywał się istny kabaret. Dorianem nie sprawiał jeszcze tak dużego problemu - bez zbędnego marudzenia dawał się czesać Korze. Z Sybil była gorsza sprawa. Brandon potrafił podejść ją podstępem albo przekupstwem, ale często nie dawała się nabrać i trzeba było uganiać się za nią pół dnia. Kiedy zaś już dała się złapać, musiała być trzymana przez dwie osoby, podczas gdy trzecia ją czesała. Jednak to z Kilim, który już powinien zachowywać się bardziej dojrzale, było najgorzej. Fili, Thorin
i Brandon zawsze byli zmuszeni go obezwładnić z niemałym wysiłkiem, a jego włosy musiały być rozczesywane przez dwóch śmiałków jednocześnie.
     Fili, Dorian, Thorin i Brandon zeszli do roześmianych Dis i Kory (rozweselonych ponad wszelką miarę na widok nieubranych, rozczochranych oraz rozchełstanych Sybil i Kiliego, porywających swoje łuki i kołczany, wypadających z domu jak burza. Kili ponoć gonił Sybil aż po sam skraj lasu). Przystępując do śniadania, wszyscy, wyłączając Doriana, układali plan nadchodzącego widowiska.
     - Fili! Fili, obudź się! - 
Ktoś potrząsał nim mocno.
     Uchylił powieki, by ujrzeć ciemnobrązowe oczy. Przez moment zdumiał się nad żartami, na jakie pozwalał sobie jego umysł. Czyżby miał sen we śnie, który teraz się powtarzał?
     Po chwili dotarło do niego, że patrzył w oczy Kiliego, nie Doriana. Chociaż były one do siebie bardzo podobne, to jednak dla niego możliwe do odróżnienia, nawet w ciemności.
     - Co się stało, Ki?-  wychrypiał, na wpół obudzony.
     - Rusz się i chodź ze mną, wszyscy muszą to zobaczyć! - wykrzyczał jego brat, siłą stawiając go na nogi.
     Fili jęknął, starając się dotrzymać kroku niemal biegnącemu bratu. Kiedy wyszli na zewnątrz, a jego oczy przywykły do światła słonecznego, Fili cały zamarł w przerażeniu.
     Do Góry zbliżały się hordy wrogów, podczas gdy elfy, ludzie i krasnoludy zajmowali pozycje w dolinie.     
     Nadchodziła bitwa o bogactwa Ereboru, a zwaśnione strony zjednoczyły się przeciwko wspólnemu wrogowi.
     Tylko gdzie w tym wszystkim było miejsce dla Kompanii?
     Wszyscy członkowie prócz Thorina zgromadzili się przy murze, gdzie jeszcze niedawno miały miejsce przykre wydarzenia związane z Arcyklejnotem. Pogrążyli się w gorącej dyskusji, co zrobić dalej.
     Fili nie słuchał. Był zbyt zajęty swoimi osobistymi obawami. 
     Ona tam była, na pewno. Mówiła, że przybędą razem z wojskami Thranduila. Wiedział, że Sybil była gdzieś wśród elfickich łuczników, najprawdopodobniej razem z Dorianem. Oczywiście, że będzie walczyła. A to oznaczało, że jego Ukochana była
w niebezpieczeństwie. Sama myśl 
o Sybil rannej…
     Nagle Fili stał się jednym z najgłośniejszych członków żywej dyskusji o tym, co powinni zrobić. Wszyscy byli zgodni co do jednego - nie mogli bezczynnie przyglądać się temu wszystkiemu. Gdy próbowali ustalić szczegóły, rozmowy przerwało pojawienie się Thorina.
     Krasnoludy zamarły w bezruchu, wpatrując się w swojego lidera. Napięcie było niemal namacalne. Nikt nie wiedział, czego spodziewać się po Królu.

     - Co się tutaj dzieje? - zażądał.
     Kiedy wyjaśnili mu sytuację oraz przekazali szczegóły, jakie przyniosły kruki, Thorin podbiegł do muru.
     - Nie! - wykrzyknął z niedowierzaniem. - Nie!
     Później ukrył twarz w dłoniach. Stał tyłem do reszty i nie można było zauważyć jego miny. Nikt ani drgnął, nie mając pojęcia, jak się zachować.
     W końcu Król odwrócił się do swoich ludzi, a wtedy Fili ujrzał, że w oczach wuja wygasła szaleńcza iskra choroby złota, a w jego postawie brakowało ognia żądzy, rozpalającego go na wskroś. Jego oczy, choć zaczerwienione, wyglądały… normalnie. Trzymał się z typowym dla niego majestatem, ale nic poza tym. W Filim natychmiast wzrosła nieufność. Wuj ponoć już raz przezwyciężył chorobę, a potem było tylko gorzej.
     - Jest tyle rzeczy, które chciałbym wam powiedzieć - zaczął. - Jak bardzo mi przykro za wszystko, co zrobiłem i przez co musieliście przejść przez mój upór i dumę... Lecz to nie ma znaczenia, czyż nie? Gdy sprawy zaszły tak daleko, słowa tracą na znaczeniu. Nadchodzi wielka bitwa, w której nasi wrogowie stali się przyjaciółmi w obliczu wspólnego wroga. Nie chcę patrzeć bezczynnie jak inni umierają za mnie. Nie pozostanę na to obojętny i mam zamiar wyruszyć w pole, choćby samotnie. Wy jesteście odważnymi, honorowymi ludźmi, chcecie walczyć. Na pewno pójdziecie. W końcu lud Durina nie ucieka przed walką. Ale moje pytanie brzmi…
     Zrobił długą pauzę.
     - Czy pójdziecie za mną? - spytał cicho. - Ten jeden, ostatni raz?
     Owe słowa utonęły w napiętej ciszy i nikt nie kwapił się do udzielenia jakiekolwiek odpowiedzi.

***
     Wszystko to było kwestią wiary, doprawdy. Tylko tyle i aż tyle.
     Będąc w Ered Luin, często budził się w środku nocy, zlany zimnym potem. Zewsząd napierała na niego ciężka ciemność, zalewał chłód. Był pozostawiony sam sobie naprzeciw niepokojom i zwątpieniu. Potrzebował odskoczni, czegokolwiek, by nie myśleć o tym pożądaniu rozpalającym jego ciało. Zamykał się w kuźni na długie godziny, tworząc najróżniejsze przedmioty, czekając aż jedyny ogień, jaki czuł, to ten bijący od pieca. Wtedy pozwalał sobie powrócić do normalnego życia, rodziny i przyjaciół, poddanych. Nie raz słyszał plotki i szepty. Dlaczego marnotrawił tyle czasu w kuźni zamiast oddać się obowiązkom władcy? W takich sytuacjach mocniej zaciskał zęby i ignorował oskarżenia. Nie chciał się usprawiedliwiać, a nikt nigdy nie śmiał się go o to wprost zapytać. 
     A czy Ty potrafisz wyobrazić sobie, jak to jest? Kiedy szaleństwo i żądza bogactw jest
w Twojej krwi? Nie ma ucieczki od własnej krwi, prócz śmierci. Śmierci, która nie mogła nadejść. Nie, gdy musisz żyć dla tych, których kochasz oraz dla tych, którzy Ciebie kochają.

     Czy jesteś w stanie pojąć strach przed bestią, o której wiesz, że kryje się w Tobie? Która w najbardziej umiejętny sposób zdążyła zatruć serca Twojej rodziny?
     Podszepty zła zawsze były ciche, lecz niezwykle sugestywne. Wszystko, co podpowiadały, zdawało się być normalne. Dziad nie zauważał różnicy. Nie widział, że się zmienił. Dla niego wszystko wydawało się takie, jak zawsze. Ojciec smutniał z każdym dniem, zamykał się w sobie, snując wiekopomne plany i wytyczając nieosiągalne cele. On sam i wszyscy inni tłumaczyli to ciężarem tragedii oraz odpowiedzialności, jaki spadł na jego barki. Jednak prawda była inna…
     Czy możesz zrozumieć tę beznadzieję, kiedy pozostaje ci tylko rzecz tak ulotna i krucha jak wiara? Naiwna wiara w lepsze jutro. Wiara w to, że dziad, a potem ojciec, przezwyciężą chorobę nie do pokonania.
     Prawdziwe, albo tak mu się tylko zdawało, pocieszenie znalazł dopiero, o ironio,
w Ereborze. Gdy kroczył wśród gór złota, głos w jego głowie wciąż szeptał, nieustannie,
w rytm kojącego szmeru.

     Ktoś chyba kiedyś mówił mu, żeby nie słuchać głosów bez twarzy…
     Wszystko jest dobrze. Idealnie. Wszystko jest w porządku. Masz wszystko, czego pragnąłeś. Masz wszystko, co ci się prawnie należy. Twoje marzenia się spełniły więc… Czego się obawiasz?    
     „Czego się obawiasz?” - dzięki tym słowom przez jego zaczerniony umysł przedarło się jedno jedyne wspomnienie.
     Bez słowa przysiadła obok niego na ławce werandy. Milczeli, wsłuchując się w odgłosy dzieci krzątających  się wewnątrz domu. On kurzył fajkę, a ona nuciła pod nosem jakąś lekką, wesołą melodię. Nagle przestała, lecz Thorin to zignorował.  
     - Czego się obawiasz? - spytała ni stąd, ni zowąd.
     Zmarszczył brwi, patrząc na nią pytająco.
     - Widzę to po tobie - powiedziała, jakby to było oczywiste. - Coś cię niepokoi.
     - Wydaje ci się - mruknął, unikając jej ciemnobrązowych oczu.
     - Nie ma potrzeby, byś kłamał.
     - Nie kłamię.
     - Czego się boisz?
     - Koro…
     - Czego się boisz? - powtórzyła stanowczo.
     Westchnął, poddając się. Odłożył fajkę na bok i wstał, odchodząc od niej parę kroków. Zerknął na nią przelotnie, by ujrzeć, że wpatrywała się w niego wyczekująco, po czym spojrzał w dal.
     - Siebie - odparł po prostu.
     Nic nie odpowiedziała. Może i mógłby powstrzymać się wtedy, nie mówiąc nic więcej. Jednakże, ze zdumieniem odkrył, że po raz pierwszy
chciał o tym rozmawiać.
     - Tego, co jest we mnie - rzekł gorzko, spoglądając na Zachód, w kierunku Samotnej Góry. - Żądzy złota. Skarb od dawna ściga moje sny. Boję się, że stanę się taki jak dziad
i ojciec, bo to jest w mojej krwi. Nie mogę od tego uciec.
     Stanęła obok niego.
     - Uciec? - Uniosła brwi z zaskoczeniem. - Dlaczego chcesz uciekać? Nie lepiej stawić temu czoła?
     - Nie. - Gwałtownie pokręcił głową. - Nie rozumiesz! Z tym nie można wygrać! Już teraz ciągle myślę o bogactwach, które nasi poddani wydobywali i obrabiali w pocie czoła, tylko po to, by zginąć! Tylko po to, by cały ich trud stał się leżem dla Smauga! - Splunął z furią. - Wszyscy niewinni, kobiety i dzieci, ludzie, których znałem, którym błogosławiłem na ślubach i składałem kondolencje na pogrzebach, oni spłonęli przez jego żądzę złota!
A najgorsze jest to, że Arcykamień leży gdzieś tam, porzucony jak zwykły śmieć! Arcykamień… Serce Góry, klejnot, który żyje… Wygląda jak kula księżycowego blasku otoczona zasłoną z kropli deszczu…
     - Jestem człowiekiem i nigdy nie zrozumiem krasnoludzkiej miłości do kamieni - Kora wtrąciła ostro, wyrywając go z letargu zachwycania się nad Królewskim Klejnotem, pozostając niewzruszoną na jego wybuch złości. - Niektóre z nich są piękne i zdobne, ale rzadkie wśród reszty; zwykłych głazów. A wszystkie łączy to, że są zimne, martwe. Obojętne. Dlatego Arcykamień jest dla was tak wyjątkowy, czyż nie? Bo żyje, powiadasz. Uważacie go za najwspanialszą rzecz z możliwych, bo przeczy prawom natury. Serce samotnego szczytu zaklęte w kamieniu. W istocie, nadzwyczajne - Thorin mógłby przysiąc, że w jej głosie ukryta była nuta kpiny. - Nie znam woli Królewskiego Klejnotu. Wiem tylko, że was oczarował, doprowadzając twojego dziada do szaleństwa. Śmiem twierdzić, że to nie wygląda jak „boskie namaszczenie rządów”. Twój ojciec też był pod jego wpływem, ale nie przez cały czas. Jednak żałoba i strata dokończyły dzieła...
     - Każdy tak to sobie tłumaczy - przerwał jej. - Lecz ja jestem pewien, że to nie prawda. Jeszcze przed atakiem Smauga ojciec zbliżał się do szaleństwa. Już wtedy choroba trawiła jego umysł… a teraz przyszła kolej na mnie.
     - Thorinie… - Kora uklękła przed nim tak, że patrzył na nią z góry. - Na pewno słyszałeś to już wiele razy… Nie jesteś nimi. Jesteś Thorinem Dębowa Tarczą, wielkim wojownikiem i wspaniałym liderem, silnym i niezłomnym.
     Już otwierał usta, by temu zaprzeczyć, kiedy ona położyła rękę na jego ramieniu, uciszając go natychmiastowo.
     - Uwierz w siebie, Thorinie - wyszeptała. - Choć raz przestań być uparty i doceń
w końcu swoją wartość.
     - Jak? Jak mam to uczynić, skoro inni we mnie wątpią? Obmawiają mnie za plecami lub wytykają chorobę wprost…
     Kora westchnęła.
     - Zwykło się mówić, że krasnoludy są ulepione z kamienia. Twarde, krzepkie, nieustępliwe. Obecnie najsilniejsza rasa w Śródziemiu. Trudno się z tym nie zgodzić. - Uśmiechnęła się lekko. - Tak, musisz mieć w sobie te cechy i masz je. Lecz jest coś jeszcze… wiem, że każdy władca musi zachować dystans do swoich decyzji, a nawet samego siebie. Inaczej można zwariować. Tyle, że nie możesz tego robić bez końca. Nie możesz przekroczyć cienkiej granicy między dystansem a obojętnością. Możesz być i ze skały, lecz nie zamieniaj serca w twardy głaz. Arcykamień to nie twoje serce. Ono jest tutaj. - Położyła dłoń na jego piersi. Jeśli wyczuła, że jego serce biło podejrzanie szybko, nie pokazała tego po sobie. - Jeżeli to, co mówisz jest prawdą; że od choroby nie można uciec ani z nią wygrać… moim zdaniem cała sprawa polega na skupieniu uwagi. Nie słuchaj głosów bez twarzy, ignoruj szepty w ciemności. Przypomnij sobie o tym, co już masz… rodzinę, przyjaciół, poddanych darzących cię miłością. Przypomnij sobie śmiech Dis, zdolny stopić każdy lód. Pomyśl o jej synach, którzy potrafią zmiękczyć najtwardsze serce. Nie zapominaj, że masz niezłomnego ducha, a twoje własne serce jest silne
i szlachetne… Król pławiący się w bogactwach z wysiłkiem uzyskanych przez jego lud, ślepy na wszystko inne? Nie. - Pokręciła głową. - To nie ty, Thorinie. Uwierz
w prawdziwego siebie.
     Thorin nie był w stanie wykrztusić ani słowa, zdumiony jej mądrością i wzruszony jej wiarą w niego.
     - Zrobisz to dla mnie? - spytała cicho.
     Pokiwał głową, wciąż oniemiały. Ujął jej dłoń, nadal spoczywającą na jego piersi,
w swoją własną i ścisnął ją mocno. Kąciki jego ust uniosły się lekko. Już dawno nie czuł się tak… pozytywnie.
     - Dobrze. - Uśmiechnęła się szeroko, po czym wstała na równe nogi, otrzepując suknię.
     - A teraz… - rzekła dziarsko. - Czy Wasza Zrzędliwość zaszczyci nas swoją obecnością przy wieczerzy? Wierzę, że dzieci zdążyły już przygotować specjały szefa kuchni dla Waszej Zrzędliwości.
     Prychnął na tytuł, jaki nadali mu Dorian i Sybil, a potem z uśmiechem podążył za Korą do jadalni.
     Jego serce biło z nowo odkrytą siłą.
     Otworzył oczy bardzo szeroko.

     Poczuł swoje serce. Pierwszy raz od długiego czasu naprawdę je czuł. Biło mocno
i szybko. Od jego piersi na całe ciało rozprzestrzeniała się fala ciepła, zatapiając odrażający chłód.

     Powoli podniósł się, a monety zagrzechotały naokoło. Jego oddech był przyspieszony, źrenice rozszerzone.
     Thorin znowu żył.
     Wstał na chwiejne nogi i rozejrzał się dokoła, dostrzegając jedynie góry złota. Przyprawiły go one o bezgraniczne obrzydzenie.
     Poświęcił wszystko dla czegoś… takiego?
     Nie wiedział, czy lepiej jest śmiać się histerycznie czy płakać. Ostatecznie nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Z szokiem rozglądał się wokół. 
     Wszystko było martwe.  
     Zastanawiał się, jak trafił do tego grobowca.
     Jego serce zostało przeszyte porażającym ukłuciem.
     Bilbo.
     Ból był nie do zniesienia.
     Przypomniał sobie wszystko: przyjaźń, chwałę, miłość i szaleństwo, szaleńczą miłość, zdradę, winę…
     Uciekał. Przed pustką, bólem, wspomnieniami Bilba, Jego delikatnej skóry, pięknych oczu… Z których płynęły łzy, gdy zaciskał dłonie na Jego gardle.
     Okazał się tchórzem. Uciekał, jak najdalej, od szeptów w ciemności i głosów bez twarzy. Nie chciał niewiele znaczących bogactw, nie pragnął chłodu złota. Chciał czuć ciepło, ciepło Jego ciała, bez którego był niekompletny. Chciał być przepełniony nadzieją, że naprawdę uwolnił się od przekleństwa jego rodu. Kiedy chłopcy wrócili, wszystko zdawało się być na dobrym kursie, a potem tamta noc…
     Nagle zatrzymał się.
     Jego życie musiało być jakimś jednym, wielkim żartem.
     Przez nieopisaną miłość do swojego Jedynego został w końcu pokonany przez chorobę złota.  
     Oparł się o ścianę, nie dbając o to, gdzie dokładnie się znajdował. Starał się uspokoić oddech, a całe życie przesuwało mu się przed oczami. Miał tylko pięćdziesiąt cztery lata, gdy zaatakował Smaug. Mimo to, pamiętał całą władzę, potęgę i dobrobyt sprzed odebrania Ereboru. Potem wygnanie. Oczy jego niewinnych poddanych, przepełnione bólem, wpatrzone w niego w poszukiwaniu wsparcia. Ciche płacze kobiet, widok wygłodniałych dzieci… to było nie do zniesienia. Tułaczka i uniżenie trwały, a on musiał pozostać silny dla innych, nie mógł zawieść.  
     A teraz wszystko przepadło.
     Pozwolił, by Arcykamień stał się jego sercem.    
     - Koro… - powiedział ochrypłym głosem. - Moja droga, mądra przyjaciółko, i ciebie zawiodłem.
     Cisza, która mu odpowiedziała, była przerażająca i kojąca zarazem. Nie było już szeptów. Słuchał milczenia z nadzieją, że może znajdzie jakąś podpowiedź, co robić dalej, może nawet reprymendy od samej Kory. Wsłuchiwał się w ciszę tak intensywnie, że
w oddali usłyszał krzyki. 
Instynktownie podążył w kierunki hałasem.  
     Nie wiedział, co czuł, gdy ujrzał Kompanię. Nie był pewny, co odczuwał, gdy ujrzał, jak ogromne zagrożenie nadchodziło. Nie skupiał się na swoich uczuciach, gdy szczerze przemawiał do swoich ludzi. Zależało mu tylko na tym, by naprawić jakoś jego złe uczynki. Oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i zmienić bieg wydarzeń. Lecz było za późno. Tak bardzo za późno, że nie bezpodstawnie zwątpił w wierność Kompanii.  
     „Jeżeli będzie ich trzymał przy tobie jedynie strach, nie posiądziesz ich lojalności na długo” - ojciec powiedział mu kiedyś. - „Masz być dla nich nie tyranem, a przykładem. Zdobądź ich serca, a pójdą za tobą nawet na śmierć”.
     Nie zdziwił by się, gdyby ich serca żywiły do niego teraz jedynie odrazę, a ani cienia pozytywnych uczuć. Nie miał by im tego za złe. 
     Patrzył na nich, wyczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Widział ich twarze pełne nieufności, dezaprobaty, rozczarowania i gniewu. Nikt nawet nie drgnął przez czas równie długi jak, zdawało się, wieczność.
     To Balin jako pierwszy wystąpił naprzód, co nie było żadną niespodzianką.
     - Jakiekolwiek są twoje winy, a są one wielkie, Thorinie Dębowa Tarczo, wciąż jesteś Królem, któremu przysięgaliśmy wierność - powiedział. - Straciłeś moje zaufanie, możliwe, że nawet i przyjaźń, lecz nie lojalność. Jestem wszystkim, ale nie krzywoprzysięzcą. - Ukłonił się lekko. - Balin, syn Fundina, do usług.
     Za nim podążyli inni, z niechęcią kłaniając się i oferując swoje usługi. On równie niechętnie przyjmował ukłony. Gdy wszyscy skończyli, Thorin znów przemówił:
     - Skoro taka jest wasza wola, moi wspaniali kompani, będę zaszczycony i dumny, mogąc was prowadzić. Lecz najpierw sugerowałbym przywdziać lepsze zbroje. Lepiej, żebyśmy dobrze się przygotowali.
     Wszyscy przystali na  propozycję i wyruszyli w poszukiwaniu odpowiedniego rynsztunku.
  
***
     - Fi…
     Jego brat zerknął na niego pytająco.
     - Boję się - Kili wyszeptał niepewnie.
     Nie wiedział, czego ma się spodziewać - kpiny czy empatii. Sam jednak nie potrafił poradzić sobie ze strachem, a komu miałby go wyznać, jeśli nie starszemu bratu?
     Oblicze Filiego złagodniało i uśmiechnął się delikatnie.
     - Tylko głupiec się nie boi, Ki - powiedział cicho.
     - Więc ty też?
     - Oczywiście. Jak my wszyscy.  
     - Nawet Dwalin? - spytał z powątpiewaniem.
     Kąciki ust Filiego uniosły się odrobinę.
     - Nawet Dwalin. Mówiłem ci już; byłby głupcem, gdyby nie odczuwał strachu.
     Resztę drogi do wyjścia przebyli w milczeniu. Skończyli zakładać najwspanialsze zbroje, jakie tylko mogli znaleźć. Teraz szli w kierunku bramy. Wyruszali w pole. Po niedługim czasie stanęli przed wrotami, przez które przedzierały się odgłosy bitwy.
     Thorin, prowadzący korowód, odwrócił się do nich. Spojrzał po twarzach całej Kompanii, a potem wziął głęboki oddech i rzekł:
     - Cokolwiek czeka po drugiej stronie, chcę dodać jeszcze jedno… dziękuję. Dziękuję wam za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Nie mógłbym prosić o nic więcej niż tak wspaniałych, dzielnych przyjaciół.
     Członkowie Kompanii pokiwali głowami. Zapanowała ciężka, przesycona strachem cisza.
     Kili stanął naprzeciw Filiego, ujął jego twarz w dłonie i złączył ich czoła. Był to jeden
z najbardziej intymnych gestów wśród krasnoludów. Fili wypuścił z płuc długi, urywany oddech, po czym oplótł twarz Kiliego swoimi dłońmi.
     - Cokolwiek nadchodzi, Ki - wyszeptał. - Trzymamy się razem. Do końca.
     - Do końca - przytaknął Kili.
     Trwali tak przez czas jakiś, w milczeniu, znajdując tak bardzo potrzebny komfort
w bliskości. Kiedy 
odsunęli się od siebie, zobaczyli, że wszyscy inni bracia w Kompanii wymieniali ten sam gest. Tylko Thorin stał samotnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
     Kili bardzo powoli i ostrożnie skierował swoje kroki w stronę wuja. Patrzył mu w oczy
w poszukiwaniu jakiegoś ostrzeżenia, by się nie zbliżać. Nie zauważył niczego takiego. Był już bardzo blisko Thorina, lecz nadal nie ujrzał ani cienia groźby w tych oszałamiających szafirowych tęczówkach. Jego oczy trzeźwo patrzyły na świat.
     Wtedy Kili naprawdę uwierzył, że prawdziwy Thorin wrócił.
     - Spóźniłeś się - mruknął.       
     Dobrze, że wuj nie odpowiedział „lepiej późno niż wcale”. W ogóle nic nie odpowiedział. Tylko patrzył na Kiliego z nutą niepewności i zdumienia. Jego zaskoczenie wzrosło znacząco, gdy młody krasnolud oparł jego czoło na swoim. Thorin ujął policzek swojego siostrzeńca drżącą dłonią.
     - Kili… - wyszeptał ochryple.
     - Wuju, po prostu… - przerwał mu Kili. - Poprowadź nas przez to do zwycięstwa.
     Thorin kiwnął głową, a potem odsunął się powoli. Patrzył na Kiliego ze łzami w oczach jeszcze przez jakiś czas. W końcu Kili odstąpił na bok, a wtedy wydarzyła się kolejna niespodziewana rzecz - Fili stanął naprzeciw wuja. Surowo mierzył go wzrokiem, ale później zrobił to samo, co jego młodszy brat. Szeptał coś z Thorinem po khuzdulsku. Później starszy brat odszedł na bok, próbując ukryć wzruszenie malujące się na jego twarzy. Potem wszyscy ustawili się wokół Króla, patrząc na niego wyczekująco.
     - Wkroczyliśmy do tej Góry niczym złodzieje - rzekł. - Lecz na pewno tak jej nie opuścimy. Nieważne, co czeka nas po drugiej stronie tych wrót, wyjdziemy z uniesioną bronią i krzykiem na ustach bronić naszego dziedzictwa! Będziemy walczyć za wszystko, co z takim trudem odzyskaliśmy! I jeśli przyjdzie nam zginąć, to umrzemy z honorem,
a pieśni o nas będą przebrzmiewały przez te hale na wieki! Moi przyjaciele, sprawmy, by wrogowie pożałowali godziny, w której zdecydowali wyciągnąć swoje chciwe łapska
w naszym kierunku!

     Bramę otwarto, a Kompania podniosła bojowy krzyk. Biorąc przeciwników
z zaskoczenia, pozostawiali po sobie same trupy, brnąc w sam środek bitewnego piekła.

_____________________________

Haha. To się nazywa kolejny "cliffhanger". 
Zauważyłam, że mój Thorin jest taki... niestały emocjonalnie. To takie... mało krasnoludzkie. 
Od teraz zaczyna się zabawa.