Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thorin has secrets. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thorin has secrets. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział 10.

Jest! W końcu jest kolejny rozdział! Przykro mi, jeżeli jego długość nie jest zadowalająca
w stosunku do tego, jak długo musieliście czekać na jego pojawienie się, ale rzecz w tym, że ja do tej pory nie miałam do końca czasu żyć, a co dopiero pisać.

 Ale dosyć już mojego użalania się nad sobą, i tak wy pewnie myślicie sobie tylko: "no już dłużej się rozdziału pisać nie dało, co?!", czy coś w tym rodzaju.

SPOILER ALERT: poniższy rozdział w większości skupia się wokół śmierci Dziedziców Durina, zawarty w nim jest również Thilbo Bagginshield, a jakże. Tyle Bagginshielda.
I, z Bagginshieldem jako tłem, znajdują się w nim przemyślenia na temat Śmierci, Miłości,
a także... paru innych. Cudnie.

W trakcie pisania tekstu znajdującego się pod linią wiele razy łzy napłynęły mi do oczu
i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to sobie robię? Ten rozdział boli. Zostaliście ostrzeżeni (lepiej weźcie to sobie do serca).


AAAAAAA!!!! WIDZIELIŚCIE PEŁNY ZWIASTUN "BITWY PIĘCIU ARMII"?!?!?!?!
Wyobraźcie sobie, jak mi kopara opadła, gdy zobaczyłam ten moment, w którym Thorin opiera swoje czoło no czole Kiliego (podejrzanie podobnie jak w końcówce rozdz. 7.).
COOOOOOOOO?! JAK?! JUŻ
W WAKACJE WIEDZIAŁAM, ŻE TAKI RODZAJ SCENY ZNAJDZIE SIĘ
W FILMIE WCHODZĄCYM DO KIN POD KONIEC GRUDNIA...
No po prostu....
Nie. Wierzę.
______________________________

     Bolg wskazał na martwe ciało Sybil
     - Nawet mi szkoda tej zdrajczyni - powiedział sarkastycznie.
     - Doprawdy? - wycedził, uderzając z lewej.
     - Tak, tak – odpowiedział jego przeciwnik, blokując cios. - Ojciec i ja rozmawialiśmy
o niej co nieco - dodał, wykonując pchnięcie.
     - Co takiego? - wysyczał, odparowując.
     - Azog i ja zgodziliśmy się, że nadawałaby się - stwierdził ork ze złośliwym uśmieszkiem. - Była niczego sobie. Mogłaby dać mi syna….
     Słysząc owe słowa, Thorin niemalże oślepł z furii. Wszystko, co widział, było czerwone. Było żądzą mordu tego bluźniercy, który walczył z nim z niezmywalnym szyderczym grymasem. Thorin kompletnie stracił panowanie nad sobą, a jego uderzenia stały się gwałtowne i nieprzemyślane.
     Trudno mu było wyrazić, co czuł, kidy ujrzał, że dziewczyna zginęła. Jak wielkie było cierpienie na widok rozpaczy Filiego z powodu śmierci jego Jedynej.
     Thorin stracił ją. Znowu.
     Sybil była czasem tak podobna do Kory, że patrzenie na nią aż bolało. W głębi serca kochał Sybil, tak jak Korę, choć ten rodzaj miłości był trudny do jednoznacznego sklasyfikowania.
     Teraz utracił je obie.
     To wszystko przez orków… przez całe zło i plugastwo na tym świecie.
     Gwałtownie wzrosło w nim uczucie wściekłości i bezradnego, śmiesznego buntu. Ta złość niczym jakiś stwór podnosiła swój łeb gdzieś w jego klatce piersiowej, utrudniając mu oddychanie. Wzbierała w nim jak potężna sztormowa fala. Ten dogłębny sprzeciw przeciwko cierpieniu wznosił się w nim, zmuszając go do dalszej walki.. Całe to poczucie niesprawiedliwości, to wszystko, wydobyło się z niego w postaci krzyku. Jego doniosły, grzmiący jak burza głos utonął wśród odgłosów bitwy. A ona też była jednym wielkim krzykiem. Zwierzęcym krzykiem pełnym przerażenia przed śmiercią, dźwiękiem towarzyszącym czemuś tak prymitywnemu jak bezsensowne zabijanie się nawzajem.
     Wszystko było krzykiem. Krzykiem śmierci.
     Gdy Bolg został przez niego zgładzony, świat brzmiał jak tryumf.
     A potem Thorin otrzymał cios włócznią w plecy i przez moment nic nie słyszał. Chwilowa, surrealna, martwa cisza była zapowiedzią nadchodzącego końca, by potem ustąpić miejsca czemuś o wiele bardziej realistycznemu – bólowi. Nasilił się on jeszcze bardziej, gdy druga włócznia wbiła się w jego bok.
     Przyjacielski ból, utrzymujący go przy pewności bycia wciąż żywym, osiągnął zupełnie inny wymiar, gdy Thorin jak przez mgłę ujrzał swoich siostrzeńców czołgających się w jego stronę, krwawiących od licznych ran. Ta scena była wyjęta wprost z jego najgorszych koszmarów, a w dodatku wszystko działo się tak powoli, tak… dobitnie prawdziwie. Zawsze oczekiwał prawdy – od swojej rodziny, poddanych, od życia. Teraz chciał tylko kłamstwa. Zaprzeczenia, że nie, właśnie nie widział ukochanych synów swojej siostry, swoich synów, swoich dziedziców… umierających. Za niego.
     Wszystko, co robił, robił dla nich. Oni byli dla niego wszystkim. Patrzenie jak rośli, dorośleli i mądrzeli było najpiękniejszym doświadczeniem jego życia. Widzenie ich starań, by uczynić go dumnym przynosiło największą radość jego sercu. Miał takich wspaniałych siostrzeńców, udanych synów, cudownych dziedziców. Ich uśmiechy oraz żarty rozjaśniały najczarniejsze dni i dodawały siły do przejścia przez liczne trudne chwile.
     Teraz umierali. Ponosili najwyższą ofiarę. Niewinnie, dla niego. 
     W tamtej chwili Thorin II Dębowa Tarcza nie zaprzeczyłby i nie odmówiłby łzom, spływającym po jego policzkach.
     - Powiodłem was na śmierć – wyszeptał, drżącymi dłońmi głaszcząc Filiego i Kiliego po głowach, które złożyli na jego kolanach. – Umieracie przez moje szaleństwo…
     Usta Filiego wykrzywił uśmieszek. Zakasłał, plując krwią, po czym przemówił cicho.
     - Jesteśmy z rodu Durina, czyż zatem wszyscy nie jesteśmy szaleni? – wychrypiał.
     I tak oto wyruszali na spotkanie śmierci – ostatni Dziedzic Durina w prostej linii męskiej oraz dwaj jego siostrzeńcy. Przeklęci szaleńcy.
     Świat brzmiał jak rozpacz. Rozpaczliwy śmiech.

***
     Kili tak bardzo się bał. Nie chciał być sam.
     Świat wokół wirował i jakby mu… umykał. Niewiele do niego docierało prócz strachu
i bólu.            
     Niemal nie mógł się ruszać przez strzały utkwione w jego ciele. Jedynie przerażenie dodawało mu siły do walki. Nie był gotowy na zmierzenie się ze śmiercią. Przynajmniej nie w pojedynkę. 
Musiał dotrzeć do Filiego, do swojego brata. On od zawsze był przy nim i go wspierał.
     Fili go nie zostawi, bo…
     Też umierał, tak jak Thorin.
     Wuj klęczał, przebity włóczniami, a Fili leżał u jego boku z licznymi strzałami wystającymi z jego ciała.
     - Kili, Kili, mój drogi, niewinny Kili. – Młody krasnolud poczuł dłoń Thorina głaszczącą go po głowie. – I mój dzielny, mądry Fili… Przepraszam - wuj powiedział drżącym głosem. – Powiodłem was na śmierć.
     To była dobra śmierć, śmierć w obronie swojego króla, śmierć wojownika, ale niewiele to wnosiło do samego aktu umierania. Być może wierzenia, że czekało na ciebie coś lepszego niż plugawy świat, który opuszczałeś, potrafiły coś ułatwić, jednakże i tak pojawiało się pytanie „dlaczego”?
     Możliwe, że witałeś śmierć z uśmiechem ulgi na twarzy, niczym starego dobrego przyjaciela, albo starałeś się umknąć jej nieuniknionym sidłom. Jednak i tak pojawiał się ten moment niepewności oraz beznadziei, poczucie bezsensu, braku gotowości na stawienie czoła przeznaczeniu, Jedynej Sprawiedliwości. Chwila ta mogła być niezauważalnie krótka i odejdziesz w spokoju, a równie dobrze możesz umrzeć w bezradnym sprzeciwie
i uczuciu straty.

     Dlaczego?
     Dlaczego teraz i w ten sposób? Jaki był w tym sens?
     „Za co umieramy, Fili?” – Kili pomyślał, patrząc na wykrzywioną z bólu twarz brata. „Dlaczego poległa moja Ukochana? Dlaczego to wszystko tak bardzo boli?”
     Oczy Filiego zaszkliły się, zupełnie jakby usłyszał jego myśli.
     - Umarła za nic… - wykrztusił blondyn. - Sybil… miała sen i widziała nas… dokładnie tak jak teraz… i chciała temu zapobiec… zginęła na próżno…
     - Nie, nie myśl tak - wydyszał Kili. – Kochała cię tak bardzo, że oddała za ciebie życie. To nigdy nie jest próżna śmierć.
     Marne to było pocieszenie, ale Kili nie potrafił zdobyć się na nic innego. Wszechogarniający chłód, który odczuwał, powoli przemieniał się w przyjemne ciepło, kojące niczym głos mamy śpiewający mu do snu za czasów jego wczesnego dzieciństwa. Młody krasnolud półprzytomnie zerknął w górę i ujrzał oblicze wuja zalane łzami. Kili uśmiechnął się do Thorina delikatnie, siląc się na gest otuchy, lecz tamten tylko zaszlochał bardziej. Później Król pod Górą pochylił się nad swoimi siostrzeńcami i złożył pocałunek na ich czołach.
     - Jesteście moją największą dumą, synowie mojej siostry – wyszeptał.
     Kili spojrzał na brata i wymienili słabe, słodko-gorzkie uśmiechy. W tej samej chwili powieki Filiego zaczęły opadać ciężko, a Kiliego znów ogarnęła panika, która ścigała go od zawsze na najdrobniejsze wyobrażenie bycia rozdzielonym z bratem.
     - Fili! Fili, n-nie… nie zostawiaj mnie! – Kili załkał.
     Blondyn pokręcił głową, po czym mocno złapał jego dłoń, choć oczy utrzymywał otwarte z wyraźnym trudem.
     - Ki, nigdy cię nie zostawię, nigdy – rzekł cicho. – Po prostu patrz mi prosto w oczy i nie przestawaj, dobrze?
     Kili kiwnął głową, a Fili mocniej uścisnął jego dłoń.
     - Patrz na mnie, braciszku – wyszeptał blondyn.
     Cały świat wokół przycichł, rozmył się i stracił na znaczeniu. Już bardzo niewiele do niego docierało. Liczyły się tylko oczy Filiego, które miały taki sam kolor jak u Dis. Oddech Kiliego stopniowo zwalniał. Wiedział, że słabnie. Mimo wszystko nie odrywał wzroku od niebieskości oraz szarości tęczówek Filiego. Ujrzał w nich ulotną radość słonecznych, bezchmurnych dni spędzonych wspólnie z rodziną i poddanymi w wioskach ludzi, jak również bezlitosny chłód stali ich wrogów.
     Potem, przez coraz bardziej otulającą jego umysł mgłę, wdarł się jakiś zwierzęcy ryk
i Thorin chyba gdzieś zniknął. Kili leżał na usłanej trupami ziemi, a wszystko wokół robiło się zarazem oślepiająco jasne i przytłaczająco ciemne. Instynktownie raz jeszcze zerknął 

w kierunku Filiego.

     Ostatnie, co widział, to oczy brata patrzące prosto w jego własne. Nie pamiętał, czy spojrzenie Filiego było jeszcze żywe, czy już martwe.
***
     Jakże to było niezwykłe - jeden plus jeden dawało Jeden. Dwa serca, poprzednio zdające się być samodzielnymi całościami, zachowując dawną formę jednocześnie okazywały się być połowami Całości. Uroczo nielogiczne odejmowanie w dodawaniu. Przedziwna, fascynująca kreacja Valarów.
     W bólu oraz smutku, przez umysł Bilba przemknęła myśl, że chciałby móc cofnąć czas
i nie mieć z tym nic wspólnego. Że może jednak nie było warto. Wszystko z powodu łaski Ilúvatara, która przestała nią być już tysiące lat temu. Odpoczynek od nieśmiertelności, zwany Śmiercią.

     A zatem zadawał pytania Jej Wysokości Łasce. Czy zna pojęcie wyjątku? Czy wie coś
o litości? Czy potrafi dać szansę na naprawienie błędów i uleczenie ran, zaprowadzenie
w sercach porządku? Czy choć raz pokłoniłaby się Miłości?
     Bilbo klęczał przy umierającym Thorinie Dębowej Tarczy, a w trzepocie połów namiotu targanych lodowatym wichrem usłyszał stanowczą odpowiedź na swoje modły.

     Nie.

     Hobbit zamarł na moment, zszokowany tym bezlitosnym, ostrym tonem. Chwilę później, kiedy już się otrząsnął, intensywnie wpatrywał się w unoszenie się i opadania klatki piersiowej Thorina, tak jakby każdy oddech krasnoluda był jego własnym i to życia ich obu, nie tylko Króla pod Górą, były zawieszone na szali. Niedługo potem, zauważywszy, że oddech Thorina słabnie, Hobbit nie potrafił powstrzymać cichego łkania ogarniającej go rozpaczy. Jego wzrok powędrował gdzieś w dal, po czym znów w myślach przemówił do Jej Wysokości Ostatniej Sprawiedliwości.
     Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie jesteś pierwotnym ukojeniem? Dlaczego nie chcesz swej misji na później odłożyć? Dlaczego jesteś tylko przerażeniem? Dlaczego, dlaczego… ono zawsze Cię poprzedza, lecz pytanie o sens tylko chyba Cię
w okrucieństwie utwierdza. Dlaczego, dlaczego - to nieszczęsne słowo, Twój herold, czy dasz mu odpowiedź, dlaczego czynisz żałobę wciąż na nowo? 

     Wiatr wdarł się do środka i otulił go swym chłodem.

     Ja nie jestem Przyczyną, tylko Skutkiem.

     - Bilbo… - wychrypiał Thorin, wyrywając go z transu.

     Hobbit błyskawicznie spojrzał prosto w te szafirowe oczy, które były całym jego światem. Tęczówki Króla pod Górą były najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widział. Przeważnie przybierały odcień szafiru, lecz często zmieniały kolory. Czasem mogły stać się lodowato niebieskie i przeszywające, zdolne zajrzeć do samego rdzenia twojej duszy,
a kiedy indziej były ciemne i pełne tajemnic niczym głębie Ekkai. Jednocześnie zawsze migotała w nich iskra silnej woli, władczości oraz uporu. Patrząc w oczy Thorina od razu wiedziało się, że spoglądało się na króla. Teraz jednak nawet ten błysk majestatu wygasał powoli.

     Bilbo westchnął przeciągle, słysząc słaby głos Thorina. Z niepokojem chwycił dłonie krasnoluda złożone na jego piersi w swoje własne i przysunął się bliżej.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – powiedział cicho.
     Treść dalszej rozmowy Hobbit zachował tylko dla siebie, a słowa wtedy wypowiedziane stały się mrocznym wspomnieniem przywoływanym w samotności. W istocie, Bilbo czuł się w tamtej chwili tak samotny i bezradny wobec tego, co nieuchronne. Jakby w zwolnionym tempie obserwował, jak powieki ciężyły Thorinowi coraz bardziej, aż w końcu krasnolud wyszeptał ochryple:
     - Żegnaj, włamywaczu.
     Wtedy to się stało.
     Thorin zamknął oczy. Przestał oddychać. Znieruchomiał. Nie reagował na nawoływania Bilba.
     Wyzionął ducha.
     Kiedy Hobbit zdał sobie z tego sprawę, nagle znalazł się poza namiotem. Gdzieś szedł, czy biegł, uciekał. Wszystko wokół rozmyło się do niewyraźnych plam, a słyszał tylko zawrotne bicie własnego serca i szum w uszach. Nie mógł złapać tchu.
     Biegł.
     Bilbo uciekał. Przed prawdą, przed myśleniem o nim, przed…


A Elbereth Gilthoniel
   
     Czyjś cudny głos gwałtownie przywrócił jego umysł do rzeczywistości, jakby oblano go kubłem lodowatej wody. Ostro zwrócił głowę w kierunku dźwięku, by ujrzeć jakiegoś elfa ze świty Thranduila. Był on wysoki, jego zbroja nie została jeszcze oczyszczona z krwi. Stał pośród grupy elfów podobnych sobie; wszyscy mieli długie, piękne, jasne włosy. Cała gromadka zaśpiewała:

silivren penna míriel

o menel aglar elenath!

     Wtedy Bilbo zrozumiał, że patrzył na Eldarów, bowiem niewielu z nich żyło nawet
w Leśnym Królestwie – sam Pan Lasu się do nich zaliczał. Owe elfy kontynuowały swą pieśń, hymn do Elbereth. Słodka muzyka roznosiła się wokół, opadając na obecnych nieopodal ludzi, krasnoludów i elfów delikatnymi falami. Każdy zamierał w bezruchu
i przysłuchiwał się. Nie inaczej Bilbo. W miarę jak melodia docierała do niego, czuł, że coś pękało w nim w środku.
     W momencie, kiedy hymn się skończył, świat zawirował, a grunt usunął mu się spod nóg. Usiadł na ziemi, dopiero teraz w pełni odczuwając fizyczne wyczerpanie oraz rany doznane na bitwie. Ból głowy doprowadzał go do szału. Albo była to po prostu rozpacz.
     Thorin nie żyje, Thorin nie żyje, Thorin nie żyje.
     Jakiś dziwny odgłos wydostał się z jego gardła, ni to krzyk, ni to łkanie. Cały drżał, a na policzkach poczuł palące, słone krople. By powstrzymać dygoczące dłonie, mocniej chwycił krawędzie koca, który ktoś narzucił na jego ramiona. Nawet tego wcześniej nie zauważył.
     Fili i Kili też nie żyją, nie żyją, nie żyją.
     Rozejrzał się wokół. Łzy rozmywały mu wizję na świat. Jedyne, co mógł teraz dojrzeć, to tragedia. Widział wiele martwych ciał, licznych rannych, żałobę oraz smutek. Rozdarte rodziny, przecięte więzy, tyle istnień ukróconych na zawsze…
     Świat bez jego uśmiechu, bez psot chłopców…
     Tyle par oczu na zawsze zamkniętych, tyle głosów komuś drogich na zawsze uciszonych…
     Oddech Bilba i jego bicie serca znów przybrały niemalże maniackie tempo.
     Ona tu była. Śmierć tu krążyła.
     Znów chciał spytać – „dlaczego”.
     Hobbit zadrżał. Pragnął, by wszystko w jego głowie, wszystko naokoło nie krzyczało.
     Nie bądźcie…
     Umarli.
     A wtedy jedna elfka, jakaś prosta żołnierka, zwyczajnie stanęła pośrodku owego skupiska rozpaczy i zaśpiewała:

In gwidh ristennin 

     Wszystkie elfy wokół zwróciły się w jej stronę. Po chwili elfce zawtórował chór głosów reszty mieszkańców Mrocznej Puszczy:

Ilfirin nairelma 

     Elfka znów podniosła głos:

i fae narchannen 

     Chór odparł jej:

Nauva i nauva 

     Elfka jeszcze wielokrotnie podnosiła głos, a chór zawsze jej odpowiadał. Bilbo nagle odkrył, że powtarzał razem z nimi: ilfirin nairelma, i coraz bardziej zatracał się w tym lamencie. Owa melodia działała zupełnie jak lek – swymi nutami wydobywała wszelkie cierpienie i smutek z serc obecnych wokół. „Zabieg” ten nie był do końca przyjemny. Miało się uczucie, jakby trucizna naprawdę opuszczała twoje wnętrze, nie szczędząc przy tym ostrego, palącego bólu. Hobbit płakał z wrażeniem, że pochłaniał żal oraz żałobę słyszalne w pieśni elfów, które były zarazem jego własnymi. Bilbo pogrążał się w mroku. Przestawał on już nawet budzić w nim strach…
     Z tego stanu po czasie bardzo długim wyrwał go znajomy głos:
     - Ach, już myślałem, że znów gdzieś zniknąłeś, Włamywaczu.
     Hobbit, wcześniej kryjący twarz w dłoniach, uniósł głowę, by ujrzeć Mithrandira pochylającego się nad nim z zatroskanym obliczem. Bilbo patrzył na Szarego Pielgrzyma, nie mogąc znaleźć słów, zarazem próbując opanować niekontrolowany szloch targający jego ciałem. Czarodziej westchnął ciężko, po czym uklęknął przed Hobbitem i położył ręce na jego ramionach, a potem potrząsnął nim delikatnie. Bilbo w końcu zdołał odzyskać mowę i powiedział ochrypłym, drżącym tonem:
     - Gandalfie, powiedz mi tylko jedno, tylko jedno… - Wziął głęboki oddech. – Dlaczego kochamy, skoro odejście drogich naszemu sercu tak bardzo boli?
     Na twarzy czarodzieja odmalowała się głęboka żałość oraz współczucie.
     - Ryzyko straty ukochanych jest wyzwaniem, które wszyscy musimy podjąć – przemówił łagodnie. – Jeżeli znalazłeś w sobie odwagę by kochać, i to kochać tak mocno, odnajdziesz również siłę na przetrwanie rozstania. Musimy być dzielni w miłości, mój przyjacielu, gdyż nie trwa ona jedynie wtedy, gdy sprzyja szczęście. Prawdziwa miłość jest światełkiem
w najgorszej ciemności, a męstwem jest pozostać mu wiernym i nie poddać się pokusie mroku.
     Z tymi słowami wziął Hobbita w objęcia, trochę jakby trzymał małe dziecko. Bilbo bezradnie złożył głowę na ramieniu Mithrandira w poszukiwaniu bliskości innej istoty. Czarodziej zaśmiał się cicho, po czym zaczął głaskać Niziołka po głowie. Ten gest był dla Bilba tak bardzo kojący, tak zaskakująco dokładnie tym, czego potrzebował, że
z wdzięczności wzruszenie odebrało mu głos, a łzy spłynęły po jego policzkach.
     Zdawało się, w oddali, czyste, boskie głosy elfów łączyły się w coś w rodzaju balsamu, łagodzącego ból fizyczny, uśmierzającego rany. Opływały wszelkie zranienia
z subtelnością i słodyczą mleka oraz miodu, przynosząc ulgę. Hobbit łapczywie wsłuchiwał się w te dźwięki, starając się jednocześnie zwracać uwagę na to, co mówił do niego czarodziej.
     - Jesteś Rozmówcą Smoków, Zabójcą Azoga Plugawcy, Jeźdźcem na Beczułce i nie tylko, Bilbo Bagginsie. Jesteś dzielny, stawisz czoła żałobie – szeptał Gandalf. – Później twoje serce znów pozna, co to radość, zobaczysz. – Westchnął. – Lecz teraz płacz, mój drogi hobbicie, płacz… albowiem nie wszystkie łzy są złe.
     Na pogrzebie Króla i dwóch książąt nie uronił ani jednej łzy. Stał nieruchomo wśród innych członków Kompanii, uparcie wpatrując się tylko w ciała trójki poległych. Światła pochodni niezliczonych żałobników go oślepiały, więc tylko zmrużył oczy, nie odrywając wzroku od Thorina, Filiego i Kiliego składanych do kamiennych mogił. Kiedy przyszła jego kolej na pożegnanie Dziedziców, na sztywnych nogach zbliżył się do trzech grobów. Najpierw pocałował czoła Filiego i Kiliego, tych dzielnych młodzieńców, których pokochał niemal jak własną rodzinę. Później podszedł do Thorina i położył Arcykamień na jego piersi. Czuł na sobie ciężar tysięcy spojrzeń, lecz sam patrzył tylko na twarz swojego Króla, ten ostatni raz. Nim znów stanął pomiędzy członkami Kompanii, prawie niezauważalnie musnął brwi, nos i wargi Thorina opuszkiem palca.
     Dalsza część ceremonii minęła mu jak we mgle. W pewnej chwili odkrył, że wszyscy żałobnicy prócz niego opuścili już miejsce spoczynku Króla oraz jego siostrzeńców. Wszystko wokół było zimne i puste. Do jego uszu docierał cichy pomruk lamentów krasnoludów, elfów oraz ludzi, niosący się z wyższych hal aż tutaj. Hobbit zdał sobie sprawę, że nie był w stanie wydusić z siebie ani nuty, nieważne jak bardzo pragnął przyłączyć się do pieśni.
     Więc pan Baggins stał wśród chłodu oraz mroku, dzieląc swą samotność z Samotną Górą, jednocześnie gorzko rozmyślając o swojej przyszłości po tak niesamowitej przygodzie. Zastanawiał się nad obietnicą daną Thorinowi…
     Kiedy nadejdzie czas, opuści Erebor, uprzednio pożegnawszy się ze wszystkimi swymi przyjaciółmi. Odejdzie, nie spoglądając wstecz. Będzie miał wrażenie, jakby usunięto
z jego ramion jakiś wielki, niewidoczny ciężar. Mimo że wędrówka z powrotem do domu będzie raczej przyjemna, całą drogę spędzi z głową nisko spuszczoną i ponurym nastroju. Gandalf, chcąc go odrobinę rozweselić, zacznie opowiadać najróżniejsze ciekawe, nieraz przezabawne historie. Wtedy właśnie Bilbo wpadnie na pomysł spisania swoich przygód. Powróci do domu z tym zamiarem, który jednak odłoży na potem, gdyż jego żal będzie jeszcze zbyt świeży. Dobre, proste życie już nigdy nie będzie dostarczało mu prawdziwego spokoju, a historie w książkach nie rozpalą jego ciekawości.
     Ależ oczywiście, Bilbo będzie cieszył się zwykłymi rzeczami, jak na przykład promieniami słońca ogrzewającymi jego twarz w trakcie kurzenia porannej fajki we frontowym ogrodzie Bag End.              
     Jednak nigdy już nie spojrzy na Wschód. Tam, gdzie wstaje słońce, gdzie podążył tyle lat temu, gdzie znajduje się Samotna Góra, pod którą spoczywa…
     Jego imię przez lata nie przejdzie mu przez gardło.
     Żeby zająć myśli czym innym, a zarazem wypełnić obietnicę, długie godziny spędzi na ogrodnictwie.
     Niemal od razu po powrocie do Shire, zasadzi drzewo. Dąb. Do opieki nad nim nie dopuści nikogo, nawet Dziadunia. Będzie samodzielnie dbał o niego i pielęgnował z wielką uwagą oraz starannością.
     - Rośnie pięknie, mój królu – szepnie nieraz, czule muskając listki siewki opuszkami palców.
     Nie będzie wiedział dokładnie, w którym momencie zacznie mówić do rośliny. Nikt nie będzie świadkiem tych intymnych rozmów, lecz i tak rozprzestrzeni się plotka, że Szalony Baggins zwariował do reszty. Nie będzie go to interesowało, tak jak wiele nieistotnych już spraw.
     Czasami, gdy rozpocznie snucie kolejnej opowieści o swoich przygodach do roślinki, będzie się czuł z lekka niespełna rozumu. Za wytłumaczenie uzna żałobę i stratę. Gdy łzy po raz kolejny napłyną mu do oczu, jego wzrok powędruje do młodej sadzonki stojącej
w doniczce na parapecie, tak pełnej nadziei i nowego życia. Zawsze zanuci wtedy:

Ilfirin nairelma

     A kiedy głos uwięźnie mu w gardle, wyszepcze tylko:

Nauva i nauva 

    Potem, gdy już przełknie gorycz, powróci do opowiadania historii. Opowie swojemu dębowi
o trollach, Rivendell, Górach Mglistych, Azogu, Beornie, Mrocznej Puszczy, Thranduilu oraz jego Leśnym Pałacu, Esgaroth, Samotnej Górze, Smaugu, wspaniałościach Ereboru, wspomni także o każdym z jego drogich kompanów, syna Thráina nie wliczając, napomknie nawet o Sybil i Dorianie…
     Jednakże nigdy nie znajdzie w sobie siły, by powiedzieć cokolwiek o Arcykamieniu czy Bitwie, nie zechce również mówić o pierścieniu.
     I tak miną mu lata, przez które z dumą będzie obserwował, jak jego roślina rozrasta się
i pięknieje z każdym rokiem.
     - Rośnij – będzie powtarzał swojemu drzewu. – Staw czoła światu z taką siłą jak on kiedyś.
     W istocie tak się stanie. Dąb zostanie przesadzony z doniczki do ogrodu, gdzie wrośnie na potężny i cudny, z ogromem ciemnozielonych liści szumiących swoje tajemnice, przyniesione nieraz od strony Samotnej Góry przez ciepły, suchy wiatr.
     Ten, który naprawdę przywróci radość do serca Hobbita, jego usynowiony kuzyn, Frodo
(z niektórych cech wyglądu tak bardzo będzie Bilbu przypominał jego Króla), pokocha drzewo od pierwszego wejrzenia i obieca przejąć opiekę nad nim po wuju.
     - Bądź silny i niezwyciężony – Bilbo powie dębowi po raz ostatni, zanim opuści Shire
i wyruszy do Rivendell. – Niczym… Thorin, mój âyzung, kurduh.

***
     Jako krasnoluda ten fakt nie powinien go zadziwiać ani trochę. Dzieci Aulëgo miały wiele wspólnego z bogactwami, z żądzą posiadania, nawet chciwością, jak żadna inna rasa Śródziemia. Ich serca od zawsze pragnęły mieć coś na własność. 
     Dlaczego zawsze pragniemy coś mieć? Zabierać wszystko tylko dla siebie, zagarniać jako tylko i wyłącznie własne? Z jakiego powodu on chciał mieć Bilba, mieć Jego miłość, mieć Jego serce?
     Był takim chciwym głupcem. Dopiero teraz, na łożu śmierci, zrozumiał, że tak naprawdę chciałby dzielić swoje i Jego serce. Pragnął by jego i Bilba miłość była wspólna. Ileż by
z tego wynikło radości oraz dobroci! Miał wrażenie, że czuł to nawet teraz – ciepłe promienie słońca muskały jego twarz, a lekki wietrzyk poruszał kosmykami jego włosów, niosąc ze sobą słodkie kwiatowe aromaty. Drobne dłonie Bilba delikatnie przeczesywały jego włosy, podczas gdy On nucił jakąś spokojną melodię, tonącą w śpiewie ptaków. Thorin głowę miał złożoną na Jego kolanach, a leżał na miękkiej trawie. Uchylił powieki by zobaczyć swojego Jedynego, spoglądającego na niego z góry z uśmiechem piękniejszym
i jaśniejszym od wszelkich klejnotów świata. Promienie światła przeświecały przez Jego burzę loków, przydając im wyglądu aureoli ze szczerego złota.
     - Jesteś aniołem – Thorin wyszeptał z czułym uśmiechem, ujmując dłonią Jego policzek.
     Bilbo zaśmiał się tak cudnie. Dźwięk ten poniósł się daleko wśród otaczającej ich roślinności prywatnego ogrodu Bilba znajdującego się na bardzo szerokiej półce skalnej Samotnej Góry. Rozrastając się i piękniejąc z każdą kolejną wiosną, stał się on ostoją spokoju i świątynią dumania dla wszystkich tych, którzy potrafili bliskość natury docenić.
     - Mój królu – On powiedział cicho, z uczuciem, odwracając uwagę Thorina od otoczenia. Nie potrafił on oderwać wzroku od Jego twarzy, na której malowała się tak oczywista miłość i oddanie. – Jeżeli mnie uważasz za dobrego ducha…
     Właśnie wtedy opanował go chłód, powrócił ból i znalazł się z powrotem w brutalnej rzeczywistości. Gdyby tylko mógł wrócić do tamtego widzenia! Tak bardzo chciał zatracić się w tym, co już na zawsze stracone. Świadomość tego, co mógłby mieć, potęgowała mękę walki o życie. Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy i coraz mniej sensowny,
a ubytek krwi sączącej się z jego licznych ran przestał mu przeszkadzać. Wszystko, żeby ten koszmar się skończył. Byleby tylko trafić w miejsce podobne temu z jego marzenia, byleby tylko raz jeszcze ujrzeć mądrość, która olśniła Thorina Dębową Tarczę, króla głupców, tak późno, że mogłaby być uznana za nic więcej ponad bezsensowną mrzonkę umierającego.
     Czy byłby w stanie zdziałać wiele przez dzielenie wspólnej miłości po całym życiu
w chciwości i żądzy?

     Nie

     Głos, który udzielił odpowiedzi, był lodowaty bardziej od wichrów z dalekiej Północy, aż zza Ered Mithrin, i bezlitosny bardziej od ostrzy Mordoru. Zzupełnie jak Śmierć. Niemal zadrżał od tego dźwięku. Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc wsłuchiwał się
w otoczenie. Do jego uszu dotarł odgłos połów namiotu szarpanych wiatrem oraz cichutkie łkanie… Jego serce zamarło.
     Z trudem uchylił powieki i ujrzał swojego Jedynego.
     Bilbo.
     Siedział przy jego materacu, kiwając się lekko w przód w tył z niewidzącymi oczami, zupełnie jakby znajdował się w jakimś rodzaju transu.
     Nie wierząc w to, co widzi, Thorin przez czas jakiś intensywnie wpatrywał się w Niego, zastanawiając się, czy to tylko kolejne widziadło. Dlaczego Hobbit miałby być tutaj, u jego boku, skoro Thorin go zdradził, złamał obietnice miłości, wierności oraz opieki dane
w tamtą pamiętną noc? Bilbo był jego marzeniem, ale czy był nim też teraz? Tylko marzeniem półprzytomnego umysłu, jedynie zjawą, życzliwie spełniającą pragnienia osoby odchodzącej z tego złego świata…
     - Bilbo…
     Niziołek gwałtownie zwrócił głowę w jego kierunku. Thorin raz jeszcze zachwycił się pięknem Jego oczu. Od zawsze fascynował go ich kolor. Miał on w sobie uspokajającą szarość jesiennej słoty, odrobinę z odcienia słonecznego letniego nieba, krystaliczność górskich strumieni, a także niewielką ilość zieleni przypominającej mu kolor trawy pokrytej szronem. Pod wszystkim tym był ukryty błysk swego rodzaju stałości, a także łobuzerska iskierka, jakby Bilbo znał jakąś tajemnicę, być może owy hobbicki sekret czerpania radości z prostoty życia.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – On wyszeptał.
     - Chłopcy? – wymamrotał. – Co z Filim i Kilim?
     - Przykro mi – Hobbit odpowiedział cichutko po chwili ciężkiego milczenia, z bólem słyszalnym w głosie.
     Król pod Górą wypuścił z płuc przeciągły, drżący oddech, tłumiąc szloch. Dis nigdy mu tego nie wybaczy. On sam sobie tego nie wybaczy. Gdyby tylko jego siostra byłaby przy nim, może skróciłaby mu mękę…
     - Dlaczego tu jesteś? – wydyszał Thorin, usiłując zająć myśli czym innym. – Przecież po tym, jak się wobec ciebie zachowałem…
     - Nie! – Bilbo gwałtownie pokręcił głową. – To ja jestem bardziej winny! Wykradłem twoją własność, własność twojego rodu, a przecież wiedziałem, jak wielkie znaczenie miał Arcykamień dla ciebie i dla całej sprawy…
     - Bilbo… - przerwał mu ochryple, ciesząc się jeszcze brzmieniem tego imienia. – Ten występek ci wybaczyłem, bo ty jesteś moim Arcykamieniem, to ty jesteś moim sercem. 
    On załkał.
     - Ja również ci wybaczyłem, gdyż i ty jesteś moim sercem.
     Thorin mocniej uścisnął Jego dłonie, czując, że już nie da rady walczyć dłużej. 
     - Ghivashel… - Zakrztusił się krwią. - Wróć do Shire, do swojego domu, ogrodu, książek. Sadź rośliny i patrz jak rosną, przynosząc nową nadzieję z każdą wiosną. Ciesz się dobrym, prostym życiem, najdroższy Bilbo, bo jest w nim sens, dobrze? Zrobisz to dla mnie?
     Wzrokiem pochłaniał każdy cal Jego najpiękniejszego oblicza, kiedy Niziołek pokiwał głową z drżącym westchnieniem. Thorin uśmiechnął się lekko, patrząc na niego spod przymkniętych powiek.
     - Żegnaj, włamywaczu – wychrypiał.
     Zapadał się w bezdenną czarną głębię, a zarazem ulatywał w górę. Do jego uszu docierała jakaś melodia, być może to jego własne imię,  albo glosy wszystkich, których kochał… jego Kompanii, Brandona i Kory, Doriana i Sybil, Dis i chłopców, a może to Jego głos…
     Nim znalazł się w innym czasie oraz miejscu, ostatnią rzeczą, jaką czuł, było ciepło Jego drobnych dłoni, trzymających jego własne w żelaznym uścisku, który, mimo całej swej desperacji, nie powstrzymał Śmierci.

***
     Tragiczne wieści rozniosły się pędem błyskawicy.
     - Hiro hyn hîdh ab ‘wanath – wszędzie słyszał elfy powtarzające to zdanie, a także imiona jego ukochanych. Na pięknych twarzach wojowników z Mrocznej Puszczy malował się łamiący serce smutek oraz żałość.
     Gdziekolwiek by nie skierował swojej uwagi, którejkolwiek rozmowie by się nie przysłuchał, osaczały go tylko owe słowa, przygniatające go ciężarem ich doniosłego znaczenia.
     Hiro hyn hîdh ab ‘wanath. Niech znajdą spokój po śmierci.
     Po śmierci.
     Tyle głosów mówiło to cicho, albo głośno, szeptało, wykrzykiwało, wszystkie jednocześnie, a do Doriana docierała tylko ta część mówiąca o śmierci, o tej jedynej śmierci, której miał zapobiec.
     Przecież to niemożliwe, przecież przysięgał na Siedem Gwiazd, przecież patrzył wtedy na jego gwiazdę, którą tak dawno temu pokazał mu Fili, przecież robił wszystko, by nie zawieść Dziedziców i wspomnień z nimi związanych, chwil, które nosiła w sobie właśnie jego gwiazda…
     Niech znajdą spokój po śmierci… Gwiazdy widziały już tyle śmierci, a wciąż były spokojne. Czy nadal takie pozostaną, jeżeli to, co słyszy jest prawdą? Nie, na pewno nie…  ród Durina miał je w swoim herbie…
     Gwałtownie spojrzał w górę, lecz ujrzał jedynie zachmurzone niebo. Zamrugał, podczas gdy coś na kształt nadziei przyspieszyło rytm jego serca. Skoro gwiazdy nie udzielą mu jeszcze odpowiedzi, to może istnieje szansa, że to wszystko nieprawda…
     - Niestety, król Thorin nie żyje – powiedziano mu, kiedy błagał kogoś, nie pamiętał kogo,
 o zaprzeczenie. - Książę Fili i książę Kili również polegli. 
     Całe jego życie roztrzaskało się na drobne kawałeczki w tamtym momencie, bardziej spektakularnie od najdelikatniejszego szkła.
     Zatoczył się i upadł na kolana, pochyliwszy głowę. Dłońmi ściskał klingę miecza tak mocno, że spod palców wypłynęły mu strużki krwi. Wstrząsał nim szloch, kiedy przez zasłonę łez  wpatrywał się w refleksy świetlne odbijające się w ostrzu. Słone krople spływały mu po policzkach, po czym skapywały na klingę i obmywały ją z posoki. Czuł ogromny palący ból, jakby pozostałość po poparzeniach, po Ogniu. Paliła go rana w nodze, paliły go krwawiące skaleczenia na palcach, paliły go gorące łzy, tak gorzkie.
     Słodycz zwycięstwa przerodziła się w gorycz przegranej. Spełnił się najgorszy scenariusz - ukochani umarli. Sen Sybil się spełnił. Nagłe ukłucie zatrzymało jego serce na myśl o niej.
     Sybil… Gdzież ona się podziewała? Czy była bardzo ranna? Czy słyszała już wieści? Czy to… jej imię… czy wiatr szeptał jej imię? Sybil, Sybil… i Dorian… Dorian i Sybil… ich imiona razem brzmią tak… tak… właściwie.
     A teraz jest tylko Dorian, tylko on sam.
     Gdzieś na krańcach jego świadomości, Głos podsuwał mu wizje dotyczące rzeczy, które mogły przydarzyć się jego siostrze.
     Dorian zadrżał i nie przestawał dygotać, rozsadzany przez wewnętrzną wściekłość na samego siebie, na swoją głupotę.
     Zakręciło mu się w głowie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wstrzymywał oddech. Wypuścił powietrze z płuc, lecz z jego ust wydobyło się głośne łkanie. Przygryzł wargę, starając się uciszyć samego siebie. Nie chciał zagłuszać krzyku sumienia.
     Dorian zawiódł. Zawiódł ich wszystkich.
     Jedyne, co mu pozostało, to płacz. 

______________________________

Z winylowej płyty puszczonej na gramofonie leciały utwory Chopina, a ja pisałam ten rozdział, wieszałam cukierki na pachnącej choince i robiłam tysiąc innych rzeczy w tym przedświątecznym zamęcie, podczas gdy obok komputera stał kubek z kawą, jedyną miłością mojego życia. Ach, ach, doprawdy, tak najlepiej. Coś sprawia, że będę ten moment wspominać z uśmiechem jeszcze długo.

Moje papugi, ci czterej mali terroryści, zdaje się, i tak najbardziej lubią "Cztery Pory Roku" Vivaldiego.

Moja krew! ... tak jakby.

Ekhm. 

Sindarin:
- In gwidh ristennin - The bonds cut - Przecięte więzy
- i fae narchannen
 - the spirit broken - złamany duch
  
- Ered Mithrin - Góry Szare


Quenya:
- Ekkaia - jedna z nazw ogromnego oceanu okalającego wszystkie ziemie Ardy
- Ilfirin nairelma - Undying is our regret - Wieczny jest nasz żal
- Nauva i nauva - What should be shall be - 
Co ma 
być to 
będzie

Tekst tej pieśni jest tak naprawdę początkowym fragmentem wyrwanym z Lamentu do Gandalfa, który Drużyna Pierścienia ma okazję usłyszeć w Lothlórien. (Ja taka szczwana bestia...). Jej oficjalne wykonanie jest moim zdaniem przepiękne - posłuchajcie tego,
a później wyobraźcie sobie, że Bilbo słyszy dokładnie to samo po śmierci Thorina... Boli.

Polecam także ten cudny cover Lamentu.

Oczywiście, leśne elfy nie posługiwały się Quneyą w codziennej komunikacji. One nawet tak naprawdę nie mówiły po sinadrińsku! Język elfów Mrocznej Puszczy był
w rzeczywistości daleko spokrewniony z Sindarinem i Quneyą. Wiedziałam o tym od początku, ale zastosowałam sindariński jako ich język, bo zwyczajnie poszłam na łatwiznę. Wszak w głębiach "internetów" nie ma słownika ani wykazu wyrażeń w języku elfów Mrocznej Puszczy. Ale w Sindarinie, Quenyi, Khuzdulskim i (uwaga, uwaga, świat jest nieskończenie zaskakującym miejscem) Czarnej Mowie już tak.

Ale, nawet jeżeli te elfy nie mówiły w Sindarinie i Quenyi, to dlaczego nie mogłyby w nich śpiewać?

Khuzdul:
- âyzung - lover/ true love -  kochanek/ prawdziwa miłość 
- kurduh - my heart - moje serce

Do tej pory nie do końca pojmuję, dlaczego Tolkien uśmiercił całą trójkę Dziedziców. Jedynym argumentem przemawiającym za, który potrafiłam wymyślić, jest ten, że razem
z nimi umarła klątwa ich rodu - choroba złota. I WIEM, że pojęcie "fikcja literacka" pozwala mi na bardzo wiele, lecz  nie mogłam zmienić tak ważnego punktu w fabule, jakim jest śmierć Thorina, Filiego i Kiliego. Skoro Tolkien tak postanowił, to niech będzie.

Och, Dorian, mój chłopcze... z jednej strony tak szczerze mi cię żal, z drugiej jednakże....

Czy ty zawsze musisz być taki.... skomplikowany?

Pisanie rozdziału 11. (praktycznie cały z jego punktu widzenia) przyprawia mnie o ból głowy. Chcę pokazać tam, jak Dorian powoli traci zdolność racjonalnego myślenia (przez truciznę), jak żałoba przygniata go coraz bardziej i bardziej, jak z coraz większym trudem podnosi się po każdym ciosie zadanym od Losu, aż w końcu...

A doskonale wiem, że muszę dać z siebie wszystko, bo rozdział 11. to... to ma być coś,
a... a jak się staram to zawsze nawalam, i to jest wszystko takie...

stresujące.

~*~+~*~
Uruchamiam cykl pt.
PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 
czyli jakie myśli napadają tolkienowskiego świra (czytaj - mnie) tkwiącego na biol-chemie.
  1. Czym w Śródziemiu byłby epikotyl? 
  2. Jak wtórnie diploidalna komórka centralna ośrodka zalążkowego brzmiałaby
    w Quenyi? 
  3. Jak długa jest ontogeneza mallronów? 
  4. A co z filogenezą Calaquendich? 
  5. Czy owoc Laureinu był owocem rzekomym? 
  6. Czy kwiat Tempelrionu miał fitochrom P730? 

~*~+~*~
Dzisiaj idę zobaczyć "Bitwę Pięciu Armii" ... Mahal, ależ się boję...
Tak czy siak, z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci, drogi czytelniku, po prostu szczęścia, rodzinnego ciepła i uśmiechu, a także radości dzielonej razem z najbliższymi w otoczeniu magicznej bożonarodzeniowej atmosfery,
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! :)  

sobota, 16 sierpnia 2014

Rozdział 7.

To na dole... proszę potraktować pół żartem, pół serio. Szczerze powiedziawszy, dużo
z fragmentów znajdujących się poniżej powinno zostać wyrzucone. Jak na przykład sen Filiego na początku, długi na cztery cholerne strony, a nie mający żadnego związku
z moją opowieścią. Ale napisałam go już bardzo dawno temu i się do niego przywiązałam. Poza tym, przez niego ucierpiała moja ocena z matematyki...
Jeżeli sobie odpuścicie ten rozdział, niewiele was ominie. Lepiej idźcie zmieniać świat na lepsze, czy coś.
Ach, obecna szczypta Thilbo Baggindhield, a owszem. I odrobina z relacji między Thorinem a Korą, jeżeli brzmi kusząco.
_______________________________

     - Fili! Fili, obudź się! - Ktoś potrząsał nim lekko.
     Delikatnie uchylił powieki, lecz ujrzał tylko niewyraźnie kontury pokoju zatopione
w ciemności. Podniósł się, przecierając oczy. Po dłuższej chwili jego widzenie wyostrzyło się i zauważył wpatrzone w niego, wielkie ciemnobrązowe oczęta. Opadł na łóżko 

z ciężkim westchnieniem. 
   
     - Znowu firankowy potwór? - jęknął.
     - Tak - Dorian potwierdził cichutko. W jego głosie wciąż przebrzmiewały echa przerażenia.
     Fili z najwyższym wysiłkiem woli stłumił zirytowane warknięcie. Firankowy potwór dręczył Doriana ostatnimi czasy szczególnie często, a malec umyślił sobie to do niego przychodzić po pocieszenie, nieważne, czy był poranek, pora obiadowa, późne popołudnie, zmierzch, środek nocy czy świt. Było coś nieodparcie uroczego w takim geście zaufania
i przywiązania, ale, na litość Mahal, od czego Dorian miał Korę i Brandona? Po ostatnich niezbyt udanych próbach, Fili zwątpił w skuteczność jego metod uspokajania chłopca,
w porównaniu z, na przykład, sposobami Kory.                  
     Ogarnęła go frustracja. Wiedział, że nie mógł tak po prostu odprawić Doriana
z powrotem do jego pokoju, każąc iść spać, a z drugiej strony nie miał bladego pojęcia, jak pomóc mu tym razem. Tymczasem chłopiec stał tuż obok, nieruchomy, pełen oczekiwania. W jego oczach wciąż błyszczały iskierki strachu, niczym malutkie gwiazdy.
     Gwiazdy! Tak… to całkiem dobry pomysł.
     Fili ostrożnie wstał, wsunął buty na nogi, narzucił na siebie futro przewieszone przez oparcie stojącego nieopodal krzesła, po czym opatulił Doriana kocem.
     - Dokąd idziemy? - spytał podekscytowany chłopczyk.
     - Cśś, nie tak głośno - napomniał go, gdyż Kili poruszył się w łóżku obok. - Wyjdziemy na zewnątrz, pokażę ci coś.
     Dorian aż podskoczył z radości, a gdy jego usta otwierały się do krzyku, Fili położył na nich palec, ostrzegawczo kręcąc głową. Maluch pokiwał ze zrozumieniem. Potem krasnolud wziął chłopca na ręce i próbował wymknąć się z pokoju najciszej, jak potrafił. Niestety, kiedy otwierał drzwi, wydały z siebie niemiłosierny zgrzyt. Kili gwałtownie zerwał się do pozycji siedzącej.
     - Csoosiędzieje? - wymamrotał, z dezorientacją rozglądając się dookoła.
     - To nic, Ki, śpij - powiedział spokojnie. - Jutro wielki dzień, pamiętasz?
     - Taaa… - jego młodszy brat mruknął, po czym natychmiastowo położył się, zapadając w sen.
     Fili i Dorian zachichotali.
     Tak bardzo starał się nie robić hałasu, ale schody prowadzące na parter akurat teraz strasznie skrzypiały. Fili modlił się w duchu, żeby Kora się nie obudziła. Miała dziwną fobię na punkcie wychodzenia z domu po nocy. Jeżeli ich usłyszy, rano dostaną porządną reprymendę.
     - Dlaczego krasnoludy są takie głośne? - wyszeptał Dorian, elegancko omijając bezpośrednie oskarżenie go o ewentualne rozzłoszczenie mamy.
     - Wcale nie jesteśmy głośni - odparł, przemykając się przez jadalnię.
     - Jesteście, i to okropnie.
     Fili westchnął.
     - Nie martw się, jeżeli zbudzimy twoją mamę, to zwalimy wszystko na mnie, dobrze?
     Malec pokiwał głową z zastanawiającą ochotą. Fili odstawił go na ziemię, by odryglować drzwi. Poszło mu nadzwyczaj gładko i już po chwili wyszedł na orzeźwiające nocne powietrze, z chłopcem w ramionach.
     Noc była bajeczna, tak jak przewidywał. Bezchmurna, z księżycem w nowiu oraz oszałamiającymi aromatami unoszącymi się naokoło. Niezliczone mroźne gwiazdy jaśniały na niebie, bardzo dobrze widoczne. Z zachwytu na moment zaparło mu dech w piersiach. Poczuł na sobie ciekawskie spojrzenie Doriana i nie musiał długo czekać na pytanie:
     - Co my tu robimy?
     - Pomyślałem sobie, że dzisiaj zrobimy coś inaczej - wyjaśnił. - Nie musisz mi mówić, co tym razem wygadywał potwór, jeżeli nie chcesz…
     - Nie chcę - chłopczyk wtrącił stanowczo.
     - Skoro tak uważasz. - Fili zamilkł na chwilę, by posłać Dorianowi uspokajający uśmiech. - Jesteśmy tutaj, by coś sprawdzić.
     - Co? - Malec wiercił się niecierpliwie, zaciekawiony. - Co sprawdzić?
     - Czy gwiazdy ci pomogą, tak jak mi.
     - Jak to? - Dorian zmarszczył brwi.
     - Spójrz w górę. - Chłopiec uczynił to momentalnie. - Powiedz mi, co widzisz.
     - Mnóstwo białych kropek - odparł maluch z rozbrajającą dziecięcą szczerością.
     - Tak też podejrzewałem - zaśmiał się lekko. - A co o nich sądzisz?
     Udzielenie odpowiedzi zajęło chłopcu trochę czasu.
     - Są… ładne.
     - Trudno się z tobą nie zgodzić - przytaknął. - Lecz według mnie są piękne.
     Dorian aż krzyknął z niedowierzaniem.
     - Fili! Ty… podziwiasz gwiazdy!
     - No tak… - przyznał niechętnie.
     - Ale to jest elfickie!
     - Wiem - mruknął.
     - To dlaczego robisz tak jak ci szpiczasto uszy…
     - Nie! - Fili przerwał. - Na brodę Durina, nie powtarzaj tego, co Thorin mówi o elfach!
     Ciekawe, kiedy wujowi w obecności Doriana wypsnęły się te bluźnierstwa.
     - A dlaczego? Przecież sam mówił…
     - Błagam cię, Dorian! To jest bardzo obraźliwe! Nie powtarzaj tych przekleństw, proszę cię! - Przecież mama i Kora by ich zabiły - jego, Thorina, Kiliego i Brandona także.
     - Dobrze, już nie będę.
     - Obiecujesz?
     - Tak, tak - chłopczyk burknął.
     Fili odetchnął z ulgą.
     - Wracając do naszej rozmowy… Chciałem ci pokazać, jakie gwiazdy są wspaniałe. One… zachowują pamięć.
     - Jak? - dociekał Dorian.
     - Były świadkami wszystkiego, co działo się na tym świecie… Chodzi mi o to, że możesz na przykład znaleźć na niebie tylko swoją gwiazdę i przypisać jej jakieś bardzo miłe wspomnienie. I gdy będziesz miał złą noc, wystarczy, że wyjrzysz przez okno, odnajdziesz ją i przypomnisz sobie przyjemną chwilę. Rozweselisz się, firankowy potwór tego nie znosi, przecież wiesz. Rozchmurzysz się, a on na pewno odpuści.
     Perspektywa tak banalnego zwycięstwa nad odwiecznym wrogiem napełniła Doriana wyraźnym zapałem. Uważnie spojrzał w nocne niebo. Zastanowienie nie zajęło mu długo - już po kilku minutach wskazał na środkową z Siedmiu Gwiazd Vardy ze słowami:
     - Wybieram tę.
     - Masz gust. - Fili uśmiechnął się szeroko. - To też moja gwiazda, ale nie obawiaj się, podzielę się z tobą… myślę, że powinieneś usłyszeć coś więcej na jej temat. Twoja gwiazda jest jedną z Siedmiu Gwiazd Vardy, świętości wszystkich elfów, krasnoludów oraz ludzi Númenoru.
     - Ooo… - Małemu uroczo opadła szczęka. - A kto to jest Varda?
     - To żona Manwëgo, który jest bratem Aulëgo, ojca naszej rasy. Manwë jest władcą Ardy i panem wiatru. Razem z Vardą włada nad światem. Varda jest najpotężniejszą ze wszystkich siedmiu bogiń, czyli Valier. Ma wiele imion, a jednym z nich jest Elentári, czyli Królowa Gwiazd. To ona opiekuje się światłem na Ardzie. To ona stworzyła w ogóle wszystkie gwiazdy, by oświetlały Pierworodnym, czyli pierwszym elfom, świat, zanim powstał księżyc i słońce.
     Dorian słuchał jego opowieści z najwyższą fascynacją i nie mniejszym zdumieniem.
     - Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytał, pełen podziwu.
     - Mój tata opowiedział mi tę i inne historie, gdy byłem mały - Fili nie był w stanie ukryć smutku w głosie na myśl o ojcu.
     Dorian zasępił się bardzo i po dłuższej ciszy spytał z wahaniem:
     - Fili? Dlaczego nikt nigdy nie wspomina o twoim tacie?
     Spojrzał na swojego przyszywanego braciszka, który wpatrywał się w niego
z oczekiwaniem i znów poczuł się bezradny. Jak powiedzieć tak małemu dziecku
o śmierci? Zastanowienie zajęło mu dużo czasu.

     - Mój ojciec - Fili zaczął powoli. - Odszedł do komnat naszych przodków.
     - To dlaczego nie wrócił? - Dziecinnie proste pytanie Doriana zapędziło go w kozi róg.
     - Ponieważ… stamtąd się już nie wraca - odparł w końcu.
     Oczy chłopca rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu, po czym zaszkliły się i popłynęły
z nich łzy.
     - To ty nie masz taty? - wychrypiał załamującym się głosikiem.
     Fili westchnął.
     - Już od bardzo dawna nie ma go z nami. Poległ w bitwie, wszyscy mówią, że jak bohater…
     Nie dane mu było dokończyć, gdyż Dorian wybuchł płaczem.
     - Oj, nie bądź głuptasem - żachnął się Fili. - Przecież to nie dla ciebie powód do smutku!
     - Ale to niesprawiedliwe, że ja mam tatę, a ty nie - wyszlochał malec, wtulając się
w jego szyję.          
     Nie wiedząc, co powiedzieć, Fili po prostu głaskał braciszka po głowie, milcząc. Dorian niespodziewanie oderwał się od niego.
     - Mogę ci pożyczyć mojego tatę! - wykrzyknął. - Chcesz?
     Fili zaśmiał się czule, z trudem zwalczając łzy wzruszenia na widok szczerych chęci chłopca.
     - Nie, nie ma takiej potrzeby - odparł, a gdy na twarzy Doriana odmalowało się rozczarowanie, wyjaśnił:
     - Nie straciłem go do końca. Przecież mam gwiazdę, która mi o nim przypomina.
     Dorian przytulił się do niego mocnej. Trwali w ciszy przez długi czas, lecz w końcu chłopczyk odezwał się:
     - Dziękuję, Fili, bardzo mi pomogłeś, ale czy możemy już wracać? Zimno mi.
     - Oczywiście.
     Fili rzucił swojej gwieździe ostatnie, tęskne spojrzenie, gdy ryglował drzwi, w myślach życząc tacie dobrej nocy. Gdy był w drodze do pokoju Dorina, ten powiedział:
     - Nie, dzisiaj chcę spać z tobą.
     Tak więc jakoś ścisnęli się w jego łóżku. Chłopiec już prawie usnął, gdy Fili wyszeptał:
     - Dorian… czy to podziwianie gwiazd to może być nasz mały sekret?
     - Zgoda, sekret - jego braciszek przystał na to, po czym od razu zasnął z uśmiechem na ustach.
     Ze słodkiego snu Filiego wyrwał wrzask. Otworzył oczy i ujrzał światło pierwszego brzasku, nieśmiało rozjaśniające pokój przez pojedyncze, niewielkie okno. Odwrócił głowę w kierunku hałasu, by zobaczyć Sybil, dosłownie skaczącą po zakopanym w pościeli Kilim, krzyczącą nieznośnie głośno, jak to tylko ona potrafiła.
     - Wstawaj, no wstawaj!
     Kili jęknął jedynie.
     - No rusz się, już! Obiecałeś! Obiecałeś, że pokażesz mi, jak podejść kapłony!
     Żadnej reakcji.
     Dziewczynka prychnęła, po czym zeskoczyła na podłogę i z furią ściągnęła z Kiliego kołdrę. Ten zerwał się na nogi ze złością.
     Fili ryknął potężnym, nieopanowanym śmiechem na widok młodszego brata. Jego rozespana,  jednocześnie rozwścieczona mina była wprost komiczna, a efektu dopełniła czupryna potargana we wszystkich możliwych kierunkach. Jego włosy były tak skołtunione i splątane, że ptaki mogłyby bez większego problemu uwić w nich gniazdko. Sybil poczyniła w nich ogromne zniszczenie. Swoją drogą, jej burza fal, lub raczej to, co z niej pozostało, prezentowało się nie lepiej.
     Kili, jeszcze bez ani śladu brody, oraz Sybil, z ich brązowymi kołtunami oraz brązowymi oczami mogliby być łatwo pomyleni z rodzeństwem z krwi, kiedy ganiali się po niedużym pomieszczeniu. Fili prawie dusił się ze śmiechu, obserwując podchody tych dwóch dzikusów. Kili biegał za Sybil, przeklinając po cichu, łaknąc zemsty, grożąc łaskotkami,
a ona wyczyniała po meblach akrobacje jak jakaś wiewiórka. Niedługo potem Dorian zbudził się. Gdy dotarło do niego, co się dzieje, zareagował identycznie jak Fili,
a w dodatku jeszcze głośno kibicował siostrze. Cały rumor ściągnął rozespanego Thorina. Wuj stanął w drzwiach jak wryty, po czym parsknął potężnym, głębokim, prawdziwym śmiechem, który spośród wszystkich miejsc na świecie, najczęściej słyszały go ściany tego domu. Zupełnie jakby Thorin był tylko zwykłym krasnoludem, jak go tu z resztą traktowano, nie jako wielkiego wojownika Dębową Tarczę, nie jako Króla bez Góry. Tutaj był sobą, po prostu Thorinem, który właśnie bezradnie uwiesił się na futrynie, nie potrafiąc powstrzymać śmiechu na widok Sybil przeskakującej Kiliemu nad głową. Tuż obok, korytarzem przemknął Brandon, a jego przelotny chichot wyjaśnił Filiemu wszystko - tak wczesną pobudkę Kili mógł zawdzięczać jemu, nie Sybil.            
     Dziewczynka, uciekając przed Kilim, zbiegła na dół. Ki podążył za nią, gniewnie mrucząc pod nosem:
     - Kapłony! - prychnął. - Kapłony kapłonami, a poczekaj aż cię dorwę, mała diablico! Pożałujesz tego, oooj, pożałujesz!
     Thorin zaśmiał się jeszcze głośniej, nie zdążywszy się nawet uprzednio uspokoić.
Z kuchni dobiegł gromki śmiech mamy i Kory. Brandon wkroczył do pokoju, już ubrany, ze swoim diabelskim uśmieszkiem. Wymienił spojrzenia z wujem i obaj parsknęli śmiechem. Zaraz potem Fili i Dorian dołączyli do ich wybuchu wesołości.
     - Jesteś złym człowiekiem, wiesz? - wykrztusił Thorin, wycierając łzy z policzków.
     - Och, mam zamiar być jeszcze gorszym. - Bran zachichotał łobuzersko. - Dzisiaj trzeba koniecznie zapolować na tych dwóch rozczochrańców.
     Fili i Thorin zgodzili się z nim, lecz Dorian zaprotestował - on też nie znosił czesania. Gdy przychodziło do tej czynności, odbywał się istny kabaret. Dorianem nie sprawiał jeszcze tak dużego problemu - bez zbędnego marudzenia dawał się czesać Korze. Z Sybil była gorsza sprawa. Brandon potrafił podejść ją podstępem albo przekupstwem, ale często nie dawała się nabrać i trzeba było uganiać się za nią pół dnia. Kiedy zaś już dała się złapać, musiała być trzymana przez dwie osoby, podczas gdy trzecia ją czesała. Jednak to z Kilim, który już powinien zachowywać się bardziej dojrzale, było najgorzej. Fili, Thorin
i Brandon zawsze byli zmuszeni go obezwładnić z niemałym wysiłkiem, a jego włosy musiały być rozczesywane przez dwóch śmiałków jednocześnie.
     Fili, Dorian, Thorin i Brandon zeszli do roześmianych Dis i Kory (rozweselonych ponad wszelką miarę na widok nieubranych, rozczochranych oraz rozchełstanych Sybil i Kiliego, porywających swoje łuki i kołczany, wypadających z domu jak burza. Kili ponoć gonił Sybil aż po sam skraj lasu). Przystępując do śniadania, wszyscy, wyłączając Doriana, układali plan nadchodzącego widowiska.
     - Fili! Fili, obudź się! - 
Ktoś potrząsał nim mocno.
     Uchylił powieki, by ujrzeć ciemnobrązowe oczy. Przez moment zdumiał się nad żartami, na jakie pozwalał sobie jego umysł. Czyżby miał sen we śnie, który teraz się powtarzał?
     Po chwili dotarło do niego, że patrzył w oczy Kiliego, nie Doriana. Chociaż były one do siebie bardzo podobne, to jednak dla niego możliwe do odróżnienia, nawet w ciemności.
     - Co się stało, Ki?-  wychrypiał, na wpół obudzony.
     - Rusz się i chodź ze mną, wszyscy muszą to zobaczyć! - wykrzyczał jego brat, siłą stawiając go na nogi.
     Fili jęknął, starając się dotrzymać kroku niemal biegnącemu bratu. Kiedy wyszli na zewnątrz, a jego oczy przywykły do światła słonecznego, Fili cały zamarł w przerażeniu.
     Do Góry zbliżały się hordy wrogów, podczas gdy elfy, ludzie i krasnoludy zajmowali pozycje w dolinie.     
     Nadchodziła bitwa o bogactwa Ereboru, a zwaśnione strony zjednoczyły się przeciwko wspólnemu wrogowi.
     Tylko gdzie w tym wszystkim było miejsce dla Kompanii?
     Wszyscy członkowie prócz Thorina zgromadzili się przy murze, gdzie jeszcze niedawno miały miejsce przykre wydarzenia związane z Arcyklejnotem. Pogrążyli się w gorącej dyskusji, co zrobić dalej.
     Fili nie słuchał. Był zbyt zajęty swoimi osobistymi obawami. 
     Ona tam była, na pewno. Mówiła, że przybędą razem z wojskami Thranduila. Wiedział, że Sybil była gdzieś wśród elfickich łuczników, najprawdopodobniej razem z Dorianem. Oczywiście, że będzie walczyła. A to oznaczało, że jego Ukochana była
w niebezpieczeństwie. Sama myśl 
o Sybil rannej…
     Nagle Fili stał się jednym z najgłośniejszych członków żywej dyskusji o tym, co powinni zrobić. Wszyscy byli zgodni co do jednego - nie mogli bezczynnie przyglądać się temu wszystkiemu. Gdy próbowali ustalić szczegóły, rozmowy przerwało pojawienie się Thorina.
     Krasnoludy zamarły w bezruchu, wpatrując się w swojego lidera. Napięcie było niemal namacalne. Nikt nie wiedział, czego spodziewać się po Królu.

     - Co się tutaj dzieje? - zażądał.
     Kiedy wyjaśnili mu sytuację oraz przekazali szczegóły, jakie przyniosły kruki, Thorin podbiegł do muru.
     - Nie! - wykrzyknął z niedowierzaniem. - Nie!
     Później ukrył twarz w dłoniach. Stał tyłem do reszty i nie można było zauważyć jego miny. Nikt ani drgnął, nie mając pojęcia, jak się zachować.
     W końcu Król odwrócił się do swoich ludzi, a wtedy Fili ujrzał, że w oczach wuja wygasła szaleńcza iskra choroby złota, a w jego postawie brakowało ognia żądzy, rozpalającego go na wskroś. Jego oczy, choć zaczerwienione, wyglądały… normalnie. Trzymał się z typowym dla niego majestatem, ale nic poza tym. W Filim natychmiast wzrosła nieufność. Wuj ponoć już raz przezwyciężył chorobę, a potem było tylko gorzej.
     - Jest tyle rzeczy, które chciałbym wam powiedzieć - zaczął. - Jak bardzo mi przykro za wszystko, co zrobiłem i przez co musieliście przejść przez mój upór i dumę... Lecz to nie ma znaczenia, czyż nie? Gdy sprawy zaszły tak daleko, słowa tracą na znaczeniu. Nadchodzi wielka bitwa, w której nasi wrogowie stali się przyjaciółmi w obliczu wspólnego wroga. Nie chcę patrzeć bezczynnie jak inni umierają za mnie. Nie pozostanę na to obojętny i mam zamiar wyruszyć w pole, choćby samotnie. Wy jesteście odważnymi, honorowymi ludźmi, chcecie walczyć. Na pewno pójdziecie. W końcu lud Durina nie ucieka przed walką. Ale moje pytanie brzmi…
     Zrobił długą pauzę.
     - Czy pójdziecie za mną? - spytał cicho. - Ten jeden, ostatni raz?
     Owe słowa utonęły w napiętej ciszy i nikt nie kwapił się do udzielenia jakiekolwiek odpowiedzi.

***
     Wszystko to było kwestią wiary, doprawdy. Tylko tyle i aż tyle.
     Będąc w Ered Luin, często budził się w środku nocy, zlany zimnym potem. Zewsząd napierała na niego ciężka ciemność, zalewał chłód. Był pozostawiony sam sobie naprzeciw niepokojom i zwątpieniu. Potrzebował odskoczni, czegokolwiek, by nie myśleć o tym pożądaniu rozpalającym jego ciało. Zamykał się w kuźni na długie godziny, tworząc najróżniejsze przedmioty, czekając aż jedyny ogień, jaki czuł, to ten bijący od pieca. Wtedy pozwalał sobie powrócić do normalnego życia, rodziny i przyjaciół, poddanych. Nie raz słyszał plotki i szepty. Dlaczego marnotrawił tyle czasu w kuźni zamiast oddać się obowiązkom władcy? W takich sytuacjach mocniej zaciskał zęby i ignorował oskarżenia. Nie chciał się usprawiedliwiać, a nikt nigdy nie śmiał się go o to wprost zapytać. 
     A czy Ty potrafisz wyobrazić sobie, jak to jest? Kiedy szaleństwo i żądza bogactw jest
w Twojej krwi? Nie ma ucieczki od własnej krwi, prócz śmierci. Śmierci, która nie mogła nadejść. Nie, gdy musisz żyć dla tych, których kochasz oraz dla tych, którzy Ciebie kochają.

     Czy jesteś w stanie pojąć strach przed bestią, o której wiesz, że kryje się w Tobie? Która w najbardziej umiejętny sposób zdążyła zatruć serca Twojej rodziny?
     Podszepty zła zawsze były ciche, lecz niezwykle sugestywne. Wszystko, co podpowiadały, zdawało się być normalne. Dziad nie zauważał różnicy. Nie widział, że się zmienił. Dla niego wszystko wydawało się takie, jak zawsze. Ojciec smutniał z każdym dniem, zamykał się w sobie, snując wiekopomne plany i wytyczając nieosiągalne cele. On sam i wszyscy inni tłumaczyli to ciężarem tragedii oraz odpowiedzialności, jaki spadł na jego barki. Jednak prawda była inna…
     Czy możesz zrozumieć tę beznadzieję, kiedy pozostaje ci tylko rzecz tak ulotna i krucha jak wiara? Naiwna wiara w lepsze jutro. Wiara w to, że dziad, a potem ojciec, przezwyciężą chorobę nie do pokonania.
     Prawdziwe, albo tak mu się tylko zdawało, pocieszenie znalazł dopiero, o ironio,
w Ereborze. Gdy kroczył wśród gór złota, głos w jego głowie wciąż szeptał, nieustannie,
w rytm kojącego szmeru.

     Ktoś chyba kiedyś mówił mu, żeby nie słuchać głosów bez twarzy…
     Wszystko jest dobrze. Idealnie. Wszystko jest w porządku. Masz wszystko, czego pragnąłeś. Masz wszystko, co ci się prawnie należy. Twoje marzenia się spełniły więc… Czego się obawiasz?    
     „Czego się obawiasz?” - dzięki tym słowom przez jego zaczerniony umysł przedarło się jedno jedyne wspomnienie.
     Bez słowa przysiadła obok niego na ławce werandy. Milczeli, wsłuchując się w odgłosy dzieci krzątających  się wewnątrz domu. On kurzył fajkę, a ona nuciła pod nosem jakąś lekką, wesołą melodię. Nagle przestała, lecz Thorin to zignorował.  
     - Czego się obawiasz? - spytała ni stąd, ni zowąd.
     Zmarszczył brwi, patrząc na nią pytająco.
     - Widzę to po tobie - powiedziała, jakby to było oczywiste. - Coś cię niepokoi.
     - Wydaje ci się - mruknął, unikając jej ciemnobrązowych oczu.
     - Nie ma potrzeby, byś kłamał.
     - Nie kłamię.
     - Czego się boisz?
     - Koro…
     - Czego się boisz? - powtórzyła stanowczo.
     Westchnął, poddając się. Odłożył fajkę na bok i wstał, odchodząc od niej parę kroków. Zerknął na nią przelotnie, by ujrzeć, że wpatrywała się w niego wyczekująco, po czym spojrzał w dal.
     - Siebie - odparł po prostu.
     Nic nie odpowiedziała. Może i mógłby powstrzymać się wtedy, nie mówiąc nic więcej. Jednakże, ze zdumieniem odkrył, że po raz pierwszy
chciał o tym rozmawiać.
     - Tego, co jest we mnie - rzekł gorzko, spoglądając na Zachód, w kierunku Samotnej Góry. - Żądzy złota. Skarb od dawna ściga moje sny. Boję się, że stanę się taki jak dziad
i ojciec, bo to jest w mojej krwi. Nie mogę od tego uciec.
     Stanęła obok niego.
     - Uciec? - Uniosła brwi z zaskoczeniem. - Dlaczego chcesz uciekać? Nie lepiej stawić temu czoła?
     - Nie. - Gwałtownie pokręcił głową. - Nie rozumiesz! Z tym nie można wygrać! Już teraz ciągle myślę o bogactwach, które nasi poddani wydobywali i obrabiali w pocie czoła, tylko po to, by zginąć! Tylko po to, by cały ich trud stał się leżem dla Smauga! - Splunął z furią. - Wszyscy niewinni, kobiety i dzieci, ludzie, których znałem, którym błogosławiłem na ślubach i składałem kondolencje na pogrzebach, oni spłonęli przez jego żądzę złota!
A najgorsze jest to, że Arcykamień leży gdzieś tam, porzucony jak zwykły śmieć! Arcykamień… Serce Góry, klejnot, który żyje… Wygląda jak kula księżycowego blasku otoczona zasłoną z kropli deszczu…
     - Jestem człowiekiem i nigdy nie zrozumiem krasnoludzkiej miłości do kamieni - Kora wtrąciła ostro, wyrywając go z letargu zachwycania się nad Królewskim Klejnotem, pozostając niewzruszoną na jego wybuch złości. - Niektóre z nich są piękne i zdobne, ale rzadkie wśród reszty; zwykłych głazów. A wszystkie łączy to, że są zimne, martwe. Obojętne. Dlatego Arcykamień jest dla was tak wyjątkowy, czyż nie? Bo żyje, powiadasz. Uważacie go za najwspanialszą rzecz z możliwych, bo przeczy prawom natury. Serce samotnego szczytu zaklęte w kamieniu. W istocie, nadzwyczajne - Thorin mógłby przysiąc, że w jej głosie ukryta była nuta kpiny. - Nie znam woli Królewskiego Klejnotu. Wiem tylko, że was oczarował, doprowadzając twojego dziada do szaleństwa. Śmiem twierdzić, że to nie wygląda jak „boskie namaszczenie rządów”. Twój ojciec też był pod jego wpływem, ale nie przez cały czas. Jednak żałoba i strata dokończyły dzieła...
     - Każdy tak to sobie tłumaczy - przerwał jej. - Lecz ja jestem pewien, że to nie prawda. Jeszcze przed atakiem Smauga ojciec zbliżał się do szaleństwa. Już wtedy choroba trawiła jego umysł… a teraz przyszła kolej na mnie.
     - Thorinie… - Kora uklękła przed nim tak, że patrzył na nią z góry. - Na pewno słyszałeś to już wiele razy… Nie jesteś nimi. Jesteś Thorinem Dębowa Tarczą, wielkim wojownikiem i wspaniałym liderem, silnym i niezłomnym.
     Już otwierał usta, by temu zaprzeczyć, kiedy ona położyła rękę na jego ramieniu, uciszając go natychmiastowo.
     - Uwierz w siebie, Thorinie - wyszeptała. - Choć raz przestań być uparty i doceń
w końcu swoją wartość.
     - Jak? Jak mam to uczynić, skoro inni we mnie wątpią? Obmawiają mnie za plecami lub wytykają chorobę wprost…
     Kora westchnęła.
     - Zwykło się mówić, że krasnoludy są ulepione z kamienia. Twarde, krzepkie, nieustępliwe. Obecnie najsilniejsza rasa w Śródziemiu. Trudno się z tym nie zgodzić. - Uśmiechnęła się lekko. - Tak, musisz mieć w sobie te cechy i masz je. Lecz jest coś jeszcze… wiem, że każdy władca musi zachować dystans do swoich decyzji, a nawet samego siebie. Inaczej można zwariować. Tyle, że nie możesz tego robić bez końca. Nie możesz przekroczyć cienkiej granicy między dystansem a obojętnością. Możesz być i ze skały, lecz nie zamieniaj serca w twardy głaz. Arcykamień to nie twoje serce. Ono jest tutaj. - Położyła dłoń na jego piersi. Jeśli wyczuła, że jego serce biło podejrzanie szybko, nie pokazała tego po sobie. - Jeżeli to, co mówisz jest prawdą; że od choroby nie można uciec ani z nią wygrać… moim zdaniem cała sprawa polega na skupieniu uwagi. Nie słuchaj głosów bez twarzy, ignoruj szepty w ciemności. Przypomnij sobie o tym, co już masz… rodzinę, przyjaciół, poddanych darzących cię miłością. Przypomnij sobie śmiech Dis, zdolny stopić każdy lód. Pomyśl o jej synach, którzy potrafią zmiękczyć najtwardsze serce. Nie zapominaj, że masz niezłomnego ducha, a twoje własne serce jest silne
i szlachetne… Król pławiący się w bogactwach z wysiłkiem uzyskanych przez jego lud, ślepy na wszystko inne? Nie. - Pokręciła głową. - To nie ty, Thorinie. Uwierz
w prawdziwego siebie.
     Thorin nie był w stanie wykrztusić ani słowa, zdumiony jej mądrością i wzruszony jej wiarą w niego.
     - Zrobisz to dla mnie? - spytała cicho.
     Pokiwał głową, wciąż oniemiały. Ujął jej dłoń, nadal spoczywającą na jego piersi,
w swoją własną i ścisnął ją mocno. Kąciki jego ust uniosły się lekko. Już dawno nie czuł się tak… pozytywnie.
     - Dobrze. - Uśmiechnęła się szeroko, po czym wstała na równe nogi, otrzepując suknię.
     - A teraz… - rzekła dziarsko. - Czy Wasza Zrzędliwość zaszczyci nas swoją obecnością przy wieczerzy? Wierzę, że dzieci zdążyły już przygotować specjały szefa kuchni dla Waszej Zrzędliwości.
     Prychnął na tytuł, jaki nadali mu Dorian i Sybil, a potem z uśmiechem podążył za Korą do jadalni.
     Jego serce biło z nowo odkrytą siłą.
     Otworzył oczy bardzo szeroko.

     Poczuł swoje serce. Pierwszy raz od długiego czasu naprawdę je czuł. Biło mocno
i szybko. Od jego piersi na całe ciało rozprzestrzeniała się fala ciepła, zatapiając odrażający chłód.

     Powoli podniósł się, a monety zagrzechotały naokoło. Jego oddech był przyspieszony, źrenice rozszerzone.
     Thorin znowu żył.
     Wstał na chwiejne nogi i rozejrzał się dokoła, dostrzegając jedynie góry złota. Przyprawiły go one o bezgraniczne obrzydzenie.
     Poświęcił wszystko dla czegoś… takiego?
     Nie wiedział, czy lepiej jest śmiać się histerycznie czy płakać. Ostatecznie nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Z szokiem rozglądał się wokół. 
     Wszystko było martwe.  
     Zastanawiał się, jak trafił do tego grobowca.
     Jego serce zostało przeszyte porażającym ukłuciem.
     Bilbo.
     Ból był nie do zniesienia.
     Przypomniał sobie wszystko: przyjaźń, chwałę, miłość i szaleństwo, szaleńczą miłość, zdradę, winę…
     Uciekał. Przed pustką, bólem, wspomnieniami Bilba, Jego delikatnej skóry, pięknych oczu… Z których płynęły łzy, gdy zaciskał dłonie na Jego gardle.
     Okazał się tchórzem. Uciekał, jak najdalej, od szeptów w ciemności i głosów bez twarzy. Nie chciał niewiele znaczących bogactw, nie pragnął chłodu złota. Chciał czuć ciepło, ciepło Jego ciała, bez którego był niekompletny. Chciał być przepełniony nadzieją, że naprawdę uwolnił się od przekleństwa jego rodu. Kiedy chłopcy wrócili, wszystko zdawało się być na dobrym kursie, a potem tamta noc…
     Nagle zatrzymał się.
     Jego życie musiało być jakimś jednym, wielkim żartem.
     Przez nieopisaną miłość do swojego Jedynego został w końcu pokonany przez chorobę złota.  
     Oparł się o ścianę, nie dbając o to, gdzie dokładnie się znajdował. Starał się uspokoić oddech, a całe życie przesuwało mu się przed oczami. Miał tylko pięćdziesiąt cztery lata, gdy zaatakował Smaug. Mimo to, pamiętał całą władzę, potęgę i dobrobyt sprzed odebrania Ereboru. Potem wygnanie. Oczy jego niewinnych poddanych, przepełnione bólem, wpatrzone w niego w poszukiwaniu wsparcia. Ciche płacze kobiet, widok wygłodniałych dzieci… to było nie do zniesienia. Tułaczka i uniżenie trwały, a on musiał pozostać silny dla innych, nie mógł zawieść.  
     A teraz wszystko przepadło.
     Pozwolił, by Arcykamień stał się jego sercem.    
     - Koro… - powiedział ochrypłym głosem. - Moja droga, mądra przyjaciółko, i ciebie zawiodłem.
     Cisza, która mu odpowiedziała, była przerażająca i kojąca zarazem. Nie było już szeptów. Słuchał milczenia z nadzieją, że może znajdzie jakąś podpowiedź, co robić dalej, może nawet reprymendy od samej Kory. Wsłuchiwał się w ciszę tak intensywnie, że
w oddali usłyszał krzyki. 
Instynktownie podążył w kierunki hałasem.  
     Nie wiedział, co czuł, gdy ujrzał Kompanię. Nie był pewny, co odczuwał, gdy ujrzał, jak ogromne zagrożenie nadchodziło. Nie skupiał się na swoich uczuciach, gdy szczerze przemawiał do swoich ludzi. Zależało mu tylko na tym, by naprawić jakoś jego złe uczynki. Oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i zmienić bieg wydarzeń. Lecz było za późno. Tak bardzo za późno, że nie bezpodstawnie zwątpił w wierność Kompanii.  
     „Jeżeli będzie ich trzymał przy tobie jedynie strach, nie posiądziesz ich lojalności na długo” - ojciec powiedział mu kiedyś. - „Masz być dla nich nie tyranem, a przykładem. Zdobądź ich serca, a pójdą za tobą nawet na śmierć”.
     Nie zdziwił by się, gdyby ich serca żywiły do niego teraz jedynie odrazę, a ani cienia pozytywnych uczuć. Nie miał by im tego za złe. 
     Patrzył na nich, wyczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Widział ich twarze pełne nieufności, dezaprobaty, rozczarowania i gniewu. Nikt nawet nie drgnął przez czas równie długi jak, zdawało się, wieczność.
     To Balin jako pierwszy wystąpił naprzód, co nie było żadną niespodzianką.
     - Jakiekolwiek są twoje winy, a są one wielkie, Thorinie Dębowa Tarczo, wciąż jesteś Królem, któremu przysięgaliśmy wierność - powiedział. - Straciłeś moje zaufanie, możliwe, że nawet i przyjaźń, lecz nie lojalność. Jestem wszystkim, ale nie krzywoprzysięzcą. - Ukłonił się lekko. - Balin, syn Fundina, do usług.
     Za nim podążyli inni, z niechęcią kłaniając się i oferując swoje usługi. On równie niechętnie przyjmował ukłony. Gdy wszyscy skończyli, Thorin znów przemówił:
     - Skoro taka jest wasza wola, moi wspaniali kompani, będę zaszczycony i dumny, mogąc was prowadzić. Lecz najpierw sugerowałbym przywdziać lepsze zbroje. Lepiej, żebyśmy dobrze się przygotowali.
     Wszyscy przystali na tę propozycję i wyruszyli w poszukiwaniu odpowiedniego rynsztunku.
  
***
     - Fi…
     Jego brat zerknął na niego pytająco.
     - Boję się - Kili wyszeptał niepewnie.
     Nie wiedział, czego ma się spodziewać - kpiny czy empatii. Sam jednak nie potrafił poradzić sobie ze strachem, a komu miałby go wyznać, jeśli nie starszemu bratu?
     Oblicze Filiego złagodniało i uśmiechnął się delikatnie.
     - Tylko głupiec się nie boi, Ki - powiedział cicho.
     - Więc ty też?
     - Oczywiście. Jak my wszyscy.  
     - Nawet Dwalin? - spytał z powątpiewaniem.
     Kąciki ust Filiego uniosły się odrobinę.
     - Nawet Dwalin. Mówiłem ci już; byłby głupcem, gdyby nie odczuwał strachu.
     Resztę drogi do wyjścia przebyli w milczeniu. Skończyli zakładać najwspanialsze zbroje, jakie tylko mogli znaleźć. Teraz szli w kierunku bramy. Wyruszali w pole. Po niedługim czasie stanęli przed wrotami, przez które przedzierały się odgłosy bitwy.
     Thorin, prowadzący korowód, odwrócił się do nich. Spojrzał po twarzach całej Kompanii, a potem wziął głęboki oddech i rzekł:
     - Cokolwiek czeka po drugiej stronie, chcę dodać jeszcze jedno… dziękuję. Dziękuję wam za wszystko, co dla mnie zrobiliście. Nie mógłbym prosić o nic więcej niż tak wspaniałych, dzielnych przyjaciół.
     Członkowie Kompanii pokiwali głowami. Zapanowała ciężka, przesycona strachem cisza.
     Kili stanął naprzeciw Filiego, ujął jego twarz w dłonie i złączył ich czoła. Był to jeden
z najbardziej intymnych gestów wśród krasnoludów. Fili wypuścił z płuc długi, urywany oddech, po czym oplótł twarz Kiliego swoimi dłońmi.
     - Cokolwiek nadchodzi, Ki - wyszeptał. - Trzymamy się razem. Do końca.
     - Do końca - przytaknął Kili.
     Trwali tak przez czas jakiś, w milczeniu, znajdując tak bardzo potrzebny komfort
w bliskości. Kiedy 
odsunęli się od siebie, zobaczyli, że wszyscy inni bracia w Kompanii wymieniali ten sam gest. Tylko Thorin stał samotnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
     Kili bardzo powoli i ostrożnie skierował swoje kroki w stronę wuja. Patrzył mu w oczy
w poszukiwaniu jakiegoś ostrzeżenia, by się nie zbliżać. Nie zauważył niczego takiego. Był już bardzo blisko Thorina, lecz nadal nie ujrzał ani cienia groźby w tych oszałamiających szafirowych tęczówkach. Jego oczy trzeźwo patrzyły na świat.
     Wtedy Kili naprawdę uwierzył, że prawdziwy Thorin wrócił.
     - Spóźniłeś się - mruknął.       
     Dobrze, że wuj nie odpowiedział „lepiej późno niż wcale”. W ogóle nic nie odpowiedział. Tylko patrzył na Kiliego z nutą niepewności i zdumienia. Jego zaskoczenie wzrosło znacząco, gdy młody krasnolud oparł jego czoło na swoim. Thorin ujął policzek swojego siostrzeńca drżącą dłonią.
     - Kili… - wyszeptał ochryple.
     - Wuju, po prostu… - przerwał mu Kili. - Poprowadź nas przez to do zwycięstwa.
     Thorin kiwnął głową, a potem odsunął się powoli. Patrzył na Kiliego ze łzami w oczach jeszcze przez jakiś czas. W końcu Kili odstąpił na bok, a wtedy wydarzyła się kolejna niespodziewana rzecz - Fili stanął naprzeciw wuja. Surowo mierzył go wzrokiem, ale później zrobił to samo, co jego młodszy brat. Szeptał coś z Thorinem po khuzdulsku. Później starszy brat odszedł na bok, próbując ukryć wzruszenie malujące się na jego twarzy. Potem wszyscy ustawili się wokół Króla, patrząc na niego wyczekująco.
     - Wkroczyliśmy do tej Góry niczym złodzieje - rzekł. - Lecz na pewno tak jej nie opuścimy. Nieważne, co czeka nas po drugiej stronie tych wrót, wyjdziemy z uniesioną bronią i krzykiem na ustach bronić naszego dziedzictwa! Będziemy walczyć za wszystko, co z takim trudem odzyskaliśmy! I jeśli przyjdzie nam zginąć, to umrzemy z honorem,
a pieśni o nas będą przebrzmiewały przez te hale na wieki! Moi przyjaciele, sprawmy, by wrogowie pożałowali godziny, w której zdecydowali wyciągnąć swoje chciwe łapska
w naszym kierunku!

     Bramę otwarto, a Kompania podniosła bojowy krzyk. Biorąc przeciwników
z zaskoczenia, pozostawiali po sobie same trupy, brnąc w sam środek bitewnego piekła.

_____________________________

Haha. To się nazywa kolejny "cliffhanger". 
Zauważyłam, że mój Thorin jest taki... niestały emocjonalnie. To takie... mało krasnoludzkie. 
Od teraz zaczyna się zabawa.