Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SURPRISE!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SURPRISE!. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

17 lat później...

Na wstępie powiem tylko jedno - tego się nie spodziewaliście.

_____________________________

     Jej serce biło jak szalone. Mocniej ścisnęła ukryty pod peleryną miecz.  
     - Bądź silna – wyszeptała sama do siebie, zaciskając powieki. Wspomnienie twarzy Doriana mignęło jej w pamięci. Po tylu latach myślenie o nim przyprawiało ją już jedynie
o żal, zarazem dając pewien rodzaj ukojenia w smutku. Owo uczucie było jedną z niewielu niezmiennych rzeczy w jej życiu.
– Bądź silna dla nich obu.
     Z tymi słowami wzięła głęboki oddech, po czym postawiła kaptur i niezauważenie opuściła pałacowe ogrody przez bramę zachodnią. Strażnicy byli tak dobrze przekupieni, że nawet nie złożyli ukłonu, kiedy ich mijała. W obecnej jakże wyjątkowej  sytuacji nie uraziło to jej dumy czy honoru ani trochę.
     Poza tym, to, co powszechnie postrzegano jako honor, utraciła już siedemnaście lat temu.
     Szybko potrzęsła głową, wyrywając się ze zgorzkniałych rozmyślań. Musiała skupić się tylko na zachowaniu czujności.
     Naokoło panowała zimna deszczowa noc, kiedy przemykała się ulicami Dali. Po dłuższej przechadzce przez kręte i ciemne zaułki znalazła się pod wysokim drewnianym domem. Na drżących nogach okrążyła budynek, by stanąć przed tylnym wejściem. 
     Pukając  do drzwi sierocińca, największym wysiłkiem woli powstrzymywała się przed ucieczką. Otaczające ją odgłosy ulewy, chłód oraz mrok nie uspokajały jej nerwów jak zwykle, a tylko potęgowały niepokój. Bardzo długie czekanie było torturą, ale w końcu drzwi otwarły się. Stała w nich  smukła kobieta o spracowanym acz ciepłym obliczu - właścicielka i główna opiekunka domu dla sierot wojennych - Alanie. To była dobra, poczciwa, godna zaufania osoba.
     - Witaj, Pani - powiedziała, kłaniając się. - Chłopak już czeka.
     Ona w odpowiedzi kiwnęła tylko głową i dała się zaprowadzić pod drzwi jakiegoś pokoju na poddaszu.
     - Tam będziecie mogli porozmawiać w spokoju - szepnęła Alanie, po czym odeszła, zostawiając ją sam na sam z jej największym sekretem.
     Czekała tyle lat na tę chwilę, a jednak bardzo się jej obawiała. Tyle miesięcy zbierania się na odwagę, tyle nieprzespanych nocy, w czasie których układała całe przemowy… Teraz to wszystko miało się ziścić.
     Zdecydowanie nie była na to gotowa. Mimo to drżącą ręka nacisnęła klamkę i szybko weszła do niewielkiego, oświetlonego chybotliwym blaskiem świec pomieszczenia. Jej wzrok padł na młodzieńca, który stał na drugim końcu pokoiku odwrócony tyłem do wejścia. Chłopak niemal od razu obrócił się na pięcie i spojrzał prosto na nią.
     Zaparło jej dech w piersiach.
     Wpatrywała  się w niego z zachwytem pełnym niedowierzania, ale nie odezwała się ani słowem, gdyż bycie blisko tego chłopaka jak nigdy wcześniej odebrało jej mowę.
     „Synu,  jesteś taki… wspaniały” - pomyślała, lecz nadal milczała.  
     On był nie mniej zdziwiony. Znieruchomiał i patrzył na nią bez mrugnięcia okiem, zszokowany. 
Z pewnością zastanawiał się, dlaczego sama córka Barda Łucznika zażądała z nim rozmowy na osobności.
     - Pani - wykrztusił, skłoniwszy się nisko. - To dla mnie zaszczyt.
     „Nawet głos masz ten sam”.
     Zdawało jej się, że widzi przed sobą zmartwychwstałego Doriana. Chłopak był tak samo dobrze zbudowany, lecz średniego wzrostu, może dwa czy trzy cale wyższy od Doriana. Miał dokładnie tak samo przystojną twarz… Jasnobrązowe falowane włosy sięgające ramion, delikatny zarost, wyraźne kości policzkowe i idealne brwi. Te same pełne usta. Identyczne, wysokie czoło. Gdyby nie wiedziała, kim ten chłopak jest, już dawno rzuciłaby mu się na szyję z okrzykiem „Dorian, ty żyjesz, żyjesz!” i zasypała pocałunkami. 
A przynajmniej pomyliłaby młodzieńca z Dorianem przed zajrzeniem w jego oczy.

     Ten młody człowiek miał intensywnie niebieskie tęczówki, takie jak u Sigrid, jednakże błyskała w nim ta iskra inteligencji, której chłopak na pewno nie odziedziczył po niej.
     - Pani? - spytał niepewnie, wyrywając ją z zamyślenia.
     Błyskawicznie się opanowała i rzekła:
     - Witaj, Findanie. Zanim przejdę do celu naszego spotkania, musisz zagwarantować, że moja wizyta pozostanie tajemnicą.
     Nic nie odpowiedział przez moment, przyglądając jej się uważnie.
     - Masz moje słowo, pani. Słowo honoru - zapewnił z ręką na sercu.
     Kiwnęła głową, po czym wzięła głęboki oddech i wyjęła miecz.
     - To należy do ciebie.
     Z tymi słowami podała mu broń. Findan przez długi czas zerkał to na klingę, to na nią, znów na klingę, kolejny raz na nią. Pewnie myślał, że Sigrid żartuje. Księżna Dali potaknęła głową zachęcająco, a chłopak ujął miecz w dłonie delikatnie i przyjrzał się mu bliżej, marszcząc brwi. 
     - Dziwne… - mruknął. - Elficka pochwa…
    Szybkim ruchem wyjął oręż.
     - … krasnoludzki miecz - wydyszał, nie mogąc złapać tchu z zachwytu.
     Sigrid uśmiechnęła się pod nosem. W sąsiedztwie Samotnej Góry, a co za tym idzie, powszechnym dobrobycie, środki znajdywały się nawet na kształcenie sierot. Jednak
w przypadku stojącej przed nią „sieroty” było inaczej.  Sigrid sama zadbała o jego edukację. Przekazała Alanie niemałe pieniądze na ten cel. Zażądała, że chłopak ma umieć czytać, pisać, liczyć, znać obyczaje. Dodatkowo miał kształcić się w minimum jednej dziedzinie, którą sam sobie wybierze. Najwyraźniej była to znajomość broni
i posługiwania się nią.
     - Jest niezwykły, tak jak jego historia. - Zaczęła swoją opowieść. - Został wykuty przez Thorina II Dębową Tarczę dwadzieścia pięć lat temu, w podarunku dla twojego dziada Brandona. Później trafił do twego ojca Doriana.
     Findan wyraźnie nie wierzył w to, co słyszy.
     - Ale… - zająknął się, wytrzeszczywszy oczy. - Jesteś pewna, pani? Thorin Dębowa Tarcza?
     Księżna Dali uśmiechnęła się z przekąsem.
     - Nie mów mi „pani” - rzekła. – Zwracaj się do mnie Sigrid.
     To zdumiało go jeszcze bardziej.    
     - Kim tak naprawdę jesteś, Sigrid? – spytał, marszcząc brwi.

     „Twoją matką” - pomyślała ze smutkiem. Tak bardzo chciała go teraz przytulić
i powiedzieć mu, że to nie jest tak, że go nie kocha. Findana miłowała najmocniej ze wszystkich swoich dzieci, bardziej od tych, które czekały na nią w pałacu. To nie było tak, że o nim zapomniała. Często wybierała się na długi spacer po mieście z najbardziej zaufanymi służącymi i „przypadkiem” zawsze przechodzili koło sierocińca. Patrzyła wtedy, jak jej syn bawi się z innymi dziećmi, a jej serce krzyczało. To nie było tak, że go porzuciła. Kiedy Bard dowiedział się, że jego córka jest w ciąży  z zaginionym chłopakiem, zapłonął strasznym gniewem. Do dziś klnie pod nosem Doriana syna Brandona, który najpierw uratował Sigrid z płomieni, a potem zhańbił. Bard nie zgodził się na wychowanie bękarta. To był
w jego oczach zbyt wielki dyshonor dla rodziny. Pozwolił jej urodzić to dziecko, ale natychmiastowo po porodzie rozkazał oddać do sierocińca. Sigrid wybrała ten dla sierot wojennych, skoro chłopiec stracił jedno z rodziców w skutek bitwy. Tak bardzo płakała, kiedy kładła pod drzwiami koszyk z imieniem swojego synka napisanym na kartce. Findan, co znaczy Jaśniejący. Od tamtej pory cień padł między nią a ojca. Nigdy nie myślała o tej ciąży jak o hańbie. Nie… tamta noc była warta wszystkiego. Mimo ostrzeżeń Barda, na jakie niebezpieczeństwo narażała siebie i bliskich, Sigrid zawsze pozostawała blisko swojego pierworodnego, choć cały czas w ukryciu.       
     - Znałaś mojego ojca? - Zapytał znowu, zanim zdążyła odpowiedzieć na poprzednie pytanie. - Albo moją matkę? 
     Córka Barda Łucznika pokiwała głową, biorąc głęboki oddech.
     - Poznałam Doriana, jak również jego siostrę Sybil – odparła, po czym opowiedziała Findanowi historię życia dzieci Brandona i Kory, którą Dorian przekazał jej tamtej nocy. 
     Kiedy skończyła, chłopak patrzył na nią z błyskiem zrozumienia w oku.
     - Byłaś jego… przyjaciółką? - Kąciki ust Findana uniosły się niemal niezauważalnie.
     - Można tak powiedzieć – odpowiedziała ostrożnie. - To on podarował mi miecz, zanim… - głos uwiązł jej w gardle.
     - Nie płacz - mówił wtedy. - Jesteś silna.
     - Zanim? - Findan wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.
     Boleśnie przełknęła ślinę, po czym westchnęła drżąco.
     - Odszedł w poszukiwaniu siostry, by już nigdy nie powrócić – powiedziała, siląc się na jak najbardziej obojętny ton.
     Młodzieniec przygryzł wargę i spuścił głowę.
     - Nie wiadomo, co się z nim stało? – zapytał cicho. Słychać było wyraźnie, że starał się zamaskować maleńką nutę nadziei ukrytą w tym pytaniu.  
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie. Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę  – słowa Doriana przebrzmiały w jej myślach.
     - Niestety - rzekła smutno.
     Findan wyprostował się i spojrzał jej w oczy z żalem. Widać było, że jego nadzieje spłonęły.
     Wspomnienia powróciły do Sigrid z całą mocą.
     Płomienie. To wszystko stało się przez smoczy ogień. Smaug zaatakował Miasto na Jeziorze, a ich dom ogarnął pożar. Została otoczona przez ogień i dym. Tak bardzo się bała, że zaraz zginie, więc krzyczała o pomoc, która nadeszła w ostatniej chwili.
     Zobaczyła go, kiedy wyłaniał się z płomieni. Nadawały mu one niesamowitego wyglądu.
     Jego oczy stały się bezdenną otchłanią czerni. Jego twarz iluminowała
z zachwycającymi świetlnymi refleksami. Jego skóra zdawała się płonąć, a jego włosy powiewały delikatnie.

     Emanował potęgą i gniewem. Był siłą. Mocą. Ogniem.
     Podszedł prosto do niej i bez słowa delikatnie ujął ją w ramiona, po czym wyniósł
z pożaru.

     Nie mogła być bardziej oczarowana.
     Za ratunek odwdzięczyła mu się dopiero, gdy się nim zaopiekowała. Chęć pomocy wykorzystała za pretekst, by poznać bliżej tego tajemniczego nieznajomego. 
     W krótkim czasie pojęła, że młodzieńca pokroju Doriana nie spotka już więcej. Syn Brandona zauroczył ją jak nikt wcześniej, niemal zapanował nad nią, nad jej myślami oraz pragnieniami. Ukrywała się jednak ze swym uczuciem, bo nie wiedziała, czy Dorian je odwzajemniał.
     Do tej pory Sigrid wmawiała sobie, że tak było. Że Findan został poczęty z miłości. Że tamta noc to nie był tylko impuls. Że to było coś więcej niż gorąca młodzieńcza krew. Paradoksalnie, ona i jej mąż doczekali się trójki dzieci po wielu trudach, podczas gdy jej nieplanowany potomek zjawił się na świecie z taką łatwością.
     O ironio, ty najwybitniejszy reżyserze życia o zabarwieniu jak zawsze komediowo-dramatycznym.
     - Findanie - powiedziała, wyrywając się z zamyślenia po raz kolejny. - Oddaję ci ten miecz, ponieważ życzeniem Thorina było, aby był on przekazywany w waszej rodzinie
z ojca na syna.

     Chłopak przyjrzał się przedmiotowi z uwagą.
     - Co mój ojciec o nim powiedział… zanim odszedł?
     Zastanowiła się przez chwilę, a potem powtórzyła słowa Doriana:
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez. 
     Młodzieniec uniósł klingę na wysokość oczu.
     - Miecz… łez - szepnął, patrząc na ostrze z podziwem.
     Po chwili zapanowała krępująca cisza
     - Findanie… - księżna Dali zaczęła niepewnie. - Za kilka dni wejdziesz w wiek dorosły
i będziesz musiał opuścić sierociniec… jeżeli mogłabym ci jakoś pomóc…

     Findan potrząsnął głową.
     - Czuję się zaszczycony, Sigrid – odparł. – Ale nie ma takiej potrzeby. Jeden z kowali chce mnie wynająć do pomocy w kuźni. Kto wie, może pewnego dnia sam nim zostanę…
     Uśmiechnęła się szeroko i ciepło, przepełniona dumą. Jej syn był taki wspaniały,
a ponadto wiedział, jak sobie w życiu poradzić.

     - Czas na mnie - o mało co wtrąciła słowo „synu”. - Życzę ci szczęścia w dorosłym życiu.
     - Dziękuję. – Chłopak skłonił się nisko.
     Kiedy wracała do pałacu, myślała tylko o tym, że Findan, mogłaby przysiąc, mruknął wtedy „mamo”. 
***
     Dis umarła szczęśliwa, jakkolwiek absurdalnie mogło to zabrzmieć.
     Jeśli rzec, że przecież straciła wszystko i nie miała jak zaznać szczęścia, w istocie byłoby to prawdą. Przynajmniej na początku.
     Kiedy powróciła do Samotnej Góry, nie potrafiła patrzeć na wspaniałości Eroboru
z niczym innym niż odrazą. Żadne z tych pysznych oraz świetnych skarbów nie potrafiło przywrócić do żywych jej ukochanych synów i ostatniego brata.

     Nie było bogactw, które uznałaby za warte poświęcenia życia. Nawet Arcykamień nie był godzien takiej ofiary.
     Królewski Klejnot darzyła szczególną pogardą. Zawsze patrzyła zabójczym wzrokiem na miejsce, gdzie niegdyś jaśniał nad królewskim tronem. Na szczęście Dáin także odnosił się z dystansem do Serca Góry, jak również do całych bogactw Ereboru. Jej krewniak dobrze sprawował się jako władca Ereboru. Prawda, potrzebował poparcia i pomocy Dis, lecz ona udzielała mu ich chętnie. Przywrócenie świetności Ereborowi wyznaczyła sobie za nowy cel w życiu. Nosiła żałobę po straconej rodzinie, ale trzymała się dumnie. Musiała być silna dla swoich poddanych.
     Tylko w samotności, gdy stała nad grobami swoich synów i Thorina, dopadały ją chwile słabości. Wtedy zwykła modlić się do Mahal. Och, jak bardzo błagała Aulëgo, by choć raz ją wysłuchał, nawet jeśli jej prośba była niemożliwa do spełnienia.
     Jej Jedyny odszedł ze świata tak dawno temu i serce Dis już nigdy nie otworzy się
w ten sposób dla nikogo, a jednak Księżna Ereboru pragnęła syna. Tak gorąco pragnęła mieć jeszcze jednego syna.

     I Aulë wysłuchał ją.
     Ten chłopak pojawił się w jej życiu poprzedzony niemałą sensacją.
     Plotki w Samotnej Górze rozchodziły się tempem błyskawicy. Długo zanim go ujrzała już wiele o nim słyszała. Młodzieniec pojawił się u jednego z krasnoludzkich kowali
w Samotnej Górze. Był biedne odziany, a dzierżył wspaniały miecz. Nie dość, że chłopak chciał, aby na ostrzu wygrawerowano napis „Miecz Łez”, to jeszcze miał czelność twierdzić, że klinga została wykuta przez… Thorina II Dębową Tarczę.

     Za to ostanie został postawiony przed królewskim majestatem. 
     Dis nie mogła być w potężniejszym szoku, gdy stała po lewicy Dáina i patrzyła na młodzieńca, który był z wyglądu tak podobny do członków jej ukochanej ludzkiej rodziny
z Ettinor.

     Chłopak przedstawił się jako Findan syn Doriana i rzeczywiście był w posiadaniu miecza, który Thorin ofiarował Barndonowi.
     Słabość do tych ludzi chyba była we krwi wszystkich Dziedziców Durina. Dis zaprzyjaźniła się z Findanem od razu. Miała mu do opowiedzenia wiele historii z Ettinor,
a młodzieniec 
chłonął każdą nową informację o swoich przodkach. On w zamian wyjawił jej, jak skończyli jej ukochani ludzie z Ettinor.
      Musiała przyznać, mimo swej krasoludzkiej dumy i uporu, że płakała wtedy rzewnie, ale Findan również. Żal połączył ich jeszcze bardziej.
     Dis dostała upragnionego syna.
     Chłopak mieszkał w Dali przez dwa lata. Pracował jako uczeń kowala. Erebor odwiedzał regularnie oraz często i zawsze wtedy spotykał się z Dis. Jego bliskim przyjacielem został także młody krasnolud imieniem Huan. To razem z nim syn Doriana wyruszył w świat.
     Findan wysłał do Dis dwa listy w trakcie swoich podróży.
     Jego tułaczka trwała dziesięć lat.
     Dziesięć lat.
     A gdy Księżna Ereboru niemal straciła nadzieję na ujrzenie swego syna kiedykolwiek więcej, on tak po prostu zjawił się w Samotnej Górze.
     Po dziesięciu latach.
     Z kobietą trzymającą małą dziewczynkę na rękach u swego boku i ogromnym czarnym wilkiem podążającym tuż za nim.
     Bestia została nazwana Huan, na cześć poległego kompana Findana.
     Żona Findana była piękną Rohirrimką, a jego córeczka… wyglądała jak mała Sybil. Dis pokochała tę małą od pierwszego wejrzenia, a Edith mówiła do niej „babciu”.  
     W tamtym czasie Dis zaznała, co to szczęście, nawet jeśli nieraz ogarniał ją smutek. Nie potrafiła przestać wspominać Brandona, Kory i ich dzieci. Szczególnie, że Findan, po powrocie ze swoich podróży, wręczył Dis rysunki piętnastoletniego Doriana oraz siedemnastoletniej Sybil.  
     Dis żałowała, że już nigdy nie dowie się, czy portrety Thorina, Filiego, Kiliego i jej samej wykonane przez Brana wciąż wsiały w salonie, gdy ich dom w Ettinor płonął?
     Jednakże Dis wolała nie myśleć o płomieniach, bo wtedy napadał ją widok potęgi smoczego ognia, którą doświadczyła na własnej skórze. A były przecież przyjemniejsze rzeczy, nad którymi mogła się zastanawiać.
     Aulë ulepił krasnoludy z kamienia, mówiło się też, że on sam był twardszy i potężniejszy od każdej skały. Ale serce Mahal było gorące jak jego kuźnie.
     Dis zaznała w ciągu swojego życia zarówno okrucieństwa jak i dobra bogów. Jej żywot był kompletny. Umarła niedługo po przyjściu na świat drugiego dziecka Findana. Jej synowi urodził się syn. To był dobry moment, by odejść. Jej dusza opuściła Ardę w spokoju.
     Jednakże, w Salach Czekania Dis miała zamiar zrobić pierwszorzędną awanturę. Niech Throin drży przed jej gniewem spowodowanym tym, że poprowadził Filiego i Kiliego na śmierć.  
***
     Zakręciło mu się w głowie i niemal się przewrócił, potykając się o splątane korzenie. Przystanął na moment, by złapać oddech.  Uderzyła go martwa cisza, która napierała na niego ze wszystkich stron.
     Findan zmarszczył brwi podejrzliwie. Rozejrzawszy się wokół, nie zobaczył nic prócz smukłych pni drzew ginących w mroku. Nawet kiedy wytężył zmysły, nie był w stanie usłyszeć ciężkiego tupotu łap ani zobaczyć znajomej wilczej sylwetki przemykającej się nieopodal.
     Findan prychnął, pokręcił głową, a potem ruszył dalej przed siebie.
     - Pojawia się i znika, pojawia się i znika, zupełnie jak zjawa – mruknął pod nosem. – Powinien się nazywać Duch, a nie Huan.
     Mężczyzna poruszał się szybko i cicho, zagłębiając się coraz bardziej w las. Starał się przemieszczać jak najsprawniej, jednak przeszkadzało mu w tym zmęczenie oraz łodygi jeżyn ciągle oplatające się wokół jego nóg. Mimo to nie przestawał iść. Jego umysł był zajęty czym innym niż przejmowanie się przeszkodami czy znużeniem.
     Głęboko zastanawiał się nad przyszłością, targany niepokojem. Od teraz tak wiele rzeczy się zmieni. Jego rodzina uzyskała tytuł szlachecki, a on sam został głową rodu. Powinien stać pewnie na czele Peryárów w trakcie ich początku, który będzie trudny. Jednakże,  Findan z paniką odkrył, że nie miał pojęcia, co zrobić ani od czego zacząć. Ponadto, na myśl nie przychodził mu nikt doświadczony, u kogo mógłby szukać pomocy
i wsparcia. Znalazł się w tej nowej sytuacji praktycznie sam.

     A i tak potrzebował samotności.  Istniało zatem jedno miejsce, do którego postanowił się udać.  
     Krąg Smutku fascynował go odkąd tylko sięgał pamięcią. Od dnia, kiedy powiedziano mu o tamtym miejscu po raz pierwszy, zawsze coś ciągnęło go na ową polanę. Nikt by nie zaprzeczył, że było w niej coś naprawdę wyjątkowego.
     Jedynie tam Findan naprawdę potrafił zebrać myśli, a teraz musiał to robić.
     Znajdował się już niedaleko. Przyspieszył kroku i wkrótce dodarł do celu. Jak zwykle, gdy wyszedł z linii drzew, zaparło mu dech w piersiach na widok polany. Jej wygląd był niemal nieziemski.
     Skrzyła się srebrem księżycowego blasku, a kwiaty oplatające mogiły jaśniały niczym gwiazdy. Strumień szemrał cicho, delikatnie, jakby nie chcąc przerywać spokoju nocy. Powietrze pachniało słodko, a zarazem przesycone było tą charakterystyczną melancholią. Dało się wyczuć również jakąś potęgę oraz tajemnicę bijącą od dwóch grobów.

     Findan zamarł na moment, oczarowany, lecz po chwili odetchnął z ulgą, poddając się ogarniającemu go spokojowi.       
     Zrobił kilka kroków w kierunku środka polany, po czym zatrzymał się i usiadł na ziemi. Później stracił poczucie czasu, rozmyślając nad tym, jak wypełnić oczekiwania innych, zapewnić dobrobyt Violet i dzieciom, i tym podobne. 
     Niestety, nie był ani trochę bliżej rozwiązania. 
     Findan wstał, po czym zaczął nerwowo chodzić w tę i we w tę. 
     Jak postępować, by historia już nigdy więcej się nie powtórzyła? Co począć, by uchronić potomnych przed cierpieniem, jakie spadło na ich przodków i możliwe, że także ich dotyczy? 
     Zmarszczył brwi. Znów obudził się w nim ten bunt, znów zadawał sobie pytanie o sens tej tragedii. 
     Z niezrozumiałych mu przyczyn, jego wzrok został przyciągnięty przez dwie mogiły. Wpatrywał się w nie jakby był w transie. I nagle go olśniło. 
     Z ust Findana wypłynęły słowa, które układały mu się w głowie przez te wszystkie lata. Nareszcie wydobył z siebie pieśń, którą miał na końcu języka tak długo. 

Łzy Nienny, co uczyniłyście ten świat, 
Ainurowie oczarowani słodyczą waszego smutku, 

Valarowie doprowadzili wizję do skutku. 


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 


Dwa Drzewa, co Światłem Valinor okalacie, 
By zginąć od jadu Majara mrocznego, 
Rodzicami stałyście się dobra przemożnego. 

Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Eru, nazwij Twój klucz na istnienie siły,
Co potrafi zmienić rzecz zranioną i upodloną, 

W jeszcze lepszą i piękniejszą, na nowo odrodzoną. 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

I wszystkie potęgi Ardy, co zachowamy w pamięci, 
Spłodziłyście ogień i wiatr, nosicieli pożogi, 
Dałyście wodę i ziemię, byśmy wkroczyli w raju progi. 

Gdzież jest Łaska w Śmierci?  

      Jego śpiew niósł się echem daleko, a przyroda wokół zdawała się wsłuchiwać
w napięciu, jednakże uparcie pozostawała milcząca. Po zakończeniu pieśni Findan westchnął z ponurą rezygnacją. Do reszty zwątpił, by kiedykolwiek odpowiedziano mu na owe pytania.

     Moment później, na polankę wkroczył Huan, jak gdyby nigdy nic. Zaszczycił Findana jednym przelotnym spojrzeniem, na co mężczyzna fuknął z niedowierzaniem.
     Doprawdy, że też jego przyjaciel miał czelność uważać się za wiernego kompana.
     Zwierzę zbliżało się do dwóch grobów niespiesznie, poruszając się z ociężałym majestatem, a jego futro czarniejsze od nocy lśniło zachwycająco w świetle miesiąca.   
     Findan miał wrażenie, że wszystko wokół zatrzymało się, a cała uwaga otoczenia skupiła się jedynie na Huanie, kiedy stanął przy mogiłach w bezruchu.
     Po chwili wilk uniósł łeb ku niebu i dał głos. Jego wycie, z początku ciche oraz niskie, rosło w siłę stopniowo. Przejmująco wznosiło się i opadało, jakby falami spływając na słuchaczy. W pewnym momencie zaczęło wzrastać dramatycznie, urwało się na moment, po czym cichło powoli, napełniając ogromnym, nieopisanym smutkiem.
     Huan zamilkł na krótki czas, a potem zawył po raz kolejny. Na początku dźwięk ten był zaledwie pomrukiem, słabo słyszalnym, ale w przeciągu sekundy przerodził się w potężny ryk, oszałamiając z gwałtownością burzy, niemal zwalając z nóg przebrzmiewającą w nim rozpaczą oraz gniewem.  A potem wycie urwało się równie niespodziewanie, jak się zaczęło.
     Wilk spuścił łeb, mruknął i położył się na ziemi, skomląc.
     Findan zrozumiał, że jego przyjaciel oddał cześć dwójce poległych spoczywających
w Kręgu. Mężczyzna wsłuchiwał się, jak echa hołdu Huana zostawały pochłonięte przez milczenie nocy, a potem skupił swój wzrok na dwóch mogiłach. Znów zanucił:


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 
Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

Gdzież jest Łaska w Śmierci? 

     Skończywszy, spojrzał prosto w oczy swojego przyjaciela warującego przy grobach. Obaj zamarli w bezruchu, wsłuchując się w otoczenie, nie odrywając od siebie wzroku. Słyszalny wokół szelest liści targniętych przez lekki wietrzyk zdał się Findanowi podobny do szumu wesołego domowego ogniska. Huan uniósł uszy, obserwując go bacznie, jakby
z oczekiwaniem.

     I właśnie tamtej chwili, przez jeden krótki moment, Findan nic nie był w stanie usłyszeć.
     A wtedy uśmiechnął się, gdyż cisza nareszcie udzieliła mu odpowiedzi.


KONIEC 

wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 6.

Ten dział to dopiero długi! Mam wrażenie, ze wypadłam z formy. Miał być bardzo emocjonujący, a… raczej nie jest. OSTRZEŻENIE: w poniższym tekście zawarłam sporo erotyki. Postarałam się, aby było jak najmniej wulgarnie, no ale ostrzegam.
_____________________________

     Była z siebie dumna. Zachichotała szaleńczo na tę myśl.
     „Czy jestem zła?”
     Siedziała na podłodze, oparta o swoje łóżko, a w rękach ściskała kielich z ciemnym płynem.    
     Zrobiła wszystko w tajemnicy przed elfami. To było duże osiągnięcie.

     Leśne elfy nie miały w swoich składzikach dużej ilości ususzonych roślin, bo nie było takiej potrzeby. Jednak znalazła tam wszystkie potrzebne zioła do sporządzenia trucizny.
     Zanim nadszedł ten dzień, była już bliska wieku, w którym powinna była zostać wydana za mąż. Zaręczono ja nawet z synem rządcy Ettinor. Chłopak był w porządku - całkiem przystojny, spokojny, miły i małomówny. Sybil miała nawet nadzieję na szczęście małżeńskie. Z kimś takim miłość mogłaby przyjść z czasem. Ale była pewna, że przede wszystkim czekałaby ją nuda.
     Kiedy ogłoszono ich zaręczyny, kilka „życzliwych” kobiet było łaskawych zapoznać ją
z recepturą miesięcznej herbaty. „Tak na wszelki wypadek”. Nie uszło bowiem niczyjej uwadze, że cieszyła się powodzeniem wśród chłopców z okolicy, 
choć nie zawsze tak było. Kiedy zaczynała być zakompleksioną nastolatką, w ogóle nie cieszyła się sympatią płci przeciwnej. Ignorowali ją, ewentualnie z niej kpili.

     Tylko tata mówił: Jesteś piękna, Sybil.
     To się zmieniło, kiedy grupka chłopców podejrzała ją i brata w trakcie ich potajemnych treningów. Ona i Doiran wybierali się wtedy do pobliskiego lasu. Brat mówił jej, do czego ma strzelić, a ona to robiła. Na początku nauki, razem z Kilim, była kiepska. Jednakże nie poddawała się, nabierała wprawy i w tamtym czasie potrafiła urządzić już całkiem spektakularne widowisko ze swoim łukiem. Z mieczem natomiast zawsze była do niczego
i to się nie zmieniło. Była nienajlepszym partnerem do ćwiczeń i Dorian przeważnie bił się
z kukłą.      

     Tamtego dnia poszło jej wyjątkowo dobrze. Zastrzeliła biegnącą wiewiórkę prosto
w oko. Razem z bratem wracała do domu rozradowana. Wiewiórka była idealna na kolację. Tata był z niej bardzo dumny.  Pod wieczór mama wysłała ją na wieś po coś jeszcze. Wtedy chłopaki otoczyli ją, powiedzieli, co widzieli, mówili, żeby pokazała im jeszcze raz, mówili, żeby poszła na z nimi, że chcieli się zabawić. Jednak ona wybroniła 
się - pobiła swoich napastników. Wieść się rozeszła, a Sybil została zmuszona do wystartowania w konkursie strzeleckim na najbliższym jarmarku. Pokonała nawet rządcę. Od tamtej pory chłopcy wprost ją oblegali, a ona ich wszystkich spławiała. Dlaczego? Po pierwsze, mama słusznie ją ostrzegała, że tak naprawdę chcieli tylko jednego. Po drugie, wszyscy byli nudni. Nie potrafili jej zaimponować. Mama chciała, żeby ona sama wybrała sobie męża, ale widząc, że jej córce nie spieszno do tego, wzięła „najlepszą partię”. Sybil nie kwestionowała tej decyzji - wiedziała, że powinna być wdzięczna. Udawała, całkiem przekonująco, że tak rzeczywiście było.

     Ale potem nadszedł ten dzień. Do tej pory widziała w snach, jak Azog przebija tatę mieczem. Jego wzrok pełen bólu. Dźwięk przedzierającej się stali przez ciało. Jak bezwładnie upada. Jak leży w kałuży ciemnej krwi. Płacz mamy i jej rozpacz. Jej okrutna śmierć.
     Zostali z niczym, a Dorian w ogóle nie pomagał. On też umierał. Sybil tak bardzo się bała. Nie wiedziała, co ma robić. Nie uczestniczyli w odbudowie Ettinor. Udała się z bratem do sąsiedniej wioski, sprzedała konie, a za zarobione pieniądze zdołała ich utrzymać przez jakiś czas, ale nie na długo. Potem próbowała pracować w gospodzie, jednak szybko ją zwolniono. Dokuczał jej głód, chłód i samotność. Pod koniec była tak zdesperowana, że aż gotowa sprzedać się. Do tego jednak nie doszło. Poszła razem z bratem tułać się w dziczy, a spotkanie z elfami zmieniło wszystko. Mieszkańcy Mrocznej Puszczy stali się ich rodziną.
     Oczywiście, Dorian i Sybil mogli udać się do dalszej rodziny, ale nie była ona zbyt liczna. Tata nie miał rodzeństwa, a swoich rodziców praktycznie nie znał - większość czasu wychował się w sierocińcu. Mama pochodziła z bardzo bogatej kupieckiej rodziny. Poznała tatę, kiedy razem z matką, ojcem i siostrą - Karen, przejeżdżała przez Ettinor. Reszta historii mamy i taty, to, jak mówili z chichotem, „jedno wielkie splunięcie w twarz”. Dorian
i Sybil mieli dowiedzieć się szczegółów, gdy dorosną.

     Sybil nie pamiętała swojej ciotki za dobrze. Ostatni raz widziała ją kilka miesięcy przed odejściem Dziedziców Durina z ich domu. Odwiedziła ich, żeby ogłosić smutne nowiny - rodzice mamy oraz małżonek Karen umarli.
     - Jak na moje oko, to ona ma po prostu chrapkę na twojego męża - powiedziała Dis, dziarskim krokiem wkraczając do kuchni.
     - Dis, co ty mówisz?! - syknęła mama.
     - Prawdę - odparła. - Czy nie widzisz, jak Karen na niego patrzy?
     - Moja siostra nie zrobiłaby mi czegoś takiego.
     – Skoro tak twierdzisz - Dis westchnęła.  
     Na pożegnanie Karen podarowała mamie rzadkie owoce, które Kora ponoć uwielbiała - granaty. Kiedy po ich zjedzeniu Korę zaczęły dręczyć dziwne objawy, prawie doprowadzające ją do śmierci, okazało się, jak Dis niedaleka była od prawdy. Gdyby mama umarła, Karen w swojej wspaniałomyślności wyszłaby za tatę, zostając jednocześnie macochą Doriana i Sybil.
     O nie. Z tamtą kobietą Sybil nie chciała mieć nic do czynienia. Karen była kolejnym powodem, aby nie ufać własnej rasie.
     Wiedząc, co zaraz zrobi, Sybil sama ze sobą nie chciała mieć nic wspólnego.
     „A może jednak jestem usprawiedliwiona?”
     Bękart. Tak będą nazywać jej dziecko. Nawet jeżeli Fili włączy jego… albo ją do linii Durina, dziecko nie będzie społecznie akceptowane. Dziedzicem Durina może być tylko czystej krwi krasnolud, to nie podlegało dyskusji.
     „Czystej krwi krasnolud. O Yvanno, jak to brzmi”.
     Jeśli 
wierzyć Gilraen, nigdy nie spotkano jeszcze takich stworzeń - potomstwa człowieka i krasnoluda. Nic o nich nie wiadomo.

     A co jeżeli dziecko urodzi się chore? Albo upośledzone? Czy wtedy Fili będzie tak samo skory do zaakceptowania maleństwa? 
     A co jeżeli będzie cudowne? Co jeżeli będzie najwspanialszą, najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek spotka? Mama mówiła, że każda kobieta czuje coś takiego do swojego dziecka.
     - W takim razie ja jestem potworem, mamo - mruknęła. - Nie czuję nic oprócz niechęci.
     Zamknęła oczy i przywołała wspomnienia.
     Jego futro, a zaraz potem skórzana tunika wylądowały na ziemi. Zaczęła rozwiązywać mu koszulę, kiedy on podniósł fałdy jej sukni i przesunął szorstką dłonią po wewnętrznej stronie jej uda.
     Poczuła niechęć.
     - Fili, przestań.
     - Hm? - mruknął tylko, zbyt zajęty całowaniem jej szyi.
     - Przestań! - Zerwała się z ławki z krzykiem.
     - Co się dzieje?- Był bardzo zaskoczony. - Zrobiłem coś nie tak? - Zaczęła się od niego oddalać. - Ej, gdzie idziesz?!
     - Stój tam i ani kroku dalej. Jeżeli się ruszysz, to ucieknę, choć na razie nie mam takiego zamiaru.
     Prychnął ze zdenerwowaniem, ale ani drgnął.
     Skierowała się w miejsce, gdzie blask księżyca rozświetlał kawałek polany. Stanęła
w świetle, odwróciła się do krasnoluda i powiedziała:

     - Mam obawy. Boj
ę się, nie, jestem niemal pewna, że zawiodę twoje oczekiwania. 
     - Nie mów tak! - zaprzeczył gwałtownie.
     - Nie przerywaj mi! Chcę po prostu powiedzieć, że… - Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, więc jednym szybkim ruchem zrzuciła z siebie suknię. Była teraz całkiem naga.
     - Spójrz na mnie, Fili.
     Odgarnęła wszystkie swoje włosy na plecy, żeby mógł dokładniej ją zobaczyć.
Z największym wysiłkiem powstrzymała się przed zakryciem się 
rękami i zacisnęła pięści. Zamknęła oczy
i czekała, czując na sobie jego wzrok.  

     Zawsze uważała, że jej ciało nie należało do atrakcyjnych. Nie miała kobiecych kształtów - nie mogła się pochwalić obfitym biustem ani szerokimi biodrami. Była wychudzona i koścista. To, co ją wyróżniało z wyglądu od Doriana bardzo wyraźnie, to jej mlecznobiała skóra. Miała jasną karnację, co jeszcze bardziej uwidaczniało blizny na całym ciele. Najgorsze były te na brzuchu. Kiedy Azog ją torturował, rozkazał przywiązać wiadro do jej brzucha denkiem do góry i uwięzić szczura w środku. Gdy ona uparcie nie odpowiadała na pytania, wiadro podgrzewano, a przerażony gryzoń torował sobie jedyną drogę ucieczki - podkopanie się pod nim. Ponadto była z, jeżeli można to tak określić, finezją nacinana w czułych miejscach, ostrzami o kształtach dziwacznych, ale stworzonych do zadawania bólu. Jej skóra była kiedyś ładna i gładka, lecz stała się poryta okropnymi szramami. Wyglądało to bardzo odpychająco. Płakała, kiedy pierwszy raz zobaczyła siebie w takim stanie. Tak samo płakała, gdy właściciel gospody, w której pracowała, ją dotykał. Naszedł Sybil pewnego dnia i bardzo nalegał. Wiedziała, że nie było sensu się broni
ć,
a mimo to próbowała. W końcu jednak poddała się. Jeżeli chciała mieć za co wykarmić siebie oraz brata, musiała utrzymać posadę kelnerki. Gruby, podstarzały mężczyzna dostał więc, czego chciał. Niestety, nakryła ich jego żona. Sybil wyrzucono z hukiem, a ona została z niczym oprócz uczucia upokorzenia. Ono z resztą zawsze towarzyszyło jej, gdy przychodziło do tych spraw. Spała z kilkoma innymi 
mężczyznami, ale oni nigdy nie wydawali się być z niej zadowoleni. Kiedy z nią kończyli, porzucali jak zniszczoną zabawkę. Czuła się wtedy wykorzystana.                  
     Straciła szacunek do samej siebie. Dlatego myśl o sprzedawaniu się przyszła 
z taką łatwością. 
     W końcu jednak pomyślała sobie, że straciła wszystko, ale nie pozwoli odebrać sobie honoru.
     Wybrała dla siebie oraz Doriana tułaczkę.
     Panowała cisza,  dokuczliwa i nieznośna. Odważyła się otworzyć oczy i ujrzała, że Fili zbliżał się powoli w jej kierunku. Zrobiła krok do tyłu, gotowa do ucieczki. On natychmiastowo zatrzymał się, po czym powiedział:
     - Jesteś piękna, Sybil.  
     A potem zatracili się w sobie.
     Łza popłynęła po jej policzku.
     Jej dziecko będzie uważane za bękarta, a ona za ladacznicę. Jej też nie zaakceptują. Zwykła ludzka kobieta ze Wschodu. Nie była godną żoną dla dziedzica Durina. „Królewska k…” albo inne gorsze wyzwiska. Przychodziły jej do głowy straszne rzeczy, które będą
o niej mówić. Będzie żyła w hańbie razem z dzieckiem, nawet Dorian na tym ucierpi.

     „Nie”. 
     Poświęciła Filiemu wszystko. Życie i serce.
     Ale nie odda mu swojego honoru.
     „Kiedy namierzyłaś już cel, nie czekaj na odpowiedniejszą chwilę. Skąd wiesz czy taka nadejdzie? Jeżeli wyczuwasz, że nadszedł ten moment, nie wahaj się. Strzelaj” - tak ją uczył Kili.
     Nie wahaj się.
     Wypiła miesięczną herbatę jednym haustem.
     Obrzydliwy w smaku płyn powoli spływał w dół przełyku i…
     Nic.
     Nie czuła kompletnie nic.
     Wstała, odłożyła kielich na stół i położyła się do łóżka. Zasnęła, tak po prostu.
     Mamie brakowało dwa miesiące do rozwiązania. Bliźnięta stawały się coraz bardziej rozbrykane  i dokuczały jej nawet przy śniadaniu. Twarz mamy wykrzywiła się w grymasie wielkiego bólu. Sybil wymieniła z Dorianem zaniepokojone spojrzenia.
     - Mamo? Wszystko w porządku? - spytał.
     - N-nie, to nic, nic - wyszeptała z trudem.    
     Podeszła do mamy i przytuliła ją.

     - Ja nigdy nie będę mieć dzieci - oświadczyła.
     - Dlaczego tak mówisz, córeczko?
     - Bo widzę jak cierpisz.
     Mama spoważniała. Wzięła kilka głębokich oddechów i powiedziała:
     - Sybil, bez cierpienia nie można dostrzec piękna.
     - Co przez to rozumiesz?
     - Zapamiętaj to sobie, córeczko: możliwość dania życia jest największym z honorów, nawet wtedy,a może szczególnie wtedy, gdy dochodzi do tego w bólach. Dlatego każda matka powinna być traktowana z najwyższym szacunkiem. Sybbie, posłuchaj… posiadanie dziecka to największy zaszczyt jaki może kogokolwiek spotkać w życiu. Dziecko to dar. Wymagający dar, o który trzeba dbać i pielęgnować go. Kiedy sama zostaniesz matką, zrozumiesz, że nie ma nic wspanialszego od patrzenia, jak twoje maluchy rosną, stają się mądrzejsze i doroślejsze.
     - W szczególności, jeżeli ma się takie dzieci jak wy. - Tata pojawił się znikąd i dał jej całusa w policzek, potargał czuprynę Doriana, po czym pocałował mamę w usta. Następnie porwał ze stołu jabłko i zabierał się do wyjścia.
     - Tato, ty jeszcze nie w pracy? - zapytała Sybil.
     - A ty nie ze swoim narzeczonym? - Zachichotał na widok jej rumieńca. - Przecież dzisiaj miałaś spędzić calusieeeńki dzień ze swoją przyszłą teściową…
     - Tato!
     Parsknął śmiechem.
     - Lepiej śpiesz się, mówię to dla twojego dobra, nie chcesz w jej oczach wyjść na spóźnialską. 
     Już miał wychodzić, kiedy Dorian stanął u jego boku, także gotowy do wymarszu.
     - A ty gdzie, synku? - spytała zaskoczona mama.
     Już miał coś powiedzieć, ale tata trącił go łokciem. Sybil spojrzała na miny tych dwóch
i od razu nabrała podejrzeń.

     - Co wy knujecie?
     - To tajemnica, drogie panie - odarł tata z szelmowskim uśmieszkiem i mrugnął. Poklepał Doriana po ramieniu, po czym wyszli, życząc miłego dnia.
     - Nie mogę cię zostawić samej, mamusiu.
     Mama westchnęła.
     - Nie martw się, nasza sąsiadka ma zaraz przyjść. Będziemy razem piec chleb na sprzedaż. Idź już, wierz mi, naprawdę nie chcesz wyjść na spóźnialską w oczach żony rządcy.
     - Nie ruszę się z miejsca, dopóki Rosaline się nie pojawi.
     - Ależ jesteś uparta! - Mama zaśmiała się tak ładnie. - Jesteś wspaniałą osobą, córeczko.
     Sybil obudziła się i zerwała na nogi. Zobaczyła, że krew spływała po jej udach. Spanikowała.
     „Przecież to tylko krew”. 
     Gdy siedziała wtedy z Dorianem na drzewie, rozważając wszystkie za i przeciw odwiedzenia Beorna, brat próbował coś zrobić z jej krwawiącymi plecami. Ona bagatelizowała sprawę. Przecież to tylko trochę krwi.
     Niewyobrażalny ból przygiął ją do ziemi. Niemal straciła świadomość na moment.
     W szaleńczym porywie zerwała się do biegu. Schodami w dół i w dół, aż do źródła podziemnej rzeki, gdzie elfy zażywały kąpieli. Teraz nie było tam nikogo - wszyscy
z pewnością śpiewali wieczorne pieśni. Zrzuciła z siebie ubrania i wskoczyła do lodowatej wody. Wszędzie wokół zobaczyła krew. Zaczęła cała się trząść i czuć, że traci zmysły. Targnął nią szloch.

     - Spóźniłaś się, mamo - załkała. - Jestem potworem, jestem potworem, jestem potworem! - wykrzykiwała. - TCHÓRZ, ZDRJCZYNI, MORDERCZYNI!
     Wyczołgała się na brzeg i skuliła się przy samym źródełku, naga na twardych skałach. Płakała. Cały czas traciła krew i coraz bardziej słabła.
     - Jestem tchórzem.
     - Jestem zdrajcą.
     - Jestem mordercą.
     Szeptała te zdania w kółko, wciąż i wciąż, jak w amoku szaleńca.
     - Men gajmu, men gajmu, men gajmu, men gajmu - zaczęła cały czas powtarzać to zdanie, kiwając się w przód i w tył, jakby była niespełna rozumu.
     Nagle poczuła dokuczliwy chłód, który ją otrzeźwił. Wstała, ale zakręciło jej się w głowie i wpadła do wody. Zaczęła krzyczeć jak ranne zwierzę, nie dbając już, czy ktoś ją zobaczy. Niemal rwała sobie włosy z głowy i płakała, płakała, płakała, drżąc.
     - Co ja narobiłam? - wyszeptała. - Kim ja się stałam?
     - To dobre pytanie, Sybil, córko Kory - powiedział Thranduil chłodno, stając nad brzegiem strumienia. 
     Pytanie „ile widziałeś?” nie miało oczywiście sensu. Momentalnie zasłoniła się rekami, próbując zakryć swoją nagość. Kolejny raz poczuła się upokorzona.
     - Czy naprawdę uważasz, że skoro przejrzałem twój umysł to nie wiem, jak wygląda twoje ciało?
     Nuta kpiny w jego głosie sprawiła, że Sybil znalazła w sobie odwagę. Podniosła się
i podeszła do Króla elfów tak blisko, że czuła na sobie jego oddech. Chciała wprawić Thranduila
w zakłopotanie, lecz tylko on patrzył jej w twarz, nieporuszony. Mierzyli się wzrokiem, kiedy elf niespodziewanie wysunął dłoń przed siebie i musnął opuszkiem palca jej bliznę po, jak to określał Azog, „zabawie ze szczurem”.

     To było leciutkie dotknięcie, a Sybil poczuła, jak przetaczała się przez nią potężna fala energii, która niemal zwaliła ją z nóg. To było niesamowite. Jakby uderzono ją czymś składającym się z gwałtowności ognia, opanowania wody, stałości ziemi oraz zmienności powietrza. Każdy cal jej umęczonego ciała pobierał łapczywie tę moc i wchłaniał. Poczuła się silniejsza, ponownie natchniona życiem. Spojrzała Królowi w oczy raz jeszcze
i z przerażeniem odkryła w nich jedynie chłód gwiazd oraz zimną furię.

     - Zapłacą mi za to - wyszeptał, po czym odwrócił się do niej plecami, a następnie powiedział:
     - Zarzuć coś na siebie, jesteś wychłodzona i osłabiona.
     Szybko ubrała bluzę. Zauważyła, że krwotok ustał i nie było jej już tak zimno. Stała przez jakiś czas w milczeniu, wpatrując się w lśniące włosy Króla elfów. Czekała na jego wyrok.
     - O wiele bym cię podejrzewał - przemówił w końcu. - Ale nie o brak odwagi… bak odwagi do ponoszenia, zgoła nieoczekiwanych co prawda, konsekwencji swoich czynów. Faktycznie, stchórzyłaś. I tak, tym razem naprawdę zdradziłaś. Nie tylko Filiego, rzecz jasna. Matkę i ojca także. Oddali życie za ciebie, a ty wzgardziłaś ich naukami. Życie to najcenniejszy z darów, a ty odmówiłaś przekazania go niewinnej istocie w twoim łonie. Chcąc ją zabić.   

    Odwrócił się, a jego oczy pełne gwieździstego blasku przeszyły ja na wskroś.
    - Widzę w tobie niejedną walkę… Zwierzęta przepadają za twoim towarzystwem,
a rośliny nachylają się nieznacznie ku melodii twego głosu. Nie zachowują się tak przy kimś o złym sercu. Zabicie niewinnych zwierząt, nawet jeżeli oznacza to twoje własne przetrwanie, jest dla ciebie trudne. Nie jesteś morderczynią. Albo przynajmniej ta dobra część ciebie. Toczy się bowiem w tobie walka między dobrem a złem. Znajdujesz przyjemność w zabijaniu orków, co jest zrozumiałe. Ale jest coś jeszcze… zło cię pociąga. Ty je rozumiesz. Pojmujesz samolubność, złośliwość i zawiść swoich wrogów. Sprawia to, że sama to wszystko odczuwasz. To dlatego z taką łatwością manipulujesz orkami.
I dlatego nie masz trudności w dosiadaniu warga ani w rozumieniu Czarnej Mowy. Co więcej, jesteś też przebiegła. Kiedy usłyszałaś, że Dorian wyrusza, nie wahałaś się ani chwili dłużej… zrobiłaś to wieczorem, kiedy wszyscy są na pieśniach…

     Przestał nad sobą panować, a w jego oczach zalśniła wściekłość.
     - Za to, czego się dopuściłaś, powinienem wygnać cię z mojego królestwa i wyrzec się wszelkich związków z tobą, przekląć cię na wieki, a także ogłosić całemu światu, co zrobiłaś! - Zrobił krótką pauzę. - Jednak nie zrobię tego. Toczy się w tobie jeszcze jedna walka, dokładnie w tej chwili. Twoje dziecko walczy o życie. Jak powiedziała już uzdrowicielka…
     „Gilraen, ma na imię Gilraen, do cholery”. 
     - …ta istota jest niezwykle uparta i kurczowo trzyma się życia. Wisiało ono na włosku, aż do momentu, w którym cię dotknąłem. Zrobiłem do specjalnie. Dziecko dostało moje… błogosławieństwo. Stało się jeszcze silniejsze niż przedtem. Teraz nic już na nie nie podziała. Jeżeli dane mu będzie umrzeć, to jedynie ze starości, a jeżeli miałoby to się jakimś tajemniczym sposobem stać w twoim łonie, to wiedz, że dziecko zginie tylko razem  tobą.
     Świat zawirował.
     - Myślę, że patrzenie jak twoje dziecko rośnie z nieustającym poczuciem winy będzie wystarczającą karą. Nie zaznasz szczęścia. Strach przed prawdą będzie cię trawił bez przerwy. I wiedz, że pewnego dnia wszystko wyjdzie na jaw, a dopiero wtedy poznasz, co to hańba.
     Zrobiło jej się słabo.
     - Ponadto, jako że cechuję się większą przenikliwością niż uzdrowicielka, domyślam się, jak będzie wyglądało twoje dziecko, czy będzie zdrowe na ciele i umyśle, ale… nic ci nie powiem.
     Poczuła bezsilną wściekłość na widok jego władczego spojrzenia. Zacisnęła pieści
i milczała.

     - Tak, nic nie mówisz… będziesz z kamienną twarzą milczała o całej sytuacji. Dosyć zabawne…
     - Co takiego?
     - Nadajesz się na wojownika bardziej od twojego młodszego brata. Potrafisz mocnej
i skuteczniej zagłuszyć swoją wrażliwość, która, muszę przyznać, jest niemała. To spowodowało, że, jako, że na Wschodzie byliście bliżej powstającego Mroku, zaczęłaś odwracać się w jego stronę. Kim się staniesz zależy teraz tylko od ciebie, od twojej siły woli oraz tego, jak bardzo ich kochasz.

     - Nad życie.
     - Bardzo szlachetnie. Masz coś na punkcie szlachetności, honoru oraz dobrego imienia. Zdaje mi się, że to właśnie cenisz ponad wszystko… przynajmniej wnioskując po tym, co przed chwilą zrobiłaś… A co na to twój brat? Pomyślałaś o tym? 
     - Błagam cię, panie - przerwała mu. - Nie mów Dorianowi.
     Kąciki jego ust uniosły się lekko.
     - Nie, nie powiem.
     Odetchnęła z ulgą
     - Chroń tego chłopca, on jest tego warty.
     Zabolało.
     - Czy wolisz jego ode mnie, panie?
     - Być może…
     - Dlaczego go faworyzujesz?
    - Można rzec, że oddaję mu pewną sprawiedliwość. Wasz ojciec zawsze wyróżniał ciebie, więc teraz ja wywyższam jego. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki ma o to żal.
     - Ja sama mam o to żal do taty.      Thranduil westchnął.
     - Z pewnością żal będziesz miała też o to, że dosłownie przed chwilą zamknąłem Kompanie Thorina Dębowej Tarczy w lochach…
     - CO?!
     - Z pewnych źródeł dowiedziałem się, że krasnoludy będą przechodzić przez moje ziemie… zarządziłem ucztę niedaleko trasy ich podróży…  cóż, jako że umierali z głodu
i pragnienia, pobiegli w stronę światła, zakłócając spokój mój oraz moich poddanych…

     - Dowiedziałeś się… od nas! - Nie mogła w to uwierzyć. - Jak mogłeś?! I dlaczego, tak naprawdę, ich pojmałeś?
     - Mogłem, ponieważ… mogłem. To sprawa miedzy mną a przywódcą krasnoludów.
     Prychnęła.
     - Coś jeszcze, mój panie? - zapytała, z trudem kryjąc wściekłość.    
     - Możesz odejść - zezwolił łaskawie.

     Szybkim ruchem chwyciła resztę swoich ubrań, po czym zaczęła wspinać się schodami w górę, do swojego pokoju. Nie dbała o to, że miała na sobie samą bluzę. Gwałtownie porzuciła trzymane rzeczy przy wejściu do pokoju i zakopała się w miłej pościeli.
     To była długa, bezsenna noc, samotna i nieprzyjemna, pełna ponurych rozmyślań
i płaczu.

     „Czy można bardziej spieprzyć sobie życie?”
     Rozpacz dopadła ją w godzinach przedpołudniowych. Zachciało jej się krzyczeć, więc zawyła długo, przeciągle, aż prawie straciła głos. Momentalnie zjawiła się Gilraen i bez słowa ją przytuliła. Potem elfka wstała, wzięła do ręki kielich i powąchała resztki woni, jakie pozostawiła będąca w nim ostatnio ciecz. Zrozumiała wszystko. Spojrzała na Sybil 

z niedowierzaniem, po czym cisnęła naczyniem o ziemię, tłukąc je na drobne kawałeczki. 

     - Czy mi wybaczysz? - spytała z żalem. 
     - Jeszcze nie wiem - odparła Gilraen chłodno i wyszła. 
     Kto raz zdradził, nie zawaha 
się zrobić
 tego po raz kolejny.    
     - Przecież ty się nigdy nie mylisz, mój królu - wycedziła, rzucając krzesłem. 

_____________________________

Jeżeli ktoś tu dotarł...
Men gajmu 
- przepraszam po krasnoludzku.
Copyright - psychoanaliza Sybil by Thranduil The Elvenking...   

Być może szerzej opiszę historię Brandona i Kory w osobnym opowiadaniu. 

Jakby ktoś 
do tej pory nie zaczaił - miesięczna herbata to zioła na poronienie. 
Sybil wybierze dobro czy zło? Odpowiedź jest raczej oczywista... (a może nie?)
Thranduil taki badass - mógł, bo mógł. xD
Jeżeli kogoś uraziłam erotyką, to uroczyście błagam o wybaczenie. 
I przysięgam, że knuję coś niedobrego...

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział 4.

     - Wuju! Wuju, obudź się!
     - Co znowu? - jęknął półprzytomnie   
     - Obudź się, musisz to zobaczyć! - wykrzyknął Kili.

     Thorin niechętnie otworzył oczy. Podniósł się i ujrzał, że słońce jeszcze nie wzeszło, 
a reszta nadal spała. Spojrzał na Kiliego z irytacją. Jego siostrzeniec wyglądał na bardzo poruszonego oraz zniecierpliwionego. Thorin, chcąc nie chcąc, poszedł za młodym krasnoludem do jadalni. Spostrzegł tam Filiego, wpatrującego się z niedowierzaniem
w leżący na stole skrawek pergaminu.
     

     - Co to jest? - Król zmarszczył brwi.  
     - Sam przeczytaj. - Z tymi słowami blondyn podał mu liścik.
     Na jednej stronie było napisane:
Do dziedziców Durina”, a na drugiej:

         Kochani!
     Z bólem serca musieliśmy was wczoraj w nocy natychmiastowo i bez pożegnania opuścić. Niestety, zaistniała pewna nietypowa sytuacja, którą koniecznie musimy wyjaśnić. Nawet jeśli poprosimy, żebyście się nie martwili, to wy i tak będziecie to robić.
      Jeżeli do tej pory nie dowiedliśmy, że potrafimy o siebie zadbać, to być może zmniejszymy trochę wasz niepokój, zdradzając wam, że wybraliśmy się odwiedzić naszych bardzo dobrych przyjaciół.
      Lepiej uważajcie na Beorna. Wścieknie się, kiedy zauważy, że pożyczyliśmy bez pytania jego konie. Powiedzcie mu, że błagamy
o wybaczenie, ale nie miały nic przeciwko. Oczywiście wrócą do swojego pana. Przekażcie mu również, że jesteśmy nieopisanie wdzięczni za gościnę. 
       Uściskajcie Bilba. To dobry i dzielny hobbit. Podziękujcie mu raz jeszcze 
w naszym imieniu, on będzie wiedział za co.
      Pozdrowienia dla całej Kompanii. Szczególnie dla Oina, któremu gorąco dziękujemy za opiekę. Oby wasze brody nigdy nie zrzedły!
      Zostawiamy was bez strachu: Azog został odwołany do Dol Guldur.
      Do zobaczenia u celu.
      Menu tessu, Thorin.    Menu tessu, Fili.   Menu tessu, Kili.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        
DiS
     To było… dziwne.
     - Co to ma znaczyć? - spytał.
     - Nawet ja i Kili nie możemy tego do końca rozgryźć - westchnął Fili. - Piszą dosyć oficjalnie, co wskazuje, że sprawa jest poważna… nie mam pojęcia, co za nietypowa sytuacja, to zupełnie nic nie mówi. Tak jak to o bardzo dobrych przyjaciołach. - Zastanawiał się przez chwilę intensywnie. - Z tego co się domyślam, Dorian i Sybil mogli zaprzyjaźnić się z najróżniejszymi istotami, ale… elfy. Tak, w Rivendell widać było wyraźnie, że lubią elfów, w dodatku z wzajemnością. 
     - Tak! - przytaknął Kili. - Kiedy pierwszy raz przyszli na ucztę, słyszałem jak jeden elf mówił do drugiego: „Spójrz, to Dorian i Sybil, przyjaciele elfów”.
     Thorin skrzywił się.
     „Jak te dzieci nisko upadły” - pomyślał.

     - Najbliższe miejsce, gdzie można spotkać elfów to… - blondyn zbladł.
     - Mroczna Puszcza - dokończył jego młodszy brat głucho. - Dlaczego akurat tam?
     Mroczna Puszcza była miejscem, które wielu napawało strachem.
     - Nie przyjrzałeś się łukowi Sybil? - odparł Fili po chwili. - Wygląda zupełnie jak ten, których używają leśne elfy. Pewnie wśród nich też mają przyjaciół.
     - Ale co jest takiego ważnego, żeby nas zostawić i, Aulë miej nas w swojej opiece, zabrać bez pytania dwa konie Beorna? - dociekał Kili.
     - Ja nie mam pojęcia, naprawdę… - odrzekł starszy brat smutkiem i zamilkł.
     Thorin był zdumiony.
     - Jestem pod wrażeniem, chłopcy - powiedział. - Znacie ich lepiej niż przypuszczałem. Dlatego z pewnością odpowiecie na kilka moich pytań…
     Fili i Kili spojrzeli po sobie z niepokojem, co z kolei zaniepokoiło Thorina.
     - Wścieknie się, gdy zauważy, że pożyczyliśmy bez pytania jego konie. Powiedzcie mu, że błagamy o wybaczenie, ale nie miały nic przeciwko - przeczytał na głos. - Jak konie mogą mieć coś przeciwko?
     Jego siostrzeńcy parsknęli śmiechem.
     - Nie zauważyłeś? Oni umieją rozmawiać ze zwierzętami - chichotał Kili. - Och, to takie elfickie!
     Thorin zaśmiał się pod nosem. Rzeczywiście, trochę to elfickie.
     Wśród krasnoludów mówienie, ze coś jest elfickie wcale nie było komplementem. Oznaczało to coś dziwnego, niepojętego, głupiego i bez sensu.
     - Uściskajcie Bilba. To dobry i dzielny hobbit. Podziękujcie mu raz jeszcze w naszym imieniu, on będzie wiedział za co - zacytował, po czym spojrzał wyczekująco na siostrzeńców.
     - Cóż, eee… - zająknął się Kili. - My tylko podejrzewamy, że… eee…    
     - Chcą mu podziękować za to, jak pomagał Oinowi! - Fili rzucił szybko.

     - Nonsens - stwierdził Thorin. - To napisaliby wprost - chłopcy stali się wyraźnie nerwowi. - Co takiego zrobił Bilbo?
     Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
     - Już zapomniałeś, wuju? - odparł Kili. - Uratował ci życie.
     Thorin zaniemówił na moment, zaskoczony odpowiedzią.
     - Co to ma wspólnego z Dorianem i Sybil? - zapytał.
     Jednakże nie wysłuchał, co synowie jego siostry mieli do powiedzenia. Nagle zaczęły potwierdzać się wszystkie jego podejrzenia. Przypomniało mu się, co mówił Dorian…
Byliśmy waszymi cieniami, od samego początku. Musieliśmy was ochronić przed szajką Azoga. Musieliśmy ci jakoś wynagrodzić to, że uratowałeś mamę i tatę. Grożono nam. Kazano przestać...  po prostu nie mogłeś o nas wiedzieć. Było za wcześnie, i pewnie nadal jest… zmusiłbyś mnie i Sybil do dołączenia do Kompanii. Właśnie! Zaraz to zrobisz, czyż nie? Ale to może mieć potworne konsekwencje… Azog wezwał nas na rozmowę… Doprawdy? - zadrwił Dwalin wtedy. - Przecież on z nikim nie rozmawia! On tylko zabija! …Dla nas zrobił wyjątek - odparł Dorian…
     „Opowiadał o planach Azoga, wyraźnie ostrożnie dobierając słowa. On cały czas uważnie dobierał słowa”. 
        
     Zostawiamy was bez strachu… Azog został odwołany do Dol Guldur
… 
     - Kłamcy! - syknął,gdyż wreszcie połączył fakty.
     „Że też dopiero teraz to spostrzegłem!" - pomyślał ze złością. 

     - Co?! - jego siostrzeńcy wykrzyknęli jednocześnie.
     - ZDRAJCY! - ryknął. - Nie rozumiecie? Oni bardzo dobrze znają Azoga, a on ich! Wiedzą o jego planach! Nie macie pojęcia, kto wam przerwał wasze pierwsze spotkanie?! Posłańcy! Wasi wspaniali Dorian i Sybil są zwykłymi marnymi szpiegami! Wcale nie jadą do elfów tylko do Dol Guldur, żeby przekazać swojemu panu nowe informacje! Jak mogliście być tak naiwni?! Pewnie powiedzieliście im wszystko o naszej wyprawie, czyż nie?! - Miny chłopców były wystarczającą odpowiedzią. - Po prostu wspaniale. - Usiadł
i ukrył twarz w dłoniach, przytłoczony bólem oraz
 rozczarowaniem.
     „Za co, Aulë?! Czy grasz w grę o nazwie „ile zniesie Thorin Dębowa Tarcza”?” 
     - Jestem zawiedziony - powiedział zimno. - Kiedy zobaczymy się u celu, wiecie, co
z nimi zrobię. Wiecie, co robi się ze zdrajcami.
   
     Myśl o wymierzenie sprawiedliwości Dorianowi i Sybil przychodziła mu z największym trudem, jednak jako władca było to jego obowiązkiem.
     - NIE! - Kili sprzeciwił się załamującym głosem. - Jak możesz?! Ty nic nie wiesz! Nie rozumiesz! Gdybyś wiedział…
     - Gdybym wiedział… co?! - warknął wściekle.
     Miał już dosyć tajemnic.
   
     - Oni nie mieli wyboru! Mogli nas śledzić albo zostać zamordowani na miejscu! - krzyczał młodszy z synów jego siostry.

     Prawda uderzyła Thorina niczym cios w brzuch.
     - Wy… - posłał siostrzeńcom mordercze spojrzenie. - Wy wiedzieliście!
     Milczeli, spuściwszy głowy.
     - Wiedzieliście o tym, że jesteśmy szpiegowani?! Że Azog żyje i chce nas zabić?! I nic nie mówiliście! 
     - Wuju… - przerwał Fili
     - O WIELE BYM WAS PODEJRZEWAŁ, NO ALE NIE O TO!
     - Wuju…
     - CZY NIE MOGĘ ZAUFAĆ NAWET WŁASNEJ RODZINIE?!
     - PRZESTAŃ! - Okazało się, że ktoś jednak potrafił go przekrzyczeć, a był nim Fili. - Zanim nas też zrzucisz ze szczytu Góry, może zechcesz łaskawie wysłuchać wyjaśnień?! Co z ciebie za król, który tak pochopnie wydaje osądy?!
     To dotknęło Thorina do żywego. Zapragnął uderzyć Filiego. To była zła myśl, która sprawiła, że momentalnie się uspokoił. Usiadł na ławie, nie patrząc na siostrzeńców.
     - Słucham - powiedział jedynie lodowatym tonem.  
     - Kiedy w Rivendell znikaliśmy na całe dnie, spotykaliśmy się z Dorianem i Sybil na ukrytej polanie, którą znalazł Kili. - Fili zaczął wyjaśniać. - Mieliśmy sobie dużo do wyjaśnienia. Nie jesteśmy tak głupi, jak uważasz. Oczywiście, że pytaliśmy, kto nam przerwał pierwsze spotkanie. Unikali odpowiedzi jak mogli, ale w końcu użyliśmy siły
i przymusu. Powiedzieli nam, że byli w drodze do Ered Luin, chcąc nas odnaleźć po latach rozłąki, ale zostali schwytani przez orków w okolicach Wichrowego Czuba. Potem zaciągnięto ich na szczyt. Nie zabito ich od razu, bo Azog rozpoznał miecz Doriana. Przypomniał sobie też Sybil i Doriana. Sybil ponoć rozumie dosyć dobrze Czarną Mowę. Azog podobno wydał już rozkaz zabicia ich, kiedy przybył zwiadowca i powiedział
o naszym obozie. Usłyszała nasze imiona i całą rozmowę, a Sybil wszystko pojęła. Wydała z siebie okrzyk przerażenia, który nie umknął Azogowi. Biały Ork domyślił się, że Doriana
i Sybil coś nami łączy. Thorinie... oni... - Fili westchnął drżąco. - Oni byli przez okrów torturowani. Uszli z życiem tylko dlatego, że Sybil przekonała Białego Orka, że mogli się
z Dorianem okazać przydatni. Że potrafiili dowiedzieć się o Kompanii wiele więcej. Dziwne, ale Azog dał się przekonać. Puścił ich wolno, nawet oddał miecz, 
ale zastrzegł, że jeżeli dołączą do Kompanii to zrobi mnie, Kiliemu i tobie coś znacznie gorszego niż skrócenie
o głowę. Zabawił się też z nimi, bo powiedział, żeby się spieszyli z dostarczeniem jakichś informacji, bo za niedługo, nawet nie określił dokładnie za ile, wyruszy pościg.
 Przez niedługi czas Sybil i Dorian faktycznie nas szpiegowali, ale jednocześnie postanowili nas chronić. Podawali posłańcom fałszywe informacje, zwodzili ich na manowce, podpuszczali. W dniu naszego pierwszego spotkania zdecydowali się na rozpalenie ogniska, bo byli skrajnie wyczerpani i musieli rozbić porządny obóz. Dorian mówił, że spotkanie ze mną i Kilim zmieniło wszystko. Że nie chciał już ukrywać, po czyjej był stronie. Zabili posłańców tamtego dnia. Dopiero długo później dotarły do nich konsekwencje tego, co zrobili. Azog zapłonął gniewem i przyspieszył pościg. Dwa dni po naszym drugim spotkaniu Dorian i Sybil dogonili orków i zaatakowali ich. Sami na ponad trzy tuziny.
A potem uciekali na uprowadzonym wargu, a kiedy musieli go zabić, biegli bez przerwy przez kilka godzin. Dotarli do Rivendell przed nami i wybłagali Elronda, żeby przyszedł nam z pomocą. Czy to nazywasz zdradą?! - Fili zakończył z furią. 

     Zapanowała ciężka cisza. Thorin nie znał słów na określenie tego, co usłyszał. Przypomniał sobie, jak mówił Balinowi: Lojalność, honor, waleczne serce. Nie mogę prosić o więcej.
     Dorian i Sybil dali mu znacznie więcej - własne życia. Chronili go ponad wszystko,
a zarazem zdradzili.

     Pokochał te dzieci jeszcze bardziej, ale miłość ta nabrała gorzkiego posmaku. Nigdy im nie zapomni, nie wiedział, czy przebaczy. Długo wpatrywał się w słowa „Menu tessu, Thorin” nim wiedział, co powiedzieć.
     - Menu gamut khed, DiS - szepnął ochrypłym głosem. 
***
     Oczy Gilraen były piękne. Jaśniały blaskiem promieni słońca przeświecających przez wiosenne liście. Ona cała nim promieniowała. Jej włosy były barwy słonecznego ognia,
a jej uśmiech jasny i wesoły niczym słońce w południe. Z jej cery i postawy biła delikatna poświata, jakby pierwszy brzask świtu. 
Jej wzrok był przeszywający, lecz nie nieprzyjemny, a kojący i ciepły.
     Trudno powiedzieć, kim dla Sybil była Gilraen. Więcej niż opiekunką, więcej niż nauczycielką, przyjaciółką, siostrą, matką. W najczarniejszej godzinie to wspomnienie Gilraen rozświetlało drogę. Gilraen była światłem. Była radością. Ciepłem, nową nadzieją, otuchą, siłą, niezłomną wolą życia. Życiem. Jej Słońcem.
     Owa uzdrowicielka była tak niepodobna do innych ciemnych elfów leśnych. Wyglądała i zachowywała się, jakby widziała Światło. Co więcej, Sybil miała wrażenie, że na elfkę mogła paść iskra z legendarnego Laureinu. 
     Gdy tylko Sybil ją ujrzała, od razu zapragnęła opowiedzieć jej wszystko, co się wydarzyło od czasu, kiedy odeszli. Jednakże doskonale zdawała sobie sprawę, że nie było to konieczne. Elfy zawsze były pierwszymi, które słyszały nowiny. Może dowiedziały się już wszystkiego od ptaków albo usłyszały to w szeptach drzew?
     Gilraen i Sybil miczały zatem, patrząc sobie głęboko w oczy.

     - Widzę w tobie wiele nowego, najdroższa przyjaciółko - rzekła Gilraen w końcu. - Bagaż nabytych doświadczeń i coś jeszcze… - Jej aksamitny głos zniżył się do szeptu. Uklękła przy Sybil i dotknęła jej łona bardzo delikatnie. Twarz elfki rozjaśnił uśmiech, promienny niczym słońce. - Nosisz w sobie nowe życie!
      Sybil zachciało się płakać.
     - Dlaczego się smucisz?  Wszak twoje dziecko jest niezwykłe… - mówiła Gilraen cicho, wpatrując się w jej podbrzusze. - Bardzo silne… Widzę, jakie rany ci zadano. Gdyby to było normalne dziecko, już dawno byś poroniła. Nawet byś nie zauważyła, że byłaś
w ciąży. Ale nie… istota, która w tobie rozkwita, jest bardzo… uparta. Kurczowo trzyma się życia. W istocie, bardzo uparta, zupełnie jak…

     Elfka zaniemówiła. Wpatrywała się w Sybil zszokowana i zdegustowana.
     - Krasnolud - wycedziła.
     Uzdrowicielka zaczęła chodzić po pokoju bardzo szybko, nie odzywając się. Była wyraźnie zdenerwowana.

     Sybil poczuła się niemal winna.
     - Gilraen? 
     - Przecież to niemożliwe! - wykrzyknęła piękna istota, bardzo poruszona. - Nikt nigdy nie zanotował takiego przypadku! Ludzi i krasnoludów zawsze łączyły interesy
i ewentualnie przyjaźń, ale to… - Zatrzymała 
się, sfrustrowana. - Sybil… bardzo mi przykro, ale nie wiem, co ci powiedzieć.
     Dziewczynie odebrało mowę.
     „Ile razy będę jeszcze powtarzać „przecież to niemożliwe”?” - żachnęła się Sybil
w myślach. 

     - Ale… jesteś uzdrowicielką elfów! Ty zawsze wszystko wiesz…
     - Niestety - odparła Gilraen z ponurym westchnieniem. - Nie powiem ci, jak twoje dziecko będzie wyglądać, nie zapewnię, że będzie zdrowe. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim…
     Sybil ukryła twarz w dłoniach.
     „Co ja mam dalej zrobić?”

     - Zostań z nami aż do rozwiązania - elfka odpowiedziała jej myślom. - Z radością będę się opiekować tobą i tym małym uparciuchem - zachichotała. - Więc… kim jest ten szczęściarz?
     - Fili, syn Dis. Z rodu Durina - dziewczyna zaakcentowała ostatnie słowa.
    Gilraen spoważniała.
    - Sprawa jest bardziej skomplikowana niż przypuszczałam - rzekła. Podeszła do przyjaciółki i przytuliła ją. - Sybil, cokolwiek nadchodzi, pamiętaj, że we mnie zawsze masz oparcie.
     Lecznicze ciepło jej ciała spłynęło na Sybil, która uśmiechnęła się błogo. 
     - Dziękuję Gilraen - wyszeptała. - Jesteś wspaniała.
     Elfka zaśmiała się.
     - A ty będziesz wspaniałą matką.
     Sybil nic nie odpowiedziała, tylko mocniej wtuliła się w ramiona przyjaciółki. Nie mogła dopuścić do siebie nadchodzącej myśli, żeby elfka jej nie odgadła. Nie… nikt nie mógł się dowiedzieć o tym, co miała zamiar zrobić.
______________________________

W przydługim monologu Filiego dowiadujemy 
się, jak to było z tą zdradą. Musze przyznać, że Azog tak łatwo dał się przekonać... to takie nieazogowate. Ale, jak już wcześniej wspominał Dorian, Sybil potrafi manipulować orkami.
A co zrobi z ciążą? Jedyne, co powiem, to to, że Sybil powoli zwraca się w stronę zła... 
Laurein - Młodsze Drzewo Valinoru. Wikipedia powie,co trzeba. Ale lepiej przeczytać Silmarillion.