Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian got epically drunk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian got epically drunk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 sierpnia 2014

05.09.2940 r.

Zrobiłam... coś. Czuję tak ogromne obawy przed spektakularnym zniszczeniem wszystkiego, co związane jest z opisaniem nadchodzących wydarzeń w "Życie za życie", że dostaję świra. Musiałam jakoś dać ujście napięciu, więc napisałam historyjkę poniżej. Miała ona być zabawna, lekka i przyjemna, a jak wyszło, to oceńcie sami.
Tytuł to data, kiedy ma miejsce akcja. Dorian budzi się po przyjęciu urodzinowym, wspólnym jego i siostry, i cóż, może jednak zacznie słuchać Sybil...
______________________________

     Naprawdę, naprawdę powinien był wziąć tę oczywistość pod uwagę. I, chociaż urażało to jego dumę do samego jej rdzenia, posłuchać siostry. Oczywiście nigdy tego nie przyzna. Tak samo jak nie przyzna się do rzeczy, które inni będą mu wmawiać, że robił minionej nocy. A fakt, że od pewnego momentu uczty nie mógł sobie nic przypomnieć, wcale nie ułatwiał sprawy.
     Jako, że zawsze może być gorzej, nieodpowiednio okrutnie szybko zdał sobie sprawę ze swojej kondycji. Wyczynem porównywalnym z wdarciem się do lochów Morgotha wydawało mu się teraz otworzenie oczu, wstanie z łóżka i zwykłe funkcjonowanie.
     Chyba po raz pierwszy zaczął żałować, że nie żył wśród ludzi na tyle długo, by poznać przekleństwa mogące dostatecznie obrazowo wyjaśnić, jak fatalnie się czuł.
     „O Mahal” - pomyślał, drżącymi dłońmi uwalniając się z plątaniny pościeli. - „Tym razem rzeczywiście przeholowałem”.
     Zasłużył na nauczkę, prawda, ale czy aż taką? Kac-morderca, który go dopadł, był raczej przesadą, przynajmniej w jego osobistym mniemaniu. Co więcej, straszna perspektywa powrotu do życia była tylko kwestią czasu. Nawet jeżeli reszta biesiadników też musiała się pozbierać, to z pewnością już to zrobiła. Nie mógł równać się z elfami
w wytrzymałości na działanie alkoholu. Nawet nie potrzebował upewnienia, że potwierdził to zeszłej nocy. Jednak nic nie uratuje go przed codziennymi obowiązkami, a już szczególnie nie sami mieszkańcy Leśnego Pałacu.
     Jęknął na samą myśl o nadchodzących docinkach. O Eru…
     Natychmiastowo pojął, że musiał zrobić cokolwiek, by chociaż stworzyć pozory, że ma się lepiej niż w rzeczywistości. Inaczej nie przestaną mu dokuczać przynajmniej do początku zimy.
     Mógł by na przykład…
     Wstać.
     Znów jęknął.
     W istocie, musiał zwlec się ze swojego ukochanego, miękkiego, ciepłego łóżka.
     Gdy pogodził się z ową tragedią, ostrożnie uchylił powieki.
     Dziękował samemu Iluvatarowi, że w jego pokoju nie było źródła światła słonecznego, gdyż okazało się, że promienie kilku świec palących się na szafce nocnej wystarczyły, by przez jego gałki oczne dźgnięcie bólu wdarło się aż do mózgu. Syknął i już miał się odwrócić, kiedy zauważył kubek postawiony obok świec, wypełniony jakimś jasnym płynem. Wydał z siebie nieartykułowany okrzyk szczęścia. Valarowie okazali się łaskawi. Miał tak sucho w ustach, że czuł wyimaginowane ziarenka piasku na języku. Z radości nie rozważył swojego następnego ruchu. Szybko podniósł się na łokciach i wtedy to się stało.
     Uderzenie nieopisanego bólu poraziło jego czaszkę z mocą tak ogromną jak połączona siła taty i Thorina walących młotem w kowadło. Krzyknął w cierpieniu, łapiąc się za głowę. Opadł na poduszki, wciąż wyjąc z bólu. Nareszcie zrozumiał, co Fili i Kili mieli na myśli mówiąc, że „słyszysz jakby sam Aulë zrobił sobie kuźnię w twojej głowie”. Tortury trwały
i trwały, gdy nagle przez fale cierpienia przedarła się myśl, że może napój w kubku mu pomoże, cokolwiek to było. Z trudem człowieka będącego w agonii, jakimś cudem chwycił naczynie. Nie zastanawiając się wiele, zaczął pić wielkimi haustami.
     Ciecz była cudownie chłodna oraz doskonale gasiła pragnienie. Miała w sobie delikatność jesiennego poranka i bardzo szybko łagodziła ból. Dorian wypił wszystko za jednym razem. Skrzywił się z niezadowoleniem, kiedy napój się skończył. Potem powoli usiadł na skraju łóżka i przez czas jakiś wpatrywał się w kubek ze słabym uśmiechem.
     - Och Gilraen - w końcu wypowiedział swoje myśli na głos. - Słońce ty moje, czy już kiedyś mówiłem jak bardzo cię kocham?
     - Wspomniałeś o tym zeszłej nocy - odparł aksamitny głos od strony wejścia.
     Podskoczył z zaskoczenia, po czym odwrócił się w jej stronę. Uzdrowicielka opierała się o futrynę. No tak. Pewnie przyszła tutaj zaalarmowana jego krzykami. Jak zwykle biła od niej lekka słoneczna poświata, a biorąc pod uwagę jego aktualnie wyczulony zmysł wzroku, Dorian musiał zmrużyć oczy, by móc na nią patrzeć. Unosiła brwi, a w jej zielonych oczach migotały iskierki rozbawienia.
     - Mówiłem coś takiego? - spytał.
     - O tak, po nadmiarze wina stajesz się wyjątkowo wylewny - odparła elfka. - Wyznałeś mi, jak bardzo mnie cenisz, jak bardzo jesteś wdzięczny za opiekę…
     Ukrył twarz w dłoniach z jękiem upokorzenia. Jeżeli język aż tak bardzo mu się rozplątał…
     Tylko szelest szat i ciepło, które zawsze biło od jej ciała, zdradzały, że Gilraen podeszła blisko.
     - Czy żałujesz tego, co powiedziałeś? – zapytała cicho.
     Gwałtownie podniósł głowę. Elfka klęczała przy łóżku z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
     - Nie! - zaprzeczył ostro. - Moje słowa były jak najbardziej szczere, tylko… od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale w inny sposób, nie będąc…
     - Epicko pijanym? - podpowiedziała słowa, których mu brakowało.
     - Tak, właśnie - przyznał niechętnie.
     Westchnęła, kładąc rękę na jego ramieniu.
     - Zasługujesz na porządną reprymendę, Dorianie, synu Brandona - powiedziała surowo. - Lecz ja nie jestem tą, która ci ją da.
     - Co masz na myśli? - zmarszczył brwi.
     - Sybil… - odparła, a jego serce zamarło na dźwięk imienia siostry. - Ona jest… cóż, wściekła.
     Głośno przełknął ślinę.
     - Bardzo? - szepnął, odrobinę przestraszony.
     Jaśniejące oczy Gilraen przeszyły jego własne.
     - Nawet nie masz pojęcia.
     Wzdrygnął się na samo wyobrażenie Sybil tak bardzo złej. A oprócz tego, że będzie musiał stawić jej czoła, to jeszcze przeprosić i przyznać jej rację. Tak, to wygląda na wystarczającą karę.
     - Mi zrobiło się ciebie żal na samo wyobrażenie, co będziesz czuł, gdy się obudzisz… dlatego przygotowałam ci ten napar.
     - Tak, odgadłem to - nie mógł powstrzymać uśmiechu wdzięczności. - Jesteś wspaniała, wiesz?
     Jego Słońce odwzajemniło uśmiech, po czym elfka wstała.
     - Zdajesz sobie sprawę, że jest już późne popołudnie?
     Wytrzeszczył oczy.
     - Niemożliwe…
     - A jednak - odpowiedziała Gilraen z powagą. - Lepiej szybko zbierz się i pokaż
w kuchniach. Spałeś za długo.
     Energicznie pokiwał głową i zerwał się na nogi. Syknął, kiedy w jego głowie rozległy się uderzenia młotów.
     Gilraen zachichotała.
     - Zaraz powinieneś poczuć się o wiele lepiej. Lek jeszcze nie do końca zaczął działać.
     Znów kiwnął głową, tym razem mniej gwałtownie. Przymknął oczy, próbując powstrzymać wirujący świat.
     - Dobrze, już ubieram się i idę - wymamrotał. - Guren glassui, Gilraen.
     - Nie ma za co, henig - z tymi słowami wyszła, pozbawiając pokój jej błogosławionego ciepła i światła.
     Westchnął ciężko, po czym powoli, ostrożnie przystąpił do zdejmowania ubrań. Miał na sobie piękne, wyjściowe szaty, podarunek od Króla, które zwyczajnie zrujnował.
     W tamtej chwili był zdenerwowany sam na siebie. Przecież Sybil go ostrzegała…
     - Dorian, do cholery, zachowujesz się w tej chwili jak rozbrykany dzieciak, którym
w istocie jesteś! - wysyczała, pochylając się nad nim. - Próbujesz pokazać jakiś to ty dorosły, a odnosisz skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego!
     - Daj mi spokój - odwarknął. - Przecież…
     - Co? - wtrąciła kpiąco. - Skończyłeś piętnaście lat? Cóż, widziałeś zaprawdę pokaźną ilość wiosen w porównaniu do reszty zgromadzonych - szydziła.
     Najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się przed uderzeniem jej w twarz. Mocniej zacisnął palce wokół kielicha i zabijał siostrę wzrokiem, gdy przysiadła się obok niego.
     - Sybil, choć raz daj mi święty spokój! To jest nasze przyjęcie urodzinowe, mam prawo się zabawić!
     - A ty choć raz mnie posłuchaj! Czy nie widzisz, że nie masz hamulców? Już wypiłeś za dużo, a wyobrażasz sobie, co będzie potem?! Skompromitujesz się jak nigdy!
     - Czy ty nie przesadzasz? - przyłożył dłoń do jej czoła. - Może to ty przeholowałaś
i teraz widzisz rzeczy, których nie ma?
     Gwałtownie odtrąciła jego rękę, po czym ujęła ją w żelazny uścisk pod stołem.
     - Nie dostrzegasz, że pijesz za dużo, żeby to było normalne, Dorian? - szepnęła.
     Parsknął szyderczym śmiechem.
     - Tutaj wszyscy piją - wykrztusił, kiedy jako tako się opanował.
     - To nie jest wymówka - powiedziała chłodno.
     Skrzywił się.
     - Wiesz co? Po prostu… idź sobie. Psujesz mi zabawę.
     Potem wolną ręką sięgnął po kielich i pociągnął z niego długi łyk, patrząc siostrze prosto w oczy, a jego usta wykrzywił wyzywający uśmieszek. Widział po niej, że była niemal zaślepiona furią. Aż usłyszał, jak mocno zazgrzytała zębami. Poczuł, że jej paznokcie wpijają się w skórę na jego ręce prawie do krwi. Była bliska uduszenia go na miejscu, lecz jakimś cudem się powstrzymała.
     -
Pe-channas! - wycedziła przez zaciśnięte zęby, a on prychnął tylko. Wstała gwałtownie i odeszła szybkim krokiem, z twarzą wciąż pociemniałą z gniewu. Odprowadzał ją wzrokiem, kiedy mijała tańczące pary i została u wyjścia z Sali zaczepiona przez Belega. Znów prychnął, po czym wrócił do przerwanej rozmowy z Firieth.
     Po przebraniu się w codzienny strój i wielu, wielu, wielu, wielu, wielu... bardzo wielu... łykach wody, Dorian znów przysiadł na łóżku, zbierając odwagę, by pokazać się reszcie. Najwyraźniej trwało to zbyt długo, bo do jego uszu dotarł znajomy głos gwiżdżący jakąś skoczną melodię. Jęknął przeciągle. Oto nadchodził początek żartów i docinek.
     - Wiesz, jakie jest najczęściej powtarzane zdanie dzisiaj? - Z tymi słowami Súrion wkroczył do pokoju. - Dorian ylf ernedui.
     - Ego mibo orch - burknął.
     Surion zachichotał, lecz nie ruszył się z miejsca. Dorian podszedł do przyjaciela
i uściskał go.
     - Mellon nìn! - Chłopak zerknął na niego błagalnie. - Powiedz mi, że nie było aż tak źle.
     Elf ledwo powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Długo krztusił się, po czym odchrząknął i z trudno utrzymywaną powagą rzekł:
     - To zależy, jak na to spojrzeć, melui mellon. Z jednej strony nie jest tragicznie, bo nie byłeś aż tak pijany jak na przykład Imlad, który zwyczajnie zasnął. Ale… ekhm… cóż, skoro blat stołu pomyliłeś z posadzką, chciałeś konkurować z Hirlinem na najlepszego tancerza… bez butów… co chwila wznosiłeś toast za zdrowie Króla… zamieniłeś role w Balladzie
o Luthien i Berenie… i ułożyłeś pieśń na cześć Firieth… Poczekaj… jak to było? - Zastanawiał się przez moment, po czym zaśpiewał:


Czterysta lat spadały liście pod wrażeniem jej urody, 
a jej piękna nie podkreślą suknie żadnej mody. 
Włosy jej niczym płomienie uczucia, 
które rozpala w każdym bez wyczucia.


     - Nie! - wykrzyknął Dorian. - Przestań!
     Jego najlepszy przyjaciel ryknął potężnym śmiechem. Zaśmiewał się i nie przestawał, podczas gdy Dorian bezradnie stał pośrodku pokoju, upokorzony.
     - A wiesz co jest najlepsze? - wykrztusił elf, wycierając łzy z policzków. - Lavassir spisał te słowa! Teraz wszyscy nucą twoją pieśń!
     Dorianowi zachciało się jednocześnie histerycznie śmiać i płakać. Nie dość, że będzie się musiał zmierzyć z Sybil, to jeszcze przeprosić Firieth. Była ona najmłodszą mieszkanką Mrocznej Puszczy, miała niewiele ponad czterysta lat i Dorian bardzo dobrze się z nią dogadywał, ale po czymś takim…
     - Thranduil powinien zabronić mi picia wina - mruknął, próbując ignorować nieustające salwy śmiechu Súriona.
     - Och tak, to prawda, jesteś stanowczo za młody na takie wybryki. - Elf spoważniał na chwilę. - Obiło mi się o uszy, że twoja siostra rozmawiała już z nim na ten temat. Ponoć Król powiedział, że był pod wrażeniem twojego… „młodzieńczego wigoru”. Ale wiesz jaki on jest, ma do ciebie słabość i raczej nie odmówi ci niczego, co lubisz.
     - Niestety - odpowiedział z przekąsem. - Będę musiał z nim o tym pomówić...
     - O! Czyżbym był świadkiem mocnego postanowienia poprawy? - wykrzyknął Súrion.
     Dorian dał mu kuksańca w ramię.
     - Ała! - figlarnie krzyknął jego przyjaciel, żartobliwie masując bolące miejsce. - No co?! Niejedna osoba z radością usłyszy, że dostałeś nauczkę! Sybil, której wypsnęła się nader imponująca wiązanka nieeleganckich epitetów na twój temat… Firieth, która od wczoraj nie pokazała się nikomu na oczy… Oczywiście Thranduil… Ach, i Legolas, który bardzo chętnie wysłucha również twoich wyjaśnień, dlaczego nie stawiłeś się na wyjście na patrol…
     - Co?! - przerwał Dorian. - Książę wyszedł na patrol?!
     - Tak, kilka godzin temu.
     Chłopak jęknął, kryjąc twarz w dłoniach. Legolas został jego dowódcą zaledwie
w zeszłym miesiącu, a Dorian już zdążył zaliczyć wpadkę.
     - Dlaczego nikt mi nie powiedział?
     Súrion wzruszył ramionami.
     - Może myśleli, że usłyszałeś sygnał, ale nie jesteś w stanie przyjść, albo byli zbyt zajęci zachwycaniem się nad twoim poetyckim talentem.
     Elf znów zanucił pieśń swoim czystym, pięknym głosem.


Czterysta lat spadały liście pod wrażeniem jej urody, 
a jej piękna nie podkreślą suknie żadnej mody.


     Widząc mordercze spojrzenie Doriana, Súrion szybko odwrócił się na pięcie w kierunku wyjścia. Chłopak zerwał się do biegu i gonił przyjaciela, z zamysłem spowodowania poważnego uszczerbku na zdrowiu. A Súrion tylko gromko śmiał się, uciekając mu
z łatwością. Nie minęło dużo czasu, gdy elf zniknął Dorianowi z pola widzenia. Chłopak słyszał jedynie śmiech przyjaciela, radosny niczym srebrne dzwoneczki, a także słowa śpiewane na całe gardło:


Włosy jej niczym płomienie uczucia, 
które rozpala w każdym bez wyczucia.


     Postanowienie na przyszłość?
     Naprawdę częściej słuchać siostry.
____________________________

Sindarin:
- Guren glassui - dziękuję z całego serca,
- Henig - moje dziecko,
- Pe-channas - idiota,
- Dorian ylf ernedui - Dorian wypił za dużo wina,
- Ego mibo orch - idź pocałuj orka,
- Mellon nìn - mój przyjaciel/ mój przyjacielu,
- Melui mellon - kochany przyjaciel/ kochany przyjacielu.

Ustaliłam również kilka dat, które na pewno się przydadzą. Dorian i Sybil nie urodzili się w ten sam dzień. Dorian przyszedł na świat 02.09.2925 r., a Sybil 07.09.2923 r., dlatego też mieszkańcy Leśnego Pałacu wyprawiają jedną ucztę zamiast dwóch (powody praktyczne- jest to rozwiązanie wygodne,
a tak szczerze, to kto by zniósł tyle picia w tak krótkim odstępie czasu?).
Ten dzień był 08.02.2939 r., potem od lutego do kwietnia Dorian i Sybil żyli w sąsiedniej wiosce, Kauss. Od kwietnia bezcelowo tułali się po świecie. Dnia 17.07.2939 r. po raz pierwszy spotykają leśne elfy, błądząc w Mrocznej Puszczy. Od tamtej pory pozostali pod ich opieką i wychowaniem aż do 04.01.2941 r., kiedy to rodzeństwo wyrusza do Ered Luin, by odnaleźć Dziedziców Durina, którzy gościli w Ettinor od 16.01.2933 do 10.04.2934 r.
Kolejny rozdział już wkrótce... ale nie ma obaw, będzie raczej rozczarowujący. Zero akcji. (Na waszym miejscu zastanowiłabym się, czy chcecie, żebym przystąpiła do publikowania mojej wersji wydarzeń
z Bitwy Pięciu Armii, co zacznie się w rozdziale 8...).
Powyższy tekst opublikowałam również na deviantarcie, żeby może przyciągnąć kogoś na mojego bloga. Jak na razie nie wyszło. Trudno.

Dorian knows how to party hard.

sobota, 15 marca 2014

Rozdział 7.

TAK, TAK, TAK!!! Wena nadeszła! W najmniej odpowiednim momencie, oczywiście. Coś czuję, że moje oceny przez to ucierpią… albo zarwę klika nocy (znowu).
Gdzie się podział nasz drogi Bilbo? Osobiście stęskniłam się za tym poczciwym hobbitem…


__________________________________

      Uważniej nadstawił uszu. Zdawało mu się, że usłyszał znajome głosy.
     - Dzisiejsza wieczerza będzie wyjątkowa. Thranduil oficjalnie ogłosi twoje małżeństwo.
     - Niech się pocałuje w ten swój królewski tyłek. Nie zmusi mnie do wyjścia za Relliasa.
     - Sybil… - Dorian zniżył głos do szeptu. - Jesteśmy w samym środku okropnych kłopotów, nie utrudniaj tego…
     Kiedy do Bilba dotarło, co i kogo właśnie słyszał, natychmiast zaczął iść w kierunku dźwięków.
     - My?! - wysyczała z furią. - My?!
     Przez moment słychać było szarpaninę, po czym znowu usłyszał  wściekłą dziewczynę:
     - To ja mam zostać do końca życia związana z elfem, za którym nawet nie przepadam! A dlaczego? Dzięki tobie! Bo na wczorajszej uczcie łaskawie udzieliłeś mu pozwolenia!
     - Byłem pijany - jęknął Dorian.
     Hobbit był już bardzo blisko. Miał na sobie czarodziejski pierścień, więc nie obawiał się odkrycia. Zobaczył, że rodzeństwo znajdowało się w jakimś mrocznym korytarzu. Gdy zakładał pierścień świat stawał się zamglony, ale zdawało mu się, że widział, jak Sybil przygniatała Doriana do ściany, trzymając go za gardło.
     - W tym rzecz, wiesz? - szepnęła jadowicie. - Raz spuścić cię z oczu, raz! Wypiłeś za dużo, ojej, nic wielkiego, ale… znowu! Nie zaczynaj tego, co mama… 
     - Ja nie mam problemu z alkoholem! - zaprzeczył gwałtownie, odrzucając siostrę od siebie.
     - Nie, w ogóle… - wycedziła. - Dlaczego, och dlaczego nie poszłam z tobą na tę ucztę!
     - Mówiłaś, że źle się czujesz…
     - Zamknij się, dobra? Teraz to nie ma znaczenia. Liczy się to, że Rellias chce uczynić mnie swoją żoną. Idiota - prychnęła.
     - Fakt, to głupie. Przecież zestarzejesz się i umrzesz zanim on zdąży zmrużyć oczy!
     - Co ty nie powiesz? - zadrwiła. 
     - Rellias to nie ktoś, kogo posądzałbym o brak rozsądku. Dlaczego to zrobił?
     - Bo jestem panią jego serca - zapiała, wyraźnie kpiąc z miłosnego uniesienia. - Tak naprawdę to dostał rozkazy.
     - CO?!
     - Zrobię wszystko, żeby zatrzymać was przy sobie… Mówi ci to coś?
     - Nie! - wykrzyknął. Zaczął chodzić w tę i we w tę, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Niemożliwe… Przecież to nie ma sensu!
     - Czyżby? Rellias cieszy się opinią jednego z najwierniejszych i najbardziej zaufanych sług Pana Lasu. Zrobiłby dla niego wszystko. Biorąc pod uwagę to, że będzie żył wiecznie, a ja niezbyt długo, nie skazuje się nawet na zbyt wielkie męczarnie. Uwolni się ode mnie bardzo szybko, a zdobędzie najwyższe uznanie Króla…
     - Thranduil nie zrobiłby ci czegoś takiego!
     - Nie byłabym tego taka pewna…
     - Sybil, dlaczego stawiasz go w takim złym świetlne?
     - A dlaczego ty tak zaciekle go bronisz? On nawet specjalnie wybrał Relliasa, bo wiedział, że niezbyt go lubię!
     - Skąd możesz to wiedzieć? 
     - Dorian, gdyby Rellias kochał mnie prawdziwie, przyszedłby oświadczyć się prosto do mnie. Odmowa byłaby wtedy możliwa, a on musiałby się z tym pogodzić. Tymczasem on pyta o moją rękę, o ironio, ciebie, mojego młodszego brata, w dodatku kompletnie pijanego. To cuchnie spiskiem na mile!
     Bilbo wprost nie mógł uwierzyć, i to w kilka rzeczy.
     Po pierwsze, że oni w ogóle byli tutaj. Thorin, Fili i Kili nie chcieli nic powiedzieć o ich zniknięciu, tak jak Gandalf. Oczywiście, każdy słyszał kłótnię  Króla i jego siostrzeńców. Kogo nie obudziłby krzyczący Thorin? Nikt z Kompanii nie odważył się jednak zadawać pytań. Dorian i Sybil stali się tematem tabu. Wszyscy polubili to rodzeństwo, Bilbo nawet za nimi tęsknił i martwił się o nich, ale nikt nic nie mówił.
     Następnie - jak swobodnie się tutaj czuli. Obserwował Doriana i Sybil przez dłuższy czas pobytu w Pałacu. Widział, że cieszyli się ogólną sympatią oraz względami Króla. Dodatkowo łamał sobie głowę, dlaczego opuścili Kompanię, by przybyć właśnie tutaj.
     I jeszcze - w co się właśnie wplątali. Wyglądało na to, że byli w poważnych tarapatach. A już sam fakt, co Sybil sądziła o rzekomej intrydze Panu Lasu! Ze względu na to zechciał im pomóc, jednak bardzo obawiał się ujawnić, więc czekał, jak rozwinie się sytuacja.  
     Dorian prychnął.
     - Dobra, nie będę się z tobą wykłócał. Nie zgadzam się z twoją teorią, ale tak się przy niej uparłaś, że… - Westchnął. - Lepiej powiedz mi, co robimy?
     - Nie dopuszczamy do ślubu - odpowiedziała, jakby to było coś oczywistego.
     - Ale on ma się odbyć już w przyszłym tygodniu! Trzeba by było wywołać ogromne zamieszanie!
     - Tak, tak… - mruknęła. - Musisz ruszyć głową…
     - Ja? - syknął. - Dlaczego ja?
     - Bo to wszystko przez ciebie oraz twoją głupotę! Wymyśl coś szybko albo uruchom ten swój dyplomatyczny język i odwołaj tę komediancką farsę!
     - Nie odwołam danego słowa – odparł hardo.
     Sybil parsknęła śmiechem.
     - Cholerny honor! - zachichotała, po czym diametralnie zmieniła ton:
     - Dorian, jesteśmy zdrajcami, my go nie mamy! - warknęła groźnie.
     - Nie jesteśm… dobra, nieważne. Potrzebujemy pomocy…
     - Do czego? – zapytała, zaintrygowana.
     - Do zasiania totalnego chaosu, dzięki któremu uciekniemy. Cicho, nic nie mów, staram się myśleć…
     Panowała długa cisza.
     - Ach, to by było dobre! - wykrzyknął w końcu.
     - Co?
     - Thranduil kazał nam wybrać, po której jesteśmy stronie, pamiętasz? - Prychnął. - Tyle, że jedyną stroną przeciwną jest zło, nie krasnoludy, ale on tego nie widzi… No ale skoro sam nam tak rozkazał… Pomyślałem sobie, żeby uwolnić Kompanię i uciec razem z nimi.
      Dziewczyna aż zagwizdała z wrażenia.
     - Wysoko mierzysz, bracie! Do tego potrzebowalibyśmy nie tylko pomocy, ale też cudu.
     Hobbit odważył się zdjąć pierścień ten jeden jedyny raz. 
     - Oto więc nadszedł - powiedział Niziołek, stając tuż obok.
     Jak oni podskoczyli!  
     Kiedy rozpoznali Bilba, złapali się za serca i dysząc ciężko, wybuchli śmiechem.
     - Na mą duszę, Bilbo! - krzyknął Dorian. - Zastanawiałem się nie raz, co się z tobą stało, ale tego bym się w życiu nie spodziewał!  
     Potem chłopak uściskał go serdecznie, zaraz po nim jego siostra.
     - Macie mi sporo do wyjaśnienia - rzekł pan Baggins.
     - Jak i ty - odparła Sybil. - Tak po prostu pojawiasz się i znikasz?
     - Wcale nie, cały czas byłem w cieniu, po prostu mnie nie zauważyliście! - bronił się. Nie miał najmniejszej ochoty mówić o pierścieniu.
     - Jestem pewien, że cię tam nie było - stwierdził Dorian. - Poza tym, nie dałbyś rady żyć tutaj, nie będąc złapanym!
     Bilbo czuł na sobie świdrujące spojrzenia rodzeństwa i w końcu dał za wygraną. Niechętnie wyjął pierścień z kieszeni, po czym podniósł go wysoko, żeby wyraźnie zobaczyli złoty przedmiot. Następnie wsunął go na palec i po chwili zdjął. Ujrzał zdumione miny młodych ludzi.
     - Niewiarygodne… - szepnął chłopak, po czym zadumał się na moment. Zmarszczył brwi. - Dziwne…
     - Nigdy nie mówiłeś prawdziwiej bracie - przytaknęła dziewczyna ponuro. - Czarodziejski pierścień! W dodatku wyczuwam, że nie taki zwykły, jeżeli rzecz tego typu można nazwać zwyczajną…
     - Co masz na myśli? - przerwał zdziwiony Bilbo.
     - Nieważne… schowaj go, już! No już!
     Jeszcze bardziej zaskoczony, Hobbit zrobił co kazała, po czym rzekł:
     - Sekret za sekret. Co wy tu robicie? Dlaczego nas opuściliście? I jak to możliwe, że macie względy u Thranduila i czujecie się tu jak w domu?
     Sybil zachichotała.
     - Szpiegowałeś nas!
     - Nieprawda! - zaprzeczył. - Ja tylko… obserwowałem.
     - Niech ci będzie - zaśmiał się Dorian i wytłumaczył mu, co ich łączyło z leśnymi elfami. To była długa opowieść, ale Bilbo nadal nie zaspokoił ciekawości.
     - No dobrze, ale nadal nie odpowiedzieliście na jedno pytanie: dlaczego nas zostawiliście?
     Tym razem to on świdrował rodzeństwo wzrokiem. Ich twarze były pełne napięcia. Wyraźnie chcieli uniknąć odpowiedzi za wszelką cenę. W końcu Dorian powiedział:
     - Och, po prostu...
     - … zachorowałam i potrzebowałam pomocy pewnej elfiej uzdrowicielki - wtrąciła szybko Sybil.
     - Ojej! - Hobbit zatroskał się. - Co ci jest?
     - Wolałabym nie mówić, to dosyć… osobiste.
     - Rozumiem… ale czujesz się już lepiej?
     - O tak, znacznie lepiej, dziękuję.
     Zapanowała cisza, którą po paru chwilach przerwał Bilbo:
     - Macie kłopoty?
     - Mało powiedziane - burknęła dziewczyna.
     - Co robimy?- spytał pan Baggins.
     - Nie martw się - zachichotał Dorian. - Mam pewien plan… 
*** 
     Wszystko, co trzymał, wypadło mu z rąk. Wpatrywał się w kłęby dymu unoszące się ku czystemu niebu  i przeszyło go lodowate ostrze strachu. Potem puścił się biegiem. Gdy dotarł na miejsce, zobaczył tłum gapiów stojący przed płonącym budynkiem. Usłyszał krzyki oraz zawodzenia.
     - Wody!
     - Trzeba to jak najszybciej ugasić!
     - Straż, gdzie jest straż ogniowa?!
     - On jest w środku!
     Serce w nim zamarło.
     „Czy ja nigdy nie uwolnię się od ognia?” - pomyślał, ale bez dalszego zastanowienia wszedł do kuźni. Słyszał za sobą nawoływania innych. Próbowali go powstrzymać, ale nie zważał na to. Musiał uratować swojego przyjaciela.
     Rozejrzał się dookoła, ale nie zauważył nic oprócz płomieni i duszącego dymu.
     - Brandon!
     Cisza.
     - Bran, gdzie jesteś?! - krzyknął najgłośniej jak potrafił.
     Tuż obok upadła belka z walącego się stropu.
     Gdzieś w oddali rozległ się słaby jęk.
     - Thorinie…
     - Bran, Bran, powiedz mi, gdzie jesteś!
     - Tutaj… - wykrztusił z wysiłkiem.
     Schował się pod stołem, skulony.
     „Ty poddajesz się bez walki?”
     Zachowanie jego przyjaciela było zadziwiające, ale brakło czasu na dalsze zastanowienie. Podbiegł szybko do niego.
     - Ogień, Thorinie - wyszeptał. - Ogień… on…
     - Cii, nic nie mów! Najpierw musimy się stąd wydostać albo zginiemy obaj. Dasz radę wstać?
     Pokiwał głową, wyczołgał się spod stołu, po czym dźwignął się na nogi. Upadł. Thorin podał mu rękę i pomógł wstać. Razem brnęli do wyjścia. Gdy byli tuż przed drzwiami, zauważył, że z sufitu odrywała się kolejna deska. Wypchnął Brandona na zewnątrz, a sam został odgrodzony od jedynej drogi ucieczki.
     „Przeklęty ogień”.
     Cofnął się kilkanaście kroków do tyłu, nabrał rozbiegu i przeskoczył przez słup ognia zagradzający wyjście. Znalazł się na poza płonącym budynkiem. Usłyszał gromkie brawa 
i wiwaty. Poczuł, że jego ubranie się pali. Ktoś krzyknął i Thorin został schlustany wiadrem wody. Zaraz po tym podszedł do swojego przyjaciela, który leżał nieprzytomny na ziemi.
     Scena się zmieniła.
     Brandon został ułożony na kuchennym stole. Był w niezbyt dobrym stanie - trawiła go gorączka, a rany były rozległe. Dis zmieniała mu właśnie okład na czole, a Kora drżącymi rękami przemywała jego oparzenia, szlochając cicho. Nie mógł patrzeć na nią zrozpaczoną. Podszedł bliżej.
     - Koro…
     Podniosła obłąkany wzrok znad ciała męża. Kiedy ich oczy się spotkały, musiało minąć trochę czasu, zanim odzyskał zdolność mówienia.
     - On wyzdrowieje, zobaczysz. Jest silny. Wszystko będzie dobrze.
     - Wiem, jestem pewna, że przeżyje. Niech by tylko spróbował umrzeć… - Zapłakała. - Nie, nic nie będzie dobrze.
     Usiadła na krześle i ukryła twarz w dłoniach. Wybuchła ogromnym płaczem. Dis podbiegła do niej, po czym przytuliła bez słowa. Kora płakała długo, nie mogąc wydobyć
z siebie słowa. 
W końcu wykrztusiła:
     - Kuźnia doszczętnie spłonęła, Thorinie… Nie rozumiesz?  Nie mamy teraz z czego żyć. Nie mamy wystarczająco pieniędzy na odbudowę… Czeka nas nędza. - Załkała.
     - Nieprawda - zaprzeczył.
     Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
     - Dam wam pieniądze na zbudowanie nowej - oświadczył.
     Kobiecie opadła szczęka. Wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć.
     - Nie przyjmę tego - stwierdziła po chwili. - Nie mogę …
     - Możesz - przerwał szybko. - I przyjmiesz.
     Posłała mu zakłopotane spojrzenie.
     - Thorinie, to będzie kosztowało bardzo dużo.
     - Stać mnie - odparł.
     Przewróciła oczami.
     - Ależ ty jesteś uparty - jęknęła, po czym, niespodziewanie, wpadła mu w ramiona.
     Przeszedł go dreszcz.
     - Jak ja ci się odwdzięczę? - szepnęła.
     „Już to zrobiłaś”.  
     Thorin obudził się zdyszany. W celi było ciemno i cicho, co wcale nie pomagało mu
w uspokojeniu 
się. Minęło dużo czasu, zanim udało mu się to. Nawiedzały go coraz dziwniejsze i straszniejsze sny. Albo to przez jakieś kolejne czary elfów, albo on po prostu wariował. Tkwienie w niewoli doprowadzało go do szału. Świadomość, że Dzień Durina zbliża się nieubłaganie, a on i jego ludzie bezradnie tkwili w niewoli rozwścieczała go. Czasem starał się o tym nie myśleć i powspominać coś miłego.
     To nie był jego pierwszy raz w Ettinor. Pp raz pierwszy był na samym początku, jeszcze w roku ataku Smauga na Erebor. To było zanim on sam został Dębową Tarczą. Dziad wtedy żył i był Królem, ojciec i Frerin tam byli,  Dis także, jako młodziutka panienka. Thrór udał się z prośbą o udzielenie pomocy do rządcy Ettinor i okolicznych wiosek. Spotkał się
z odmową. Wybuchły zamieszki i polała się krew, a po stronie ludzi, jak i krasnoludów. padły ofiary śmiertelne. Krasnoludy odeszły stamtąd jak najprędzej. Przez pewien czas rodzina Thorina oraz lud mieszkali w Dunladzie, ale na stałe osiedlili się w Ered Luin. Throin został królem, jego plemię rozrosło się 
i wzbogaciło. Wcale nie chciał opuścić nowego domu. Jednak myślami coraz częściej zwracał się w stronę Samotnej Góry, Arcyklejnotu i sosen płonących niczym pochodnie…
     Zapragnął się zorientować, jak się miały sprawy na Wschodzie. To miała być krótka wycieczka, na którą, do tej pory nie wiedział jakim cudem, namówił też Dis. Filiego i Kiliego nie trzeba było przekonywać. Wybrali się po cichu, nawet potajemnie. Coś podkusiło jego oraz jego siostrę, żeby zajrzeć do Ettinor. Zjawili się tam pod przykrywką - „zwykła rodzina krasnoludów, chcąca zarobić trochę pieniędzy”.  Chciał świadczyć usługi kowala, więc skierowano go do Brandona, który cieszył się opinią najlepszego w okolicy. I tak wszystko się zaczęło.
     Nie wyjawił tej rodzinie swojego prawdziwego pochodzenia od razu. Z resztą, sami się tego domyślili, po jego postawie oraz manierach, zaraz po tym, jak Thorin udał się na prywatną rozmowę z rządcą. Chciał się przekonać, czy pamiętano jeszcze o dawnych wydarzeniach. Ludzie nic nie mówili o tamtej tragedii - historia stała się legendą, legenda stała się mitem, mit został zapomniany. Okazało się jednak, że rządcom ta opowieść była przekazywana, ale w tajemnicy. Kiedy Król pod Górą wrócił po ponad stu trzydziestu latach, rządca Ettionr, o dziwo, nie starał się rozdrapywać dawnych ran. Thorin, Dis, Fili
i Kili poznali, co to szczęście, lecz musieli odejść.
     Thorin potrząsnął głową. Nie... to nie było do końca miłe wspomnienie.
     Pomyślał więc o Arcyklejnocie oraz Ereborze… wielkich kamiennych salach świecących blaskiem złota…
     Nie… to wspomnienie go zasmucało.
     Dlatego właśnie wróciłem. Bo wy nie macie domu. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pomóc go wam odzyskać.
     Uśmiechnął się. Wspominanie Bilba było miłe. Hobbit był niezwykle zaskakującą istotą. Thorin łamał sobie głowę, gdzie się teraz podziewa. Bilbo był ich ostatnią nadzieją na wydostanie się z niewoli.   
     I oczywiście nie zawiódł. 
______________________________
Dorian, Sybil i Bilbo... tacy spiskowcy... być może już ktoś się domyśla, co wykombinują. Już wiadomo, jak Thorin uratował Brandona.
Płonąca kuźnia… można mi zarzucić, że to zbyt proste i mało oryginalne, ale proszę mi wierzyć, to, w jaki sposób Brandon prawie zginął będzie miało duże znaczenie. 
I być może, że taki potajemny wypad Dziedziców Durina z Ered Luin byłby niemożliwy, no ale w mojej fikcji literackiej tak zrobili.
Pierwszy pobyt w Ettinor nie był zbyt miły. Tak, Thorin to ukrywa.
Nie tylko on ma wiele tajemnic. 
Szykuje się zorganizowana akcja uwolnienia Kompanii. Na to wena mi jeszcze jakiegoś powalającego pomysłu nie podsunęła, więc nie wiem, za ile będzie kolejny rozdział.