Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the details are more important than you may think. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the details are more important than you may think. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2014

Rozdział 6.

I oto jest, drodzy państwo - kolejny długi rozdział! W którym dopiero pod koniec coś się zaczyna dziać...
I tak szybko, jak na mnie, go opublikowałam, gdyż umyśliłam sobie, żeby przetłumaczyć moje "dzieło" na angielski. I z tym mi strasznie długo schodzi.
OSTRZEŻENIE: pierwsze dwa fragmenty to praktycznie czysty Thilbo Bagginshield... śmielszego napisałam tylko po angielsku... czytania pierwszego fragmentu trudno mi odradzić, gdyż, oprócz uczuć Bilba, opisane jest w nim, co - w mojej wersji - dzieje się
z Włamywaczem po opuszczeniu Ereboru. Drugi fragment to punkt widzenia Thorina, próbka jego szaleństwa, wpływ gorączki złota oraz... no właśnie. Jeżeli nie akceptujecie uczuć homoseksualistów żywionych do osób tej samej płci oraz ich związków
i kontaktów, to lepiej pomińcie ten fragment!
Serio.
Mnie ani trochę nie szokuje to, co napisałam, ale innych może, i to bardzo...
______________________________

     Jego dłonie.
     Kiedyś - delikatnie muskające jego skórę, dotykające go tak ostrożnie, jakby był zrobiony z najcenniejszego metalu, przyprawiając o rozkoszne dreszcze na całym ciele.      
     Teraz - zaciskające się wokół jego gardła niczym zabójcze szpony, odbierające mu oddech.
     Jego głos.
     Kiedyś - zniżony do pomruku, szepczący piękne słowa, obietnice wymarzonego przyszłego życia.
     Teraz - wzniesiony do krzyku, ryczący obelgi, załamujący się rozczarowaniem.
     Jego oczy.
     Kiedyś - przepełnione czułością, ciepłem i miłością, promieniujące powalającym ogromem uczucia.
     Teraz - pełne bólu i furii, zimne, wściekłe, jadowite, zabójcze.
     Różnica była przerażająca. To, co teraz, zdawało się tak prawdziwe, że zaczął myśleć, że tylko wyśnił to, co było kiedyś. W końcu wtedy, po wszystkim obudził się sam, w zimnym łóżku. Szukał swego Króla, by znaleźć go przeszukującego skarbiec.
     Mógł mu w tamtej chwili wykrzyczeć, jak bardzo czuł się upokorzony, wykorzystany, jak zwykła kurtyzana. Jednak Thorin i tak by go nie słuchał.
     Teraz mógłby się bronić przed jego oskarżeniami, byłby w stanie się wytłumaczyć, lecz Thorin nie dałby sobie przemówić do rozsądku. Zamiast tego, Bilbo bez słowa przyjmował wyzwiska płynące z ust, których smak doskonale znał.
     Marny złodziej. Zdrajca. Jeszcze niedawno - ghivashel.
     To bolało. Raniło głębiej niż najbardziej śmiercionośne ostrze. Jednakże, Bilbo nie miał zamiaru zaprzeczać swojej zdradzie, bo…  
     „Zrobiłem to dla ciebie”- pomyślał. - „Wszystko dla ciebie i twojego dobra. Bo to zawsze byłeś ty. Hobbici również prawdziwie kochają tylko raz. I to zawsze byłeś ty”.  
     Jednakże, to nie ten Thorin w tej chwili groził, że go zabije. To nie był krasnolud, któremu Bilbo oddał całego siebie.
     „Zrzuć mnie. Błagam, wyrzuć mnie przez ten mur, bym roztrzaskał się o skały. Proszę, zrób to” - mówił Hobbit w duchu, modląc się, aby jego pragnienia były jasne i widoczne dla Thorina. - „Gdyż inaczej sam umrę z upokorzenia, a poczucie klęski zniszczy mnie doszczętnie.” 
     Terapia szokowa nie podziałała. Król nie rozumiał jego motywów.
     „Powiedz mi, dlaczego?! Dlaczego?!” - krzyczało jego spojrzenie.
     „Gdyż cię kocham! Czy nie widzisz, co się z tobą stało?! Czy nie widzisz, co zrobił
z tobą jakiś ładny kamyk?!” - Bilbo chciał odpowiedzieć, lecz milczał.

     Nie, Thorin tego nie dostrzegał.
     Ale Hobbit już tak. I nie podobał mu się ten widok. Nie chciał patrzeć na to już nigdy więcej. Nie chciał widzieć, słyszeć i czuć w ogóle. Nie chciał żyć.
     „Zabij mnie, zabij mnie... tylko z twojej ręki jestem w stanie ponieść śmierć” - Bilbo już prawie powiedział to na głos, jego usta już układały się do wypowiedzenia swojego ostatniego życzenia, gdy wszystko przerwał przeklęty czarodziej.
    A potem Bilbo nagle opuszczał Erebor, zostawiając przyjaciół i… nie, po prostu Thorina, za sobą. Cała podróż do obozowiska elfów i ludzi była jedną wielką bitwą ze łzami. Ostatecznie postanowił, że nie będzie płakał, ponieważ nie było za czym
    Gdy znalazł się wśród elfickich namiotów, dotarło do niego, jak bardzo źle postąpił. Przecież mówił swojemu Królowi, że zawsze będzie u jego boku, że zawsze będzie mu wierny. A teraz…
    Nie, przecież zdecydował, że nie będzie rozpaczał. 
    A zatem siedział przy ognisku, opatulony kocem, z kielichem wina w obu dłoniach, którego użyczyły mu elfy. Tępo patrzył w płomienie, obojętny na wszystko. Z letargu wyrwał go dźwięk własnego imienia.
    Podniósł wzrok, by ujrzeć nikogo innego a Doriana i Sybil. Bilbo nie zdążył powstrzymać szczęki przed opadnięciem, gdy rodzeństwo uklęknęło po obu jego bokach. Nie spodziewał się ich tutaj- był przekonany, że zostali nad Jeziorem
    - Co wy tu robicie? - spytał Doriana z niedowierzaniem.
    Chłopak westchnął, po czym rzucił otaczającym ich żołnierzom szybkie, przestraszone (?!) spojrzenie.
    - Może zechcesz przyłączyć się do mnie i Sybil? - zaproponował. - Mamy własne ognisko na uboczu.
    Spokój odosobnienia był właśnie tym, czego Bilbo potrzebował, więc Hobbit pokiwał głową i wstał. Wręczał kielich oraz koc jednemu z elfów, mamrocząc podziękowania, kiedy zauważył dziwne napięcie wśród żołnierzy, bacznie obserwujących każdy ruch dwójki młodych ludzi.
     - Chodź z nami, Bilbo - ponagliła go Sybil. - Wszystko sobie wyjaśnimy.
     Tak więc Włamywacz dał się zaprowadzić do niewielkiego ogniska, w dużym oddaleniu od reszty. Rozłożone wokół niego były dwa ciepłe śpiwory, dwa plecaki, łuk, kołczan, co najmniej sześć różnych sztyletów i długich noży, a także miecz. Dziewczyna szybko rozłożyła jeszcze jeden śpiwór.
     - Dziwnym trafem poprosiłam o dodatkowy - wyjaśniła z uśmiechem, po czym gestem ręki zaprosiła Niziołka do zajęcia miejsca. Gdy cała trójka rozsiadła się wokół ognia, zapanowała krepująca cisza, którą w końcu przerwał Bilbo:
     - Ja… wykradłem Arcykamień.
     Sybil machnęła dłonią, uciszając go.
     - Thranduil raczył nam się pochwalić swoim osiągnięciem.
     - Widzieliście Królewski Klejnot? - Hobbit wytrzeszczył oczy.
     - Tak - Dorian odpowiedział krótko. - Król wyjaśnił nam też, jak wszedł w jego posiadanie, a od elfów podsłuchaliśmy, co wydarzyło się w Ereborze.
     Bilbo przełknął głośno i spuścił wzrok.
     - Wybaczcie, lecz nie chcę o tym rozmawiać - powiedział szorstko.
     - Nie musisz, Bilbo - odparł chłopak. - My rozumiemy.
     - Jak to? - Hobbit zamrugał, nie pojmując.
     - To nie pierwszy raz, kiedy Thorin Dębowa Tarcza został zdradzony - dziewczyna wyszeptała smutno, gorzko.
     Bilbo dosłownie zaniemówił. Patrzył po twarzach rodzeństwa, zmieszany. Na obliczach dzieci malowało się… poczucie winy. Wtedy zrozumiał.
     - CO?! W-wy.. też?! - wykrztusił. - Ale… jak?!
     Niechętnie opowiedzieli mu o całej sprawie z Azogiem, a gdy skończyli, Hobbit wykrzyknął:
     - Przecież to nie była zdrada!
     - To samo rzekłbym o twoim występku - odpowiedział Dorian.
     - Nie! - Bilbo zaprzeczył gwałtownie, a do jego oczu znów napłynęły łzy, podczas gdy gardło ścisnęło się boleśnie. - Wy… n-nie wiecie… on, T-Thorin… najpierw mówił, ż-że jestem jego…  jego J-Jedynym…
     - Eru - rodzeństwo sapnęło jednoczenie, gapiąc się na Hobbita z rozdziawionymi ustami.
     - C-co? - spytał niepewnie, nie próbując już nawet powstrzymywać wstrząsającego nim szlochu.
     - Tak mi przykro, Bilbo - wyszeptała Sybil, przytulając go.
     Hobbit spojrzał pytająco na Doriana, zastygłego w miejscu.
     - Podniesienie ręki na Jedynego to jedna z najgorszych zbrodni, jakich może dopuścić się krasnolud - wyjaśnił chłopak.
     Bilbo nie potrafił hamować płaczu po tych słowach. Targało nim tak mnóstwo uczuć na raz, że aż drżał. Na szczęście Sybil kołysała go w ramionach, szepcząc coś kojąco. Hobbit niewiele słyszał. Emocje w nim szalały. Strach, ból i smutek przemijały, ustępując czemuś innemu. Złości.
     Jak on mógł?! Jak Thorin mógł zrobić coś takiego, skoro wiedział… ach, właśnie, nie wiedział. Przecież nie był sobą. Hobbita opanowała okropna niepewność. Jak podejść do całej sprawy? Czy przez te wydarzenia między jego a Thorina na zawsze padnie cień? Czy kiedykolwiek sobie wybaczą?

     „Jeszcze nie teraz” - pomyślał.
     Bilbo był pewny, że miną lata, zanim będą mogli z Thorinem spojrzeć sobie w oczy... Tego widoku będzie mu niezmiernie brakować - oczu Thorina.

     To o jego szafirowych tęczówkach śnił, gdy Sybil ukołysała go do snu w środku dnia.
 

***
     Nic nie mogło zadać mu większego bólu.
     Nic.
     Tak, tak, właśnie to.
     Nie ma nic. Bez Niego.
     Jest pustka. Ciemność panuje w skarbcu i jego umyśle, gdy siada na przypadkowym stosie złotych monet, drżąco wydychając powietrze przez nos.
     Może skupić się tylko poczuciu straty oraz nienawiści.
     Nienawidzisz Go, nienawidzisz Go, nienawidzisz Go - mówi mu głos w jego głowie.
     Chociaż prawda jest inna. Zupełnie inna. 
     Nie, nie ma już prawdy czy kłamstwa. Jeżeli nie Jemu, nie możesz ufać nikomu. Nikomu.
     On chciał tylko twojego bogactwa, czyż nie? Uwiódł cię, a za plecami okradł
z najcenniejszej rzeczy, jaką posiadłeś. Klucza do sukcesu. Serca Góry. Twego serca.
     Żałosny złodziej oddał Arcykamień elfom, elfom

     Byłeś taki naiwny, taki głupi. Głupi, głupi, głupi. Myślałeś, że gdy Go dotkniesz, posmakujesz, to będziesz szczęśliwy. Może i mógłbyś, gdybyś tylko miał jego miłość.
    Chciałby wierzyć, że być może miał. 
     Nie, nie, nie ważne, co zrobisz, nie ważne, jak bardzo będziesz się starał, nikt cię nigdy nie pokocha, dobrze o tym wiesz.
     Jesteś teraz Królem pod Górą, twoi poddani się ciebie boją, nikt cię nie kocha, czyli jest tak, jak powinno być.
     Jest Królem, ma potężne Królestwo Ereboru i złoto, złoto, złoto, tyle złota.

     To jedyne, co ci pozostało. To jedyne, co jeszcze masz.
     Skarb.
     W twoim sercu nie może być miejsca na nic innego, tylko na złoto.
     Reszta była iluzją. Złudzeniem. On udawał. Tylko grał. Mydlił ci oczy dla własnych korzyści.

     Ale On nie byłby w stanie... Przecież był taki słaby, wątły, drobny, mały.
     I uważałeś przez to, że piękny.
     Mimo to zacisnął dłonie wokół tej Jego chudej szyi. Dusił Go. Groził, że zabije.
     Może gdyby wtedy skręcił Mu kark, uciszyłby na zawsze te usta, tak, żeby stale sączące się z nich kłamstwa już go nigdy nie zraniły.
     Jednak tego nie zrobił.   
     Ale to i tak wystarczy. Ty wiesz, wiesz, doskonale wiesz, czego się dopuściłeś. Zbrodniarzu.  
     - Mam nadzieję, że zginiesz, Bilbo Bagginsie! - ryknął Thorin, a jego głos niósł się daleko. - Obyś umarł długą, okrutną, bolesną śmiercią, najlepiej w płomieniach!
     Wyobrażenie, tego, co powiedział, które od razu przemknęły mu przez myśl, zadają mu taki ból, że zaczyna łkać. Kuli się i mocno przyciska dłonie do twarzy, próbując pozbyć się wszystkich wspomnień o Nim.
     Teraz nie wie, czy bardziej nienawidzi Jego, czy Thranduila.
     Przeklinał dzień, w którym spotkał tego Hobbita.
     A mimo wszystko…
     Gdyby pomyśleć o tym ten ostatni, ostatni raz…
     Zaprowadził go wtedy na skalną półkę wrytą w zboczu Góry, ulokowaną na wyższych piętrach, będącą dawniej tarasem widokowym. Chciał pokazać mu niezwykły krajobraz Pustkowia. Stali na chłodnym wietrze i patrzyli na świat spowity w blask miesiąca.
     Milczeli, gdyż zaparło im dech w piersiach.
     „Pod jakim Bilbo byłby wrażeniem, gdyby zobaczył, jak tutaj było dawniej” - pomyślał.
     Więc Thorin zaczął opowiadać.
     Mówił o żyznych polach uprawianych o tam, w oddali, z których Erebor czerpał zapasy. O tym, jak barwną mozaikę tworzyły. O tym, jaką ucztą były dla oczu, zanim żywność
z nich pozyskana została przyrządzona w wyśmienite posiłki.
 O łąkach, których słodki zapach nieraz docierał aż do Głównych Sal.
     Wspomniał o lasach, które otulały Górę. O tym, jak co roku pokrywały się skrzącą białą pierzyną. O tym, jak wiele można było dostrzec w nich odcieni zieleni. O tym, jak „zgubił się” tam kiedyś z Frerinem i Dis.
     O Dali, które można było najpierw usłyszeć, zanim zobaczyć. Dal rozbrzmiewała muzyką, radością, śmiechem i krzykami wesołych dzieci. O tym, jak wymykał się
z rodzeństwem na tamtejsze Targi Zabawek. Rodzice byli wściekli, ale zawsze się opłacało.

     Zaśmiał się pod nosem w tamtym momencie opowieści, po czym zerknął na swojego słuchacza.  Zdało mu się, że promienie księżyca wplotły nici mithrilu w jego miodowe włosy, a jego nieskazitelna skóra stała się mlecznobiała. Bilbo nie patrzył w dal, tylko na niego. Uśmiechał się, delikatnym uśmiechem pełnym sympatii i ciepła, i czegoś jeszcze… Thorin badawczo spojrzał w niebieskie oczy Hobbita, które w tamtej chwili przybrały kolor ciemnego szafiru. W tej głębi błękitu migotała tajemnicza iskierka…
     Wtedy zrozumiał. Stała przed nim delikatna, mała istota. Niepozorna, zaskakująca, dzielna, mądra.
     I tak niepodobna do niego. Jego... przeciwieństwo.
     Jego druga połowa. Lepsza połowa.
     Thorin ujrzał swojego Jedynego.  
     Wraz z realizacją tego faktu, przyszło to, o czym śpiewano pieśni. Wszystko znalazło swoje miejsce, nabrało sensu. A On był tym sensem.
     - Thorinie… - On  powiedział cicho. - Nigdy nie myślałem… nie podejrzewałem, że ty potrafisz dostrzec piękno tak… prostych, zwykłych rzeczy. Zawsze uważałem, że krasnoludy zachwycają się tylko kamieniami szlachetnymi, metalem i zimnymi skałami…
     - I nie mylisz się - odparł, biorąc krok w kierunku zmieszanego Hobbita. - Ja też patrzyłem na wszystko w ten niesubtelny, twardy, szorstki, krasnoludzki sposób. Aż poznałem ciebie…
     - Ojej - rzekł Bilbo, podchodząc bliżej tak, że niemal stykali się ciałami. - Przecież to na wskroś hobbickie myślenie - w jego głosie zagrała nuta łobuzerskiej dokuczliwości. - Chyba mam na ciebie zły wpływ…
     - Doprawdy? - spytał Thorin, prawie bezmyślnie obejmując talię Hobbita obiema dłońmi, pochylając głowę, głos zniżając do pomruku. - Ja osobiście nie mam nic przeciwko.
     Byli już tak blisko, że czuli na sobie swoje oddechy, a końcówki ich nosów dotykały się lekko.
     - Ja też nie narzekam - wyszeptał Niziołek, wciąż podtrzymując kpiący ton i, o Mahal, Thorin już to uwielbiał. Drobne ręce Bilba zacisnęły się wokół jego szyi, podczas gdy Hobbit powoli uniósł głowę, przymknąwszy powieki i delikatnie rozchyliwszy wargi.  
     Tego było za wiele. Więcej Thorin nie mógł już znieść. Złączył ich usta w namiętnym pocałunku, a obaj aż sapnęli na intensywność doznań.
     To było… niewiarygodne. Wspaniałe i cudowne.
     Thorin przycisnął się do Bilba tak mocno, jak to tylko możliwe. Chciał utonąć w cieple Jego ciała, zakrztusić się Jego zapachem, przypominającym woń świeżej trawy i jabłek, przeczesywać Jego jedwabiste loki i dotykać gładką skórę aż do utraty zmysłów.
     Bo Bilbo był właśnie tym, czego Thorin praktycznie nigdy nie doświadczył - delikatnością, ciepłem, łagodnością, spokojem, stabilizacją… całując Go, czuł się jak
w domu.

     Tak jak w Ettinor, jeżeli jeszcze przypominał sobie tamte czasy.
     Lecz nie pamiętał, żeby droga do jego komnat kiedykolwiek tak bardzo się przeciągała. Zapewne dlatego, że co chwila zatrzymywali się i ponownie gorąco całowali, swoimi dłońmi eksplorując ciała, pod każdy kawałeczek skóry podkładając ogień pożądania.
     A gdy w końcu mogli dać ujście swoim pragnieniom, działy się… niesamowite rzeczy.
     Po wszystkim, Bilbo, ze zmęczonym uśmiechem na Jego pięknej twarzy, tak idealnie ułożył się w ramionach Thorina… Ich budowa ciała, wygląd, charaktery - innymi słowy - wszystko, sprawiało wrażenie, jakby byli dwoma idealnie dopasowanymi kawałkami jednej całości. Thorin tak właśnie się czuł. Dzięki Hobbitowi był kompletny.
     Wtedy zalała go nagła, potężna fala uczucia do jego Jedynego, a Król zaczął obawiać się, gdyż nie wiedział, jak okazać Mu jego ogrom. Podarował już Bilbu kolczugę z mithrilu, lecz zdaniem Thorina było to zdecydowanie za mało.
     Znów znalazł się w skarbcu, rozważając, jaki następny prezent będzie odpowiedni dla Hobbita. Skończył myśląc jedynie o złocie.
     Nie potrafił jednakże udawać, że to wszystko się nie zdarzyło. Przecież miłość, którą darzył Bilba i myślał, że On odwzajemniał, była najbardziej bezcenną rzeczą, jaka kiedykolwiek została mu dana… bardziej nawet od Arcykamienia…   
     Arcykamień, och ten Arcykamień. Nie upłynęło wiele czasu, gdy Królewski Klejnot znów całkowicie opanował jego umysł, nie pozostawiając miejsca na nic innego, zupełnie nic.
     Twoje serce kurczy się boleśnie.
     To dlatego dziad nigdy nie pozwolił sobie na zaufanie komukolwiek.
     Nazywałeś Thróra szaleńcem, ale teraz widzisz, że może był mądrzejszy niż ty kiedykolwiek będziesz.
     Ból jest wszędzie, i nie wiesz już, przez co.

     Nie. Już nigdy nikomu nie zaufa.
     Patrzysz na skarb. Tak, wszystko, czego potrzebujesz, jest tutaj.
     Nie ma przy tobie nikogo. Nikogo, kto by ci przeszkodził. Nikogo, kto szeptałby ci słodkie słowa do ucha. Już zapomniałeś, jak to jest, kiedy rodzina i On byli przy twoim boku.

     Dziad byłby dumny.
     Mama by płakała.
     Starasz się nie myśleć o pustce, chłodzie i cierpieniu.
     Złoto jest takie zimne.  
     W pewnym momencie starasz sobie przypomnieć twarz ojca. Lecz zapomniałeś.
     Złoto jest takie chłodne.
     Gardło ściska ci się, ale łzy nie płyną. Bo zapomniałeś, jak się płacze.
     Złoto jest takie kojące.
     I zapomniałeś nawet, jak wyglądał twój młodszy brat.
     Jego oddech staje się coraz cięższy i bardziej nierówny, ramiona drżą, cały drży, a oczy go pieką. Lecz nie odważy się ich otworzyć, nie, to nie zrobi różnicy, wszędzie jest ciemno, a jeśli uchyli powieki, te łzy w końcu wypłyną. A nie będzie płakał. O nie. 
     Złoto jest takie… gładkie. Łagodzi ból.
     „Mój”- padasz z tą myślą na łoże z monet. Leżysz teraz na skarbie, który nigdy cię nie porzuci.
     Mimo wszystko, widmo Jego oczu wciąż tańczy na krańcach jego umysłu. 
*** 
     To, co go zastanawiało, a zarazem mocno niepokoiło, to fakt, że inni zdawali się nie wiedzieć nic a nic o nadchodzącej bitwie. Tak jakby Gandalf poinformował tylko jego
i Sybil. Ale dlaczego? Gdzie się podział ten czarodziej?
     Rozważał te kwestie wspólnie z siostrą wciąż i wciąż, kiedy Bilbo zostawił ich, by pobyć trochę z elfami, ciągle upraszającymi się o jego towarzystwo.

     W końcu uznali, że najlepiej będzie zacząć przygotowania, a odpowiedzi być może przyjdą same.
     Tak też się stało.
     Jeszcze w dzień głośnych wydarzeń w Ereborze, późnym wieczorem Dorian przechadzał się na pograniczu obozu elfów i ludzi. Będąc w drodze po wodę, usłyszał, że ktoś cicho wołał jego imię. Jego wzrok od razu padł na Belega, dowódcę oddziału Sybil. Złotowłosy elf skinieniem głowy dał znak chłopakowi, by ten za nim poszedł. Zbyt ciekawski dla własnego dobra, Dorian podążał za Belegiem, klucząc wśród namiotów ludzi. Mężczyźni rzucali im bardzo zaciekawione spojrzenia, lecz zachowali milczenie. Po dłuższym czasie, Beleg w końcu zatrzymał się. Wyprowadził Doriana poza teren obozowiska w ogóle. Odwrócił się do chłopaka z groźnym wyrazem twarzy. Podszedł bardzo blisko, położył rękę na jego ramieniu, a pochyliwszy się, wyszeptał mu do ucha:
     - Cokolwiek zaraz powiem, zostanie między nami, rozumiesz?
     Dorian pokiwał głową, a elf kontynuował:
     - Niestety, nie potrafię dbać o to, co Thranduil ze mną zrobi, czy też nie zrobi, jeżeli nawiążę z wami kontakty. Nie po tym, o czym mnie dziś poinformowano. Urządzono potajemne spotkanie, na którym obecni byli wszyscy nasi dowódcy oraz ci z Esgaroth, Król, książę Legolas, który dopiero, co wrócił, Bard i Mithrandir.
     Zaczynało robić się coraz ciekawiej.
     - Legolas, jak również Mithrandir, widzieli armie wyruszające z Dol Guldur, a potem siły przyłączające się do nich. Podobno… szacuje się, że zbliża się do nas około dziesięć tysięcy orków i goblinów oraz pięć tysięcy wargów, a także kilkaset wilków.
     Dorian zamarł w przerażeniu, nie wierząc własnym uszom.
     - Tak, Dorianie, nie przesłyszałeś się. A wiesz, co jest najlepsze? Od strony Żelaznych Wzgórz nadchodzi Dain Żelazna Stopa wraz z pięcioma setkami krasnoludów specjalnie wybranych, najlepszymi z najlepszych.
     Jego serce zmroziło się w strachu, a powietrze wydychane przez Belega (z podejrzaną domieszką zapachu wina) delikatnie łaskotało jego ucho, wysyłając dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Przez moment zdało mu się, że czuje na sobie dech samej śmierci, nadchodzącej wraz ze słowami wypowiedzianymi przed chwilą przez elfa, tym jego głębokim, ścinającym krew głosem.
     - Doskonale wiesz, co to znaczy, chłopcze, czyż nie? Nadchodzi straszna bitwa, którą, jestem pewny, nie jedna pieśń będzie opiewała… dlatego zrozum mnie, złamałem rozkazy milczenia, gdyż bardzo przepadam za wami, szczególnie za Sybil. Moje serce krajało się na myśl, że będziecie trwać w słodkiej nieświadomości.
     Dorian położył rozłożoną prawą dłoń na sercu, po czym skłonił się lekko, przekazując
w ten sposób podziękowania i ukazując szacunek. Nie wiedział tego na pewno, gdyż Beleg wciąż pochylał 
się nad nim, ale chłopak podejrzewał, że elf uśmiechnął się. Potem znów przemówił:  

     - Jest jednak coś jeszcze. Czarodziej stara się przemówić Thranduilowi do rozsądku, zachęca do podjęcia jakichkolwiek  działań, póki jest jeszcze czas, lecz Król odmawia, ten stary głupiec. Skoro ma Arcykamień w garści, nic się dla niego nie liczy. - Beleg prychnął,
a Dorian chyba nareszcie znalazł odpowiedź, skąd u Sybil wzięły się buntownicze nastroje przeciw Panu Lasu. - Wiem, że to może nie ma znaczenia, skoro i tak prawdopodobnie większość z nas zginie, ale… rozumiem, że to wszystko tak nagle, a jednak… chciałbym mieć ciebie i Sybil w swoim oddziale, kiedy to piekło się zacznie.

     Dorian długo nie potrafił wykrztusić z siebie jakiejś należytej odpowiedzi.
     - To dla nas zaszczyt - powiedział w końcu, składając kolejny ukłon. - Mimo że powinienem być przy moim właściwym dowódcy, Legolasie, to będę dumnie razem
z siostrą stał u twojego boku, nawet jeżeli przyjdzie nam ponieść śmierć.

     Elf wyprostował się i oferując chłopakowi przyjacielskie klepnięcie w ramię, rzekł:
     - Nie waż się mówić takich rzeczy! Razem z Sybil jesteście niepokonani w walce! Wystarczy, że się nie rozdzielicie i sprawa załatwiona! - Beleg zaśmiał się krótko, acz serdecznie. - No, a teraz zmykaj, chłopcze. Pozwalam ci przekazać siostrze wieści tylko
o tym, na czyje oboje jesteście rozkazy, jasne?- zakończył ostrzegawczo.

     Dorian tylko pokiwał głową, już odchodząc. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że stalowe oczy Belega odprowadzały go czujnie przez całą drogę powrotną.
     Zastał siostrę w trakcie ubierania kamizelki z utwardzanej skóry.
     - Lepiej idź poproś o zbroję - powiedział. 
     - Co? - Spojrzała na niego jak na wariata.  
     - Musisz założyć coś lepszego na siebie, choćby kolczugę.
     - Nie - odparła stanowczo.
     - Dlaczego?
     - Po pierwsze, jestem więcej niż pewna, że nie ma na mnie rozmiaru. A poza tym, zbroja czy kolczuga zbytnio mnie spowolni. - Udzieliła odpowiedzi, której się spodziewał.
     - Sybil, musisz mieć coś, co cię ochroni.
     - Ty jesteś od tego.
     Warknął, zirytowany.
     - Błagam cię nad wszystko, załóż kolczugę.
     - Nie.
     - SYBIL, DO JASNEJ CHOLERY, JESTEŚ W CIĄŻY! - ryknął.
     Nagle wszystkie elfy przy najbliższych im obozowych ogniskach znieruchomiały. Wokół zapanowała napięta cisza.
     - Możesz głośniej? Chyba w Rivendell cię nie słyszeli - wyjąkała Sybil, z zakłopotaniem kryjąc twarzw dłoniach.
     - Zrozum, zależy mi tylko na twoim bezpieczeństwie - wyszeptał, podchodząc bliżej. - Jeżeli jesteś na tyle gł… uparta, żeby iść w takim stanie na bitwę, to chociaż ubierz coś lepszego.
     Ależ oczywiście, że próbował przekonać ją, aby została. Wykorzystał wszelkie możliwe argumenty do uzmysłowienia jej, że pójście na bitwę w ciąży naprawdę nie było dobrym pomysłem. Ale nie, Sybil nie widziała problemu, skądże.
     - Nie, Dorianie. Nie przekonasz mnie.
     „Znowu” - pomyślał.
     - Mogłabym założyć kolczugę, gdyby była z mithrilu. - Prychnęła. - Inne są dla mnie za ciężkie, nie umiem w nich walczyć. Zbroja spowolniłaby mnie i przez to najpewniej bym zginęła. A od ciosów sama mogę się wybronić.

     - Ale nie od strzałów!
     - To ryzyko biorę na siebie.
     - I pożałujesz tego, zobaczysz. Mam takie przeczucie - dodał, widząc jej pytające spojrzenie. 
     - Przeczucia lubią zawodzić - wzruszyła ramionami.
     Zapłonęła w nim złość.

     - Sybil! - wysyczał. - Jak możesz?! Skąd w tobie taka nagła… ignorancja?! Jak możesz tak obojętnie obchodzić się z faktem, że nosisz w sobie cud? Jesteś teraz odpowiedzialna nie tylko za siebie! Zastanów się, co pomyślałby Fili!
     Jej reakcja była bardzo gwałtowna. Sybil nagle znalazła się tuż przed nim i, chwyciwszy go za gardło, warknęła:
     - Nie wyskakuj mi z takimi tekstami! Idę na bitwę tylko dla niego, dla nich. Nie wiesz dokładnie, co mi się śniło, ale nie dopuszczę do tego. Za wszelką cenę. Za. Wszelką. Cenę. „Życie za życie”, pamiętasz? Będę walczyć, by spłacić u nich dług. I nie musisz się martwić, że coś mi się stanie. Tak jak mówił Gandalf, nie możemy się rozdzielać, dobrze wiesz, że nie możemy. To naprawdę najgorsze, co możemy zrobić.
     Sybil puściła go z żelaznego uścisku, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Dorian nie miał zamiaru ukrywać, że teraz to ona zupełnie go nie przekonała.
     - A tak poza tym… - dodała złośliwym tonem. - Gdzie twoja kolczuga? Albo zbroja?
     Na język nasunęły mu się identyczne odpowiedzi, jakich ona sama mu dzieliła: że elfickie zbroje były za ciężkie oraz, że nie było na niego rozmiaru. Dorian bezradnie otwierał i zamykał usta, w poszukiwaniu jakiejś odpowiedniej docinki. Jego bezskuteczne starania trwały zbyt długo, gdyż Sybil wykrzyknęła tryumfalnie:
     - Ha! I tu cię mam!
     - Może po prostu się nie rozdzielajmy? - wymamrotał wymijająco, a ona zaśmiała się.
     - Więc, bracie… - Sybil klasnęła w dłonie z uśmiechem na twarzy. - Na ilu orków stawiasz? Wiem, że to nie będzie to samo, co w lesie, gdzie bardziej liczyła się taktyka, no ale… to co? Czterdziestu na głowę?
     Skrzywił się na jej entuzjazm.
     - Nie mam ochoty walczyć - mruknął, siadając przy ogniu.
     Sybil spojrzała na niego jakby był szaleńcem.
     - Tobie chyba naprawdę coś się stało w głowę.
     - Niby dlaczego? - warknął.
     - Spróbuj spojrzeć na jakiegoś orka, a później racz sobie przypomnieć, jak zginęli nasi rodzice i nie wmawiaj mi, że nie masz ochoty wyrznąć ich wszystkich do nogi!
     W tym problem. Dorian nie pragnął zemsty, bo…
     - Ja.. ja… - Przyznanie się do czegoś takiego przyszło mu z ogromnym trudem. - Nie pamiętam.
     Starał się wszelkimi możliwymi sposobami wygrzebać ze swojej pamięci coś więcej
o
tym dniu niż sam fakt, że miał on miejsce. Niestety, wszystko prócz krzyków i ognia było zamglone.

     Siostra zamrugała z niedowierzaniem.
     - Żartujesz, prawda?! Jak to „nie pamiętasz”?! - Jej słowa brzmiały oskarżycielsko.
     - Przez ten… wypadek, w Esgaroth, zapomniałem dużo rzeczy - wyznał niechętnie.
     Pokręciła głową, wzdychając.
     - Pragniesz, żebym ci powiedziała, prawda? - Jęknęła, nie potrzebując potwierdzenia. - Trzeba by przecież nie mieć serca, żeby przywrócić ci takie wspomnienia!
     Spojrzał siostrze prosto w oczy.
     - Ja chcę wiedzieć - powiedział stanowczo. - Opowiedz mi wszystko i nie waż się niczego ukrywać.
     - Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam! - Sybil wzięła głęboki oddech. - Och, od czego zacząć? - Zrobiła długą pauzę. - To było zwykłe popołudnie, jak każde inne. Jedliśmy obiad tylko z mamą, bo już zbyt długo czekaliśmy na tatę. Załatwiał ponoć jakieś sprawy na wsi. Mama poczuła się gorzej… bliźnięta znów zaczęły kopać.
     - Bliźnięta? - powtórzył z lekkim szokiem i wytrzeszczonymi oczami.
     - Tak, mamie brakowało niecałych dwóch miesięcy do rozwiązania - wyszeptała smutno.
     Dorian nagle przypomniał sobie, jak wyczuwał wyczyny swojego nienarodzonego rodzeństwa, gdy przyłożył dłoń do podbrzusza mamy. Chłopak zastygł w bezruchu, oniemiały. Jego matka… Kora, córka Kiry, oczko w głowie ojca Edwalda… umarła, będąc w… w ciąży. Bliźniaczej. Okrucieństwo tego faktu było porównywalne do uderzenia w brzuch. Taranem. Z Mordoru. Co gorsza, Dorian miał dziwne przeczucie, że to dopiero początek. Z jakiegoś innego, dodatkowego powodu powoli zaczynał żałować, że kazał sobie odświeżyć owe wspomnienie. Lecz było za późno, by powstrzymać siostrę.
     - Tata wrócił, zaryglował drzwi, a gdy wszedł do jadalni… jego mina wzbudziła we mnie strach. Coś było nie tak. Powiedział tylko: „orkowie. Nadchodzą”. I nadeszli. Wyważyli drzwi. Przyszli do nas… i jak się potem okazało; po nas. Azog rozkazał zabić mnie, ciebie
i mamę, a tatę pojmać. Wspominali coś o niewolnictwie u Wielkiego Goblina…
Ada oczywiście stanął w obronie mamy, dobywając miecza. Do dziś podziwiam go za to.
W jego postawie nie było ani cienia strachu.
Ada nie bał się, kiedy Azog wziął miecz dla siebie od jednego z orków. Ada nie bał się, kiedy zaczęli walczyć. Ada nie bał się, gdy Azog przebił go mieczem na wylot.

     Jego serce zamarło, sparaliżowane bólem. Sybil użyła sindarińskiego słowa, znaczącego „tatuś”. Wiedziała, że określenie to dotykało go do samego rdzenia duszy.
I wykorzystała to. Widział po niej, że sprawienie mu bólu dawało jej przyjemność i nie podobał mu się taki obrót sprawy.

     - Nana podbiegła do niego, zabrała twój miecz, po czym wróciła i zasłoniła nas własnym ciałem… a wtedy… - Sybil wydobyła z siebie długi, nierówny oddech, zamykając oczy. Dorian czekał na najgorsze, a jego napięte mięśnie aż bolały. Modlił się w duchu, by siostra przestała używać sindarińskiego „mamusia”. W końcu Sybil przemówiła:
     - Odkąd to się stało, każdemu mówiliśmy, o ile w ogóle mówiliśmy, że nana została postrzelona w brzuch. Lecz to nieprawda… nie całkowicie… Fakt, ten drugi ork strzelił do niej z łuku, lecz trafił w… trafił w… łono.
     Nie. 
     To nie może być prawda. Świat nie był tak okrutny. Coś takiego nie miałoby prawa się zdarzyć, bo Valarowie w gniewie utopiliby pół Ardy, prawda?
     Prawda?

     Lecz Sybil nie kłamała, dostrzegał to aż za dobrze. Jego ciało zaczęło trząść się od nawału emocji, a łzy zamgliły mu świat. Zaszlochał, gwałtownie kręcąc głową, karząc siostrze przestać, bo on już naprawdę, naprawdę nie chciał wiedzieć nic więcej. Ale to był dopiero początek.    
     - Z jej rany popłynęła rzeka krwi, tak intensywna, że miałam wtedy wrażenie, że nana jest jej źródłem. To nie była tylko jej krew. Należała także do naszego nienarodzonego rodzeństwa, więc była to po części krew taty. A skoro mamy i taty, to i moja, i twoja. Cała nasza rodzina wykrwawiała się i umierała od tej rany. Wszystko wtedy przepadło. Jeden strzał, moment krótszy od mrugnięcia okiem zniweczył wszystko. Nana i ada tyle lat starali się o więcej dzieci.  A pamiętasz, co się działo, gdy mama zwątpiła, że może dać tacie kolejnych potomków? Pamiętasz jak ogromną, wyczerpującą walkę ada stoczył, by przywrócić ją do normalności?  Udało mu się, wszystko znów było jak dawniej, a jedno brzdękniecie cięciwy obróciło całe starania w niwecz. Patrząc wtedy na mamę, w agonii czołgającej się do martwego taty, pomyślałam, że widzę najczystszą formę cierpienia, 
w każdym tego słowa znaczeniu. 

     Dorian pomyślał z kolei, że Sybil znów patrzyła na ową „najczystszą formę cierpienia”, gdyż wpatrywała się w niego. Chłopak czuł to całym sobą, wszystkim.
     - Czy pamiętasz, braciszku? - wyszeptała jego siostra, a jej twarz była tak blisko, że końcówki ich nosów niemal się stykały. - Czy pamiętasz ten dźwięk, gdy miecz Azoga przebijał się przez ciało taty? Czy pamiętasz chrzęst łamanego kręgosłupa? Czy widzisz wyraz twarzy taty albo to, jak z jego uchylonych ust wypłynęła krew? Ach, krew… - Sybil zaczęła szczerzyć zęby jak wilk kły. - Do tej pory nie zapomniałam tego smrodu posoki, który unosił się wtedy w powietrzu. Ada leżał w kałuży ciemnej krwi, jego martwe członki groteskowo powykręcane, a nana, dygocząc w agonii lecz uparcie czołgając się do taty, swoją krwią dosłownie zalała niemały kawałek jadalni… moje buty były nią potem przesiąknięte… a ty, po zbiciu orka, który się na nas rzucił, stoisz tam, z mieczem w ręku
i nic nie robisz, tylko patrzysz. Nie docierały do ciebie moje wołania. Musiałam pociągnąć cię za nadgarstek. Nieraz zastanawiało mnie potem, czy gdy zabarykadowaliśmy się w swoim pokoju i płakaliśmy, słyszałeś Azoga i tego drugiego rozbijających się na dole? Czy słyszałeś tłuczone szkło, wywracane meble i ich śmiech… o tak, śmiali się, śmiali się do rozpuku… a potem podłożyli ogień, myśląc, że spłoniemy razem z domem. Ale uciekliśmy do Kauss… czy widziałeś jeszcze nasz dom, pożerany przez płomienie, czy może to właśnie wtedy ogarnęła cię ciemność? Albo, na przykład, czy pamiętasz ten przeraźliwy wrzask mamy, kiedy Azog zabił tatę?

     - TAK!
     To była jego jedyna odpowiedź. Dorian nie mógł zdobyć się na nic więcej, bo tam był. Właśnie teraz, przypomniał sobie wszystko tak wyraźnie, że miał wrażenie, iż znajdujdował się w tym wspomnieniu. Widział, słyszał, czuł… wszystko. Doznanie było tak nagłe, silne, powalające, że jego głowa była bliska eksplozji. Cichy pomruk samozadowolenia przemknął przez umysł chłopaka i już wiedział, że owa bolesna dokładność to była Jego sprawka.
     - Przestań! Po prostu przestań! - krzyknął, sam nie wiedząc, czy do Głosu, czy do siostry.         
     Sybil skończyła swoje tortury, pozostawiając jego psychikę roztrzaskaną na drobne kawałeczki, lecz On nie odpuścił tak łatwo. Nasuwał mu kolejne wizje, i kolejne…
     Dorian poczuł wzbierającą w nim falę sprzeciwu. Przycisnął nadgarstki do powiek, chcąc przestać cokolwiek widzieć. wWydał z siebie głośny, przeciągły krzyk, pragnąc wszystko zagłuszyć. Wraz z powietrzem z płuc umykała z niego frustracja i nadmiar emocji, gdyż Dorian znalazł sposób. Chcąc pozbyć się Głosu wystarczyło, że pomyślał o Sigrid. Jej miłej twarzy, dotyku, pięknych oczach i jej ciele wtulonym w jego własne… 
     Kiedy odzyskał panowanie nad sobą, spojrzał siostrze w oczy.
     Przestraszył się.
     Dorian pierwszy raz w życiu naprawdę przestraszył się Sybil.
     Od zawsze była mu bliska, i chociaż kłócili się oraz bili bez przerwy, a często miał jej serdecznie dość, to nie wyobrażał sobie siebie bez niej u boku. Do tej pory uważał, że znał ją na wylot.
     Jednak w jego siostrze zaszła zmiana tak diametralna, że szczerze się przeraził.
     Zawsze, gdy spoglądał w oczy siostry, znajdował w nich ukojenie oraz matczyne ciepło
i łagodność. 
W oczach Sybil można dało się ujrzeć jej duszę. Ona była zupełnie jak ich matka, a po tym dniu, i jemu była matką. Dorian zdawał sobie jednak sprawę, że za całą jej dobrocią zawsze czaiło się coś jeszcze, coś, co ujawniało się szczególnie wyraźnie, kiedy Sybil wybuchała złością.
     Widział to teraz, w całej swej okazałości.
     Jej ciemnobrązowe tęczówki, tak podobne do jego, pociemniały teraz jeszcze bardziej. Stały się niemal czarne i…
     Mroczne.
     Biła od nich gwałtowność huraganu, zdolna bezlitośnie obracać w pył wszystko na swojej drodze. Moc, która złamie cię wpół, rozniesie na drobne kawałeczki, bez skrupułów roztrzaska, zniszczy.          
     Promieniował od nich straszny, powalający na kolana gniew.

     Zastanawiał się, kiedy do tego doszło. Zastanawiał się, w którym momencie siostra porzuciła łagodną część swojej natury. Zastanawiał się, co go ominęło, więc patrzył jej
w oczy, próbując to wyczytać.

     Niestety, nie udało mu się. Sybil bezwzględnie świdrowała go wzrokiem, lecz jej spojrzenie było nieodgadnione. W miarę jak czas upływał, Dorian coraz mniej się bał.
     Gwałtowny gniew siostry zaczął opanowywać cały jego umysł i ciało, a w jego wnętrzu zamigotała iskra, która padła wprost na cały jego żal o niesprawiedliwość i szkody doznane przez niego i całą jego rodzinę, niczym na morze wyschniętych traw. Ogień wybuchł
w ciągu paru chwil, opanowując go do reszty. To już nie było złudzenie. Dorian był gotowy postawić w płomieniach cały świat i sam płonął żądzą…

     - A teraz powiedz mi… - wyszeptała Sybil. - Po tym wszystkim, powiedz mi, czego chcesz.
     - Zemsty.  
***
     - Ten napis na twojej pochwie… - Bilbo wskazał na słowa wyryte w ciemnej skórze.
     Dorian przestał naoliwiać miecz.
     - Ach, to… - mruknął, zerkając na przedmiot leżący u jego stóp. - Nie raz zastanawiało nie, co to ma znaczyć.
     - Dann hen morn - przeczytał Hobbit. - To w Quenyi! - dodał zaskoczony.
     Chłopak spojrzał na niego ze zdumieniem.
     - Rozumiesz elficki?
     - Tak - przyznał Bilbo niechętnie, łamiąc świętość skromności. - Jestem biegły
w Sindrinie, potrafię też tłumaczyć z Quenyi na Wspólną Mowę.

     - O Elbereth, w tobie jest o wiele więcej niż ktokolwiek by na pierwszy rzut oka przypuszczał! - wykrzyknęła Sybil, a jej brat energicznie pokiwał głową, przyznając jej rację.   
     - Mama mnie nauczyła - wymamrotał pan Baggins, zarumieniwszy się. - Dużo podróżowała 
i poznała elfy całkiem dobrze. Napis na twojej pochwie oznacza…
     - … oznaka zagłady - dokończył Dorian. Uśmiechnął się na widok miny Hobbita.
     - Może nie opanowałem eldarińskiego tak dobrze jak sindarińskiego, ale coś jednak rozumiem. - Zmarszczył brwi. - Oznaka zagłady? To się tyczy mojego miecza?
     - Najpewniej - powiedziała Sybil, raczej sama do siebie. - Ciekawe, czy i co chciał nam przez to powiedzieć…
     - Kto? - spytał zdezorientowany Bilbo.
     - Lord Elrond - odparła dziewczyna. - Dostaliśmy od niego kilka prezentów, gdy opuszczaliśmy Imladris.
     - Elrond Półelf to zaprawdę wspaniały i hojny gospodarz - stwierdził Hobbit.   
     Oczywiście uderzało to w samo sedno prawdy - wystarczyło spojrzeć na pochwę Doriana. Wykonana została ze skóry koloru hebanowego. Elegancie litery Tengwaru układające się w dann hen morn skrzyły się mithrilem. Brzegi pochwy były wysadzane kamieniami szlachetnymi. Z jednej strony były to rubiny przeplatające się ze złotymi zawijasami, przypominającymi jęzory ognia, a z drugiej - szafiry, między które wdzierało się srebro, do złudzenia imitujące skłębioną morską pianę. Na ostrym końcu, gdzie zderzały się dwa żywioły, widniała cienka, ciemno grafitowa linia, która oddzielała, a zarazem splatała ogień i wodę, jednocześnie będąc dobrze widoczną. Bilbo zastanawiał się, czy tak właśnie wyglądały zderzające się armie. Przeplatały się i łączyły w jedno kłębowisko tryumfu oraz rozpaczy, a może istniało jakieś wyraźne rozgraniczenie między nimi…
     Przelotnie zerknął na nadciągających wrogów, na rój nietoperzy unoszący się nad nimi niczym najczarniejsza burzowa chmura… Zdecydował, że nie chciał nic wiedzieć na ten tmat. Jednakże bitwa była nieunikniona. Dobrze przynajmniej, że Gandalf zjawił się
o czasie 
i zapobiegł konfliktowi pomiędzy elfami a krasnoludami. Bilbo, stojąc wtedy u boku Barda, będąc naocznym świadkiem tego wszystkiego, całą sytuację skomentowałby identycznie jak później Sybil, która prychnęła tylko: „awantura o kasę”, zaraz po tym, gdy opowiedział o tym jej i Dorianowi.
     Oczywiście, Bilbo wrócił do swoich młodych przyjaciół poprzedniej nocy. Był mocno już „pocieszony” elfickim winem, więc zdołał wyłapać jedynie krótki fragment ich rozmowy, coś
o byciu pod dowództwem niejakiego Belega, zanim bez słowa zawinął się w śpiwór
i zasnął. 
   
     Kolejny, a dopiero co zaczynający się dzień, obfitował w wydarzenia. Bard poprosił Bilba o jego obecność w trakcie pertraktowania z Dainem, po czym mężczyzna odesłał go, by Hobbit czekał na rozkazy, a sam poszedł na wciąż trwającą naradę wojenną.

     Więc Bilbo czekał w napięciu, jak i wszyscy. Sam był już gotowy, ubrany po prostu w to samo, co noisł w Ereborze - kolczugę z mithrilu (a o tym, kto mu ją podarował, wcale nie myślał), hełm oraz Żądło. Obserwował z żywym zainteresowaniem, jak przygotowywali się inni. Szczególnie ciekawili go ci, których miał najbliżej - Dorian i Sybil.
     Byli zastanawiająco, wręcz podejrzanie, spokojni. Chłopak skończył naoliwianie miecza,
a Sybil zawiązywała mu włosy w koński ogon. Gdy to uczyniła, jej brat przystąpił do ponownego plecenia jej pojedynczego, długiego warkocza, omijając oczywiście kłos Filiego. Wyglądali na pewnych swego, chociaż wcale nie powinni, a przynajmniej jeżeli spojrzeć pod kątem ochrony ich ciał. Mieli na sobie swoje zwyczajowe, ciemnozielone stroje. Przykryte one były stalowymi ochraniaczami na przedramiona, ramiona, golenie
i uda. Jakimś cudem znaleźli hełmy dla siebie, ale nie mieli kompletnej zbroi jak reszta elfów.  Bilbo wcale im się nie dziwił - będąc tak drobnej postury zwyczajnie by jej nie udźwignęli, a szukanie i tak nie miało sensu, bo skąd niby wytrząsnęliby coś w swoim rozmiarze? Z drugiej jednak strony, ich kamizelki z utwardzanej skóry na pewno nie były wystarczające.

     Za to ich uzbrojenie… cóż, było… imponujące. Hobbit łamał sobie głowę, gdzie Sybil
u licha zmieści te wszystkie sztylety i długie, zakrzywione noże (co najmniej tuzin). I ten jej wielki łuk. I dwa duże kołczany. Dorian również miał kołczan, lecz tylko jeden. Wyposażył się w łuk, chociaż stwierdził, że w walce będzie polegał głównie na jego mieczu
i ewentualnie sztylecie od Elronda, ukrytym w nogawce.

      Jednak Bilbo nadal nie rozumiał, jak oni mogli być tak… gotowi. Opanowani. Zupełnie jakby fakt, że są tak okropnie młodymi ludźmi idącymi na swoją pierwszą w życiu bitwę nie był żadną rewelacją. Jakby to, że mogą zginąć, nie miało znaczenia.
     Serce Hobbita zostało nagle przeszyte lodowatym ostrzem strachu. Dotarło do niego, że równie dobrze może już nigdy więcej nie ujrzeć rodzeństwa. Zapragnął odgonić od siebie tę straszną myśl, a zrobił to, jak na hobbita przystało - przypominając sobie
o zwykłych, prostych radościach codziennego życia. O kurzeniu fajki w ogrodzie, pysznych posiłkach, ciepłym łóżku…

     - Ach, właśnie! - wykrzyknął Niziołek. - Niemalże zapomniałem! Kiedy, no wiecie, skończy się to całe piekło… chciałbym ugościć was w Bag End. Z przyjemnością poczęstowałbym was wszystkim, czego tylko byście zapragnęli… może nawet spróbowalibyście fajkowego ziela?
     Dwójka młodych uśmiechała się do niego ciepło.
     - Z największą radością, Bilbo - powiedział Dorian, kładąc rękę na jego ramieniu, ściskając ją lekko. Chłopak uśmiechnął się szerzej, a Bilbo odwzajemnił gest. Sybil podeszła do nich i przytuliła Hobbita, a gdy odsunęła się, powiedziała:
     - Będziemy zaszczyceni, Bilbo. Z hobbitami jako rasą mieliśmy najmniej do czynienia wśród pozostałych Wolnych Plemion, lecz jeśli wszyscy są tacy, jak ty…
     Nie dane było jej dokończyć, gdyż rozbrzmiały sygnały wzywające do zajęcia pozycji. Wszyscy zerwali się na równe nogi w poszukiwaniu swoich dowódców. Uformowało się olbrzymie, przedziwne kłębowisko złożone z elfów, ludzi i krasnoludów, w którym bez trudu można było zaginąć.
     Bilbo przeląkł się, że zanim znajdzie Barda inni zatratują go w tej przed bitewnej gorączce. Na szczęście nietrudno było wyłowić sylwetkę Brda Łucznika z tłumu. Rodzeństwo również go zauważyło.  
     - To pod jego rozkazami jesteś? - spytał Dorian.
     - Chyba tak… - odparł.
     - Zatem żegnaj, Bilbo Bagginsie i niech gwiazdy świecą ci z nieba! - powiedziała Sybil.
     - Niech gwiazdy świecą ci z nieba - powtórzył jej brat.
     Wymienili pospieszne uściski, lecz na nic więcej nie starczyło czasu, bo Bard już zaczął oddalać się ze swoimi ludźmi.
     - Do zobaczenia! - wykrzyknął Hobbit, już odbiegając. - I pamiętajcie! Podwieczorki podaję o czwartej!
     Młodzi zaśmiali się i pomachali mu. Bilbo odwrócił się od nich, po czym popędził za Bardem.
     Gdy patrzył na tysiące nadchodzących wrogów, stojąc pośród wysokich mężczyzn na szczycie wschodniego grzbietu Góry, zerknął w górę. Niebo było szare i ponure, kolorem nie przypominało oczu Thorina.
     Thorin.
     Czy jego Król jeszcze myślał o nim? Bilbo na pewno nie mógł zapomnieć… o melodii jego niesamowitego głosu, delikatnym dotyku czy czułości, nawet jego humorach…
     Hobbit gwałtownie potrząsł głową.
     Ten krasnolud już nie istniał. Pozostał tylko w sercu Bilba, które teraz krzyczało
z samotności 
i śmiertelnego strachu.
     Pokusa założenia pierścienia jeszcze nigdy nie była tak ogromna.
***
     Orkowie. 
     Nadchodzą.
     Gobliny.
     Nadchodzą. 
     Wargowie.
     Nadchodzą.
     Były ich setki.

     Nie.
     Były ich tysiące. Może nawet dziesięć tysięcy.
     Razem z nimi zbliżało się jeszcze więcej ostrzy i włóczni gotowych w każdej chwili zadać śmierć. Setki tysięcy strzał, mogących nadlecieć z każdej strony. Jedna ogromna, potężna masa łap, pazurów i kłów sunęła prosto na nich.
     Sybil szacowała, że wrogowie mieli przynajmniej pięciokrotną przewagę liczebną.
     Dowódca krzyknął:
     - GOTUJ SIĘ!
     Nie, nie, jednak wcale nie była gotowa. Zamarła w przerażeniu, patrząc na nadciągającą powoli armię. Ich wojenne bębny uderzały w jej głowie jak młoty, nadawały jej oszalałemu sercu powolny, nieubłagany rytm nieuniknionej katastrofy. Dźwięk rogów przeciwników zmroził jej krew w żyłach, a lodowate dreszcze sunęły po całym ciele. Jej oddech przyspieszył, stał się szybki i urywany. Czuła, że zaraz zemdleje.
     - Dorian… - wydyszała. - Boję się.
     Zdołała zerknąć na brata. Ujrzała szok oraz identyczny strach na jego twarzy. Sybil bała się często i jej brat wiedział o tym, lecz starała się unikać przyznawania do tego. Tata kazał jej być silną, chronić siebie i Doriana. Robiła, co mogła, lecz teraz… nie mogła zawieść Doriana, ani Filiego, ani Kiliego czy Thorina… nie mogła dopuścić do tego… a jednak sparaliżowało ją tak wielkie przerażenie… 
     - Ja też - wyszeptał Dorian. Położył wolną rękę na jej ramieniu, po czym ścisnął mocno, uśmiechając się bardzo słabo. - Jesteśmy w tym razem. I razem pozostańmy, nieważne do jakiego końca.
     Pokiwała głową, czując, jak wracała do niej samokontrola. Znów przyglądała się nadchodzącym wrogom, krzyczącym obelgi, słyszała wycie wargów i wilków. Byli coraz bliżej…
     - STRZAŁY NA CIĘCIWY! - ryknął Beleg.
     Razem z bratem byli ustawieni na stanowisku łuczników, w skrzydle osadzonym na skałach u podnóża Góry, w trzecim szeregu. Wykonali polecenie, czekając.
     - NACIĄGNIJ!
     Zrobiła to, odmierzając odpowiedni kąt, oczekując na dalsze rozkazy. Baleg czekał… przeciwnicy zbliżyli się o kolejne sto jardów… zagrał jeden elficki róg, a po nich kolejne…
     - OGNIA!
     Pierwszy szereg uwolnił strzały, po czym uklęknął, umożliwiając to następnemu. Drugi szereg wystrzelił, robiąc miejsce dla ich linii. Wszyscy oddali strzał w tym samym momencie, a ich groty pruły przez powietrze z wściekłym furkotem, spadając na wrogów niczym gromy, niosąc strach oraz śmierć. Zdążyła zauważyć tylko, że przeciwnicy popadali jak muchy. Potem musiała uklęknąć, by później się wyprostować i, już bez rozkazu, nałożyć kolejną strzałę na cięciwę.
     Było coś hipnotyzującego i dziwnie komfortowego w takiej formie walki. Bezmyślne powtarzanie tych samych czynności pozwalało wpaść w zastanawiająco uspokajający rytm. Nałóż strzałę, naciągnij, dobierz kąt, czekaj, strzelaj, uklęknij, wyprostuj się, nałóż strzałę, naciągnij, dobierz kąt, czekaj, strzelaj…
     Jednakże, za każdym razem, kiedy szereg przed nimi ustępował im miejsca, nie dało się nie dostrzec, że wrogowie mimo wszystko byli coraz bliżej, a deszcz strzał tracił swój początkowy zabójczy efekt.
     Rogi elfów rozbrzmiały przeciągłym sygnałem, dającym znak do rozpoczęcia walki wręcz. Łuki poszły w niepamięć i wszyscy łucznicy dobyli tarczy oraz mieczy, przygotowując się na swoją kolej do pójścia w pole. 
     Patrzyła Dorianowi w oczy, a spojrzenie tych brązowych tęczówek wryło się w całość jej bytu
i już wiedziała, że właśnie nawiązali ten niezwykły rodzaj więzi między ich umysłami. Świat szybko zaczął widnieć z innej, pełniejszej perspektywy. Uzupełniali się tak idealnie, że nie musieli rozmawiać, pytać czy nawet myśleć. Po prostu walczyli i wiedzieli, co robią,
w ułamkach sekundy wspólnie ważąc następne ruchy i posunięcia, bezsłownie dochodząc do porozumienia, po czym zadając zsynchronizowane ciosy.

     Nie było już jej i Doriana. Teraz naprawdę byli wspólnie, oczekując na rzeczywiste rozpoczęcie bitwy.
     Pierwsi do ataku ruszyli włócznicy.
     Łomot zderzających się armii był ogłuszający.
     I zaczęło się.

______________________________
Ależ oczywistym było, że zakończę rozdział w takim momencie. 

Polecam  piosenkę w odniesieniu do końcówki tego rozdziału. 

Kauss to sąsiednia wioska, pół mili od Ettinor, w której rodzeństwo spędziło kilka miesięcy po tym dniu.

Być może ciekawią was moje powody na umieszczenie wątku zwanego Thilbo Bagginshield w moim "dziele".
To było jedno kliknięcie na filmik na Youtube. Przedstawiał on obrazki Bilba i Thorina w dość... intymnych sytuacjach. Prawie zwymiotowałam. Czułam obrzydzenie i złość na widok tego, do czego doprowadzono relacje między tymi dwoma wspaniałymi (i kompletnie różnymi, to przyznajcie) tolkienowskimi postaciami. Lecz oczywiście poszukałam, posprawdzałam, bo musiałam się przekonać, skąd to się wszystko wzięło. Poznałam termin "shipping" i odkryłam, że oprócz rysunków, ludzie tworzą też teksty, głównie po angielsku. Zaczęłam czytać... i spodobało mi się!
"Ale oni nie byli gejami!" - często słyszę argument. 
Ależ oczywiście, że nie byli. Wiem o tym doskonale i resztki mojego rozsądku wieszają na mnie psy za to, co wyprawiam, dodając, że Tolkien się pewnie w grobie przewraca. Pewnie tak, chociaż śmiem twierdzić, że Tolkien nie wykluczał miłości między dwoma mężczyznami. Przecież uczucie Sama do "pana Froda" było niesamowitą lojalnością i tak, miłością, lecz
w platonicznym wymiarze. 

A to tutaj... cóż, Thorin i Bilbo tak bardzo do siebie pasują! Kocham myśleć
o nich jak o parze i to 
się już nie zmieni. Fanfikcje zryły mi mózg (serio, czytałam nieraz takie rzeczy...). Oto więc jest:
Thorin Oakenshield + Bilbo Baggins = Thilbo Bagginshield. 
A że obaj są mężczyznami... ja nie widzę problemu. Jestem tolerancyjna.
A poza tym... takie coś dodaje pikanterii, czyż nie? :D
Koniec tematu. 


Co by tu jeszcze... 

Z tego, co mi wiadomo, Tolkien nie wspomniał, gdzie i z kim Bilbo walczył
w Bitwie 
Pięciu Armii... ja wybrałam Barda i ludzi, chociaż w filmie pewnie będzie to Thranduil
i elfy. Moja decyzja nie ma jakiegoś konkretnego wytłumaczenia. Pp prostu za dużo już elfów.

Wymyśliłam to potajemne spotkanie, żeby wyjaśnić co u licha robił Gandalf, jak go nie było.

A! Warto 
wspomnieć, że w powyższym rozdziale zawarte zostało sporo... symboliki.

I WIEM, że Sybil jest idiotką, nie ubierając nic lepszego. Ale serio nic by dla siebie nie znaleźli. Przecież elfy są bardzo wysokie, a oni 
wręcz przeciwnie.
Wpadł mi na moment taki pomysł do głowy, żeby Sybil poszła do ludzi Daina i poprosiła o kolczugę z tej specyficznej siatki, której wyrób był sekretem krasnoludów z Żelaznych Wzgórz. Na pewno by jej odmówili, a ona wtedy krzyknęłaby: "Noszę pod sercem potomka Durina, do cholery!". Ha, tylko, że to niemożliwe, żeby jej dali... pewnie ktoś by wziął zapasową, ale by jej nie uwierzyli. A jeżeli to was nie przekonuje to... przecież nie byłoby na to wszystko czasu!
Poza tym, wystarczy przecież, że rodzeństwo się nie rozdzieli. Sami zobaczycie, jak wymiatają, gdy walczą wspólnie.

Dlaczego mam niepokojące przeczucie, że coś pójdzie nie tak...?

We wszystkim chodzi o to, że "życie za życie" ma dwie kompletnie różne interpretacje...

OK, rozpisałam się jak nigdy. Koniec tego.

I jeszcze tylko małe ogłoszenie, że w dniach 17 - 28.07 wyjeżdżam. 
Następnego rozdziału możecie się spodziewać dopiero w sierpniu.
Ciekawe, czy ktoś do dotarł, czy usnęliście w trakcie.     

sobota, 31 maja 2014

Rozdział 5.

Tak bardzo zależało mi na regularności mojej opowieści! Każda księga miała mieć 10 rozdziałów. Niestety, rozdział piąty urósł do rozmiarów monstrualnych i podzieliłam go na dwa osobne.
Bierzcie garściami z obfitej treści, zanim zaśniecie z nudów!
A! Lekki Thilbo Bagginshield pod koniec!

Żeby była całkowita jasność - uzupełniam ten post o treść rozdziału dnia 25 czerwca. Magda była szczwana, samego posta dodając w maju...
_______________________________

     Azog mocno złapał ją za podbródek i zmusił do spojrzenia w oczy.
     - Skoro tak ci na nich zależy, to was wypuszczę, czemu nie? - wysyczał. - Ale pamiętaj, zdrajczynio, że macie być grzeczni. Wiesz, co się stanie, jeżeli odkryję, że dołączyliście do nich?
     Pokręciła głową.
     - Wiedz zatem, że nic, absolutnie nic, mnie nie powstrzyma i na pewno was schwytam. Ach, a wiesz, co będzie potem?
     Nie odpowiedziała, a Biały Ork kontynuował:
     - Będziesz patrzeć na to wszystko, co zrobię tej trójce. Najpierw połamię im palce, wszystkie po kolei, od tych najmniejszych poczynając. Następnie złamię im ręce i nogi, tak, że nie będą mogli się bronić przed dalszą zabawą…
     Krzyknęła, a na jego okropnym obliczu odmalowała się czysta przyjemność.
     - Obetnę im włosy i brody, tak, że będą łysi.
     - NIE! - załkała. - To największa hańba, jaka może spotkać krasnoluda!
     - Wiem o tym, zdrajczynio, ja doskonale o tym wiem - odparł cicho. - A wiesz, co jest największym dyshonorem każdego mężczyzny?
     Wolała milczeć.
     - Kastracja - powiedział z uciechą w głosie. - Tak, pozbawię Dziedziców Durina męskości…
     Zapłonęła w niej czysta wściekłość i próbowała się wyrwać Azogowi, a on zaśmiał się parszywie na te bezradne próby.
     - Och, a później, później może będę miał ochotę wypalić im oczy? A może nie? Tego jeszcze nie wiem… ale to, co z pewnością się stanie, to obdzieranie ze skóry. I będzie tak jak ze złamywaniem; od najmniejszych palców zaczynając...
     Usłyszała zrozpaczony ryk Doriana i jego szarpaninę. Biały Ork parsknął szyderczym śmiechem.
     - I cóż, jeżeli do tej pory nie umrą, to rozkażę ich wypatroszyć i uszyć płaszcz z ich skór, a jeżeli już będą martwi, to i tak sprawię sobie takie okrycie.
     Łzy popłynęły jej po policzkach, a uśmiechnął się z dziką satysfakcją.
     - Bądźcie grzeczni i lepiej dowiedzcie się czegoś przydatnego. Mój pościg wyruszy za… kilka dni.
     Dosiadł Białego Warga, po czym wszyscy odjechali.
     Dorian podbiegł do niej i zaczęli wzajemnie uwalniać się z więzów. Gdy się w końcu wyswobodzili, brat lekko dotknął jej poszarpanego brzucha i jęknął.
     - Tak mi przykro…
     Ona dotknęła jego zakrwawionych przez biczowanie pleców. Zaszlochała na jego cierpienie.
     „Amal shufar, at rrug” - mówili, zadając kolejne ciosy, a ona patrzyła, jak jego twarz wykrzywiała się z bólu, jak jego ciało tężało na każdy świst, jak krople krwi spływały po rzemieniu. Kawałeczki skóry wyrzucane w powietrze były widokiem ponad jej siły, a on tylko krzyczał, nie roniąc ani jednej łzy…
     Przytulił ją mocno i obydwoje płakali, płakali, płakali. Z beznadziei, wyczerpania, poczucia winy.
     - Mamo! - Czyjś słodki głosik rozdarł ciszę.
     Czy to dziecko?
     - Maamoo!
     Tak, jakaś mała dziewczynka.
     - Mamo! Mamo!
     Zerwała się na nogi i rozejrzała się dookoła. Nigdzie nikogo nie było.
     - Mamo!
     - Kogo szukasz, maleńka?! - krzyknęła, tak, żeby ta usłyszała ją z daleka.
     - Ciebie, mamo! - odparła. - Ratuj ich, ratuj!
     - C-co?- wykrztusiła.
     - Spójrz!
     Potem TO zobaczyła.

     Sybil obudziła się z wrzaskiem, cała spocona i śmiertelnie przerażona.

     - Nieprawda, nieprawda, t-to nie może się zdarzyć - wyszeptała.
     Bo niby jak? Tam była bitwa… a skąd takowa mogłaby teraz wybuchnąć?
     - Nie, nie, nie, to się nie stanie, to się nie stanie - mówiła, rozgorączkowana.
     Starała się przekonać samą siebie, że to tylko koszmar, lecz straszna wizja nie chciała zniknąć jej sprzed oczu. To było takie prawdziwe… i ta dziewczynka…
     Delikatnie dotknęła swojego łona. Czyżby śniła o nienarodzonej córce? Ten głosik był niespotykanie śliczny… a zarazem dziwnie znajomy. Czy naprawdę urodzi dziewczynkę? To by się zgadzało z jej przeczuciami, przed którymi uciekała. Sybil unikała zastanawiania się o dziecku najbardziej jak mogła. Przychylne i ciepłe, matczyne myślenie o tej istocie nigdy jej się nie udawało. Zawsze było to jedynie poczucie winy oraz niechęć. Dopiero teraz pojęła, co mama rozumiała przez „kobiety niedojrzałe do bycia matkami”. Sybil była jedną z nich. Wiedziała, że powinna czuć bezgraniczne szczęście na wyobrażenia siebie, trzymającej mały owoc miłości jej i Filiego w ramionach. Ale nic takiego nie było. Dominował strach. Sybil zdała sobie sprawę, że nie wiedziła, jak odpowiednio opiekować się dzieckiem, a co dopiero je wychować! Ponadto już teraz bała się dnia, w którym prawda wyjdzie na jaw. Cała sprawa ogromnie ją przytłaczała. Było za wcześnie na macierzyństwo, wielce, drastycznie, dramatycznie za wcześnie. Jednak pozwoliła na to, co wydarzyło się w najkrótszą noc roku w Imladris. Oprócz wypieków na twarzy, na wspomnienie tamtej nocy pojawiała się bezsilna złość na samą siebie. Nie przewidywała, bo doprawdy nikt się tego nie spodziewał, że dzieci Aulëgo i Edainowie będą w stanie doczekać się potomstwa. Świadomość, że Sybil nosiła w sobie niemały cud wcale nie pomagała. Potrzebowała wsparcia, lecz nigdzie wokół nie mogła go dostrzec, nawet
w Dorianie. Najpewniej znalazłaby siłę i oparcie w Filim. On na pewno zwariowałby
z radości, jeżeli by mu wyznała, że jest w ciąży, a nadszedł na to najwyższy czas. A gdyby to naprawdę była dziewczynka… Ale on już dawno temu dotarł do Ereboru, a ona tkwiła tutaj, przy boku brata, usychając z tęsknoty. Najmniejsza myśl o jej ukochanym od razu sprowadzała
to
     Cała drżała. Nie potrafiła się uspokoić. Sama myśl o tym doprowadziła ją do płaczu. Ciche łzy płynęły jej policzkach. Próbowała robić jak najmniej hałasu, żeby nie przyciągnąć niczyjej uwagi. Niestety, Dorian niespokojnie poruszył się pod kocami, wybudzając się. Dopiero teraz zauważyła, że mocno ściskała jego dłoń. Siedziała przy jego materacu od bardzo dawna, więc niechcący nawet przysnęła. Życzyła sobie, by ta z pozoru niewinna drzemka nigdy nie miejsca. Co się stało już się nie odstanie, chociaż nie chciała godzić się z tym bolesnym faktem. Bo ten sen był taki prawdziwy… z oczu umknęło jej więcej łez.  
     - Niech to szlag - przeklęła pod nosem.
     Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to ciekawskie pytania brata o przyczyny jej aktualnego stanu. Dorian odwrócił głowę w jej stronę. Zabrakło jej czasu, by się opanować. Gdy chłopak uchylił powieki, od razu wyszeptał:
     - Dlaczego płaczesz?
     - T-to nic, nic a nic, tylko zły sen - odparła, unikając jego wzroku.
     - Jasne, już widzę, jakie to nic. Nigdy nie płaczesz, gdy masz koszmary.
     - W przeciwieństwie do ciebie - odgryzła się.
     Zamrugał z widocznym zaskoczeniem.
     - Płakałem? - zmarszczył brwi.
     „Że też twoja poduszka nie przesiąkła” - pomyślała.
     - Bardzo - odpowiedziała jedynie, nie chcąc rozmawiać na temat histerii, do jakiej Dorian doprowadził ją tymi szlochami, krzykami oraz jękami wskazującymi na fizyczne cierpienie, a także szarpaniem, jakby toczył z czymś (a bardziej prawdopodobne - z kimś) walkę. 
     Thranduil próbował to ukryć, ale musiał odczuwać dokładnie to samo, co ona, Sybil śmiała rzec, gdyż Pan Lasu nie potrafił przybrać swej idealnie kamiennej twarzy, gdy patrzył na jej brata wijącego się z bólu na posłaniu, pośpiesznie przygotowanym
w królewskim namiocie. Elf zdawał się jej nie zauważać. Ukląkł przy chłopcu, po czym ostrożnie położył dłoń na jego czole, zaglądając w umysł. A wtedy jego oczy nagle rozszerzyły się, a strach i nie mniejsze zdumienie było w nich niezaprzeczalnie widoczne. Król jednak zdawał się nie dbać o swój autorytet niewzruszonego monarchy. Z resztą, odesłał strażników.
     - Co się dzieje? - nie mogła już dłużej wytrzymać.
     Kiedy jego oczy spoczęły na Sybil, oblicze elfa błyskawicznie się ochłodziło.
     - Jak wiesz, smoki to wytwory zła - zaczął, przybierając swój wszechwiedzący, władczy ton. - Odważę się na stwierdzenie, że najbardziej udane istoty żywe, jakie wyszły spod kreacji Wroga, patrząc pod kątem Jego kryteriów, oczywiście. Są potężne, nie tylko fizycznie. Mają własną, równie nieposkromioną wolę. Są niespotykanie inteligentne
i odznaczają się czarnoksięską mocą. Tak więc, są to stworzenia, które silnie oddziałują na otocznie. Nie mówię teraz o wszelkiej stracie, cierpieniu i śmierci, jakie przynoszą ze sobą. Jest także coś jeszcze…-  Tutaj przerwał, by wyszeptać kilka uspokajających słów do Doriana, który właśnie zaczął szamotać się gwałtowniej. - Otóż, smoki swoją obecnością dosłownie zatruwają okolicę, w której przebywają. Jad ich zła wnika w glebę, krążąc w  jej żyłach, sięgając coraz dalej i głębiej, powoli acz skutecznie zabijając każdy organizm rozwijający się z tej ziemi. Elfy czują truciznę Smauga. Twój brat także.
     Przełknęła głośno ślinę. Sytacja nie była za wesoła. Ani trochę.
     - Czyż nie wspominałem, że jest wrażliwy? Nie jest dla mnie niespodzianką, że został głęboko dotknięty przez zło. Zaskoczeniem jest za to, z jak potężnymi siłami się zmaga. Smocza trucizna to jedno, lecz jest coś jeszcze…
     - Mówił o Ogniu… - Wtrąciła, a Thranduil spojrzał na nią z błyskiem zaciekawienia
w oku, i milcząc, pozwolił kontynuować. - Więc Ogień to zapewne jakieś ucieleśnienie jadu Smauga
w jego umyśle… ale wspominał także o Głosie…
     - Głosie? - powtórzył Król Elfów, uniósłszy brwi.
     - Tak - kiwnęła głową. - Zawistnym, wściekłym Głosie, który wyżywał się na nim.
     - Nie tylko na nim… - Król mruknął do siebie.
     - Co takiego?
     - Mam pewne… powody, by przypuszczać, że to zaczęło się wiele lat wcześniej, i nie od twego brata, lecz waszego ojca…
     - O czym mówisz, panie?
     On nic nie powiedział, pogrążony w myślach, a dziewczyna musiała bezradnie przystać na to, że nie dostanie odpowiedzi - jeżeli Thranduil zdecydował się na milczenie, zachowa je do końca świata.
     Oczywiście, każdy zauważył, że po pożarze tacie coś się stało. Gdy był jeszcze nieprzytomny, często mamrotał o ogniu. Jego rany goiły się nadzwyczaj powoli i boleśnie,
a tata przez bardzo długi czas nie miał siły wstać z łóżka. Co więcej, zdawało się również, że wtedy, w kuźni, wydarzyło się coś, co złamało jego pogodnego, walecznego ducha. Od tamtego wydarzenia Brandon śmiał się o wiele mniej, wkładał wysiłek i poświęcenie
w różne rzeczy z większą rozwagą, nawet niechęcią. Ponadto stał się jakiś odległy, zdystansowany. Dojście do siebie zajęło mu wiele miesięcy, ale nigdy nie był już taki sam. Unikał wszelkich rozmów na ten temat.

     W namiocie zapanowała cisza. Trwało to dłuższą chwilę, a potem, z ciężkim, smutnym westchnieniem, elf pogłaskał jej brata po głowie. Król zaczął mruczeć jakieś dziwne formuły w Quenyi. Niewiele rozumiała z języka Elfów Wysokiego Rodu, więc jedyne, co jej pozostało, to z nadzieją wsłuchiwać się w melodię tych słów. Quenya brzmiała jeszcze piękniej niż Sindarin.
     Nagle zaczęło się dziać coś niezwykłego. Od głowy oraz dłoni Thranduila wybiła delikatna poświata koloru świeżych wiosennych liści, z odrobiną promieni słońca, blasku gwiazd oraz krystalicznego światła, jakie odbijały leśnie strumienie. Naokoło rozeszła się woń lasu, a Sybil mogłaby przysiąc, że słyszała ciche rozmowy drzew. Pan Lasu promieniował jego siłą, ostatnią dobrą wolą, jaką nosiła w sobie jeszcze Mroczna Puszcza. Powtarzał  zaklęcia coraz głośniej, z wzrastającym uczuciem oraz wysiłkiem. Czasem złudzenie lasu załamywało się, jakby Thranduil z czymś przegrywał, lecz powracało ze zdwojoną mocą, do tego stopnia, że światło stało się zaślepiające.
     A potem wszystko znikło.
     Król odsunął się od Doriana, dysząc ciężko. Sybil podbiegła do brata. Nie było żadnej reakcji ze strony chłopca.
     - Panie? - spytała elfa niepewnie.
     - Daj mu czas - odparł.
     Tylko dlaczego czekanie ciągnęło się w nieskończoność?

***
     Usłyszał cichy mruk Ognia - witaj z powrotem.
     Zignorował to jednak. Płynęli dalej, dobili do brzegu, było już blisko, tak blisko Góry…
     A potem - uderzenie zwalające z nóg, błysk, ból, paraliż.

     Znajdował się w próżni. Nic nie widział, nic nie słyszał, nic nie czuł. Nie było też czym oddychać. Jego płuca, jak i wszystko, były puste. Serce skurczyło się w strachu, by na dobre przestać bić.
     Widzę Cię... W próżni nie ma życia... tylko śmierć... 
     Wtedy dotarło do niego, że umierał. 
     „To się nie może tak skończyć” - zdołał pomyśleć.
     Zdawało mu się, że słyszy krzyk… mamy… albo… Sybil…
     - Ty idioto! To się nie może tak skończyć!
     Coś uparcie naciskało na jego serce, zmuszając je do ruchu. Znów miał powietrze
w płucach.

     „Nie, siostro, nie skończy się”.
    Odzyskał przytomność, krztusząc się. Nie za bardzo docierało do niego, co działo się dookoła. Skupiał się tylko na zbawiennej czynności oddychania.
     Wdech, wydech… wdech… znów miał ten nieprzyjemny, niewidzialny ciężar na klatce piersiowej… wydech… wdech… nie, nie, to tylko złudzenie, tu nigdzie nie ma dymu… wydech, nie może spanikować… nie może…
     W ostatnim akcie desperacji uniósł głowę, nie zważając na piekący dym, który zaczął wdzierać mu się w płuca. 
     - Cóż uczyniłem, żeby zasłużyć na taką krzywdę?! - wykrzyknął.
 

     Dorian był w.. czyimś wspomnieniu… nie jego własnym…
     - Gołąbeczki, z nim znowu jest gorzej! - usłyszał Bofura z oddali.
     Huk płomieni przez moment zabrzmiał jak krótki, głęboki, ukontentowany śmiech. 
     Chłopak niewyraźnie poczuł, że ktoś go przenosi…
     Płomienie się zbliżały. Z widoczną lubością pełzały po wszystkim, co mogły podpalić, żarłocznie trawiąc każdą rzecz na swej drodze, szepcząc o czymś przerażającym niezmiernie radośnie. 
     Chyba… znów płynął w łódce…
     - Ależ nic, Brandonie, nigdy mi niczym nie zawiniłeś... - On odparł. - Jesteś całkowicie niewinny... i to w tym sedno sprawy się zawiera. Otóż, widzisz, Brandonie... - Głos przybrał lekki, niepoważny ton, pełen samozadowolenia oraz uciechy. - Zawsze ci najlepsi, najmądrzejsi, najbardziej szlachetni, o najczystszych, najmężniejszych sercach, zostają najokrutniej skrzywdzeni, najmocniej sponiewierani…
      
Zaczął płakać, gdy zrozumiał, że wszystko dotyczyło taty… a on był tatą. To doznanie było tak przerażająco, przytłaczająco nienaturalne, że jego głowa mogła w każdej chwili eksplodować…
     - Taka jest moja natura, której nie zaprzeczam, a i nie mam nic przeciwko niej... Dlatego też, od teraz aż do końca świata przysięgam śmierć, niepokój, smutek, żałobę i cierpienie tobie, a także wszystkim związanym z tobą krwią, miłością czy przyjaźnią.
     Nie potrafił powstrzymać łez bezradności. Więc to o to w tym wszystkim chodziło?
I naprawdę nie da łosię nic z tym zrobić? Był zupełnie bezbronny? Gdybyż tylko miał cokolwiek, kogokolwiek… co niszczy ogień… woda… intensywny niebieski… oczy Sigrid.

     Sigrid.
     - Potrzebuję… potrzebuję Sigrid.
     Jej kojącej obecności, spokoju i stabilizacji, które mu dawała, będąc blisko. Jej zwyczajności naprzeciw całej tej nienormalności…
     Jesteś zdecydowanie zbyt skromny, Dorianie.
     Znowu On.
     „Zostaw mnie w spokoju!”
    Niezmiernie mi przykro, ale nie mogę. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym zostawił kogoś takiego jak ty samemu sobie.
     „Milcz! Ja już nie chcę wiedzieć nic więcej!”

     Jest dla mnie niewiele rzeczy niemożliwych, a milczenie wbrew własnej woli to jedna
z nich. Poza tym, musisz zostać uświadomiony… jestem zafascynowany twoją istotą, jak
i twojej siostry…
     „Tylko nie Sybil! Nie waż się jej tknąć!”

    Och, nie chcę i nie muszę tego robić. Ona jest tylko, czy też aż, Ostatnim Powiewem, który podsyca Iskrę. Iskrę, która zaczyna wszystko od nowa. Iskrę, którą jesteś ty… zostało mi jeszcze tylko jedno… spróbujmy zatem…
     A potem był ból. Wszędzie. We wszystkim. Ciągle, zawsze. Jakby ból był jedynym, co kiedykolwiek znał. Wiedział, że to nieprawda, więc się bronił. Nie miał pojęcia jak - po prostu coś mówiło mu, żeby zachować spokój, za wszelką cenę nie dać się ponieść…

     Masz silnego ducha, zupełnie jak twój ojciec.
     Zaraz… kto to powiedział? Czy to był On? Czy ktoś inny?

     Spłynęła na niego melodia jakiegoś znajomego, głębokiego, jedwabistego głosu.
     Thranduil.
     A później wybuchła bitwa. Nieustępliwa zieleń i jasność toczyła walkę z gryzącą, szarpiącą, kąsającą czerwienią i ciemnością.
     Cóż za starcie, cóż za spektakl, w którym było się nagrodą!
     Światło zaślepiło wszystko, a On syknął - skończyłem z nim, lecz tylko na razie.
     Jego zła wola, On oraz wszystko, co z Nim związane, ulatywały powoli. 
     Dorian otworzył oczy, nie mogąc czuć większej wdzięczności dla władcy Mrocznej Puszczy i potęgi jego lasu.         
***
      Ujrzała, że Dorian nareszcie uchylił powieki. Spojrzał prosto na Thranduila.
     - Guren glassui, hîr vuin - wychrypiał.
     Król uśmiechnął się słabo.
     - Nie wysilaj się, musisz porządnie odpocząć - powiedział tylko, po czym przywołał jednego z żołnierzy i rozkazał zanieść z powrotem to chaty.
     - Później porozmawiamy - rzucił na pożegnanie.
     Okazało się, że przed namiotem czekał Súrion z Tauriel.
     - Dorian, miałeś postarać się nie zabić! - wykrzyknął Súrion.
     Jej brat zaśmiał się cicho, lecz nic nie odpowiedział.
     Sigrid, akurat przebywająca w chacie razem z rodzeństwem, omal nie zemdlała. Gdy chłopca ułożono wygodnie na posłaniu, nie odstępowała go ani na krok. Dorian dał radę pogłaskać ją po policzku z czułym uśmiechem, zanim zapadł w sen.
     Od tamtej pory czuwały przy nim na zmianę. Sybil zmarszczyła brwi. Sigrid już dawno powinna była ją zmienić. Pewnie zobaczyła, że śpała i nie chciała jej budzić. Ileż Sybil by dała, żeby jednak została obudzona!

     - Jak się czujesz? - spytała brata, by przekierować rozmowę na inne tory.
     - Dużo lepiej - odparł, a ona odetchnęła z ulgą, widząc, że nie skłamał.
     - A… wyjaśnisz mi, co się u licha stało?
     Przez jego twarz przemknął cień.
     - Wolałbym tego uniknąć… najważniejsze, że już wszystko w porządku, prawda? - dodał szybko, wyraźnie pragnąc zmienić temat. - Thranduil niezwykle mi pomógł, nawet nie masz pojęcia.
     Wzruszyła ramionami.
     - Od tego momentu będzie już tylko mniej przyjazny. Wpakowaliśmy się po uszy
w kłopoty.

     Przewrócił oczami.
     - Bez przesady, nie może być tak źle. W końcu on sam kazał nam wybrać, czyż nie?
     - Nooo, jasne - burknęła. - Nie widziałeś jego miny.  
     Westchnął tylko, jakby nie miał siły na kłótnie. Chciała zadać bratu mnóstwo pytań, ale dała mu spokój. Dostrzegała jego zmęczenie.   
     - SYBIL!
     Do chaty jak burza wpadł Bain, bardzo czymś przejęty.
     - Elfy! One… - wydyszał. - Zwariowały! Wygląda na to, że strasznie się o coś pokłóciły! Jest dużo krzyków i grożenia pięściami! Lepiej idź, sama zobacz!
     Zerwała się na nogi i już miała wybiec na zewnątrz, kiedy przypomniała sobie o bracie.
     - Co z Dorianem? - spytała chłopaka.
     - Ja z nim zostanę, zanim Sigrid przyjdzie - powiedział.
     Kiwnęła głową, po czym wyszła.

     Wśród chat panował względny spokój. Jednakże już z oddali usłyszała podniesione głosy, dochodzące z obozowiska elfów. W miarę, jak się zbliżała, do jej uszu docierały pojedyncze słowa…
     Zdrajcy…
     Niesprawiedliwość…
     Wysyłanie na śmierć…
     Słuszna kara…
     Nieposłuszeństwo….
     Pomoc  w ucieczce…

     Wtedy zrozumiała.
     Súrion i Tauriel.
     Przyspieszyła kroku, chcąc za wszelką cenę dowiedzieć się, o co dokładnie się rozchodziło. Znajdowała się już niedaleko, gdy nagle jeden z królewskich strażników zagrodził jej drogę. Zerknęła w górę, by, ku swemu horrorowi, ujrzeć kamienną twarz Relliasa.
     - Król wzywa ciebie i Doriana na rozmowę - oznajmił chłodno.
     - Ale… Dorian nie jest jeszcze w stanie…
     - Musi podołać - elf przerwał stanowczo.  
     Zaczął wzrastać w niej gniew.
     - Relliasie…- syknęła.
     - Rozkazy, Sybil - wycedził, ujmując jej ramię w żelazny uścisk lewą dłonią. Obrócił ją
o sto osiemdziesiąt stopni i prowadził z powrotem tam, skąd przyszła, pchając przed sobą.

     - Ej! - wykrzyknęła w proteście. - Ja muszę się dowiedzieć, co się tam dzieje!
     - To nie twoja sprawa - mruknął. 
     Prychnęła.
     - Właśnie, że moja! Przecież chodzi o Súriona i Tauriel! Są moimi przyjaciółmi! 
     - Współczuję im zatem.
     Zatrzymała się, zapierając nogami, by nie zrobić ani kroku w przód, mimo że Rellias wciąż napierał. Błyskawicznie odwróciła się do strażnika, jednocześnie próbując się mu wyrwać.
     - Co takiego? - szepnęła groźnie.
     Mierzył ją wzrokiem przez moment, niewiele robiąc sobie z jej prób uwolnienia się.
     - Nic - odparł, sprawiając wrażenie, jakby powiedział za dużo.
     Coś zagotowało się w Sybil. Zaczęła szarpać się gwałtownie.

     - Zostaw mnie! Ja muszę zobaczyć, czy mogę dla nich coś zrobić!  
     - Sybil, opanuj się! - warknął, łapiąc ją za ramiona jak jeszcze niedawno Fili. - Choć raz, choć raz nie waż się sprzeciwiać! Jedyne, co teraz musisz, to iść do Thranduila! Tamten problem rozwiąże się sam!
     Z najwyższą niechęcią odpuściła po tych słowach, bezradnie i niepotrzebnie dając się pokierować Relliasowi. Poza tym, doskonale wiedziała, że lepiej nie zadzierać zbytnio
z uzbrojonym, zdenerwowanym leśnym elfem. Kiedy weszli do chaty, ujrzeli, że Sigrid siedziała przy posłaniu Doriana, rozmawiając z chłopakiem cicho. Córka Barda Łucznika wstała na równe nogi, dostrzegając ich.

     - Thranduil chce z nami mówić - powiedziała Sybil bez zbędnych ceregieli.
     Jej brat pokiwał głową ze zrozumieniem. Podniósł się i wstał z zaskakującym brakiem większego wysiłku. Sybil rzuciła Sigrid ostatnie, uspokajające spojrzenie, po czym cała trójka wyszła.
     Gdy przestąpili progi obozowiska, zaczęły dziać się naprawdę dziwne rzeczy. Wszyscy żołnierze zastygali w bezruchu na widok rodzeństwa, po czym odstępowali na bok, jakby ta dwójka była trędowata. Jeszcze przed chwilą wrząca kłótnia zupełnie ustała.
     „Faktycznie, mamy duuużo do omówienia”- pomyślała, stając z bratem przed królewskim namiotem. Rellias, jak to strażnik, zajął swoje miejsce przy wejściu, patrząc na Doriana i Sybil wyczekująco.    
     Kiedy weszli do środka, Król stał odwrócony do nich plecami. Nie raczył nawet się poruszyć, gdy rzekł:
     - Elrond Półelf doradził wam, byście ostrożnie dokonywali wyborów. Dokonaliście ich, ale czy ostrożnie… - Obrócił się na pięcie, by spojrzeć im w twarz, a jego oblicze przybrało surowy wyraz. - To poddałbym pod dyskusję.
     Ona, jak i jej brat, nie śmiała cokolwiek odpowiedzieć.
     - Otóż dowiedzcie się, że wykazaliście się nieprzeciętną nierozwagą, a ostrożność to ostatnie, o co bym was podejrzewał. I prawdą jest, że kazałem wam zdecydować. Choć podejrzewałem, że wybierzecie krasnoludy, to żywiłem odrobinę naiwnej nadziei… a teraz, ach teraz to tak mnie rani. Nie mam prawa odmówić wam wolnej woli, lecz chciałbym, żeby tamte słowa nigdy nie padły z mych ust. Lepiej by było, gdybym nie dał wam wyboru…
     - Dlaczego? - Sybil przerwała, tonem ostrzejszym niż mogła sobie pozwolić, zaciskając pięści.
     Co dziwne, Thranduil nie wyglądał na urażonego. Jego jedyną reakcją było patrzenie na nich
z politowaniem, bez słowa.

     - Wy jeszcze nie wiecie, prawda? -  rzakł w końcu cicho, po czym odwrócił się od nich po raz kolejny. - Nie zdajecie sobie sprawy, do czego wasze wybory doprowadziły, a do czego te nadchodzące doprowadzą…
     Wymieniła z Dorianem, który także zmarszczył brwi, pytające spojrzenia.   
     - Lord Elrond jest tym, któremu najwyraźniej odsłaniane są wydarzenia z przyszłości, jednak nie jest on jedynym w ten sposób obdarowanym. - Pan Lasu dał im odpowiedź na pytanie, które uformowało się im w myślach. - Ja również zobaczyłem to i owo… przez to wszystko nie mogę na was patrzeć.

     Obydwoje gapili się na niego z niedowierzaniem, kiedy znów patrzył im w oczy.
     - Szanse na to, że w nadchodzącym, a w dodatku tak niedługim, czasie, zdecydujecie właściwie są… niewielkie. I mógłbym coś wam doradzić, przestrzec was, chociaż i tak zostaniecie ostrzeżeni. Rzecz w tym…  jako władca powinienem być przykładem sprawiedliwości oraz praworządności. Powinienem wznieść się ponad i ukarać was jak należy. Tyle, że nie mogę, nie potrafię, ponieważ… wciąż jesteście bliscy memu sercu. Nie jestem w stanie na przykład  odmówić wam tego, czego potrzebujecie. Bez obaw zatem wybierzcie sobie nowe ubrania, skompletujecie uzbrojenie, korzystajcie z żywności dla mojej armii. Bo pójdziecie razem z nami. Wiedzcie, że powinniście zostać, ale wy oczywiście podążycie za nami… do „waszych ukochanych” - to wyrażenie wymówił szczególnie gorzko. - A myślałem, że to my jesteśmy dla was jak rodzina…
     - Bo jesteście… - Dorian wtrącił cicho.
     - Nie przerywaj mi! - elf powiedział ostro, a jej brat aż wzdrygnął się, zszokowany. - Bądź tak miły i nie wtrącaj swoich trzech groszy, kiedy ja staram się wyrazić swoje rozczarowanie oraz ból, którego i tak słowa nie oddadzą!  Chociaż mogłyby to zrobić czyny… albo ich brak. Istotnie, czasem ignorancja jest o wiele gorsza od innych form kary. Cóż, jestem zobligowany poinformować was, że moi ludzie zostali… ostrzeżeni przed waszą prezencją.
     Robiło się coraz lepiej.
     - To już chyba wszystko. A teraz odejdźcie. Zjedźcie mi z oczu. Nie chcę mieć już
z wami nic do czynienia.

     Rodzeństwo zastygło w bezruchu, nie wierząc w to, co usłyszało.
     - Czy nie rozumiecie? - warknął Thranduil. - Zrywam z wami wszelkie kontakty
i odmawiam nawiązania jakichkolwiek przyszłych stosunków!

     - Doskonale rozumiemy, panie - odparł Dorian chłodno. - Zanim się rozstaniemy, chciałbym podziękować w imieniu swoim oraz siostry za wszystko, co dla nas zrobiłeś. Jesteśmy ci za to dozgonnie wdzięczni. Żegnaj zatem, i niech gwiazdy zawsze świecą ci
z nieba!

     Potem skłonił się nisko i wyszedł.
     Sybil zachciało się parsknąć śmiechem na widok miny Króla. Pan Lasu był w niemałym szoku - w końcu jej brat wykazał się o wiele większą klasą i taktem niż on sam.
     - Żegnaj panie, i niech gwiazdy oświecają ci drogę aż do końca świata. - Ukłoniła się
z uśmieszkiem, nic nie robiąc sobie z jego surowego spojrzenia, po czym opuściła namiot.

     Dorian stał samotnie pośrodku kotłowiska elfów śpieszących każdy w swoją stronę. Żaden z żołnierzy nie zaszczycił ich ani jednym spojrzeniem.
     Odrzucenie.
     Thranduil w istocie zafundował im najgorszą karę. Czyż odrzucenie nie jest tym, czego każdy się panicznie obawiał? Czyż nie jest tym, co sprawia najwięcej bólu?
     O tak, Król wiedział, co robił. Sybil poczuła bolesne ukłucie w sercu. Przypomniała sobie udrękę widywania Gilraen po incydencie z miesięczną herbatą. Patrzenie, jak jej Słońce przestawało być sobą w jej pobliżu - jak oblicze elfki ochładzało się i przybierało obojętny wyraz. Tęskne słuchanie jej śpiewu na wieczornych pieśniach czy ukradkowe zerkanie na nią w czasie wieczerzy ze świadomością, że to wszystko jej wina - Słońce przestało być Słońcem.
      A najgorsze były pytania, co się stało.

     Właśnie. „Co się stało?” - zadumała się. Czym Thranduil zagroził swoim poddanym?   
     To samo pytanie malowało się na twarzy jej brata. Ona jedynie wzruszyła ramionami
w odpowiedzi.

     - Chyba należałoby się przygotować do wymarszu - powiedziała.
     Pokiwał głową z ciężkim westchnieniem. Udali się do punktu zaopatrzenia, którym zarządzał Hrilin. Radosny, łobuzerski Hirlin, który uczył ich tańców. Poprosili o nowe ubrania, a elf mruknął tylko:
     - Może znajdzie się coś w waszym rozmiarze. 
     Po długich poszukiwaniach, Dorian i Sybil skompletowali ciepłe,  proste, ciemnozielone stroje, zaopatrzyli się w zapasy żywności, uzupełnili broń… Byli gotowi. Po niedługim czasie zagrały rogi, dające sygnał do ruszenia w drogę. Ona i jej brat musieli zrobić jeszcze tylko jedną rzecz. Biegiem popędzili do chaty, gdzie zastali dzieci Barda. Sybil bardzo polubiła ich wszystkich - dzielną Tildę, odważnego Baina i Sigrid… och, Sigrid. Gdyby sprawy miały się inaczej, Sybil z przyjemnością obserwowałaby, jak dziewczyna zżywała
z Dorianem coraz bardziej, by w końcu móc ją nazwać swoją siostrą, której zawsze pragnęła, ale nigdy nie miała. To też powiedziała Sigrid na pożegnanie, a w zamian otrzymała gruchoczący żebra uścisk. Nie było już czasu na nic więcej. Potem Dorian i Sybil w pośpiechu opuścili ludzi, którzy niespodziewanie stali się im bardzo bliscy, po czym podjęli ostatnią podróż.

     Szli wzdłuż brzegu Jeziora Długiego przez niecałe dwa dni. Posuwali się w dobrym tempie i Sybil obawiała się, że jej brat tego nie zniesie. Chłopak trzymał się jednak dzielnie - ani razu nie narzekał. Chociaż było na co… elfy zupełnie się do nich nie odzywały, udawały, że ich nie zauważały. Czasem tylko któryś z nich rzucił im przepraszające spojrzenie. Wydawało się, że wcale nie miały do nich pretensji. Przecież zanim przybył Thranduil, wszyscy zachowywali się przyjaźnie wobec rodzeństwa. Na pewno wiedzieli
o wyborze, przed jakim Dorian i Sybil zostali postawieni; w końcu uszy leśnych elfów były niesłychanie bystre,
a usta chętne do rozsiewania plotek. Mimo to stosowali się do rozkazów swojego władcy, przysparzając rodzeństwu jeszcze więcej bólu, podróż czyniąc trudniejszą. Wojsko dotarło do Samotnej Góry pod osłoną nocy, po czym szybko i zręcznie rozbiło obozowisko.
     Dorian od razu padł przy ognisku i natychmiast zasnął. Potem spał, ciągle spał. Zbudził się dopiero późnym popołudniem. I milczał, ciągle milczał.
     Szczerze, Sybil wolała już o nic nie pytać. Obydwoje z bratem nie byli zbyt rozmowni. Zachowanie ciszy pozwoliło im usłyszeć o tym, jak Thorin zachował się w trakcie wizytę zwiadowców. Po wysłuchaniu całej opowieści wymieniła spojrzenia z Dorianem
i rodzeństwo już wiedziało, że ich Król był stracony.

***
     Morale w Kompanii spadały.
     Erebor stracił o wiele więcej z dawnej chwały, którą opiewały pieśni, niż się spodziewali. Prawda, Samotna Góra była ogromna, jej bogactwa nieprzeliczone, a kopalnie wciąż zasobne. Jednak owe obietnice dostatniego życia gasły do słabego szeptu wśród ruin, kurzu, ciszy oraz ciemności.
     Zastanawiał się, co ich tutaj jeszcze trzymało. Nie licząc lojalności dla Thorina. Dochowanie jej stawało się coraz trudniejszym zadaniem, skoro ich Król coraz bardziej przestawał być sobą.
     Kili śmiał jednak przyznać, że to nie Thorin, którego kochał, wydawał mu ciągłe rozkazy szukania Arcyklejnotu. Osoba ta zwała się Królem pod Górą, a jako, że Kili przysięgał wierność władcy Erebeoru, to dochowa jej, mimo wszystko. Mimo że kram stawał mu
w gardle, marzył o cieple ogniska i wygodnym łóżku, a skarb robił na nim niewielkie wrażenie. Kili nie miał jednak nic, jeżeli nie było przy nim Tauriel.

     Zapadał wieczór. Kili stał na skraju muru i nieustannie przyglądał się obozowisku elfów, które rano pojawiło się znikąd. Myślał tylko o swojej Jedynej. Zastanawiał się, gdzie Ona się podziewała, co robiła. Nie było Jej wśród posłańców, których kilka godzin temu odprawił Thorin. Kili czuł dziwną, niepokojącą pustkę. Jakby nie było Jej nigdzie w pobliżu. Musnął warkoczyk, który mu zaplotła, szukając ukojenia.
     Być może również po pocieszenie przyszedł do niego jego brat, ustawiając się tuż obok.
     - Fi… - Młodszy krasnolud przerwał długą ciszę. - Chcę wrócić do domu.
     Fili westchnął.
     - To jest teraz nasz dom.
     - Nie. Nasz dom był razem z nimi, w Ett...
     - Nasz dom zawsze był w Ered Luin! - blondyn przerwał mu bardzo ostro, a Kili aż się wzdrygnął.
     - Przepraszam, Ki… - wyszeptał starszy krasnolud po chwili. - Po prostu… Ettinor, jakie znaliśmy już dawno nie istnieje, a Brandon i Kora nie żyją… zapomnij o tamtym czasie
i miejscu. Wspomnienia
z nim związane w niczym ci nie pomogą.

     Łatwo powiedzieć! Rzecz w tym, że jeżeli Kili był w stanie zasnąć, to prześladowały go sny tylko
o tym - pierwszy raz, gdy ujrzał Doriana i Sybil, albo, kiedy złapał jego siostrzyczkę na podglądaniu, jak walczył na miecze z bratem i strzelał z łuku, wieczory, kiedy przygrywał
z Filim na skrzypcach…

     - Nie mogę - mruknął.
     Fili położył rękę na jego ramieniu, ściskając je lekko.
     - Ani ja - wyznał.
     Wymienili smutne uśmiechy, po czym znów wrócili do obserwacji elfickiej armii.
     Wojna wisiała na włosku.
     A przecież to wszystko miało potoczyć się zupełnie inaczej…
     W którym momencie coś poszło nie tak?  
***     
     Patrzyła na Samotną Górę, a jej serce krzyczało. Wypatrywała jakiejś oznaki jego obecności, czegokolwiek, co mogłoby sprawić, żeby chociaż go ujrzała. Jej oczy przeczesywały szczyt tak desperacko, jak głodujący w poszukiwaniu strawy, pragnący rozglądający się za wodą.
     Zastanawiała się, co robił teraz jej Fili. Jej piękny, wspaniały, lwi krasnolud.
     Uśmiechnęła się pod nosem.
     Kochała nazywać go lwem. Czytała dużo o tych zwierzętach, przejrzała wiele ilustracji
w podróżniczych księgach, do których mama żywiła szczególne zamiłowanie, i których było zaskakująco dużo w zbiorze Leśnego Królestwa. Uwielbiała czytać dosłownie całymi dniami. Wśród elfów z Mrocznej Puszczy zaczęło nawet krążyć powiedzenie: „być czymś pochłoniętym jak Sybil księgami”. Istotnie, niektóre fragmenty mogła wyrecytować
z pamięci.  

     Lwy były wielkimi kotami, żyjącymi w grupach, tysiące mil na południe, gdzie świeciły inne gwiazdy i praktycznie cały czas panował skwar. Były potężne, dostojne i dumne, miały złotą sierść, a samce pyszniły się okazałymi grzywami. Opisane zostały jako bardzo odważne, niemal brawurowe,  a także opiekuńcze, zdolne do wielkich poświęceń dla swojego stada.
     I jak lepiej opisać jej narzeczonego? Przecież nawet jego profil przypominał Sybil lwi. Jego burza złotych loków, bardzo rzadkich wśród krasnoludów, była niczym grzywa…
     Tłumaczyła mu, dlaczego miał to rozumieć jako komplement, lecz on przerwał jej
w połowie, po czym zaczął szeptać po Kuzdulsku tak niesamowite (a czasem,
o Eru, tak niestosowne) rzeczy, że aż nie do powtórzenia. W dodatku całował ją, patrząc prosto
w oczy, a jego lodowato niebieskie tęczówki płonęły zniewalającym ogniem. Doprowadził do tego, że nie mogła oddychać i miała wrażenie, że zaraz ją rozniesie. Miała ochotę się rozpłakać, ze szczęścia albo poczucia winy, uderzyć go za to, co
z nią zrobił, albo zaprezentować mu, ile jeszcze ma ukrytych talentów. Wygrała ostatnia opcja, a on nieprzerwanie podśmiewał się cicho. śmiał nawet powiedzieć: „zwolnij, moja pani”. To ją oczywiście tylko bardziej nakręciło. Nie, że miał coś przeciwko temu. Zdecydowanie ani trochę.

     Sybil wciąż katowała się myślą, że na Ardzie nie istniały miary zdolne określić, jak bardzo nie zasługiwała na Filiego i bycie jego Jedyną. Chciała po skulić się dokładnie
w miejscu, gdzie stała i zrobić… coś. Płakać? Zadać sobie fizyczny ból? Wymusić to na kimś? 
Nic nie wydawało jej się wystarczająca karą.
    Więc stała w miejscu, zastygła jak posąg, nie wiedząc, co ze sobą począć.
    Chociaż… jej… jej córka… mówiła, żeby ich ratować.
    Ale… tam była bitwa. Skąd teraz mogłaby wybuchnąć walka?
    Trwało oblężenie, konflikt był na granicy krwawego rozwiązania… a ona, Sybil, brała udział w otoczeniu Góry, w której uwięziony był jej ukochany.
     O ironio.
     Czy i jak kiedykolwiek mu to wszystko wynagrodzi?
     Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mogła zrobić, to nie dopuścić do tego.
     Z tym mocnym postanowieniem odwróciła się od Góry i szybko pomaszerowała
z powrotem do brata.

     Siedział samotnie przy niewielkim ognisku, z dala od innych elfów. Tępo patrzył
w płomienie, obejmując kolana 
rękoma. Dorian wyglądał na zmęczonego, osamotnionego
i nieszczęśliwego, zupełnie tak, jak czuła się Sybil.

     „Pewnie tęskni za Sigrid”. 
     Bez słowa usiadła naprzeciw niego i pogrążyła się w ponurych rozmyślaniach, wsłuchując się
w pieśni elfów. Zastanawiała się, gdzie podziała się Tauriel z Súrionem, jak Kili poradził sobie 
z Thorinem, jak miał się Bilbo i Kompania, a także wiele, wiele innych.
     Ni stąd ni zowąd, Dorian odezwał się:

     - Powiesz mi w końcu, co to był za sen?
     Spojrzała na niego szybko i zobaczyła, że wpatrywał się w nią wyczekująco. Oczy zaszły jej łzami. Dlaczego tak uparcie drążył ten temat? Pokręciła głową.
     - Jeżeli powiem, to… wtedy to się stanie bardziej prawdziwe niż już jest…
     - Co „to”? - Zmarszczył brwi z irytacją. - Sybil, jeżeli nie chcesz powiedzieć, to daj chociaż jakąś wskazówkę!
     Rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu. Szkoda, że nie wiedział, jaki sprawiał jej ból, wciąż przywołując tę wizję. W formie rewanżu teraz podzieli jej los, gdyż były dwa słowa, które idealnie oddawały całą sytuację.
     - Najgorszy scenariusz.
     Wtedy, kiedy przysięgali, a to miało miejsce zaraz po tym, gdy Azog ich torturował
i uwolnił, uzgodnili, czym może 
być„najgorszy scenariusz”.
     Dorian zbladł. Błyskawicznie przytulił Sybil, całą roztrzęsioną. Głaskał ją po głowie,
a także szeptał do ucha, brzmiąc na tak samo przestraszonego jak ona:

     - To był tylko sen, przecież to był tylko sen.
     Tyle, że owe stwierdzenie w niczym nie pomogło. Skoro to tylko sen, dlaczego był taki realny? Z trudem zwalczała wszelkie myśli o tym w swojej głowie, podczas gdy brat kołysał ją w ramionach tak długo, nieprzerwanie nucąc kołysankę mamy, aż zasnęła, chociaż słońce dopiero zachodziło.
     Tym razem nie przyśniło jej się nic. Jedynie coś słyszała - Doriana, śpiewającego hymn do Elbereth.
     Jego głos był drżący i załamywał się, zupełnie jakby płakał.
***
     Bardzo uważnie, nie mniej nerwowo, przyglądał się oblężeniu Góry, ogniskom jaśniejącym wśród panującej teraz nad światem, głębokiej nocy. Obserwował z oddali, zbierając myśli, nie wiedząc, co począć. Miał ogromny dylemat. Wiele istnień zależało od tego, gdzie teraz pójdzie. Mógłby uratować bardzo wiele lub jedno, niezwykle wartościowe.
     Wycenianie wartości czyichś żyć, ważenie ich na szali niczym kupiec chciwie chylący się nad nadchodzącym zyskiem, było najbardziej niewłaściwą, nierozsądną, niesprawiedliwą rzeczą, jakiej mógł i musiał się dopuścić. Wszak każde życie w samym swym sensie jest sobie równe.
     A on, mędrzec, który miał zaprawdę jeszcze bardzo wiele do nauczenia, śmiał nawet wahać się nad dobrem ogółu a jednostki. Może cała sprawa byłaby prostsza, gdyby chłopiec w jakiś sposób nie znalazł drogi do jego serca.
     Czas na zastanowienie umykał nieubłaganie, gdy nareszcie podjął decyzję.
     Do końca życia nie potrafił rozstrzygnąć, czy postąpił wtedy słusznie.   
     Kluczył wśród niezliczonych elfów, które rzucały mu zdumione spojrzenia. Jeszcze większe zdziwienie rysowało się na ich pięknych obliczach, gdy pytał o Doriana i Sybil. Zastanawiające, że dostawał sprzeczne wskazówki co do miejsca, gdzie rodzeństwo mogłoby się znajdować. Doszło do tego, że z irytacją stanął w miejscu, odmawiając dalszego wysłuchiwania zawiłych elfickich opowieści. Beznadziejnie rozglądał się naokoło, podczas gdy bezcenne minuty uciekały. Klepsydra w jego głowie odmierzała czas do nadchodzącej burzy, a każde ziarenko piasku zdawało się być jednym poległym, jednym na zawsze uciszonym śmiechem, jednymi oczami na zawsze zamkniętymi, jedną na zawsze rozdartą rodziną. Ziarenka przesypywały się i przesypywały, dokładając do świata bólu oraz łez…
     - Mithrandirze!
     Ach, skoro on nie mógł znaleźć dzieci Brandona i Kory, to one znalazły jego. Chłopak
i dziewczyna szli powoli w jego kierunku. Obydwoje wyglądali na zmęczonych oraz nieszczęśliwych. Gandalfa zasmuciło spotkanie ich w takim stanie, lecz podszedł do nich
z delikatnym uśmiechem. Gdy się zbliżył, skłonili się nisko.

     - Zaiste, niezbadane są ścieżki czarodzieja - powiedziała Sybil, wyraźnie zmuszając się do pogodnego tonu.
     - W takim razie to was posądziłbym o bycie czarodziejami - odparł. - Nie potraficie wyobrazić sobie mojego zaskoczenia, gdy we śnie ujrzałem, że nie jesteście w Ereborze razem z Kompanią.
     Dzieci miały teraz identyczne miny - usta szeroko otwarte, oczy wytrzeszczone.
     - We śnie? - wykrztusił Dorian.
     - Tak, widziałem was bardzo dobrze.
     „Aż za dobrze” - pomyślał.
     - Moje marzenia senne bywają często zwodnicze, gdyż pokazują najróżniejsze rzeczy: to, co się już wydarzyło, albo to, co się właśnie dzieje, a czasem nawet to, co jeszcze nie miało miejsca… Dlatego też nie ufam swym snom za bardzo, lecz gdy was zobaczyłem, po dłuższym namyśle postanowiłem przyjść do was.

     - Ale dlaczego? - Sybil zmarszczyła brwi. 
     Wziął głęboki oddech.
     - Pragnąłem was odszukać, by was ostrzec.
     Obydwoje spojrzeli na niego pytająco, w identyczny sposób, dokładnie w tej samej sekundzie.  
     - Pamiętajcie, nie możecie się rozdzielać, pod żadnym pozorem!  A ty Dorianie… - zwrócił się do chłopca. - Musisz zapamiętać, że nie wszystkie łzy są złe! Pamiętaj, nie wszystkie łzy są złe! Cokolwiek nadchodzi, wspomnij moje słowa!
     Syn Brandona był bezbrzeżnie zdziwiony tą przestrogą. Widocznie pragnął dalszych wyjaśnień, lecz przerwała mu siostra:
     - Gandalfie…  - jej głos był drżący, emanował strachem. - Co nadchodzi?
     - Bitwa.
     Wtedy to ujrzał. Przerażenie, jakiego jeszcze nigdy nie oglądał u nikogo. Przebłyski jej snu tańczyły za jej zamkniętymi w tamtej chwili powiekami, gdy próbowała złapać oddech.
     Sen ten był przerażającą wizją, która wyglądała zbyt realistycznie. Jego serce na wskroś przeszył strach. To, co zobaczył, stało się impulsem do dalszego działania.
     Więc Gandalf bez słowa oddalił się, by postarać się powstrzymać zbliżające się zło. 
***
     Sybil była blada. Trupio blada. Jej cera zawsze była bardzo jasna, nie śniada, tak jak jego, ale teraz miał wrażenie, że z twarzy jego siostry odpłynęła cała krew. Zachwiała się
i upadłaby, gdyby jej
w porę nie złapał. Usadził ją na ziemi.

     - Co się dzieje, Sybil?
     Ona jednak nie potrafiła wykrztusić słowa, gdyż jej oddech stał się bardzo szybki, urywany. Zamknęła oczy, a Dorianowi zdawało się, że siostra zaraz zemdleje.
     - Sybil! Słyszysz mnie?! Sybil! - Potrząsał nią. - Nie mdlej, słyszysz?! Sybil! Odezwij się, odezwij!
     - Bitwa… - wydyszała. - Tam była bitwa…
     „Och nie...
     Jego siostra zaczęła trząść się i łkać gwałtownie, wydając z siebie bliżej nieokreślone dźwięki,
a powietrze łykać jak dusząca się ryba.
     Gash, gijakudob… vadok. 
     „Nie, nie, nie!
     Chciał zawołać na pomoc Gandalfa, ale czarodziej dosłownie przepadł. Elfy unikały wszelkiego kontaktu z nimi, więc Dorian został z problemem sam. Wziął dygoczącą Sybil
w ramiona 
i zaśpiewał kołysankę mamy. Zauważył, że to pomagało im obojgu.
     - Szszsz… już dobrze, no już cicho - szeptał. - Przecież to tylko sen, postaraj się zapomnieć…
     - Łatwo ci mówić - burknęła.  
     „Wcale nie”.
     Nie było łatwo rzec mu, żeby wyrzuciła z pamięci straszne wizje, skoro jemu samemu nieustannie przesłaniały widok na rzeczywistość. Ciągle widział świat w płomieniach, ciągle słyszał groźby śmierci i zagłady. Głos i Ogień walczyli o każdą sekundę jego uwagi, by znów móc go torturować. Jedynym wytłumaczeniem, dlaczego jeszcze trzymał się na nogach (biorąc pod uwagę nieobecność Sigrid, a także zatrutą przez smoka Górę tuż pod nosem) była lecznicza bliskość leśnych elfów oraz pomoc Thranduila.
     - Postaraj się... zająć czymś innym - powiedział po chwili ciszy.
     - Czym niby? - prychnęła.
     - Zacznijmy od podstaw… - odparł niezrażonym tonem dziarskiej niańki. - Najpierw musisz wstać. Westchnęła głośno i mimo, że wciąż ją przytulał, był pewny, że przewróciła oczami.
     - Nic prostszego - stwierdziła, po czym wyswobodziła się z uścisku.
    Potem powoli podniosła się, by niepewnie stanąć na nogach. Dobrze, że Dorian asekurował ją przez cały czas, gdyż już w następnym momencie zachwiała się i znów upadłaby.

     - Dlaczego świat się kręci? - wyszeptała.
     Nagle wszystko poukładało się Dorianowi w głowie.
     - Sybil… kiedy ty ostatnio coś zjadłaś?
     - Jakie to ma znaczenie? - Zmarszczyła brwi.
     - Odpowiedz mi!- zażądał.
     - Och, no nie wiem… - wymamrotała, unikając jego wzroku. - Może… wczoraj…
     - A co jadłaś?
     - Po co ci to wiedzieć?! - warknęła, lecz on tylko kontynuował świdrować ją wzrokiem.
     - Nie wiem, nie pamiętam. - Machnęła ręką. - Może… lembasa…  
     Dorian zamknął oczy i wziął głęboki oddech w cichej modlitwie o panowanie nad sobą.
     - Czy możesz mi wyjaśnić - zaczął powoli przez zaciśnięte zęby. - Jaki niepojęty dla mojego umysłu tok rozumowania doprowadził cię do konkluzji, że możesz się głodzić?
W twoim stanie?!

     - Wcale się nie głodzę! Trwa oblężenie, nie mogę sobie pozwolić na taki luksus jak najedzenie się!
     Niemal walnął się ręką w czoło na jej głupotę.
     - Sybil, doskonale wiesz, że przysługują ci dodatkowe racje żywnościowe! Nikt ci nie odmówi, jeżeli powiesz…
     - Jeszcze czego! Myślisz, że będę rozgadywać na lewo i prawo, że mam dziecko
z krasnoludem?!

     Dobrze, że elfy były w oddali, bo inaczej miałaby pewność do tego, co usłyszały,
a zarazem powody do plotkowania.

     Rzucił siostrze spojrzenie w stylu „opanuj się, kretynko”, a ona odpowiedziała miną mówiącą „zamknij się”.
     - A teraz pójdziesz ze mną i na moich oczach zjesz przynajmniej dwa lembasy - Dorian rozkazał.
     - Nie mam ochoty - Sybil zakaprysiła jak mała dziewczynka.
     - Przecież ty musisz się dobrze odżywiać! Jesz nie tylko za siebie!
     Skrzywiła się.
     - Nie marudź! - żachnął się. - Musisz nabrać sił.
     - Mam siły! - Siostra uparcie stawiała na swoim.
     - Właśnie widać - zakpił.
     Jej twarz pociemniała z gniewu. Wzięła zamach, by uderzyć go w twarz, lecz Dorian bez trudu złapał wymierzoną w niego pięść. Bez większego wysiłku wykręcił jej rękę za plecy i obezwładnił ją. Ona nie potrafiła mu się wyrwać.
     - Widzisz? Nie masz energii nawet na to! A pomyśl sobie o bitwie!
     - Jeżeli chcesz przez to powiedzieć, że nie wezmę w niej udziału… - szepnęła groźnie.
     - Tak, dokładnie tak.
     Dorian przez kilka chwil nie wiedział, co się z nim dzieje, by potem odkryć, że leżał na ziemi, a Sybil przygniatała go nogą, trzęsąc się z wyczerpania niczym jesienny liść na wietrze, ale stojąc pewnie.
     - Przysięgaliśmy! Przysięgaliśmy oboje, że będziemy ich chronić  za wszelką cenę! Nie odbierzesz mi tego! Nie odbierzesz, słyszysz?! - krzyczała, jakby była w obłędzie.
     - Sybil…
     - Na orły Manwëgo, na młot Aulëgo i róg Oromëgo!
     „O nie, nie, nie, nie, nie! Nie zaczynaj!”
     - Dobrze, rozumiem… - powiedział ostrożnie, słusznie przewidując kolejny wybuch.
     - WCALE NIE! NIE ROZUMIESZ! NIE WIDZIAŁEŚ TEGO, CO JA!
     - Sybil, do cholery, to był sen! - odparł, uwalniając się z jej chwytu, podnosząc się na nogi.
     - To była wizja! Ty miewasz takie! - wykrzyknęła, celując w niego palcem wskazującym. - Czyż nie przyśnił ci się ten dzień, zanim nastąpił?! Czyż nie usłyszałeś krzyku mamy, czyż nie widziałeś dymu wydobywającego się z naszego domu?!
     - PRZESTAŃ! - ryknął. Nienawidził, gdy o tym wspominano. Faktycznie, miał taki sen, lecz go zlekceważył. Nigdy sobie tego nie wybaczył. - Naprawdę uważasz, że nie wiem, jak to jest?! Naprawdę uważasz, że, gdy wysłuchuję ich szeptów w Czarnej Mowie, ich gróźb obiecujących zagładę dla całej Ardy, albo, kiedy ukazują mi mistrzostwo tortur swoich „zuchów”, to cię nie rozumiem?! Że oszalałe z bólu krzyki innych istot nie doprowadzają mnie do utraty zmysłów?! Naprawdę myślisz, że nie jestem przerażony?! Że nie obawiam się o życia naszych ukochanych?!
     Lul Gijak-Ishi…
     Gwałtownie potrząsnął głową, skupiając uwagę na Sybil, nie ich podszeptach.
     - A mimo to wciąż zabraniasz mi dopełnienia przysięgi! - krzyknęła.  

     - Ja nie chcę, żeby coś ci się stało! Jesteś fizycznie za słaba, nie waż temu zaprzeczyć, nie dasz rady walczyć! - Na twarzy siostry malował się gorący sprzeciw. - Na miłość Valarów, Sybil, moje powody są oczywiste! Ja nie pozwolę ci umrzeć, nie rozumiesz?! Nie pozwolę ci zginąć, bo ja po prostu nie mogę bez ciebie żyć!
     Wypowiedziawszy ostatnie słowa, usiadł na ziemi i ukrył twarz w dłoniach, zmęczony całą bezsensownością tej kłótni. Poczuł znajomą dłoń na ramieniu. Jego oczy spoczęły na klęczącej przy nim Sybil, która wyglądała na wykończoną.
     - Wzięliśmy Siedem Gwiazd na świadków, przed nimi nie można uciec - wyszeptała. - Lecz zadbam o siebie lepiej, jeżeli to ukoi twoje nerwy.
     - Niech ci będzie - westchnął, kiwając głową z najwyższą niechęcią.
     Usłyszał chrząknięcie tuż obok. Spojrzał w górę i ujrzał jednego z żołnierzy Thranduila, którego nie znał.
     - Król was wzywa - rzekł elf.
***
     Był zdesperowany.
     Był bardzo zdesperowany.
     Wiedział, przecież oczywiście, że wiedział, że to, co wyprawiał, było złe.
     Co jak co, ale głupi nie był!
     Całkowicie boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że postępował źle.
     Złodziej.
     Kłamca.
     Zdrajca.
     „Nie”.
     Od kiedy to zdrajca postępuje zgodnie z przysięgą?
     Obiecał sobie, że do tego nie dopuści. Że nie pozwoli, by choroba złota całkowicie opanowała jego umysł i ciało.
      Nie ma już innej drogi. Nie ma już nic oprócz terapii szokowej.
     On musi się obudzić. Przejrzeć na oczy przez mglę chciwości przesłaniającą mu świat. Nawet jeżeli miało się to odbyć w najbrutalniejszy sposób.
     Bo prawdziwa miłość to bycie gotowym na wszystko, na przykład na zrobienie czegoś takiego przeciwko sobie.
     Przecież była jeszcze nadzieja, że on jednak potrafił z tym wygrać.
     W końcu tamtej nocy… Thorin zdawał się nie być pod wpływem klątwy jego rodu.
     Nie był też do końca sobą, ty naiwny Hobbicie - odezwał się wredny głosik w jego głowie, widziałeś to.
     „Ale on pamiętał, on pamięta, dostrzegam to w jego oczach… on pamięta…”
     Lecz dopiero od przybycia chłopców…
     „Właśnie! Jest zatem coś, co potrafi go ocucić!”
     Tylko na krótki czas. Przecież gdy dowiedział się o nadchodzącym Thranduilu stał się jeszcze bardziej chciwy. I doprawdy uważasz, że to, co zrobisz jest czymś, co wyjdzie mu na dobre?
     Szczerze, to nie znał odpowiedzi.
     Nie miał gwarancji na to, że kradzież Arcykamienia w jakiś sposób pomoże Thorinowi. Ale zapobiegnie wojnie.
     Wojska Daina Żelaznej Stopy były już bardzo blisko, a Królewski Klejnot wydawał się być najlepszą możliwą kartą przetargową dla ludzi i elfów.
     - Oto Arcykamień Thraina - oznajmił im. - Serce Góry, a także serce Thorina. Ceni go sobie więcej niż całą rzekę złota.
      „I mnie”, pomyślał Włamywacz gorzko, wracając do Ereboru.
***
     Byli pełni obaw, gdy wkraczali do środka. Nie potrafili zrozumieć, co takiego chce od nich Thranduil, skoro w trakcie ich ostatniej rozmowy odmówił jakichkolwiek dalszych kontaktów z nimi. Był taki zimny, rozczarowany i z tego powodu teraz spodziewali się po nim wszystkiego.
     Gdy odesłał eskortujących ich żołnierzy, na jego twarzy widniał uśmieszek samozadowolenia, gdy dumnie siedział w fotelu ustawionym przy tylnej ścianie namiotu. Król Elfów nie powiedział ani słowa, lecz wskazał na prostą, okutą żelazem drewnianą szkatułkę, w której pysznił się…

     - Arcykamień! - wykrztusili jednocześnie.
______________________________

Sindarin:

- Guren glassui, hîr vuin. - Thank you from my heart, my lord. - 
Dziękuję z całego serca, mój panie.

Czarna Mowa:

- Amal shufar, at rrug. - Where there is a whip, there is a way. - Gdzie jest bicz, tam jest i sposób.

- Gash, gijakudob… vadok. - Fire, bloodshed... death. - Ogień, rozlew krwi... 
śmierć. 
- Lul Gijak-Ishi. - Flowers in the blood. -
Kwiatki we krwi. (używane przeważnie w stosunku do elfów) 

Edainowie - określenie na wszystkich ludzi.

Wróg, o którym wspomina Thranduil to Morgoth, pierwotnie Melkor. Brat 
Manwëgo,
z początku od niego potężniejszy. Sprzeciwił się woli Eru, zniszczył pierwszy projekt świata, tocząc z Valarami straszną wojnę i przez to miał zakazany wstęp na Ardę, czyli Ziemię . Niestety, oszukał Valarów, wciskając bajeczkę o skrusze... i narobił dużo złego. Mnóstwo. Sauron był w porównaniu do niego tylko marnym sługą. 

Oromë - jeden z Valarów, myśliwy polujący na złe stworzenia.

Z tego, co mi wiadomo, Tolkien nie wspominał o zatruwaniu otoczenia przez smoki... taki mój pomysł...


O Mahal, to się zaczyna robić coraz bardziej jak jakaś książka! Nie pozostaje mi nic, tylko wierzyć, że spora tajemniczość tego rozdziału choć trochę wynagradza te za długie, zabójczo nudne opisy. Tyle, że ja musiałam. Zależy mi, żebyście się przywiązali do bohaterów...

Następny rozdział będzie za bardzo długo.
Ok, a teraz proszę o szczerą spowiedź - w którym momencie zasnęliście?