Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grief. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grief. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

17 lat później...

Na wstępie powiem tylko jedno - tego się nie spodziewaliście.

_____________________________

     Jej serce biło jak szalone. Mocniej ścisnęła ukryty pod peleryną miecz.  
     - Bądź silna – wyszeptała sama do siebie, zaciskając powieki. Wspomnienie twarzy Doriana mignęło jej w pamięci. Po tylu latach myślenie o nim przyprawiało ją już jedynie
o żal, zarazem dając pewien rodzaj ukojenia w smutku. Owo uczucie było jedną z niewielu niezmiennych rzeczy w jej życiu.
– Bądź silna dla nich obu.
     Z tymi słowami wzięła głęboki oddech, po czym postawiła kaptur i niezauważenie opuściła pałacowe ogrody przez bramę zachodnią. Strażnicy byli tak dobrze przekupieni, że nawet nie złożyli ukłonu, kiedy ich mijała. W obecnej jakże wyjątkowej  sytuacji nie uraziło to jej dumy czy honoru ani trochę.
     Poza tym, to, co powszechnie postrzegano jako honor, utraciła już siedemnaście lat temu.
     Szybko potrzęsła głową, wyrywając się ze zgorzkniałych rozmyślań. Musiała skupić się tylko na zachowaniu czujności.
     Naokoło panowała zimna deszczowa noc, kiedy przemykała się ulicami Dali. Po dłuższej przechadzce przez kręte i ciemne zaułki znalazła się pod wysokim drewnianym domem. Na drżących nogach okrążyła budynek, by stanąć przed tylnym wejściem. 
     Pukając  do drzwi sierocińca, największym wysiłkiem woli powstrzymywała się przed ucieczką. Otaczające ją odgłosy ulewy, chłód oraz mrok nie uspokajały jej nerwów jak zwykle, a tylko potęgowały niepokój. Bardzo długie czekanie było torturą, ale w końcu drzwi otwarły się. Stała w nich  smukła kobieta o spracowanym acz ciepłym obliczu - właścicielka i główna opiekunka domu dla sierot wojennych - Alanie. To była dobra, poczciwa, godna zaufania osoba.
     - Witaj, Pani - powiedziała, kłaniając się. - Chłopak już czeka.
     Ona w odpowiedzi kiwnęła tylko głową i dała się zaprowadzić pod drzwi jakiegoś pokoju na poddaszu.
     - Tam będziecie mogli porozmawiać w spokoju - szepnęła Alanie, po czym odeszła, zostawiając ją sam na sam z jej największym sekretem.
     Czekała tyle lat na tę chwilę, a jednak bardzo się jej obawiała. Tyle miesięcy zbierania się na odwagę, tyle nieprzespanych nocy, w czasie których układała całe przemowy… Teraz to wszystko miało się ziścić.
     Zdecydowanie nie była na to gotowa. Mimo to drżącą ręka nacisnęła klamkę i szybko weszła do niewielkiego, oświetlonego chybotliwym blaskiem świec pomieszczenia. Jej wzrok padł na młodzieńca, który stał na drugim końcu pokoiku odwrócony tyłem do wejścia. Chłopak niemal od razu obrócił się na pięcie i spojrzał prosto na nią.
     Zaparło jej dech w piersiach.
     Wpatrywała  się w niego z zachwytem pełnym niedowierzania, ale nie odezwała się ani słowem, gdyż bycie blisko tego chłopaka jak nigdy wcześniej odebrało jej mowę.
     „Synu,  jesteś taki… wspaniały” - pomyślała, lecz nadal milczała.  
     On był nie mniej zdziwiony. Znieruchomiał i patrzył na nią bez mrugnięcia okiem, zszokowany. 
Z pewnością zastanawiał się, dlaczego sama córka Barda Łucznika zażądała z nim rozmowy na osobności.
     - Pani - wykrztusił, skłoniwszy się nisko. - To dla mnie zaszczyt.
     „Nawet głos masz ten sam”.
     Zdawało jej się, że widzi przed sobą zmartwychwstałego Doriana. Chłopak był tak samo dobrze zbudowany, lecz średniego wzrostu, może dwa czy trzy cale wyższy od Doriana. Miał dokładnie tak samo przystojną twarz… Jasnobrązowe falowane włosy sięgające ramion, delikatny zarost, wyraźne kości policzkowe i idealne brwi. Te same pełne usta. Identyczne, wysokie czoło. Gdyby nie wiedziała, kim ten chłopak jest, już dawno rzuciłaby mu się na szyję z okrzykiem „Dorian, ty żyjesz, żyjesz!” i zasypała pocałunkami. 
A przynajmniej pomyliłaby młodzieńca z Dorianem przed zajrzeniem w jego oczy.

     Ten młody człowiek miał intensywnie niebieskie tęczówki, takie jak u Sigrid, jednakże błyskała w nim ta iskra inteligencji, której chłopak na pewno nie odziedziczył po niej.
     - Pani? - spytał niepewnie, wyrywając ją z zamyślenia.
     Błyskawicznie się opanowała i rzekła:
     - Witaj, Findanie. Zanim przejdę do celu naszego spotkania, musisz zagwarantować, że moja wizyta pozostanie tajemnicą.
     Nic nie odpowiedział przez moment, przyglądając jej się uważnie.
     - Masz moje słowo, pani. Słowo honoru - zapewnił z ręką na sercu.
     Kiwnęła głową, po czym wzięła głęboki oddech i wyjęła miecz.
     - To należy do ciebie.
     Z tymi słowami podała mu broń. Findan przez długi czas zerkał to na klingę, to na nią, znów na klingę, kolejny raz na nią. Pewnie myślał, że Sigrid żartuje. Księżna Dali potaknęła głową zachęcająco, a chłopak ujął miecz w dłonie delikatnie i przyjrzał się mu bliżej, marszcząc brwi. 
     - Dziwne… - mruknął. - Elficka pochwa…
    Szybkim ruchem wyjął oręż.
     - … krasnoludzki miecz - wydyszał, nie mogąc złapać tchu z zachwytu.
     Sigrid uśmiechnęła się pod nosem. W sąsiedztwie Samotnej Góry, a co za tym idzie, powszechnym dobrobycie, środki znajdywały się nawet na kształcenie sierot. Jednak
w przypadku stojącej przed nią „sieroty” było inaczej.  Sigrid sama zadbała o jego edukację. Przekazała Alanie niemałe pieniądze na ten cel. Zażądała, że chłopak ma umieć czytać, pisać, liczyć, znać obyczaje. Dodatkowo miał kształcić się w minimum jednej dziedzinie, którą sam sobie wybierze. Najwyraźniej była to znajomość broni
i posługiwania się nią.
     - Jest niezwykły, tak jak jego historia. - Zaczęła swoją opowieść. - Został wykuty przez Thorina II Dębową Tarczę dwadzieścia pięć lat temu, w podarunku dla twojego dziada Brandona. Później trafił do twego ojca Doriana.
     Findan wyraźnie nie wierzył w to, co słyszy.
     - Ale… - zająknął się, wytrzeszczywszy oczy. - Jesteś pewna, pani? Thorin Dębowa Tarcza?
     Księżna Dali uśmiechnęła się z przekąsem.
     - Nie mów mi „pani” - rzekła. – Zwracaj się do mnie Sigrid.
     To zdumiało go jeszcze bardziej.    
     - Kim tak naprawdę jesteś, Sigrid? – spytał, marszcząc brwi.

     „Twoją matką” - pomyślała ze smutkiem. Tak bardzo chciała go teraz przytulić
i powiedzieć mu, że to nie jest tak, że go nie kocha. Findana miłowała najmocniej ze wszystkich swoich dzieci, bardziej od tych, które czekały na nią w pałacu. To nie było tak, że o nim zapomniała. Często wybierała się na długi spacer po mieście z najbardziej zaufanymi służącymi i „przypadkiem” zawsze przechodzili koło sierocińca. Patrzyła wtedy, jak jej syn bawi się z innymi dziećmi, a jej serce krzyczało. To nie było tak, że go porzuciła. Kiedy Bard dowiedział się, że jego córka jest w ciąży  z zaginionym chłopakiem, zapłonął strasznym gniewem. Do dziś klnie pod nosem Doriana syna Brandona, który najpierw uratował Sigrid z płomieni, a potem zhańbił. Bard nie zgodził się na wychowanie bękarta. To był
w jego oczach zbyt wielki dyshonor dla rodziny. Pozwolił jej urodzić to dziecko, ale natychmiastowo po porodzie rozkazał oddać do sierocińca. Sigrid wybrała ten dla sierot wojennych, skoro chłopiec stracił jedno z rodziców w skutek bitwy. Tak bardzo płakała, kiedy kładła pod drzwiami koszyk z imieniem swojego synka napisanym na kartce. Findan, co znaczy Jaśniejący. Od tamtej pory cień padł między nią a ojca. Nigdy nie myślała o tej ciąży jak o hańbie. Nie… tamta noc była warta wszystkiego. Mimo ostrzeżeń Barda, na jakie niebezpieczeństwo narażała siebie i bliskich, Sigrid zawsze pozostawała blisko swojego pierworodnego, choć cały czas w ukryciu.       
     - Znałaś mojego ojca? - Zapytał znowu, zanim zdążyła odpowiedzieć na poprzednie pytanie. - Albo moją matkę? 
     Córka Barda Łucznika pokiwała głową, biorąc głęboki oddech.
     - Poznałam Doriana, jak również jego siostrę Sybil – odparła, po czym opowiedziała Findanowi historię życia dzieci Brandona i Kory, którą Dorian przekazał jej tamtej nocy. 
     Kiedy skończyła, chłopak patrzył na nią z błyskiem zrozumienia w oku.
     - Byłaś jego… przyjaciółką? - Kąciki ust Findana uniosły się niemal niezauważalnie.
     - Można tak powiedzieć – odpowiedziała ostrożnie. - To on podarował mi miecz, zanim… - głos uwiązł jej w gardle.
     - Nie płacz - mówił wtedy. - Jesteś silna.
     - Zanim? - Findan wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.
     Boleśnie przełknęła ślinę, po czym westchnęła drżąco.
     - Odszedł w poszukiwaniu siostry, by już nigdy nie powrócić – powiedziała, siląc się na jak najbardziej obojętny ton.
     Młodzieniec przygryzł wargę i spuścił głowę.
     - Nie wiadomo, co się z nim stało? – zapytał cicho. Słychać było wyraźnie, że starał się zamaskować maleńką nutę nadziei ukrytą w tym pytaniu.  
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie. Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę  – słowa Doriana przebrzmiały w jej myślach.
     - Niestety - rzekła smutno.
     Findan wyprostował się i spojrzał jej w oczy z żalem. Widać było, że jego nadzieje spłonęły.
     Wspomnienia powróciły do Sigrid z całą mocą.
     Płomienie. To wszystko stało się przez smoczy ogień. Smaug zaatakował Miasto na Jeziorze, a ich dom ogarnął pożar. Została otoczona przez ogień i dym. Tak bardzo się bała, że zaraz zginie, więc krzyczała o pomoc, która nadeszła w ostatniej chwili.
     Zobaczyła go, kiedy wyłaniał się z płomieni. Nadawały mu one niesamowitego wyglądu.
     Jego oczy stały się bezdenną otchłanią czerni. Jego twarz iluminowała
z zachwycającymi świetlnymi refleksami. Jego skóra zdawała się płonąć, a jego włosy powiewały delikatnie.

     Emanował potęgą i gniewem. Był siłą. Mocą. Ogniem.
     Podszedł prosto do niej i bez słowa delikatnie ujął ją w ramiona, po czym wyniósł
z pożaru.

     Nie mogła być bardziej oczarowana.
     Za ratunek odwdzięczyła mu się dopiero, gdy się nim zaopiekowała. Chęć pomocy wykorzystała za pretekst, by poznać bliżej tego tajemniczego nieznajomego. 
     W krótkim czasie pojęła, że młodzieńca pokroju Doriana nie spotka już więcej. Syn Brandona zauroczył ją jak nikt wcześniej, niemal zapanował nad nią, nad jej myślami oraz pragnieniami. Ukrywała się jednak ze swym uczuciem, bo nie wiedziała, czy Dorian je odwzajemniał.
     Do tej pory Sigrid wmawiała sobie, że tak było. Że Findan został poczęty z miłości. Że tamta noc to nie był tylko impuls. Że to było coś więcej niż gorąca młodzieńcza krew. Paradoksalnie, ona i jej mąż doczekali się trójki dzieci po wielu trudach, podczas gdy jej nieplanowany potomek zjawił się na świecie z taką łatwością.
     O ironio, ty najwybitniejszy reżyserze życia o zabarwieniu jak zawsze komediowo-dramatycznym.
     - Findanie - powiedziała, wyrywając się z zamyślenia po raz kolejny. - Oddaję ci ten miecz, ponieważ życzeniem Thorina było, aby był on przekazywany w waszej rodzinie
z ojca na syna.

     Chłopak przyjrzał się przedmiotowi z uwagą.
     - Co mój ojciec o nim powiedział… zanim odszedł?
     Zastanowiła się przez chwilę, a potem powtórzyła słowa Doriana:
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez. 
     Młodzieniec uniósł klingę na wysokość oczu.
     - Miecz… łez - szepnął, patrząc na ostrze z podziwem.
     Po chwili zapanowała krępująca cisza
     - Findanie… - księżna Dali zaczęła niepewnie. - Za kilka dni wejdziesz w wiek dorosły
i będziesz musiał opuścić sierociniec… jeżeli mogłabym ci jakoś pomóc…

     Findan potrząsnął głową.
     - Czuję się zaszczycony, Sigrid – odparł. – Ale nie ma takiej potrzeby. Jeden z kowali chce mnie wynająć do pomocy w kuźni. Kto wie, może pewnego dnia sam nim zostanę…
     Uśmiechnęła się szeroko i ciepło, przepełniona dumą. Jej syn był taki wspaniały,
a ponadto wiedział, jak sobie w życiu poradzić.

     - Czas na mnie - o mało co wtrąciła słowo „synu”. - Życzę ci szczęścia w dorosłym życiu.
     - Dziękuję. – Chłopak skłonił się nisko.
     Kiedy wracała do pałacu, myślała tylko o tym, że Findan, mogłaby przysiąc, mruknął wtedy „mamo”. 
***
     Dis umarła szczęśliwa, jakkolwiek absurdalnie mogło to zabrzmieć.
     Jeśli rzec, że przecież straciła wszystko i nie miała jak zaznać szczęścia, w istocie byłoby to prawdą. Przynajmniej na początku.
     Kiedy powróciła do Samotnej Góry, nie potrafiła patrzeć na wspaniałości Eroboru
z niczym innym niż odrazą. Żadne z tych pysznych oraz świetnych skarbów nie potrafiło przywrócić do żywych jej ukochanych synów i ostatniego brata.

     Nie było bogactw, które uznałaby za warte poświęcenia życia. Nawet Arcykamień nie był godzien takiej ofiary.
     Królewski Klejnot darzyła szczególną pogardą. Zawsze patrzyła zabójczym wzrokiem na miejsce, gdzie niegdyś jaśniał nad królewskim tronem. Na szczęście Dáin także odnosił się z dystansem do Serca Góry, jak również do całych bogactw Ereboru. Jej krewniak dobrze sprawował się jako władca Ereboru. Prawda, potrzebował poparcia i pomocy Dis, lecz ona udzielała mu ich chętnie. Przywrócenie świetności Ereborowi wyznaczyła sobie za nowy cel w życiu. Nosiła żałobę po straconej rodzinie, ale trzymała się dumnie. Musiała być silna dla swoich poddanych.
     Tylko w samotności, gdy stała nad grobami swoich synów i Thorina, dopadały ją chwile słabości. Wtedy zwykła modlić się do Mahal. Och, jak bardzo błagała Aulëgo, by choć raz ją wysłuchał, nawet jeśli jej prośba była niemożliwa do spełnienia.
     Jej Jedyny odszedł ze świata tak dawno temu i serce Dis już nigdy nie otworzy się
w ten sposób dla nikogo, a jednak Księżna Ereboru pragnęła syna. Tak gorąco pragnęła mieć jeszcze jednego syna.

     I Aulë wysłuchał ją.
     Ten chłopak pojawił się w jej życiu poprzedzony niemałą sensacją.
     Plotki w Samotnej Górze rozchodziły się tempem błyskawicy. Długo zanim go ujrzała już wiele o nim słyszała. Młodzieniec pojawił się u jednego z krasnoludzkich kowali
w Samotnej Górze. Był biedne odziany, a dzierżył wspaniały miecz. Nie dość, że chłopak chciał, aby na ostrzu wygrawerowano napis „Miecz Łez”, to jeszcze miał czelność twierdzić, że klinga została wykuta przez… Thorina II Dębową Tarczę.

     Za to ostanie został postawiony przed królewskim majestatem. 
     Dis nie mogła być w potężniejszym szoku, gdy stała po lewicy Dáina i patrzyła na młodzieńca, który był z wyglądu tak podobny do członków jej ukochanej ludzkiej rodziny
z Ettinor.

     Chłopak przedstawił się jako Findan syn Doriana i rzeczywiście był w posiadaniu miecza, który Thorin ofiarował Barndonowi.
     Słabość do tych ludzi chyba była we krwi wszystkich Dziedziców Durina. Dis zaprzyjaźniła się z Findanem od razu. Miała mu do opowiedzenia wiele historii z Ettinor,
a młodzieniec 
chłonął każdą nową informację o swoich przodkach. On w zamian wyjawił jej, jak skończyli jej ukochani ludzie z Ettinor.
      Musiała przyznać, mimo swej krasoludzkiej dumy i uporu, że płakała wtedy rzewnie, ale Findan również. Żal połączył ich jeszcze bardziej.
     Dis dostała upragnionego syna.
     Chłopak mieszkał w Dali przez dwa lata. Pracował jako uczeń kowala. Erebor odwiedzał regularnie oraz często i zawsze wtedy spotykał się z Dis. Jego bliskim przyjacielem został także młody krasnolud imieniem Huan. To razem z nim syn Doriana wyruszył w świat.
     Findan wysłał do Dis dwa listy w trakcie swoich podróży.
     Jego tułaczka trwała dziesięć lat.
     Dziesięć lat.
     A gdy Księżna Ereboru niemal straciła nadzieję na ujrzenie swego syna kiedykolwiek więcej, on tak po prostu zjawił się w Samotnej Górze.
     Po dziesięciu latach.
     Z kobietą trzymającą małą dziewczynkę na rękach u swego boku i ogromnym czarnym wilkiem podążającym tuż za nim.
     Bestia została nazwana Huan, na cześć poległego kompana Findana.
     Żona Findana była piękną Rohirrimką, a jego córeczka… wyglądała jak mała Sybil. Dis pokochała tę małą od pierwszego wejrzenia, a Edith mówiła do niej „babciu”.  
     W tamtym czasie Dis zaznała, co to szczęście, nawet jeśli nieraz ogarniał ją smutek. Nie potrafiła przestać wspominać Brandona, Kory i ich dzieci. Szczególnie, że Findan, po powrocie ze swoich podróży, wręczył Dis rysunki piętnastoletniego Doriana oraz siedemnastoletniej Sybil.  
     Dis żałowała, że już nigdy nie dowie się, czy portrety Thorina, Filiego, Kiliego i jej samej wykonane przez Brana wciąż wsiały w salonie, gdy ich dom w Ettinor płonął?
     Jednakże Dis wolała nie myśleć o płomieniach, bo wtedy napadał ją widok potęgi smoczego ognia, którą doświadczyła na własnej skórze. A były przecież przyjemniejsze rzeczy, nad którymi mogła się zastanawiać.
     Aulë ulepił krasnoludy z kamienia, mówiło się też, że on sam był twardszy i potężniejszy od każdej skały. Ale serce Mahal było gorące jak jego kuźnie.
     Dis zaznała w ciągu swojego życia zarówno okrucieństwa jak i dobra bogów. Jej żywot był kompletny. Umarła niedługo po przyjściu na świat drugiego dziecka Findana. Jej synowi urodził się syn. To był dobry moment, by odejść. Jej dusza opuściła Ardę w spokoju.
     Jednakże, w Salach Czekania Dis miała zamiar zrobić pierwszorzędną awanturę. Niech Throin drży przed jej gniewem spowodowanym tym, że poprowadził Filiego i Kiliego na śmierć.  
***
     Zakręciło mu się w głowie i niemal się przewrócił, potykając się o splątane korzenie. Przystanął na moment, by złapać oddech.  Uderzyła go martwa cisza, która napierała na niego ze wszystkich stron.
     Findan zmarszczył brwi podejrzliwie. Rozejrzawszy się wokół, nie zobaczył nic prócz smukłych pni drzew ginących w mroku. Nawet kiedy wytężył zmysły, nie był w stanie usłyszeć ciężkiego tupotu łap ani zobaczyć znajomej wilczej sylwetki przemykającej się nieopodal.
     Findan prychnął, pokręcił głową, a potem ruszył dalej przed siebie.
     - Pojawia się i znika, pojawia się i znika, zupełnie jak zjawa – mruknął pod nosem. – Powinien się nazywać Duch, a nie Huan.
     Mężczyzna poruszał się szybko i cicho, zagłębiając się coraz bardziej w las. Starał się przemieszczać jak najsprawniej, jednak przeszkadzało mu w tym zmęczenie oraz łodygi jeżyn ciągle oplatające się wokół jego nóg. Mimo to nie przestawał iść. Jego umysł był zajęty czym innym niż przejmowanie się przeszkodami czy znużeniem.
     Głęboko zastanawiał się nad przyszłością, targany niepokojem. Od teraz tak wiele rzeczy się zmieni. Jego rodzina uzyskała tytuł szlachecki, a on sam został głową rodu. Powinien stać pewnie na czele Peryárów w trakcie ich początku, który będzie trudny. Jednakże,  Findan z paniką odkrył, że nie miał pojęcia, co zrobić ani od czego zacząć. Ponadto, na myśl nie przychodził mu nikt doświadczony, u kogo mógłby szukać pomocy
i wsparcia. Znalazł się w tej nowej sytuacji praktycznie sam.

     A i tak potrzebował samotności.  Istniało zatem jedno miejsce, do którego postanowił się udać.  
     Krąg Smutku fascynował go odkąd tylko sięgał pamięcią. Od dnia, kiedy powiedziano mu o tamtym miejscu po raz pierwszy, zawsze coś ciągnęło go na ową polanę. Nikt by nie zaprzeczył, że było w niej coś naprawdę wyjątkowego.
     Jedynie tam Findan naprawdę potrafił zebrać myśli, a teraz musiał to robić.
     Znajdował się już niedaleko. Przyspieszył kroku i wkrótce dodarł do celu. Jak zwykle, gdy wyszedł z linii drzew, zaparło mu dech w piersiach na widok polany. Jej wygląd był niemal nieziemski.
     Skrzyła się srebrem księżycowego blasku, a kwiaty oplatające mogiły jaśniały niczym gwiazdy. Strumień szemrał cicho, delikatnie, jakby nie chcąc przerywać spokoju nocy. Powietrze pachniało słodko, a zarazem przesycone było tą charakterystyczną melancholią. Dało się wyczuć również jakąś potęgę oraz tajemnicę bijącą od dwóch grobów.

     Findan zamarł na moment, oczarowany, lecz po chwili odetchnął z ulgą, poddając się ogarniającemu go spokojowi.       
     Zrobił kilka kroków w kierunku środka polany, po czym zatrzymał się i usiadł na ziemi. Później stracił poczucie czasu, rozmyślając nad tym, jak wypełnić oczekiwania innych, zapewnić dobrobyt Violet i dzieciom, i tym podobne. 
     Niestety, nie był ani trochę bliżej rozwiązania. 
     Findan wstał, po czym zaczął nerwowo chodzić w tę i we w tę. 
     Jak postępować, by historia już nigdy więcej się nie powtórzyła? Co począć, by uchronić potomnych przed cierpieniem, jakie spadło na ich przodków i możliwe, że także ich dotyczy? 
     Zmarszczył brwi. Znów obudził się w nim ten bunt, znów zadawał sobie pytanie o sens tej tragedii. 
     Z niezrozumiałych mu przyczyn, jego wzrok został przyciągnięty przez dwie mogiły. Wpatrywał się w nie jakby był w transie. I nagle go olśniło. 
     Z ust Findana wypłynęły słowa, które układały mu się w głowie przez te wszystkie lata. Nareszcie wydobył z siebie pieśń, którą miał na końcu języka tak długo. 

Łzy Nienny, co uczyniłyście ten świat, 
Ainurowie oczarowani słodyczą waszego smutku, 

Valarowie doprowadzili wizję do skutku. 


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 


Dwa Drzewa, co Światłem Valinor okalacie, 
By zginąć od jadu Majara mrocznego, 
Rodzicami stałyście się dobra przemożnego. 

Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Eru, nazwij Twój klucz na istnienie siły,
Co potrafi zmienić rzecz zranioną i upodloną, 

W jeszcze lepszą i piękniejszą, na nowo odrodzoną. 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

I wszystkie potęgi Ardy, co zachowamy w pamięci, 
Spłodziłyście ogień i wiatr, nosicieli pożogi, 
Dałyście wodę i ziemię, byśmy wkroczyli w raju progi. 

Gdzież jest Łaska w Śmierci?  

      Jego śpiew niósł się echem daleko, a przyroda wokół zdawała się wsłuchiwać
w napięciu, jednakże uparcie pozostawała milcząca. Po zakończeniu pieśni Findan westchnął z ponurą rezygnacją. Do reszty zwątpił, by kiedykolwiek odpowiedziano mu na owe pytania.

     Moment później, na polankę wkroczył Huan, jak gdyby nigdy nic. Zaszczycił Findana jednym przelotnym spojrzeniem, na co mężczyzna fuknął z niedowierzaniem.
     Doprawdy, że też jego przyjaciel miał czelność uważać się za wiernego kompana.
     Zwierzę zbliżało się do dwóch grobów niespiesznie, poruszając się z ociężałym majestatem, a jego futro czarniejsze od nocy lśniło zachwycająco w świetle miesiąca.   
     Findan miał wrażenie, że wszystko wokół zatrzymało się, a cała uwaga otoczenia skupiła się jedynie na Huanie, kiedy stanął przy mogiłach w bezruchu.
     Po chwili wilk uniósł łeb ku niebu i dał głos. Jego wycie, z początku ciche oraz niskie, rosło w siłę stopniowo. Przejmująco wznosiło się i opadało, jakby falami spływając na słuchaczy. W pewnym momencie zaczęło wzrastać dramatycznie, urwało się na moment, po czym cichło powoli, napełniając ogromnym, nieopisanym smutkiem.
     Huan zamilkł na krótki czas, a potem zawył po raz kolejny. Na początku dźwięk ten był zaledwie pomrukiem, słabo słyszalnym, ale w przeciągu sekundy przerodził się w potężny ryk, oszałamiając z gwałtownością burzy, niemal zwalając z nóg przebrzmiewającą w nim rozpaczą oraz gniewem.  A potem wycie urwało się równie niespodziewanie, jak się zaczęło.
     Wilk spuścił łeb, mruknął i położył się na ziemi, skomląc.
     Findan zrozumiał, że jego przyjaciel oddał cześć dwójce poległych spoczywających
w Kręgu. Mężczyzna wsłuchiwał się, jak echa hołdu Huana zostawały pochłonięte przez milczenie nocy, a potem skupił swój wzrok na dwóch mogiłach. Znów zanucił:


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 
Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

Gdzież jest Łaska w Śmierci? 

     Skończywszy, spojrzał prosto w oczy swojego przyjaciela warującego przy grobach. Obaj zamarli w bezruchu, wsłuchując się w otoczenie, nie odrywając od siebie wzroku. Słyszalny wokół szelest liści targniętych przez lekki wietrzyk zdał się Findanowi podobny do szumu wesołego domowego ogniska. Huan uniósł uszy, obserwując go bacznie, jakby
z oczekiwaniem.

     I właśnie tamtej chwili, przez jeden krótki moment, Findan nic nie był w stanie usłyszeć.
     A wtedy uśmiechnął się, gdyż cisza nareszcie udzieliła mu odpowiedzi.


KONIEC 

środa, 24 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 2

To poniżej... Z pewnością jest intensywne, bardzo, tak więc uważajcie.
______________________________

     Sybil.
     Była tam.
     Wśród odoru śmierci, leżała na dywanie usłanym z trupów orków, wargów, wilków
i goblinów. Jej ciało było lekko wygięte - brzuch miała uniesiony, nogi nieznacznie podkulone. Jej głowa była odrzucona mocno do tyłu, odsłaniając długą, poranioną szyję. Jedna ręka bezwładnie opadła na bok, wciąż ściskając łuk, a druga spoczęła na jej łonie.

     Z którego wystawała strzała.
     Przyspieszył kroku, by do niej dotrzeć. Potykał się o niezliczone truchła, nie raz się przewracając. Zaczął mieć wrażenie, że grunt usuwa mu się spod stóp. Wtedy właśnie zza chmur wychynęło zachodzące słońce, oślepiając go. Zatoczył się i przesłonił oczy dłońmi. Zmrużył powieki, nie chcąc oderwać spojrzenia od siostry ani na chwilę, pomimo ostrego oraz bolesnego protestu jego zmysłu wzroku, który w końcu zadowalająco się wyostrzył. Chłopak znów mógł dojrzeć szczegóły. 
     Zaparło mu dech w piersiach.
     Promienie słońca zatopiły sylwetkę Sybil w cieniu, uwidaczniając tylko jej profil, ostro odcinający się od czerwieni nieba, która  jakby lustrowała przelaną na bitwie krew. Mimo że ziemia była zewsząd pokryta grubą warstwą martwych ciał lub ich części, resztek broni oraz zbroi, tworząc jedną potworną, powykręcaną, najeżoną stalą powłokę, ona się z niej wyróżniała. Wyraźnie odcinała się od karykaturalnych, nieregularnych, odrażających kształtów wrogów, od bezkształtnych szczątków, od wszelkiego obrzydlistwa.
     Od twarzy zaczynając, jej profil był jedną, gładką linią, nieskazitelną i idealną, której kreska mogłaby wyjść spod pióra jakiegoś wyśmienitego elfickiego rysownika. Delikatne kosmyki grzywki opadające na czoło. Prosty, zgrabny nosek, a potem rozchylone, ponętne usta. Podbródek odziedziczony po mamie, taki w sam raz, elegancka, łabędzia szyja, ramiona kryjące ogromną siłę. Małe, kształtne piersi, płaski brzuch z uwypukleniem na podbrzuszu, zgrabne nogi i nieduże, ciche stopy. 
     Sybil była obrazem subtelności, a jednoczesnej potęgi, eterycznego piękna, które emanowało boską harmonią.
     Zaburzoną przez jeden element.
     Strzała.
     Wżerała się w całość kompozycji niczym złośliwa drzazga, na kawałeczki roztrzaskując perfekcjonizm tego widoku. Bezlitośnie rozdzierała na pół wszelkie nadzieje Doriana, że tylko bajka, że widzi jedynie jakieś malowidło z księgi opowiadającej dzieje z  Drugiej Ery, kiedy to miało miejsce wiele śmierci podobnych do tej, a herosi legli podczas bitew z siłami Wroga.
     Wiele śmierci podobnych do tej.
     - Nie.
     Jego szept był tak cichy, tak słaby. Owa próba zaprzeczenia zdawała się być zduszona przez ogrom tragedii wokół. Przytłoczona. Zmiażdżona.
     Na jego klatce piersiowej znów złożony był ten niewidoczny ciężar. Dorian się dusił.  Powietrza… potrzebował powietrza… 
     Głębokie oddechy. Wdech, wydech… wdech i wydech… wdech, wydech, wdech… ale nie, jego płuca wciąż wydawały się mu puste. Sybil… siostra była mu potrzebna jak powietrze. Uderzyła go fala gorąca, paniki.
     Ona umarła.
     „Sybil nie… ona nie mogłaby”.
     Ależ oczywiście, że tak, ty głupcze.
     Machnął ręką, odpędzając Głos niczym stado natrętnych much.
     Był już blisko, znalazł się tuż przy niej. Dopiero wtedy zauważył, że z kącików ust Sybil spływał jej po policzkach zaschnięty strumyczek krwi, całe jej ubranie było poszarpane,
a w miejscu, gdzie grot wbił się w podbrzusze, jej strój był splamiony na czarno.

     Krew.
     Sereg.
     Dumû.
     Yár.
     Gijak.
     Wszędzie tylko krew
. Intensywny, żelazawy smród posoki uderzył w nozdrza Doriana, pociągając go na wymioty. Zakręciło mu się w głowie, po czym upadł na kolana przy siostrze.

     Z jej rany popłynęła rzeka krwi, tak intensywna, że miałam wtedy wrażenie, że nana jest jej źródłem. To nie była tylko jej krew - należała także do naszego nienarodzonego rodzeństwa, więc była to po części krew taty. A skoro mamy i taty, to i moja, i twoja. Cała nasza rodzina wykrwawiała się i umierała od tej rany.
     „Od twojej rany umarliśmy my wszyscy” – pomyślał, z wysiłkiem patrząc na nieruchomą twarz Sybil. Łzy przesłaniały mu wizję. „To nie była tylko twoja krew. Była po też części
i moja, mamy, taty, naszego rodzeństwa... Krew twojego dziecka… Filiego, a zatem też Kiliego, i Throina, Dis… nas…
wszystkich”.

     Wszystkich, stracił ich wszystkich.
     Nie miał już nic, i to było dla niego zbyt wiele, zbyt wiele do zniesienia…
     Chwycił siostrę za ramiona, jakby była jego ostatnim ratunkiem przed odejściem od zmysłów, po czym podniósł lekko jej tułów, głowę kładąc na przedramieniu. Trzymał Sybil jak małe dziecko kołysane do snu i czekał, aż się obudzi... Bo przecież spała.
     Tak, ona tylko… spała. Odpoczywała.
     Na jej twarzy zastygł grymas cierpienia, lecz błogi uśmiech wykrzywił wargi, jakby duchem znajdowała się w lepszym miejscu. Trochę jakby spała.
     - Obudź się - wychrypiał, nagle stając się niezdolnym do mówienia.
     Nic nie odpowiedziała. Cóż, Sybil od zawsze była śpiochem, a tylko coś bardzo ważnego mogło sprawić, żeby wstała z łóżka wcześnie. Zatem Dorian czekał cierpliwie, aż siostra w końcu się zbudzi.
     Lecz ona uparcie pozostawała nieruchoma, zupełnie jakby… bez życia?
     Życie za życie. 

     Ale to nie mogła być prawda, nie mogła… To się nie mogło zdarzyć. Nie miało prawa zdarzyć. Dorianowi nigdy nawet nie przyszło to głowy, że on i siostra mogliby zostać rozdzieleni w… w taki sposób. Przecież od zawsze byli nierozłączni… Zachowywali się tak samo, myśleli tak samo, nawet ich serca biły w tym samym rytmie…
     Chłopak przyłożył głowę do piersi siostry i nasłuchiwał.
     Oddałby wszystko, by nie usłyszeć tej ciszy.
     Nie… Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe. NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE.
     To jedno słowo wzrastało w nim, przybierało na sile, opanowywało razem
z rozpaczą, 
zastępowało bicie serca Sybil…
     Dorian zwariował. Słyszał w głowie okropny krzyk. To był… krzyk Kory, kiedy patrzyła na śmierć Brandona... Mama krzyczała i on krzyczał, tak to on krzyczał, kiwając się
w przód i w tył.

     Spojrzał na Sybil przez łzy, a ona pozostawała taka obojętna. 
     - TY TCHÓRZU! – ryknął na całe gardło, potrząsając nią. – MYŚLISZ, ŻE TAK PO PROSTU SOBIE UMRZESZ I MNIE ZOSTAWISZ?!
     I Dorian płakał oraz wrzeszczał jeszcze długo, ogarnięty rozpaczą, wściekłością,
a także bezradnością. Bezradnością, której tak bardzo nienawidził…

     O nie, on tak tego nie zostawi. Sprawi, że Sybil poczuje, jak on cierpiał.  
     Nie wiedział jeszcze jak… ani gdzie…
     Rozejrzał się wokół z lekką dezorientacją. Był pewny, że musiał stąd odejść i zabrać stąd siostrę, tyle, że nie miał gdzie pójść.   
     Dokąd się skierować? Nie miał pojęcia.
     Półprzytomnie spojrzał w górę, jakby oczekując, że odpowiedź zostanie zesłana mu
z nieba. Ujrzał wielkie stado wron i innego ptactwa krążące tuż nad nim. Sprawiały wrażenie, jakby to na niego patrzyły, czekały na jego następny ruch.

     Dorian skrzywił się. Potrzebował… prywatności. Nie chciał robić czegokolwiek będąc obserwowanym, otoczonym przez trupy, przez ich martwe twarze spoglądające na niego. Nic więcej na tym pobojowisku nie może się zdarzyć. To wystarczy.
     Z krótkim kiwnięciem głową oraz mocnym postanowieniem, Dorian podniósł siostrę
z ziemi. Sprawiło mu to wiele trudu.

     "Kiedy ona się zrobiła taka ciężka?"- zdumiał się w myślach. Poczuł niemal zabójcze ukłucie w sercu, gdy odpowiedział sobie, że przecież nie tylko Sybil niesie. Mroczki zatańczyły mu przed oczami i zatoczył się. Palący ból z uda rozprzestrzeniał się na całą lewą nogę, sprawiając, że odmawiała ona posłuszeństwa. Zacisnął zęby, powstrzymując krzyki cierpienia. Każdy krok był koszmarem. Dorian był bliski omdlenia z bólu. Wiedział, że to ostatni moment, kiedy ktoś mógłby skutecznie spróbować go wyleczyć. Chłopak powinien udać się do elfów i prosić o pomoc. Athelas najpewniej załatwiłby sprawę.
      Athelas, królewskie ziele, które w dobrych rękach mogło zdziałać cuda…
     Nie. Athelas zbyt przypominał mu o elfach. O ich cudnych twarzach, głosach oraz uśmiechach. Myśl o athelasie przywracała zamglone wspomnienia szczęśliwych chwil spędzonych w Leśnym Pałacu.  
     Athelas był wykluczony. Teraz nie istniało dla Doriana szczęście.
     Dorian przystanął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się, czym tak dokładnie jest szczęście. Słowo brzmiało mu jakoś obco. Miał wrażenie, że zapomniał jego znaczenia.
     Ale to nieistotne. Świat wokół był pusty. Chciał opuścić to miejsce… pole bitwy, na którym odebrano mu wszystko. Miejsce skalane jego hańbą i tragedią.
     Kiedy dostawał nauki o historii Ardy, dowiedział się, że rasa ludzka zwykła nieświadomie zwracać swe oczy, myśli oraz kroki ku Zachodowi – tam, skąd przybyli. Jednakże Dorian czuł pociąg w zupełnie inną stronę. Skierował się na Wschód. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale coś pchało go w tamtym kierunku. Chłopak znajdował się na skraju wyczerpania, ale w owym natrętnym pragnieniu podążania ku Wschodowi znajdował
w sobie jeszcze energię, nawet na wchodzenie pod górę, gdyż teren wkrótce zaczął się wznosić.

     A zatem gdzieś szedł. To jedyne, co wiedział, co chciał wiedzieć. Ten marsz był cierpieniem, na które zasłużył.  Każdy ruch był piorunującym bólem, ostrym, oślepiającym białym światłem.
     Kolejny krok. Jeszcze jeden. I następny. Potem, będąc już bliski utraty przytomności, Dorian pozwalał sobie na chwilę oddechu. Później męka powtarzała się znowu. I znów.
I znów. I raz jeszcze.

     Ból był już nie do zniesienia.
     Ból jest twoim przyjacielem. Dzięki niemu wiesz, że żyjesz.
     Zatrzymał się na moment, marszcząc brwi. Ktoś kiedyś mu to powiedział… ale kto, tego już nie pamiętał.
     Potrząsł głową i rozejrzał się wokół. Zamrugał z zaskoczenia, odkrywszy, że naokoło panował mrok.
     Ponadto zdumiał się, gdy zauważył, że kroczył już po płaskiej ziemi. 
Zaszedł dosyć daleko. Dorian niewiele mógł dojrzeć w ciemności, ale nawet nie musiał spoglądać w lewo, by nie zdać sobie sprawy z obecności potężnej Samotnej Góry. Nadal była pełna smoczego jadu.
     Chłopak zadrżał, gdyż dopiero teraz, na pustkowiu, odczuł, jaka wrogość biła od otaczającej go krainy. Ta świadomość niemal zwaliła go z nóg.
     Był słaby, musiał odpocząć.
     Usiadł na ziemi, siostrę ostrożnie kładąc przed sobą.
     Zewsząd napierała na niego ta okropna cisza oraz nienaturalny spokój.
     Był sam.

     Nie wiedział, co ze sobą począć. Nie miał już energii, by iść.
     A więc… zostać?
     Pokręcił głową.
     Jak mógłby tak po prostu zatrzymać się tutaj? I… zostawić Sybil? Żyć dalej bez niej…
     To przecież nie było możliwe.
     Nie dla niego…
     A jednak ona miała czelność odejść… Dlaczego?
     Kiwał się w przód i w tył, z oczami wpatrzonymi w dal.
     - Dlaczego mnie zostawiłaś? – zastanawiał się na głos. – Czy chodzi o coś, co zrobiłem, powiedziałem? A może… o to, czego nie powiedziałem?
     Ale Sybil tylko milczała, uparcie tak jak zawsze, kiedy sobie coś umyśliła.  Nie znosił tego jej niemalże krasnoludzkiego uporu. Czasem go to niezwykle denerwowało.
     - Odpowiedz mi! – wysyczał wściekle. – Odpowiedz! Czy coś zrobiłem nie źle? Czy czegoś nie zrobiłem?
     Ona nic nie odparła.
     - Ach, zatem wybierasz milczenie – warknął. Wpatrywał się w nią intensywnie, lecz ona zdawała się nie czuć na sobie jego spojrzenia. Oderwał wzrok od jej twarzy, tylko na moment, bo on już nie mógł… tego znieść… jej twarz była blada, tak chorobliwie, trupio blada. Nie mógł na nią patrzeć, a tak jak zawsze gorąco tęsknił za jej widokiem, teraz nie potrafił wytrzymać… widzenia jej tak bardzo…
     Martwej.  

     Sybil nie żyje, nie żyje, nie żyje… NIE …
     Nie mógł złapać tchu, kręciło mu się w głowie i miał gorączkę. Powoli odchodził od zmysłów, a to wszystko przez…
     Spojrzał na Sybil z furią i ryknął:
     - JAK MOGŁAŚ MI TO ZROBIĆ, JAK MOGŁAŚ MNIE ZOSTAWIĆ?! NIENAWIDZĘ CIĘ, NIENAWIDZĘ, SŁYSZYSZ?!  TCHÓRZ, ZDRAJCZYNI, MORDERCZYNI!
     Zabiła dziecko. Zabiła własne, nienarodzone dziecko.
     Zdradziła go, stchórzyła. Zostawiła go samego. Kłamała. Mówiła, że nigdy tego nie zrobi. Przyrzekała na wszystko i złamała swoje śluby.
     A czy ty jesteś bez grzechu, Stauki?

     Poczucie winy nagle spadło na niego, przygniotło niczym lawina.
     Myślami cofnął się wstecz, do wydarzeń na bitwie i zrozumiał…
     Całe to nieszczęście, ta tragedia… to przez niego. Tak naprawdę wszystko było jego winą.
     Wszystko. Jego. Winą.
     Tak naprawdę to on był kłamcą. Mordercą. Zdrajcą.    
     To
on… On…    
     Dorian drżał.
Jak miał nie ugiąć się pod ciężarem tylu istnień przerwanych, tylu oczu na zawsze zamkniętych i śmiechów na zawsze uciszonych, tych najdroższych jemu samemu… 
     Zrozumiał, że nie było już nadziei, na nic. Skoro, wszystko, co dobre, odeszło ze świata, nic nie skończy się dobrze…   
     Jak miał dalej funkcjonować ze świadomością o konsekwencjach swoich czynów?  

     Nigdy nie zostanie mu wybaczone… Dorian sam sobie nie wybaczy.
     Nigdy. Na wieczność będzie nienawidził siebie za to, co zrobił.
     A wieczność była tak długim czasem.
     Syn Brandona nie przypominał sobie, aby w jego życiu kiedykolwiek zdarzył się mroczniejszy moment. Nie pamiętał bycia pogrążonym w gorszej beznadziei. Ciemność znów go pochłaniała, chłopak zapadał się w niej. Owo uczucie było mu aż nadto znane. Zareagował na nie odruchowo. Mimowolnie, z jego zaschniętego gardła wydobył się cichy, chrapliwy śpiew.


A Elbereth Gilthoniel 
silivren penna míriel
o menel aglar elenath! 

Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath,
Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!

A Elbereth Gilthoniel
o menel palan-díriel,
le nallon sí di'-nguruthos!
A tíro nin, Fanuilos!

A! Elbereth Gilthoniel!
silivren penna míriel
o menel aglar elenath,
Gilthoniel, A! Elbereth!


     Jego pieśń utonęła w ciszy, bez najmniejszego odzewu. Modlitwa do Elbereth nie dała mu żadnego  komfortu. Z tego powodu jego myśli powędrowały do wspomnień dobrych czasów, a on nie miał nad tym kontroli. Przypomniało mu się wiele miłych chwil spędzonych w Ettinor, a także w Mrocznej Puszczy pod opieką elfów…
     Nieświadomie zasięgnął pamięcią do dnia, kiedy Sybil dostała łuk od Belega…
     Bolało.
     To uczucie jakby uderzono go czymś w twarz przywróciło Doriana do rzeczywistości. Na wpół oszalałe spojrzenie chłopaka spoczęło na siostrze i na strzale wystającej z jej łona.
     Nagle ogarnęła go nieopanowana wściekłość na widok tej… tej orkowej … drzazgi.
     Jeden strzał, jedno brzdękniecie cięciwy,  moment krótszy od mrugnięcia okiem obrócił w niwecz tak wiele.
     Dorian skrzywił się z furią, po czym z determinacją przystąpił do wyjmowania strzały
z podbrzusza Sybil drżącymi dłońmi. W trakcie owej czynności wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki złości i obrzydzenia zarazem. Starał się nie myśleć o tym, że grot przebił nie tylko ciało jego siostry. Że teraz, kiedy go usuwał, grot przechodził także przez…
     Wkrótce Dorianowi udało się dopiąć swego. Chłopak uniósł zakrwawioną strzałę na wysokość oczu i przyjrzał jej się, po czym cisnął drzazgę jak najdalej od siebie z okrzykiem odrazy. Później dyszał ciężko przez kilka minut, próbując opanować napady nudności.
     Gdy wreszcie uspokoił się odrobinę, znów patrzył na Sybil.
     „Zginęła od własnej broni” – pomyślał gorzko. „Oddała życie w obronie najbliższych”.
     Umarła zupełnie jak ich matka.
     Uświadomienie sobie tego faktu to było więcej niż Dorian mógł znieść. Głowa już bolała go od płaczu, ale mimo to z jego oczu wypłynęły rzewne, palące łzy.

     Nie wszystkie łzy są złe, tak?  Nie, nie te łzy, które właśnie ronił. One były jedynymi, których nigdy by nie mógł znieść. Nie zniesie tych łez. Nie zniesie płaczu po umarłej Sybil.
     A jednak one wciąż płynęły, nieustannie skapywały mu z policzków, parząc skórę jak trucizna, po czym wsiąkały w ziemię. Kiwał się w przód, w tył, w przód, w tył, nieustannie trząsł się oraz szlochał, a od płaczu zachrypł mu głos w zaschniętym gardle. Ból głowy doprowadzał go do szału i niech to już…

     „Przestań”.
     Niech to po prostu… przestanie. Miał już dość. Serdecznie dosyć bólu fizycznego oraz psychicznego, miał po uszy cierpienia oraz straty, i tego uczucia w sercu, jakby zostało ono rozerwane na kawałeczki prze utratę ukochanych osób…
     - Zabierz to ode mnie, zabierz - łkał, szepcząc maniacko. Jego głowa była bliska eksplozji z bólu... jak wszystko. Napadło go odczucie, że ten ból zaraz rozsadzi go od środka…
     - Nie – wymamrotał półprzytomnie. – Nie, Thorinie – wyjąkał z trudem, a palące łzy płynęły mu po policzkach. – Ból nie jest moim przyjacielem.
     To go wyniszczało, a Dorian już doprawdy, doprawdy nie miał siły. Nie miał siły z tym walczyć.
     Był wyczerpany.
     Stracił Sybil, która w jakiś sposób zdawała się być jego siłą życiową. Był słaby bez niej. Za słaby.
     Zerknął na siostrę, ale ujrzał tylko martwe ciało. Jego siostra już nie istniała wśród żywych.
     Dorian gwałtownie odwrócił wzrok od trupa i odczołgał się na odległość paru kroków. Zakręciło mu się w głowie. Dostał napadu silnych nudności. Po chwili zwymiotował resztkami czegokolwiek, co miał w żołądku. Później padł na ziemię, pozbawiony nawet krzty energii. Jego ciałem wstrząsały lekkie konwulsje, bardzo też chciało mu się pić. Bezradnie rozejrzał się wokół, lecz oczywiście w pobliżu nie znajdowała się ani kropla wody. Chłopak jęknął boleśnie, po czym z najwyższym trudem podniósł się i powoli poraczkował z powrotem tam, gdzie od zawsze było jego miejsce. U boku Sybil. Położył się przy niej i, dysząc ciężko po ogromnym wysiłku, patrzył w niebo, nic nie widząc, przytłoczony beznadzieją.
     Co miał ze sobą zrobić?
     Był zupełnie sam, otaczała go cisza. Osaczony pustką. Nie chciał tego. Chciał pozbyć się napierającej na niego ciemności.
     Były na to sposoby?
     Chyba czytał gdzieś o tym… o spaczonej przez Morgotha religii płomienia Anoru,
w istocie będącą czarną magią, która obiecywała zwycięstwo nad Łaską Ilúvatara
w zamian za odpowiednią ofiarę…
     To prawda, Stauki…
     Były sposoby.
     Życie za życie.
     Jego ręka mimowolnie powędrowała w kierunku sztyletu od Erlonda, który miał uczepiony u pasa.
     Wyjął ostrze z pochwy i przyjrzał się mu, zachwycając się nad sposobem, w jaki połyskiwało w mroku nocy. Klinga była piękna, zabójczo piękna… tak cudnie, kusząco ostra… kojąco zimna…
     Niczym balsam na jego rany. Wszystkie jego rany.
   
     Dorian przestał oddychać na moment, jego ciało znieruchomiało, a palce spoczęły na ostrzu, w które wpatrywał się intensywnie przez czas jakiś. Potem przyjrzał się pochwie sztyletu, muskając klejnoty układające się w płomienie umieszczone na jej krańcach.

     Iskra.
     Ozdobne kamienie na pochwie sztyletu Sybil wyglądały jak wiatr.
     Ostatni Powiew.
     A jego miecz w istocie okazał się być dann hen morn... 
     Dorian niemal zaśmiał się z przekąsem.
     Skoro nie ma Ostatniego Powiewu, nic już nie podsyci Iskry.
     Najwyraźniej takie przeznaczenie zostało dla niego wybrane.  
     Ale czy byłby w stanie…?
     Zmarszczył brwi, zastanawiając się głęboko.
     Czy tego naprawdę by chciał? Czy czegoś takiego pragnęliby dla niego jego matka, ojciec, jego Słońce, król, bracia, no i siostra?
     Serce mówiło mu, że to jedyny sposób, w jaki powinien skończyć. Niegodnie, w hańbie. W głębi duszy wiedział, że to jedyna rzecz, która mu pozostała. A jednak bał się. Był przerażony. Potrzebował osoby, która dodałaby mu otuchy, pocieszyła… Że po wszystkim będzie dobrze, lepiej.
     Nie było jednak przy nim nikogo. Nikogo prócz…
     Dorian po kilku próbach dał radę podnieść się do pozycji siedzącej. Potem wziął Sybil
w ramiona i przytulił się mocno do jej zimnego, sztywnego ciała.
     - Wróć do mnie – powiedział, jakoś nieśmiało ważąc się na błagalny ton. – Wróć do mnie, melda neth. Wróć do mnie, proszę. Sybil, proszę… wróć do mnie. Obiecałaś być przy mnie.
     Ale przecież jego siostra nie była jedyną, która nie dotrzymała obietnicy. On sam złamał słowo, nie dotrzymał przysięgi, zawiódł ją… I to przez niego, cała tragedia była jego winą… Gdyby nie jego żądza zemsty, tak wiele istnień by przetrwało… A Sybil…
     - Sybil – załkał znów, cichutko. Nieskończoną ilość razy wymawiał to imię na nieprzeliczoną ilość sposobów, lecz teraz dotarło do niego, jak bardzo kochał owo słowo. – Wróć do mnie, bo inaczej ja pójdę do ciebie.  – Nie brzmiało to jak pogróżka, tak jak zamierzał, a tylko umęczony lament. – Wróć do mnie, bo… bo jak nie, to ja… ja to skończę.
     Może tego właśnie potrzebował… tak, on naprawdę tego potrzebował. Końca. Nie dany mu on został przez Los… więc sam go sobie weźmie. Koniec bólu. Koniec pustki. Koniec strachu. Wszystko przeminie…
     „Boe naid bain gwannathar, boe cuil ban firitha” - w Rivendell często to powtarzano,
i choć było to samą prawdą, on nigdy nie lubił myśleć w ten sposób, lecz teraz przyniosło mu to odrobinę ukojenia. Taka była kolej rzeczy, musiał temu zaufać.
     - Ú i vethed, nâ i onnad - wyszeptał, patrząc w nocne niebo.
     Mimo owego niewielkiego pocieszenia, Dorian bał się tego, co miało zaraz nastąpić. Panicznie obawiał się mimowolnie ogarniającego go chłodu Śmierci.
     Tak, musiał z tym skończyć, nawet jeśli nie miał pewności, czy znajdzie w sobie wystarczająco energii na owy czyn.
     Mój biedny chłopcze… jesteś taki młody… Tak okrutnie młody… Siła i wiek twego ducha znacznie przerasta wiek oraz możliwości twego ciała… Jesteś w nim więźniem… Ale ty masz, masz siłę, by się uwolnić.
     „Nie jestem twój” Dorian odparł z odrazą. „Robię to dla Sybil”.
     Dla niej wszystko.

     Dygocąc agonalnie, starannie położył ciało siostry na ziemi, po czym dźwignął się na klęczki.
     „Ae ú-esteliach nad, estelio veleth”.
     To wystarczyło.
     Wycelował sztylet w klatkę piersiową.
     Cztery…
     Do końca życia bez Sybil wcale nie musi być tak długim czasem…
     Trzy…
     Ostrze było takie zimne, tak zimne… było tak pewną śmiercią …
     Dwa…
     Jego miłość do siostry była od niej silniejsza, zaraz to udowodni.
     Jeden…
     Siedem Gwiazd Elebereth odbiło się w klindze.
     - A! Elbereth! - wykrzyknął.
     Ręka nawet mu nie drgnęła, kiedy z całej siły wbił ostrze prosto w serce.
     Chłopak wrzasnął na doznanie śmiertelnego pocałunku stali.
     Padł na twardy grunt tuż obok siostry, ściskając ją za rękę, a w drugiej dłoni nadal trzymał sztylet.
     Świat wirował. Dorian poczuł się nagle niezwykle lekki, jakby ulatywał w przestworza,
a jednocześnie zapadał się w ciemność, która w końcu wygrała i pochłonęła go na zawsze.

***
     Kilka dni później pewien wędrowiec przechodził tamtędy, nieopodal zbocza Samotnej Góry. Zobaczył niepochowane martwe ciała dwójki młodych ludzi i jego serce ścisnęło się
z żalu na widok ich splecionych dłoni. W litościwym hołdzie ułożył stos kamieni na trupach Doriana i Sybil, tworząc kurhan. W zamian za tę przysługę odebrał im sztylety od Elronda oraz wszelką broń, jaką mieli przy sobie, po czym ruszył dalej w świat.
     Grobowiec rodzeństwa został szybko porośnięty przez mech, a później soczysto zieloną trawę. Naokoło wyrosły drzewa, tworząc idealny okrąg strażników, który po niedługim czasie powiększył się do rozmiarów lasu. Miejsce ich spoczynku stało się odosobnione. Szmer strumienia, który wybił nieopodal i z dwóch stron opływał grób, jak również śpiew ptaków, brzmiały tam zawsze słodko, wzruszająco, zarazem niewypowiedzialnie smutno. Drzewa szeptały dziwne rzeczy, ale nie dotarł tam żaden z tych, którzy potrafiliby te ciche słowa zrozumieć, zanim wszyscy odeszli ze świata. Każdy zaś, kto tam trafił, od razu zauważał tajemniczą roślinę, która oplotła mogiłę - drobne, liczne, białe kwiaty. Sekretem pozostaje jak symbelminë zakorzenił się w tamtym miejscu, które wkrótce nazwano Kręgiem Smutku.
     Lecz to nie koniec historii Doriana i Sybil oraz ich przodków, gdyż dzieje zawsze znajdą sposób, by zatoczyć koło, niemające początku ani końca. Przetrwał jeszcze jeden ślad istnienia tych ludzi, który odcisnął swoje piętno na świecie bardzo wyraźnie, a Życie za życie znalazło swoją kontynuację w innym życiu.  


______________________________

Sindarin:
- Sereg - Blood - 
Krew 

- Boe naid bain gwannathar,
 boe cuil ban firitha - All things must pass away, all life is doomed to fade - Wszystkie rzeczy muszą odejść, każde życie jest skazane na przeminięcie
- Ú i vethed, nâ i onnad - This is not the end, it is the beginning - To nie jest koniec, to początek 

- Ae ú-esteliach nad, estelio veleth - If you trust nothing more, trust love - 
Jeśli nie ufasz niczemu 
więcej, zaufaj miłosci

Khuzdul/ Quenya/ Czarna Mowa: 

- Dumû/ 
Yár/ Gijak - Krew 

Pisanie tego rozdziału było chyba najtrudniejszym wyzwaniem, z jakim musiałam się zmierzyć w trakcie pisania całej tej przeklętej fanfikcji. Z całych sił odwlekałam dodawanie choćby jednego nowego zdania.  


Mam teraz drobne wrzuty sumienia dotyczące tego, w jaki sposób postąpiłam z Dorianem. Sybil jakoś nigdy nie było mi bardzo szkoda. 

Być może to był mój największy problem. 

Ale w końcu mam to wszystko za sobą.

Jak dla mnie, Dorian nie mógłby skończyć inaczej. 

I to nie jest koniec całej historii... To dopiero początek. 

Chociaż pod powyższym rozdziałem nie ma magicznego napisu "KONIEC" to można
w pewien sposób 
traktować go jako zakończenie historii o Dorianie i Sybil, tych draniach, przez których nie wysypiam się od bitego półtora roku. Następny rozdział jest przejściem między "Życie za życie" a "Peryár" i należy do obu opowieści. Dlatego też postanowiłam, że wyjaśnienia, dlaczego sprawy potoczyły się tak a nie inaczej, oraz moje uwagi dotyczące paru innych rzeczy, a także ogromne podziękowania, które należą się niektórym osobom, znajdą się dopiero w poście opublikowanym po kolejnym rozdziale. 

środa, 17 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 1

WOW, wstawiam posta! Czyżby to był wielki powrót?
Nie, raczej nie.
Rozdział 11. okazał się być ogromny, więc postanowiłam rozdzielić go na dwie części. Pierwszą część wstawiam teraz, a drugą za tydzień. 
"Życie za życie" zostanie skończone przed rozpoczęciem wakacji! Nareszcie!
W lipcu żaden post się nie pojawi, gdyż praktycznie w ogóle nie będzie mnie w Polsce. Myślę, że w sierpniu również nic nie udostępnię, bo wtedy rozpocznę powtórkę materiału do matury. I potem nadal nic. Także bardzo możliwe, że posty, które ukażą się w czerwcu, będą tak naprawdę ostatnimi przed prawdziwym zawieszeniem ,,działalności" bloga na czas nieokreślony.
Ok, a teraz ostrzegę, że w poniższym tekście znajdziecie jeszcze więcej ars moriendi, rozpacz, szaleństwo, ból, łzy, wprost emocjonalny kuźwa rollercaster, i ja już nie wiem co. Ja już nie wiem. Jestem zmęczona. Nie miałam głowy do pisania czy odpowiedniego przyłożenia się do tego rozdziału. Historia w nim przedstawiona równie dobrze mogłaby potoczyć się kompletnie inaczej - o wiele, wiele prościej. Jednakże zakończenie, jakie spotkało Doriana, wyznaczyłam sobie za wyzwanie. Miałam wiarygodnie opisać go przyjmującego razy od Losu, jakich nie zniosłaby prawdopodobnie żadna istota ludzka, a już z pewnością nie szesnastolatek, nawet jeżeli wyrośnięty 
i dojrzały jak na swój wiek. Ostatecznie jednak wyszło mi chyba coś w stylu ,,Ciepień młodego Doriana".
Cóż, przeczytajcie i oceńcie sami. 
_____________________________

     - Pokażcie mi ich twarze. 
     - Dorianie… - Balin szepnął ze smutkiem. 
     - Pokażcie mi ich twarze! – ryknął, a wszyscy wokół aż się wzdrygnęli. 
     Balin westchnął drżąco i powoli pochylił się nad ciałami książąt. Dorian patrzył niczym zahipnotyzowany, jak syn Fundina niespiesznie odwijał chusty z głów Filiego i Kiliego. Ich oblicza odsłaniały się kawałek po kawałku, podczas gdy Dorian potrafił jedynie gapić się bezradnie na każdy cal ich twarzy. 
     Chłopak nagle odczuł potężną chęć ucieczki, a jakiś ostrzegawczy głos rozdzierał go od środka.
     - Uciekaj – głos krzyczał. - Uciekaj, uciekaj, uciekaj! Tu nic nie ma, tu już nic nie zostało, uciekaj! 
     Dorian zapragnął być daleko stąd, daleko, gdziekolwiek, byle nie tutaj – tutaj, gdzie złożono tyle trupów. Tutaj, gdzie świat jawił się w całym swym okrucieństwie. Tutaj, gdzie niezliczone więzy przyjaźni, miłości i krwi zostały na zawsze zerwane. Tutaj, gdzie Fili i Kili leżeli… 
     Martwi. 
     Ciche łzy spływały mu po policzkach, kiedy stał jak posąg nad ciałami swych braci, spoglądając nań chciwym wzrokiem. Dokładnie przyglądał się wszystkim szczegółom ich wyglądu. Miał wspomnienia związane z czesaniem ich włosów i nauką plecenia warkoczy. Ze sposobem, w jaki marszczyli brwi albo, jak układały się zmarszczki w kącikach ich oczu, gdy się śmiali. Doskonale pamiętał ich tęczówki, które czasem zdawały się zmieniać kolor w zależności od emocji. Pamiętał, jak kręcili nosami, będąc niezadowolonymi, a ponad wszystko przypominał sobie uśmiechy tej dwójki. Nadal mógł usłyszeć ich wspólny śmiech w myślach. Wciąż pamiętał, jak kłócili się na temat najlepszych ubrań czy broni. 
     A zatem przywoływał te wspomnienia, wszystkie po kolei. Katował się nimi. Porównywał to, jak wyglądali, kiedy żyli, z tym, jak widział ich teraz. Każda kolejna myśl była biczem. Każde kolejne wyobrażenie „co by było, gdybyś nie zawiódł” stawało się potężnym ciosem. Dorian karał się, zadawał sobie ból. Jakaś najgorsza, najmroczniejsza część jego samego czerpała z tego pewien rodzaj przyjemności. Upajał się w cierpieniu,
w upadku, w poczuciu winy. Jakiś najbardziej obrzydliwy skrawek jego duszy mruczał
w grzesznej rozkoszy nienawiści na samego siebie. 
     Umarli przez ciebie… spójrz, coś narobił… - To On szeptał. – Spójrz na ich twarze. Są martwe. Są martwe, bo skupiłeś się na własnych porachunkach, a nie na swej misji… Patrz na to! Złamałeś dane słowo, więc patrz i cierp!  Hrizg, Stauki … hrizghai, Stauki zoob… 
     Dorian uparcie skierował wzrok przed siebie, przez co otrzymał jeszcze boleśniejsze razy. Pod naporem Jego ciosów usiadł na ziemi. Kulił się i krzywił od psychiczno-fizycznego cierpienia. Jak przez mgłę słyszał zaniepokojone okrzyki krasnoludów, lecz je ignorował. Pragnął jedynie ciosu ostatecznego, który pogrążyłby go w mroku. Po bitwie tak wiele istot nie ujrzy światła nigdy więcej, ale jego ciemność nie pochłonęła. Chłopak poczuł się przez to jak zwycięzca. Nie został do reszty złamany.   
     Tryumfalny uśmieszek wykrzywił jego usta, a Dorian jeszcze nigdy tak się sobą nie brzydził. Chłopak poczuł się w tamtym momencie tak podły, zdrożny, nikczemny, tak bardzo zły. Stał się nie lepszy od wrogów, którymi tak gardził – okazał się być żądną zemsty maszyną do zabijania.                  
     Mordował, lecz śmierć nie została mu dana, gdyż byłaby ona jedynie łaską. Przecież zdrajca nie miał prawa umrzeć w bitwie, jak szlachetny wojownik. 
     Spojrzenie Doriana znów spoczęło na wykrzywionych obliczach Filiego i Kiliego. 
     - Pewnie mieliście cholernie szlachetną śmierć, co? – ciche słowa młodzieńca zabrzmiały gorzko.
     Dokładnie w tamtej chwili go olśniło. Owa myśl uderzyła Doriana niczym grom
z jasnego nieba. 
     Szlachetna śmierć.
     Sybil nie zniosłaby żadnej innej. 
     Usłyszał głęboki chichot, jakby odgłos zwycięskiej uciechy wydany przez osobę będącą zawsze dwa kroki przed tobą. 
     Dorian znieruchomiał, sparaliżowany lodowatym przerażeniem rozlewającym się po jego ciele. Miał wrażenie, że ożył w nim jakiś stwór, który powoli ujmował jego ciało oraz umysł w żelazny uścisk potężnego, zwierzęcego strachu. Jego serce zaczęło bić niemal zabójczo szybko, a ręce się trząść. Chłopak cały dygotał, jakby został przygnieciony horrorem realizacji, że... to przeczucie, od którego starał się uciec, prawie na pewno było prawdą. Dorian tak naprawdę doskonale wiedział, od momentu zakończenia bitwy czuł, że Sybil… 
     - Nie. 
     Dźwięk, który chłopak z siebie wydał, nawet dla jego własnych uszu zabrzmiał jak czysta rozpacz. 
     Już cię złamałem, Iskro. 
     Młodzieniec zaszlochał, kryjąc twarz w dłoniach. To wszystko zdawało się być jednym wielkim koszmarem, przedłużającym się złym snem. Tak bardzo chciałby się wybudzić, albo chociaż mieć siłę wstać z ziemi i uciec...
     Czyjaś dłoń delikatnie spoczęła na jego ramieniu. 
     Dorian uniósł głowę i zajrzał Balinowi prosto w oczy. Wzrok krasnoluda był bardzo zmartwiony, a zarazem ciepły oraz przyjazny. Migotały w nim iskierki zrozumienia, współczucia. Syn Fundina rozumiał ból i stratę Doriana, ale… Widać było po nim, że miał na myśli jedynie Filiego i Kiliego. Sybil w ogóle nie brał pod uwagę. Jakby… nie, oczywiście, że była możliwość, iż Dorian się mylił. Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że jego siostra mogła nie… 
     - Chłopcze – łagodny szept Balina wyrwał go z jego szaleńczych rozważań. 
     Dorian zamrugał, wracając myślami do rzeczywistości. Otworzył usta, ale z jego gardła nie wydobyły się słowa. Chłopak westchnął drżąco, po czym starał się uspokoić oddech przez czas jakiś. Balin cierpliwie czekał, nie zdejmując ręki z ramienia Doriana.
     - Kto… kto ich tu przyniósł? – wychrypiał chłopak w końcu. 
     Przez oblicze Balina przemknął cień, po czym krasnolud odparł: 
     - Beorn. 
     Dorian pokiwał głową ze zrozumieniem. 
     - Wiesz, gdzie go znajdę? – spytał. 
     - Pewnie nadal pomaga znosić rannych z pola bitwy. – Balin zmrużył oczy. – Dlaczego chcesz go odszukać? 
     - Muszę się coś od niego dowiedzieć – odparł i dźwignął się na nogi chwiejnie. Potem zaczął się oddalać najszybciej, jak mu na to pozwalało obolałe ciało. 
     - Dorianie! – krasnolud zawołał za nim. 
     Młodzieniec odwrócił się i spojrzał na Balina. 
     - Wybacz mi – rzekł z powagą, a sekundę później znów szedł w swoją stronę, nie oglądając się za siebie. 
     Te dwa słowa wypowiedział szczerze z całego serca. Nie wiedział nawet dlaczego akurat tego starego wojownika poprosił o wybaczenie za wszystkie swoje grzechy, lecz nie poświęcił temu więcej zastanowienia. Wolał zająć się odszukaniem siostry. Aby to uczynić, potrzebował jednej informacji od zmiennoskórego. Sybil mogła znajdować się tylko tam, gdzie spełnił się najgorszy scenariusz, a Beorn z pewnością znał dokładne położenie tego miejsca. 
     I mimo że Dorian był ranny oraz na skraju wyczerpania, to znalazł w sobie nową determinację. Nie zajmował myśli całym kalejdoskopem emocji, które odczuł w ostatnich minutach. Skupił się jedynie na tym, że nadzieja wciąż żyła. 
     „Nie, jeszcze mnie nie złamałeś” – pomyślał z satysfakcją, już znacznie mniej mroczną.

***
     Nie wiedział dokładnie, co się z nim działo po tym, gdy dowiedział się o śmierci Dziedziców. Zgadywał, że pałętał się gdzieś bez celu. Przed oczami przesuwały mu się liczne twarze oraz sylwetki, a o wykonywanej przez niego czynności chodzenia świadczył palący ból w nodze. Jedyne, co czuł więcej, to jego policzki wciąż mokre od łez. Zapewne długo trwał w tym dziwnym stanie otępienia, lecz nie potrafił dokładniej określić, ile czasu tak upłynęło. Przytomność umysłu przywrócił mu dopiero krzyk:
     - Daro, Alagos! Alagos! 
     Stanął jak wryty. Od bardzo dawna nie zwrócono się do niego w ten sposób. Zerknął
w stronę wołającej go osoby, by ujrzeć Hirlina żwawo idącego w jego kierunku. Dorian odwrócił się na pięcie i zaczął oddalać się jak najspieszniej. Nie miał ochoty na jakiekolwiek rozmowy czy czyjekolwiek pytania.
     -
Dartha! – usłyszał krzyk elfa, już z bardzo bliska.
     Ręka Hirlina zacisnęła się na jego ramieniu, powstrzymując go przed dalszą ucieczką. Dorian zamknął oczy, wzdychając ciężko. Nie miał siły na to, co nadchodziło. Jego ciało całe zwiotczało, spięte ramiona opadły. Chłopak wziął kilka głębokich oddechów, starając się opanować ogarniające go nudności. Trucizna już dawała o sobie znać. Nie chcąc o tym myśleć, powoli uniósł powieki i zobaczył zmartwionego Hilrina tuż przed sobą.
     -
Le minui.– Elf zmarszczył brwi. – I van Abgerdhil?
     Miał wrażenie, że poczuł cios w twarz na dźwięk elfickiego imienia siostry. Nie był
w stanie nic odpowiedzieć.
     -
I van nîtheg? – dopytywał Hirlin, zniżając głos do zaniepokojonego szeptu.
     Dorian z trudem przełknął ślinę i zwilżył wyschnięte na wiór wargi, lecz milczał, ze smutkiem wpatrując się w twarz elfa.

     - Alagos? – Hirlin brzmiał na bardzo przejętego.
     - Nîth nín ú-inev – odarł w końcu, tonem zaskakująco obojętnym.
     Najlepszy tancerz Mrocznej Puszczy zamrugał z niedowierzaniem.
     - I van he?
     Chłopak wziął głęboki oddech.
     -
Goheno nin, Hirlin – jakimś sposobem Dorian opanował załamujący się głos. - Ú-iston.
     Elf zdumiał się wielce.
     - 
Am man?
     Dorian nie mógł już znieść owego natłoku pytań. Zrobił krok w tył, na wpół świadomie chcąc wycofać się z tej sytuacji, ale wtedy jego nogę przeszył niemal oślepiający ból. Skrzywił się, z całych sił próbując nie krzyknąć. Potem zatoczył się, a świat wokół zawirował i nagle Dorian siedział na ziemi, przyciskając dłonie do rany na udzie. Mocno zamknął oczy i zacisnął zęby, starając się nie myśleć o bólu.
     -
Boe de nestad! – krzyknął Hirlin.
     -
Ǔ! – jęknął Dorian, jednakże kilka elfów już zaczęło się krzątać wokół niego. Na ramiona narzucono mu koc, w dłonie wciśnięto kubek z wodą.
     –
Baw! – zaprotestował głośno. – Ego!
     Z jego sprzeciwu nic sobie nie zrobiono. Ktoś nawet rozpoczął oczyszczanie zadrapań na jego czole. Wtedy chłopak zaczął wyrywać się i wiercić, a w końcu zerwał się na równe nogi, z najwyższym trudem utrzymując równowagę.
     - Nie dotykajcie mnie – wysyczał, rzucając otaczającym go sanitariuszom ostrzegawcze spojrzenie. Oni, po chwili niepewnego stania w miejscu, mimo wszystko zbliżali się do niego powoli. Dorian poczuł się osaczony i bez dalszego pomyślunku dobył sztyletu, po czym przykucnął lekko, przybierając pozycję obronną.
     - Nie. Dotykajcie. Mnie – warknął, wyszczerzywszy zęby.
     Elfy zamarły w bezruchu, oniemiałe z zaskoczenia. Dorian zmrużył oczy podejrzliwie. Co je tak dziwiło? Przecież był zhańbiony. Był zdrajcą i mordercą, brudnym oraz zepsutym. Nie chciał, żeby elfy zostały splamione przez dotknięcie go.
     - Dorianie… - Hirlin ostrożnie wystąpił naprzód, ręce unosząc w pokojowym geście. – Znajdujesz się w stanie pobitewnego szoku, rozumiemy to. Może ci się wydawać, że nie potrzebujesz pomocy, ale tak nie jest. Musisz poddać się opiece...
     - Przecież uważałem na lekcjach Gilraen o lecznictwie – chłopak przerwał tancerzowi
z prychnięciem.
     - Zatem wiesz, że najrozsądniej będzie zrobić tylko jedno – odarł elf. – Poddaj się.
     - Nie! – Dorian zaprzeczył uparcie, unosząc sztylet wyżej. – Już wystarczająco pomogliście, za co jestem wdzięczny. Rany dam radę opatrzyć sobie sam.
     - Doprawdy? – Hirlin uniósł brwi z powątpiewaniem, po czym zbliżył się do Doriana
o kilka małych kroków. – Dlaczego tak się opierasz,
chéneg nín? – przemówił łagodnie,
a w chłopaku coś pękło, gdy usłyszał ten ton. Łzy wezbrały mu w kącikach oczu.
     - Zostań tylko ty, Hirlinie – wyszeptał. – A powiem, co się stało. Niech reszta zajmie się bardziej potrzebującymi.
     Elf nie wyglądał na zachwyconego owym żądaniem.
     - Niektórzy tutaj umierają, im powinna  zostać poświęcona uwaga sanitariuszy – argumentował chłopak, podnosząc głos, ale powstrzymał dalszy wybuch złości. – Ja na nią nie zasłużyłem. – Dorian schował broń, po czym powoli powrócił do normalnej postawy. Spuścił wzrok, nie będąc w stanie na nikogo spojrzeć.
     -
Man agoreg? – spytał Hirlin cicho.
     - Powiem, ale tylko tobie – szepnął Dorian. – Niech inni odejdą. Proszę.
     Odważył się zerknąć na tancerza.
     - Proszę – powiedział błagalnie.
     Wszystkie elfy wokół wymieniły spojrzenia, a potem niechętnie oddaliły się. Dorian usiadł na ziemi z ulgą. Hrilin pojawił się obok niego, narzucając koc z powrotem na jego ramiona, podając mu kubek. Kiedy chłopak brał naczynie w swoje dłonie, palce elfa musnęły jego własne. Wzdrygnął się tylko odrobinę na ten kontakt. Później wypił wodę do dna, czując na sobie ciężar spojrzenia tancerza. Gdy skończył, odłożył kubek i spojrzał na Hirlina niepewnie. Tamten kiwnął głową krótko, a potem rzekł surowo:
     - A teraz wytłumacz się.
     Zatem Dorian opowiedział mu o wszystkim, co wydarzyło się na bitwie. Kiedy skończył, ze wszystkich sił starał się opanować łkanie, a elf wpatrywał się w niego z równie wielkim szokiem co smutkiem.
     - Co zamierzasz zrobić? – spytał Doriana cicho. W jego głosie słyszalny był chłodny dystans.
     Chłopak ukrył twarz w dłoniach, przytłoczony ogólnym wyczerpaniem oraz poczuciem wstydu.
     - Ja… - westchnął. – Nie wiem – wymamrotał.  – Najpierw powinienem odnaleźć moją siostrę, i jeżeli ona mnie nie zamorduje, to potem znalazłbym… Súriona.
    - Súriona? – Hirlin przerwał mu. Coś w jego tonie zaalarmowało chłopaka, sprawiając, że błyskawicznie spojrzał na tancerza. Elf przyglądał się twarzy Doriana przez moment.
     - Och – sapnął Hrilin nagle. – To ty jeszcze nie wiesz…
  

     Młodzieniec znieruchomiał, na nowo sparaliżowany strachem. Nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa, uważnie wodził spojrzeniem po każdym calu poważnego oblicza elfa. Poszukiwał odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie – co się stało z Súrionem?
     Z obawy przed najgorszym ciało chłopaka zaczęło drżeć i przechodziły go lodowate dreszcze. W końcu, nie mogąc wytrzymać niepewności, wyszeptał ochryple:
     - Powiedz mi, Hirlinie.
     Tancerz spuścił wzrok z żalem, westchnął, a później przemówił ponuro:
     - Zwyciężyliśmy, lecz wrogowie nie zostali wybici do nogi. Bardzo nieliczni orkowie
i gobliny zdołali pierzchnąć, zabierając ze sobą jeńców. Zostało pojmanych kilkunastu ludzi
i kilku naszych, o krasnoludach nic mi nie wiadomo. Lavassir wyznał, że był świadkiem schwytania Imlada. Mówi się też, że w niewolę został wzięty również… - elf zrobił pauzę, biorąc głęboki wdech. 
     - Súrion – Dorian dokończył za niego słabym szeptem.
     Chłopak zaszlochał i skulił się. Pragnął schować się przed brzemieniem usłyszanych wieści. Chciał wierzyć, że Súrion zaraz przyjdzie do niego, cały i zdrowy, jak zwykle uśmiechnięty.
     Tak, jego przyjaciel nie dałby się pojmać. Zaraz przyjdzie. A potem bez słowa ujmie Doriana w długi uścisk. I… i jego szaroniebieskie tęczówki będą skrzyły się tak charakterystycznie, a jego długie włosy będą lśniły…

     Dorian gwałtownie uniósł głowę, po czym rozejrzał się wokół, oczekując nadejścia Súriona. W poszukiwaniu przyjaciela chłopak uważnie obserwował otoczenie. Panująca naokoło szaruga nadawała wszystkiemu nijakie barwy, przyprawiając go o mdłości. Każde martwe ciało, ranny wojownik czy rozpaczający żałobnik, każdy z nich wyglądał na skąpanego w szarej obojętności. Rzeczywistość zdawała się teraz jeszcze okrutniejsza, tym bardziej, że Súrion się nie zjawiał. Dorian nieustannie wypatrywał przyjaciela ze łzami wzbierającymi w oczach. Bez przerwy, z wzrastającą desperacją, szeptał imię elfa, jakby to mogło go przywołać.
     Nic jednak nie pomogło.
     Súrion się nie pojawił.
     Dorian w końcu zrozumiał.

     Súrion już nigdy się nie pojawi.
   
     Jego najlepszy przyjaciel odszedł na zawsze i Dorian nie zobaczy go już nigdy więcej. W
ięźniowie goblinów nie wychodzili z niewoli żywi. 
     W tamtej chwili chłopak miał wrażenie, jakby stracił coś na kształt filaru podtrzymującego jedną z podstaw jego życia. Odebrano mu stały punkt zaczepienia, wcześniej niezachwiany. To Súrion miał być tym, który nie puści ich przyjaźni w niepamięć. To Súrion miał być tym, który nie odejdzie nigdy, który będzie trwał u jego boku na zawsze.
     Najmniejsza myśl o tym, że jego najdroższego przyjaciela równie dobrze można było uznać za zmarłego – to było zbyt wiele. Poczuł się za słaby na przyjęcie tego ciosu. Nie było przy nim siostry, a Súriona stracił. Nie miał się na kim wesprzeć. Zakręciło mu się w głowie, w uszach słyszał tylko dzwonienie, brakowało mu tchu, zaś po policzkach spłynęły łzy. 
     -
Alagos! A chéneg! – ktoś nawoływał z oddali. – Słyszysz mnie?! Otwórz oczy! Nie mdlej!
     - Nie – jęknął. – Zostaw mnie… nie mam siły…
     - Masz.
     - Nie dam rady…
     - Dasz.
     To brzmiało tak bardzo podobnie do sytuacji, kiedy leczyła go Gilraen, że Dorian mimowolnie otworzył oczy, by sprawdzić, czy to nie ona. Ujrzał jedynie twarz Hirlina
i załkał.
     Elf trzymał go w ramionach i potrząsnął nim.
     - Chłopcze - powiedział tancerz. – Nie możesz się poddawać! Nie możesz, chociażby ze względu na niego. On nie chciałby, byś rozpaczał. Súrion pewnie powiedziałby, żebyś odnalazł innych i żył dalej.
     Dorian niemal od razu przestał płakać. Zastanowił się nad słowami Hirlina, a po niedługim czasie podniósł się na nogi.
     - Tak – mruknął. – On właśnie tak by powiedział.

     Chłopak zaczął iść z trudem, mając na myśli pamięć o swym przyjacielu.  
     - Gdzie ty się wybierasz?! – wykrzyknął Hirlin.
     - Spotkać się z rodzeństwem – odparł Dorian.
     Później wspólnie z elfem prosili innych ocalałych o wskazówki, jak dotrzeć do książąt. Próbowali także dowiedzieć się czegoś o Sybil, lecz nikt nic nie wiedział.
     Niepokój Doriana o siostrę wzrastał coraz bardziej. Prawdziwie się przeraził, gdy odkrył, że nie było jej nawet przy Filim i Kilim. Ale dokładnie w tamtym momencie ujrzał swoich braci, leżących na ziemi, z chustami na głowach, nieruchomych.

     Hirlin oddalił się wtedy, za co Dorian był mu wdzięczny. Chłopak chciał stawić temu czoła w pojedynkę. Podszedł bliżej i został powitany przez Balina oraz Dwalina, trzymających wartę nad…
     Poległymi.
     Dorian potrząsnął głową gwałtownie, wyrywając się ze wspomnień. Nie mógł sobie pozwolić na wracanie myślami do tamtej chwili, ani do tego, czego dopuścił się potem. 
     Chłopak wkroczył w progi obozu dla rannych, kulejąc ciężko. Osaczyła go potworna kakofonia dźwięków, jakie można spotkać tylko w takim miejscu. Szedł wśród jęków, szlochów, nawoływań i łkań. Ten hałas napierał na niego, sprawiał, że był bliski szaleństwa. Nie był w stanie wydusić
z siebie ani słowa, lecz pragnął krzyczeć…

     Zatrzymał się gwałtownie, gdy powietrze rozdarł wrzask. Dorian myślał, że ten okropny odgłos wydostał się z jego własnego gardła, dopóki jego spojrzenie nie padło na scenę tuż przed nim. Jakiś człowiek potrząsał martwym ciałem drugiego, rozpaczliwie błagając tamtego do powrotu do żywych. Chłopak z bólem oderwał wzrok od tej sytuacji. Rozejrzawszy się wokół, zauważył wielu wojowników z mniej lub bardziej poważnymi obrażeniami. Jakiś człowiek stracił nogę, inny oko, jeden z elfów wróci do Mrocznej Puszczy bez ucha oraz dwóch palców, a ten krasnolud z rozłupaną czaszką chyba już nie oddychał.
     Młodzieniec miał wrażenie, że został niemal powalony na kolana ogromem cierpienia, na jaki spoglądał. Mimo to, nie potrafił przestać patrzeć. Przypatrywał się wszystkiemu coraz dokładniej…
     I wtedy ją ujrzał.
     Ona była jedyną, ostatnią, z którą dzielił coś pozytywnego, coś pięknego. Jakaś niewidoczna siła mimowolnie przyciągała go do niej. Nie był w stanie się temu oprzeć. Wcale nie chciał. 
     Dorian ostrożnie skierował się w jej stronę, uważnie lawirując między gorączkowo krzątającymi się uzdrowicielami, jednocześnie starając się ją obserwować. 
     Sigrid opatrywała bark jakiegoś półprzytomnego mężczyzny. Rana była okropna, głęboka aż do kości, lecz dziewczyna nie wzdrygnęła się ani razu. Dorian był coraz bliżej. Niemal pochylał się nad nią, kiedy skończyła zajmować się swoim pacjentem i podnosiła się z klęczek, dźwigając misę z wodą. Odwróciła się i stanęła z Dorianem twarzą w twarz.
     Spojrzał prosto w oczy Sigrid, w głębię tego błękitu, który, wraz z jej bliskością, potrafił ukoić jego nerwy i zapewnić spokój jak nic innego. Tęczówki dziewczyny mieniły się najróżniejszymi emocjami. W pierwszej chwili widać w niej było wielką radość, połączoną z ulgą i lekkim niedowierzaniem. Kąciki warg Doriana uniosły się, wykrzywiając jego usta w coś na kształt słabego uśmiechu. Szczęście promieniujące z oczu dziewczyny było zaraźliwe. Odstawiła misę na ziemię, po czym rzuciła się Dorianowi w objęcia.
     - Ty żyjesz – wyszeptała.
     Dorian nic nie odpowiedział, a jedynie przytulił ją mocnej, wdychając jej zapach. Ich uścisk trwał długo, lecz Dorian nie liczył czasu, mimo że było mu śpieszno. Upajał się obecnością dziewczyny, która również i teraz miała na niego zbawienny wpływ. Jego oddech zwolnił, a ból złagodniał. Chłopak pragnął nie wyrywać się z tego stanu. Otrzeźwiał jednak, kiedy tylko Sigrid odsunęła się od niego.
     - Bałam się, że już cię nie zobaczę – powiedziała cicho.
     - Nie pozwoliłbym na to – odparł Dorian, delikatnie gładząc ją po policzku.
     Sigrid westchnęła, chwytając dłoń Doriana w swoje własne. Potem zaczęła badawczo wodzić wzrokiem po jego ciele.
     - Jesteś ranny? – spytała.
     - Nie – skłamał.
     Ona sceptycznie uniosła brew, po czym przystąpiła do dokładniejszych oględzin, przyglądając mu się ze wszystkich stron.
     - Dorianie! – wykrzyknęła ze strachem, kiedy dostrzegła ranę na udzie. – Ta rana jest zatruta!
     Chłopak błyskawicznie zasłonił ręką zranione miejsce i odwrócił się twarzą do Sigrid.
     - To nic – burknął uparcie, nie patrząc jej w oczy.
     - Nic?! – krzyknęła. – Dorian, to obrażenie trzeba natychmiast opatrzyć! – Z tymi słowami już brała go za ramiona i usadzała na ziemi. Chłopak wyszarpnął się jej gwałtownie.
     - Nie teraz – powiedział ostro. – Najpierw muszę znaleźć Sybil.
     Sigrid zamarła w bezruchu.
     - Co? – wykrztusiła.
     - Rozdzieliliśmy się na bitwie – rzekł Dorian, wypowiadając to zdanie z najwyższą niechęcią. –
I nie mam pojęcia, gdzie ona jest.
     Dziewczyna milczała przez moment, wyraźnie zszokowana.
     - Nikt z mojej rodziny nie wspominał, by się z nią spotkał – Sigrid powiedziała po chwili. Wpatrywała się w niego ze smutkiem oraz współczuciem, mówiąc to. Zupełnie jakby już przekreśliła szanse jego siostry na…
     - Cóż z tego? – warknął, ale po chwili opamiętał się. Westchnął, zirytowany na swój temperament. – Przepraszam – szepnął słabo. Potem spojrzał dziewczynie w twarz. – Muszę ją znaleźć, rozumiesz? Muszę – powtórzył z desperacją.
     - Dobrze, ale najpierw ja zajmę się twoją raną – odpowiedziała Sigrid nieugięcie.

     Dorian skrzywił się ze złością.
     - Nie – odrzekł hardo. - Nie i koniec. Nie spocznę póki nie odszukam mojej siostry. Żegnaj, Sigrid. – Skinął głową, po czym zaczął się oddalać.
     Dziewczyna niemal natychmiast zastawiła mu drogę.
     - Żegnaj, Sigrid?! – syknęła z groźnym błyskiem w oku, kładąc ręce na biodrach. – Po wszystkim… po tym wszystkim, co się nam wspólnie przydarzyło, przez co razem przeszliśmy, tyle masz mi do powiedzenia?! – Podniosła głos do krzyku. – Żegnaj?!
     Podeszła do niego tak blisko, że stykali się ciałami.
     - A jeżeli  nawet tamta noc nic dla Ciebie nie znaczyła… - powiedziała niebezpiecznie niskim tonem, który załamał się na moment. Dorian już otwierał usta, by zaprzeczyć, ale wściekła mina Sigrid uciszyła go od razu. -
 To ja jej nie zapomnę, nie chcę zapomnieć…
I nie pozwolę Ci odejść,
rozumiesz?!  Nie. Pozwolę.

     Mierzyli się wzrokiem, a w jej oczach płonął ten ogień, zaś znajoma elektryczność praktycznie trzaskała miedzy nimi i, Mahal,  ta dziewczyna kiedyś doprowadzi go do szału takim spojrzeniem…
     Cóż, przynajmniej Sigrid nie miała nic przeciwko, gdy namiętnie pocałował ją w usta
i nie przestawał dopóki obydwoje byli bez tchu. Dorian oparł swoje czoło o jej i próbował złapać oddech oraz opanować się.
     - Sigrid, moja droga Sigrid- wyszeptał. – Błagam cię, zrozum. Nic nie zatrzyma mnie na długo.
     Odsunął się od niej, oplatając jej twarz swoimi dłońmi. Na jej obliczu po raz kolejny malował się sprzeciw.
     - Proszę, zrób to dla mnie i nie próbuj mnie powstrzymać. To by było tylko bardziej bolesne dla nas obojga.
     - Ale…
     Uciszył ją przez położenie palca na jej wargach. Następnie zastanawiał się przez moment, po czym zdjął swój miecz z pleców. Wyciągnął go przed siebie, trzymając przedmiot w obu dłoniach.
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie – rzekł. - Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę.
     Wręczył klingę Sigrid, a ona wzięła ją niepewnie. Dorian przyjrzał się swojemu mieczowi po raz ostatni.
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez – powiedział
z zadumą.
     Jakby na zawołanie, oczy Sigrid zaszkliły się. Dorian uśmiechnął się delikatnie.
     - Nie płacz. – Wytarł łzy z jej policzków. – Jesteś silna.
     Później ucałował ją czule , po czym wyszeptał:
     - Novaer, meleth nín.
 
     I odszedł.
     Nie próbowała go zatrzymać.
     Gdy oddalił się od niej wystarczająco, odważył się zerknąć na nią po raz ostatni. Spojrzał za siebie przez ramię i ujrzał sylwetkę Sigrid, niemal ginącą wśród tłumu ludzi wokół, a jednak jakoś wyraźnie osamotnioną. Dziewczyna stała ze spuszczoną głową, wpatrując się w trzymany przez siebie miecz. Dorianowi przemknęło przez myśl, że klinga wyglądała… właściwie, gdy spoczywała
w jej nie stworzonych przecież do walki dłoniach. 
     A potem odwrócił się, wspomnienie jej widoku zachowując głęboko w pamięci.
     Niedługo później odnalazł Beorna, spacerującego w swojej niedźwiedziej formie po obrzeżach obozu. Kiedy zmiennoskóry dostrzegł Doriana, przybrał swą ludzką postać i dał mu mrożącą krew w żyłach reprymendę za wykradanie mu koni, a widząc przerażoną minę chłopaka, zaśmiał się.
     Dorianowi do śmiechu nie było, nie mógł nawet zdzierżyć tego dźwięku. Po tym wszystkim, co się stało, śmiech był… nieodpowiedni.
     - Beornie – powiedział stanowczo, nie ważąc się jednakże na ukazanie swojego zdenerwowania. – Chciałbym wiedzieć, gdzie dokładnie polegli Throin, Fili i Kili. Czy możesz mi powiedzieć?
     Uśmiech na twarzy ogromnego mężczyzny zblakł natychmiastowo, ustępując miejsca żalowi.
     - Umarli nieopodal strumienia, niecałe pół mili od bramy, przez którą wyszli. Łatwo zauważyć to miejsce, bo krasnoludy rozbiły naokoło jaskrawe sztandary.
     Dorian pokiwał głową, a następnie oddalił się bez słowa. Usłyszał, jak Beorn zawołał za nim, żeby na siebie uważał, lecz nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
     Teraz potrafił skupić się tylko na jednym.
     Przez pobojowisko przedzierało się niełatwo, więc zbliżał się do celu ostrożnie, niezbyt spiesznie. Co więcej, spowalniała go rana w nodze, która znów zaczynała o sobie przypominać. Iść było mu trudno, a na dodatek coraz bardziej ciążył mu strach przed tym, co znajdzie... Te dwa słowa, które budziły w nim przerażenie jak nic innego – „szlachetna śmierć” – tylko one teraz przebrzmiewały mu w głowie. Mękę pogłębiała atmosfera panująca na otaczającym go polu bitwy – królowała grobowa cisza. Otaczało go tyle śmierci, powietrze było nią przesycone. Jedynymi oznakami życia były krzyki wron zbierających się na żer. Poza tym wszystko było martwe. Wzrastał w nim coraz większy niepokój. Znów miał przeczucie, które mówiło mu, że ten umarły zastój wokół nie wróżył nic dobrego.
     Kiedy dojrzał krąg szkarłatnych flag połyskujący w oddali, serce zaczęło kołatać mu się
w piersi, ręce drżeć, nogi miał jak z waty. Zdawał sobie sprawę, że musiał tam iść…
a jednak bał się, bał się tak bardzo jak nigdy wcześniej… ale Sybil tam czekała…
     Tak bardzo za nią tęsknił. Nie widział jej już od wielu godzin. Pragnął przytulić się do niej mocno i szeptać jedno słowo – „przepraszam”. Mówić ,,przepraszam, Sybil, przepraszam”
w kółko, jak mantrę.
     „Wybacz mi, Sybil, wybacz. Gdybym cię nie zostawił, może oni by nie umarli. Może ostatnie żyjące istoty związane z naszym domem w Ettinor, mamą i tatą by nie umarły… wybacz mi, wybacz, wiem, jak ciebie to boli”.
     - Wybacz mi, wybacz…
     Nawet nie zauważył, kiedy zaczął mówić do siebie.
     Znajdował się już bardzo blisko miejsca, gdzie polegli Dziedzice, ale siostry było ani śladu.
     Nie poczuł ulgi, a tylko większy strach. Gdzie mogłaby być jeśli nie tu? Przecież… nie, ona na pewno była gdzieś tutaj. Z rosnącą paniką skanował wzrokiem otoczenie
w poszukaniu jakiejś wskazówki, najmniejszego znaku, czegokolwiek…
     Dorian wrzasnął.

______________________________


No nie zabijajcie mnie, tak, wiem, że w gorszym momencie skończyć nie mogłam.

Po prostu nie byłam w stanie wyznaczyć lepszego miejsca na podzielenie rozdziału na dwie części. 

Część druga ukaże się za tydzień, także spokojnie.

Sindarin:
Uwaga! Zdania, przed którymi postawiona jest gwiazdka, są stworzone przeze mnie i nie dam sobie ręki uciąć za ich poprawność (jeżeli w ogóle możemy o takowej mówić
w stosunku do nieistniejącego języka).
- Alagos - sindarińska wersja imienia Dorian
- Abgerdhil -
sindarińska wersja imienia Sybil

- Daro, Alagos! - Stop, Dorian! -
Stój, Dorianie!
* Dartha
! - Wait! - Zaczekaj!
* Le minui - You’re alone -
Jesteś sam,
* 
I van Abgerdhil? - Where’s Sybil? - Gdzie jest Sybil?
* 
I van nîtheg? - Where’s your sister? - Gdzie jest twoja siostra?
* 
Nîth nín ú-inev - My sister isn’t near me - Mojej siostry nie ma przy mnie,
* 
I van he? - Where is she? - Gdzie ona jest? 
- Goheno nin, Hirlin - Forgive me, Hirlin -
Wybacz mi, Hirlinie, 

- Ú-iston - I don't know -
Nie wiem,

- Am man? - Why? -
Dlaczego?
- Novaer, meleth 
nín - Farewell, my love - Żegnaj, kochanie. 

Układanie moich własnych zdań po sindarińsku to była całkiem niezła zabawa, muszę przyznać. Zdania bazowe, które przetłumaczyłam na elficki, były oczywiście w języku angielskim. Do translacji skorzystałam z internetowych słowników sindarińskiego, a także wykazów zdań w tym języku użytych we "Władcy Pierścieni"i ze zbioru wyrażeń wykorzystanego przeze mnie już wcześniej. Przetłumaczenie opierało się w dużym stopniu także na domysłach i obserwacji, jak funkcjonują struktury wyrazowe w sindarińskim
w porównaniu do angielskiego. 


Czarna Mowa:

- Hrizg, Stauki - Pain, Spark - Ból, Iskro,
- Hrizghai, Stauki zoob - Great pain, Spark of mine - Wielki ból, moja Iskro.  

Wiecie co, gdybym miała streścić tę część rozdziału 11. to byłoby to coś na kształt - Dorian szuka, znajduje, traci, cierpi, nie jest sobą, drży i płacze. 
Jak dla mnie nic się nie dzieje. 
Możemy się umówić, że ten tekst powyżej potraktujemy jako jedną wielką retardację? Spowolnienie akcji przed ostatecznym rozwiązaniem...


~*~*+*~*~

PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 

  1. Orkowie to stworzenia pierwouste czy wtórouste? 
  2. Czy elfy mają zakwasy? 
  3. Czy powietrze w Mordorze powoduje raka płuc? 
  4. Jakie tempo metabolizmu mają Hobbici? 
  5. Jaki skład chemiczny ma mithril? 
  6. Czy wargowie są stworami ukrykotelicznymi?