Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the hymn to Elbereth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the hymn to Elbereth. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 2

To poniżej... Z pewnością jest intensywne, bardzotak więc uważajcie.
______________________________

     Sybil.
     Była tam.
     Wśród odoru śmierci, leżała na dywanie usłanym z trupów orków, wargów, wilków
i goblinów. Jej ciało było lekko wygięte - brzuch miała uniesiony, nogi nieznacznie podkulone. Jej głowa była odrzucona mocno do tyłu, odsłaniając długą, poranioną szyję. Jedna ręka bezwładnie opadła na bok, wciąż ściskając łuk, a druga spoczęła na jej łonie.

     Z którego wystawała strzała.
     Przyspieszył kroku, by do niej dotrzeć. Potykał się o niezliczone truchła, nie raz się przewracając. Zaczął mieć wrażenie, że grunt usuwa mu się spod stóp. Wtedy właśnie zza chmur wychynęło zachodzące słońce, oślepiając go. Zatoczył się i przesłonił oczy dłońmi. Zmrużył powieki, nie chcąc oderwać spojrzenia od siostry ani na chwilę, pomimo ostrego oraz bolesnego protestu jego zmysłu wzroku, który w końcu zadowalająco się wyostrzył. Chłopak znów mógł dojrzeć szczegóły. 
     Zaparło mu dech w piersiach.
     Promienie słońca zatopiły sylwetkę Sybil w cieniu, uwidaczniając tylko jej profil, ostro odcinający się od czerwieni nieba, która  jakby lustrowała przelaną na bitwie krew. Mimo że ziemia była zewsząd pokryta grubą warstwą martwych ciał lub ich części, resztek broni oraz zbroi, tworząc jedną potworną, powykręcaną, najeżoną stalą powłokę, ona się z niej wyróżniała. Wyraźnie odcinała się od karykaturalnych, nieregularnych, odrażających kształtów wrogów, od bezkształtnych szczątków, od wszelkiego obrzydlistwa.
     Od twarzy zaczynając, jej profil był jedną, gładką linią, nieskazitelną i idealną, której kreska mogłaby wyjść spod pióra jakiegoś wyśmienitego elfickiego rysownika. Delikatne kosmyki grzywki opadające na czoło. Prosty, zgrabny nosek, a potem rozchylone, ponętne usta. Podbródek odziedziczony po mamie, taki w sam raz, elegancka, łabędzia szyja, ramiona kryjące ogromną siłę. Małe, kształtne piersi, płaski brzuch z uwypukleniem na podbrzuszu, zgrabne nogi i nieduże, ciche stopy. 
     Sybil była obrazem subtelności, a jednoczesnej potęgi, eterycznego piękna, które emanowało boską harmonią.
     Zaburzoną przez jeden element.
     Strzała.
     Wżerała się w całość kompozycji niczym złośliwa drzazga, na kawałeczki roztrzaskując perfekcjonizm tego widoku. Bezlitośnie rozdzierała na pół wszelkie nadzieje Doriana, że tylko bajka, że widzi jedynie jakieś malowidło z księgi opowiadającej dzieje z  Drugiej Ery, kiedy to miało miejsce wiele śmierci podobnych do tej, a herosi legli podczas bitew z siłami Wroga.
     Wiele śmierci podobnych do tej.
     - Nie.
     Jego szept był tak cichy, tak słaby. Owa próba zaprzeczenia zdawała się być zduszona przez ogrom tragedii wokół. Przytłoczona. Zmiażdżona.
     Na jego klatce piersiowej znów złożony był ten niewidoczny ciężar. Dorian się dusił.  Powietrza… potrzebował powietrza… 
     Głębokie oddechy. Wdech, wydech… wdech i wydech… wdech, wydech, wdech… ale nie, jego płuca wciąż wydawały się mu puste. Sybil… siostra była mu potrzebna jak powietrze. Uderzyła go fala gorąca, paniki.
     Ona umarła.
     „Sybil nie… ona nie mogłaby”.
     Ależ oczywiście, że tak, ty głupcze.
     Machnął ręką, odpędzając Głos niczym stado natrętnych much.
     Był już blisko, znalazł się tuż przy niej. Dopiero wtedy zauważył, że z kącików ust Sybil spływał jej po policzkach zaschnięty strumyczek krwi, całe jej ubranie było poszarpane,
a w miejscu, gdzie grot wbił się w podbrzusze, jej strój był splamiony na czarno.

     Krew.
     Sereg.
     Dumû.
     Yár.
     Gijak.
     Wszędzie tylko krew
. Intensywny, żelazawy smród posoki uderzył w nozdrza Doriana, pociągając go na wymioty. Zakręciło mu się w głowie, po czym upadł na kolana przy siostrze.

     Z jej rany popłynęła rzeka krwi, tak intensywna, że miałam wtedy wrażenie, że nana jest jej źródłem. To nie była tylko jej krew - należała także do naszego nienarodzonego rodzeństwa, więc była to po części krew taty. A skoro mamy i taty, to i moja, i twoja. Cała nasza rodzina wykrwawiała się i umierała od tej rany.
     „Od twojej rany umarliśmy my wszyscy” – pomyślał, z wysiłkiem patrząc na nieruchomą twarz Sybil. Łzy przesłaniały mu wizję. „To nie była tylko twoja krew. Była po też części
i moja, mamy, taty, naszego rodzeństwa... Krew twojego dziecka… Filiego, a zatem też Kiliego, i Throina, Dis… nas…
wszystkich”.

     Wszystkich, stracił ich wszystkich.
     Nie miał już nic, i to było dla niego zbyt wiele, zbyt wiele do zniesienia…
     Chwycił siostrę za ramiona, jakby była jego ostatnim ratunkiem przed odejściem od zmysłów, po czym podniósł lekko jej tułów, głowę kładąc na przedramieniu. Trzymał Sybil jak małe dziecko kołysane do snu i czekał, aż się obudzi... Bo przecież spała.
     Tak, ona tylko… spała. Odpoczywała.
     Na jej twarzy zastygł grymas cierpienia, lecz błogi uśmiech wykrzywił wargi, jakby duchem znajdowała się w lepszym miejscu. Trochę jakby spała.
     - Obudź się - wychrypiał, nagle stając się niezdolnym do mówienia.
     Nic nie odpowiedziała. Cóż, Sybil od zawsze była śpiochem, a tylko coś bardzo ważnego mogło sprawić, żeby wstała z łóżka wcześnie. Zatem Dorian czekał cierpliwie, aż siostra w końcu się zbudzi.
     Lecz ona uparcie pozostawała nieruchoma, zupełnie jakby… bez życia?
     Życie za życie. 

     Ale to nie mogła być prawda, nie mogła… To się nie mogło zdarzyć. Nie miało prawa zdarzyć. Dorianowi nigdy nawet nie przyszło to głowy, że on i siostra mogliby zostać rozdzieleni w… w taki sposób. Przecież od zawsze byli nierozłączni… Zachowywali się tak samo, myśleli tak samo, nawet ich serca biły w tym samym rytmie…
     Chłopak przyłożył głowę do piersi siostry i nasłuchiwał.
     Oddałby wszystko, by nie usłyszeć tej ciszy.
     Nie… Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe. NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE.
     To jedno słowo wzrastało w nim, przybierało na sile, opanowywało razem
z rozpaczą, 
zastępowało bicie serca Sybil…
     Dorian zwariował. Słyszał w głowie okropny krzyk. To był… krzyk Kory, kiedy patrzyła na śmierć Brandona... Mama krzyczała i on krzyczał, tak to on krzyczał, kiwając się
w przód i w tył.

     Spojrzał na Sybil przez łzy, a ona pozostawała taka obojętna
     - TY TCHÓRZU! – ryknął na całe gardło, potrząsając nią. – MYŚLISZ, ŻE TAK PO PROSTU SOBIE UMRZESZ I MNIE ZOSTAWISZ?!
     I Dorian płakał oraz wrzeszczał jeszcze długo, ogarnięty rozpaczą, wściekłością,
a także bezradnością. Bezradnością, której tak bardzo nienawidził…

     O nie, on tak tego nie zostawi. Sprawi, że Sybil poczuje, jak on cierpiał.  
     Nie wiedział jeszcze jak… ani gdzie…
     Rozejrzał się wokół z lekką dezorientacją. Był pewny, że musiał stąd odejść i zabrać stąd siostrę, tyle, że nie miał gdzie pójść.   
     Dokąd się skierować? Nie miał pojęcia.
     Półprzytomnie spojrzał w górę, jakby oczekując, że odpowiedź zostanie zesłana mu
z nieba. Ujrzał wielkie stado wron i innego ptactwa krążące tuż nad nim. Sprawiały wrażenie, jakby to na niego patrzyły, czekały na jego następny ruch.

     Dorian skrzywił się. Potrzebował… prywatności. Nie chciał robić czegokolwiek będąc obserwowanym, otoczonym przez trupy, przez ich martwe twarze spoglądające na niego. Nic więcej na tym pobojowisku nie może się zdarzyć. To wystarczy.
     Z krótkim kiwnięciem głową oraz mocnym postanowieniem, Dorian podniósł siostrę
z ziemi. Sprawiło mu to wiele trudu.

     "Kiedy ona się zrobiła taka ciężka?"- zdumiał się w myślach. Poczuł niemal zabójcze ukłucie w sercu, gdy odpowiedział sobie, że przecież nie tylko Sybil niesie. Mroczki zatańczyły mu przed oczami i zatoczył się. Palący ból z uda rozprzestrzeniał się na całą lewą nogę, sprawiając, że odmawiała ona posłuszeństwa. Zacisnął zęby, powstrzymując krzyki cierpienia. Każdy krok był koszmarem. Dorian był bliski omdlenia z bólu. Wiedział, że to ostatni moment, kiedy ktoś mógłby skutecznie spróbować go wyleczyć. Chłopak powinien udać się do elfów i prosić o pomoc. Athelas najpewniej załatwiłby sprawę.
      Athelas, królewskie ziele, które w dobrych rękach mogło zdziałać cuda…
     Nie. Athelas zbyt przypominał mu o elfach. O ich cudnych twarzach, głosach oraz uśmiechach. Myśl o athelasie przywracała zamglone wspomnienia szczęśliwych chwil spędzonych w Leśnym Pałacu.  
     Athelas był wykluczony. Teraz nie istniało dla Doriana szczęście.
     Dorian przystanął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się, czym tak dokładnie jest szczęście. Słowo brzmiało mu jakoś obco. Miał wrażenie, że zapomniał jego znaczenia.
     Ale to nieistotne. Świat wokół był pusty. Chciał opuścić to miejsce… pole bitwy, na którym odebrano mu wszystko. Miejsce skalane jego hańbą i tragedią.
     Kiedy dostawał nauki o historii Ardy, dowiedział się, że rasa ludzka zwykła nieświadomie zwracać swe oczy, myśli oraz kroki ku Zachodowi – tam, skąd przybyli. Jednakże Dorian czuł pociąg w zupełnie inną stronę. Skierował się na Wschód. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale coś pchało go w tamtym kierunku. Chłopak znajdował się na skraju wyczerpania, ale w owym natrętnym pragnieniu podążania ku Wschodowi znajdował
w sobie jeszcze energię, nawet na wchodzenie pod górę, gdyż teren wkrótce zaczął się wznosić.

     A zatem gdzieś szedł. To jedyne, co wiedział, co chciał wiedzieć. Ten marsz był cierpieniem, na które zasłużył.  Każdy ruch był piorunującym bólem, ostrym, oślepiającym białym światłem.
     Kolejny krok. Jeszcze jeden. I następny. Potem, będąc już bliski utraty przytomności, Dorian pozwalał sobie na chwilę oddechu. Później męka powtarzała się znowu. I znów.
I znów. I raz jeszcze.

     Ból był już nie do zniesienia.
     Ból jest twoim przyjacielem. Dzięki niemu wiesz, że żyjesz.
     Zatrzymał się na moment, marszcząc brwi. Ktoś kiedyś mu to powiedział… ale kto, tego już nie pamiętał.
     Potrząsł głową i rozejrzał się wokół. Zamrugał z zaskoczenia, odkrywszy, że naokoło panował mrok.
     Ponadto zdumiał się, gdy zauważył, że kroczył już po płaskiej ziemi. 
Zaszedł dosyć daleko. Dorian niewiele mógł dojrzeć w ciemności, ale nawet nie musiał spoglądać w lewo, by nie zdać sobie sprawy z obecności potężnej Samotnej Góry. Nadal była pełna smoczego jadu.
     Chłopak zadrżał, gdyż dopiero teraz, na pustkowiu, odczuł, jaka wrogość biła od otaczającej go krainy. Ta świadomość niemal zwaliła go z nóg.
     Był słaby, musiał odpocząć.
     Usiadł na ziemi, siostrę ostrożnie kładąc przed sobą.
     Zewsząd napierała na niego ta okropna cisza oraz nienaturalny spokój.
     Był sam.

     Nie wiedział, co ze sobą począć. Nie miał już energii, by iść.
     A więc… zostać?
     Pokręcił głową.
     Jak mógłby tak po prostu zatrzymać się tutaj? I… zostawić Sybil? Żyć dalej bez niej…
     To przecież nie było możliwe.
     Nie dla niego…
     A jednak ona miała czelność odejść… Dlaczego?
     Kiwał się w przód i w tył, z oczami wpatrzonymi w dal.
     - Dlaczego mnie zostawiłaś? – zastanawiał się na głos. – Czy chodzi o coś, co zrobiłem, powiedziałem? A może… o to, czego nie powiedziałem?
     Ale Sybil tylko milczała, uparcie tak jak zawsze, kiedy sobie coś umyśliła.  Nie znosił tego jej niemalże krasnoludzkiego uporu. Czasem go to niezwykle denerwowało.
     - Odpowiedz mi! – wysyczał wściekle. – Odpowiedz! Czy coś zrobiłem nie źle? Czy czegoś nie zrobiłem?
     Ona nic nie odparła.
     - Ach, zatem wybierasz milczenie – warknął. Wpatrywał się w nią intensywnie, lecz ona zdawała się nie czuć na sobie jego spojrzenia. Oderwał wzrok od jej twarzy, tylko na moment, bo on już nie mógł… tego znieść… jej twarz była blada, tak chorobliwie, trupio blada. Nie mógł na nią patrzeć, a tak jak zawsze gorąco tęsknił za jej widokiem, teraz nie potrafił wytrzymać… widzenia jej tak bardzo…
     Martwej.  

     Sybil nie żyje, nie żyje, nie żyje… NIE …
     Nie mógł złapać tchu, kręciło mu się w głowie i miał gorączkę. Powoli odchodził od zmysłów, a to wszystko przez…
     Spojrzał na Sybil z furią i ryknął:
     - JAK MOGŁAŚ MI TO ZROBIĆ, JAK MOGŁAŚ MNIE ZOSTAWIĆ?! NIENAWIDZĘ CIĘ, NIENAWIDZĘ, SŁYSZYSZ?!  TCHÓRZ, ZDRAJCZYNI, MORDERCZYNI!
     Zabiła dziecko. Zabiła własne, nienarodzone dziecko.
     Zdradziła go, stchórzyła. Zostawiła go samego. Kłamała. Mówiła, że nigdy tego nie zrobi. Przyrzekała na wszystko i złamała swoje śluby.
     A czy ty jesteś bez grzechu, Stauki?

     Poczucie winy nagle spadło na niego, przygniotło niczym lawina.
     Myślami cofnął się wstecz, do wydarzeń na bitwie i zrozumiał…
     Całe to nieszczęście, ta tragedia… to przez niego. Tak naprawdę wszystko było jego winą.
     Wszystko. Jego. Winą.
     Tak naprawdę to on był kłamcą. Mordercą. Zdrajcą.    
     To
on… On…    
     Dorian drżał.
Jak miał nie ugiąć się pod ciężarem tylu istnień przerwanych, tylu oczu na zawsze zamkniętych i śmiechów na zawsze uciszonych, tych najdroższych jemu samemu… 
     Zrozumiał, że nie było już nadziei, na nic. Skoro, wszystko, co dobre, odeszło ze świata, nic nie skończy się dobrze…   
     Jak miał dalej funkcjonować ze świadomością o konsekwencjach swoich czynów?  

     Nigdy nie zostanie mu wybaczone… Dorian sam sobie nie wybaczy.
     Nigdy. Na wieczność będzie nienawidził siebie za to, co zrobił.
     A wieczność była tak długim czasem.
     Syn Brandona nie przypominał sobie, aby w jego życiu kiedykolwiek zdarzył się mroczniejszy moment. Nie pamiętał bycia pogrążonym w gorszej beznadziei. Ciemność znów go pochłaniała, chłopak zapadał się w niej. Owo uczucie było mu aż nadto znane. Zareagował na nie odruchowo. Mimowolnie, z jego zaschniętego gardła wydobył się cichy, chrapliwy śpiew.


A Elbereth Gilthoniel 
silivren penna míriel
o menel aglar elenath! 

Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath,
Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!

A Elbereth Gilthoniel
o menel palan-díriel,
le nallon sí di'-nguruthos!
A tíro nin, Fanuilos!

A! Elbereth Gilthoniel!
silivren penna míriel
o menel aglar elenath,
Gilthoniel, A! Elbereth!


     Jego pieśń utonęła w ciszy, bez najmniejszego odzewu. Modlitwa do Elbereth nie dała mu żadnego  komfortu. Z tego powodu jego myśli powędrowały do wspomnień dobrych czasów, a on nie miał nad tym kontroli. Przypomniało mu się wiele miłych chwil spędzonych w Ettinor, a także w Mrocznej Puszczy pod opieką elfów…
     Nieświadomie zasięgnął pamięcią do dnia, kiedy Sybil dostała łuk od Belega…
     Bolało.
     To uczucie jakby uderzono go czymś w twarz przywróciło Doriana do rzeczywistości. Na wpół oszalałe spojrzenie chłopaka spoczęło na siostrze i na strzale wystającej z jej łona.
     Nagle ogarnęła go nieopanowana wściekłość na widok tej… tej orkowej … drzazgi.
     Jeden strzał, jedno brzdękniecie cięciwy,  moment krótszy od mrugnięcia okiem obrócił w niwecz tak wiele.
     Dorian skrzywił się z furią, po czym z determinacją przystąpił do wyjmowania strzały
z podbrzusza Sybil drżącymi dłońmi. W trakcie owej czynności wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki złości i obrzydzenia zarazem. Starał się nie myśleć o tym, że grot przebił nie tylko ciało jego siostry. Że teraz, kiedy go usuwał, grot przechodził także przez…
     Wkrótce Dorianowi udało się dopiąć swego. Chłopak uniósł zakrwawioną strzałę na wysokość oczu i przyjrzał jej się, po czym cisnął drzazgę jak najdalej od siebie z okrzykiem odrazy. Później dyszał ciężko przez kilka minut, próbując opanować napady nudności.
     Gdy wreszcie uspokoił się odrobinę, znów patrzył na Sybil.
     „Zginęła od własnej broni” – pomyślał gorzko. „Oddała życie w obronie najbliższych”.
     Umarła zupełnie jak ich matka.
     Uświadomienie sobie tego faktu to było więcej niż Dorian mógł znieść. Głowa już bolała go od płaczu, ale mimo to z jego oczu wypłynęły rzewne, palące łzy.

     Nie wszystkie łzy są złe, tak?  Nie, nie te łzy, które właśnie ronił. One były jedynymi, których nigdy by nie mógł znieść. Nie zniesie tych łez. Nie zniesie płaczu po umarłej Sybil.
     A jednak one wciąż płynęły, nieustannie skapywały mu z policzków, parząc skórę jak trucizna, po czym wsiąkały w ziemię. Kiwał się w przód, w tył, w przód, w tył, nieustannie trząsł się oraz szlochał, a od płaczu zachrypł mu głos w zaschniętym gardle. Ból głowy doprowadzał go do szału i niech to już…

     „Przestań”.
     Niech to po prostu… przestanie. Miał już dość. Serdecznie dosyć bólu fizycznego oraz psychicznego, miał po uszy cierpienia oraz straty, i tego uczucia w sercu, jakby zostało ono rozerwane na kawałeczki prze utratę ukochanych osób…
     - Zabierz to ode mnie, zabierz - łkał, szepcząc maniacko. Jego głowa była bliska eksplozji z bólu... jak wszystko. Napadło go odczucie, że ten ból zaraz rozsadzi go od środka…
     - Nie – wymamrotał półprzytomnie. – Nie, Thorinie – wyjąkał z trudem, a palące łzy płynęły mu po policzkach. – Ból nie jest moim przyjacielem.
     To go wyniszczało, a Dorian już doprawdy, doprawdy nie miał siły. Nie miał siły z tym walczyć.
     Był wyczerpany.
     Stracił Sybil, która w jakiś sposób zdawała się być jego siłą życiową. Był słaby bez niej. Za słaby.
     Zerknął na siostrę, ale ujrzał tylko martwe ciało. Jego siostra już nie istniała wśród żywych.
     Dorian gwałtownie odwrócił wzrok od trupa i odczołgał się na odległość paru kroków. Zakręciło mu się w głowie. Dostał napadu silnych nudności. Po chwili zwymiotował resztkami czegokolwiek, co miał w żołądku. Później padł na ziemię, pozbawiony nawet krzty energii. Jego ciałem wstrząsały lekkie konwulsje, bardzo też chciało mu się pić. Bezradnie rozejrzał się wokół, lecz oczywiście w pobliżu nie znajdowała się ani kropla wody. Chłopak jęknął boleśnie, po czym z najwyższym trudem podniósł się i powoli poraczkował z powrotem tam, gdzie od zawsze było jego miejsce. U boku Sybil. Położył się przy niej i, dysząc ciężko po ogromnym wysiłku, patrzył w niebo, nic nie widząc, przytłoczony beznadzieją.
     Co miał ze sobą zrobić?
     Był zupełnie sam, otaczała go cisza. Osaczony pustką. Nie chciał tego. Chciał pozbyć się napierającej na niego ciemności.
     Były na to sposoby?
     Chyba czytał gdzieś o tym… o spaczonej przez Morgotha religii płomienia Anoru,
w istocie będącą czarną magią, która obiecywała zwycięstwo nad Łaską Ilúvatara
w zamian za odpowiednią ofiarę…
     To prawda, Stauki…
     Były sposoby.
     Życie za życie.
     Jego ręka mimowolnie powędrowała w kierunku sztyletu od Erlonda, który miał uczepiony u pasa.
     Wyjął ostrze z pochwy i przyjrzał się mu, zachwycając się nad sposobem, w jaki połyskiwało w mroku nocy. Klinga była piękna, zabójczo piękna… tak cudnie, kusząco ostra… kojąco zimna…
     Niczym balsam na jego rany. Wszystkie jego rany.
   
     Dorian przestał oddychać na moment, jego ciało znieruchomiało, a palce spoczęły na ostrzu, w które wpatrywał się intensywnie przez czas jakiś. Potem przyjrzał się pochwie sztyletu, muskając klejnoty układające się w płomienie umieszczone na jej krańcach.

     Iskra.
     Ozdobne kamienie na pochwie sztyletu Sybil wyglądały jak wiatr.
     Ostatni Powiew.
     A jego miecz w istocie okazał się być dann hen morn... 
     Dorian niemal zaśmiał się z przekąsem.
     Skoro nie ma Ostatniego Powiewu, nic już nie podsyci Iskry.
     Najwyraźniej takie przeznaczenie zostało dla niego wybrane.  
     Ale czy byłby w stanie…?
     Zmarszczył brwi, zastanawiając się głęboko.
     Czy tego naprawdę by chciał? Czy czegoś takiego pragnęliby dla niego jego matka, ojciec, jego Słońce, król, bracia, no i siostra?
     Serce mówiło mu, że to jedyny sposób, w jaki powinien skończyć. Niegodnie, w hańbie. W głębi duszy wiedział, że to jedyna rzecz, która mu pozostała. A jednak bał się. Był przerażony. Potrzebował osoby, która dodałaby mu otuchy, pocieszyła… Że po wszystkim będzie dobrze, lepiej.
     Nie było jednak przy nim nikogo. Nikogo prócz…
     Dorian po kilku próbach dał radę podnieść się do pozycji siedzącej. Potem wziął Sybil
w ramiona i przytulił się mocno do jej zimnego, sztywnego ciała.
     - Wróć do mnie – powiedział, jakoś nieśmiało ważąc się na błagalny ton. – Wróć do mnie, melda neth. Wróć do mnie, proszę. Sybil, proszę… wróć do mnie. Obiecałaś być przy mnie.
     Ale przecież jego siostra nie była jedyną, która nie dotrzymała obietnicy. On sam złamał słowo, nie dotrzymał przysięgi, zawiódł ją… I to przez niego, cała tragedia była jego winą… Gdyby nie jego żądza zemsty, tak wiele istnień by przetrwało… A Sybil…
     - Sybil – załkał znów, cichutko. Nieskończoną ilość razy wymawiał to imię na nieprzeliczoną ilość sposobów, lecz teraz dotarło do niego, jak bardzo kochał owo słowo. – Wróć do mnie, bo inaczej ja pójdę do ciebie.  – Nie brzmiało to jak pogróżka, tak jak zamierzał, a tylko umęczony lament. – Wróć do mnie, bo… bo jak nie, to ja… ja to skończę.
     Może tego właśnie potrzebował… tak, on naprawdę tego potrzebował. Końca. Nie dany mu on został przez Los… więc sam go sobie weźmie. Koniec bólu. Koniec pustki. Koniec strachu. Wszystko przeminie…
     „Boe naid bain gwannathar, boe cuil ban firitha” - w Rivendell często to powtarzano,
i choć było to samą prawdą, on nigdy nie lubił myśleć w ten sposób, lecz teraz przyniosło mu to odrobinę ukojenia. Taka była kolej rzeczy, musiał temu zaufać.
     - Ú i vethed, nâ i onnad - wyszeptał, patrząc w nocne niebo.
     Mimo owego niewielkiego pocieszenia, Dorian bał się tego, co miało zaraz nastąpić. Panicznie obawiał się mimowolnie ogarniającego go chłodu Śmierci.
     Tak, musiał z tym skończyć, nawet jeśli nie miał pewności, czy znajdzie w sobie wystarczająco energii na owy czyn.
     Mój biedny chłopcze… jesteś taki młody… Tak okrutnie młody… Siła i wiek twego ducha znacznie przerasta wiek oraz możliwości twego ciała… Jesteś w nim więźniem… Ale ty masz, masz siłę, by się uwolnić.
     „Nie jestem twój” Dorian odparł z odrazą. „Robię to dla Sybil”.
     Dla niej wszystko.

     Dygocąc agonalnie, starannie położył ciało siostry na ziemi, po czym dźwignął się na klęczki.
     „Ae ú-esteliach nad, estelio veleth”.
     To wystarczyło.
     Wycelował sztylet w klatkę piersiową.
     Cztery…
     Do końca życia bez Sybil wcale nie musi być tak długim czasem…
     Trzy…
     Ostrze było takie zimne, tak zimne… było tak pewną śmiercią …
     Dwa…
     Jego miłość do siostry była od niej silniejsza, zaraz to udowodni.
     Jeden…
     Siedem Gwiazd Elebereth odbiło się w klindze.
     - A! Elbereth! - wykrzyknął.
     Ręka nawet mu nie drgnęła, kiedy z całej siły wbił ostrze prosto w serce.
     Chłopak wrzasnął na doznanie śmiertelnego pocałunku stali.
     Padł na twardy grunt tuż obok siostry, ściskając ją za rękę, a w drugiej dłoni nadal trzymał sztylet.
     Świat wirował. Dorian poczuł się nagle niezwykle lekki, jakby ulatywał w przestworza,
a jednocześnie zapadał się w ciemność, która w końcu wygrała i pochłonęła go na zawsze.

***
     Kilka dni później pewien wędrowiec przechodził tamtędy, nieopodal zbocza Samotnej Góry. Zobaczył niepochowane martwe ciała dwójki młodych ludzi i jego serce ścisnęło się
z żalu na widok ich splecionych dłoni. W litościwym hołdzie ułożył stos kamieni na trupach Doriana i Sybil, tworząc kurhan. W zamian za tę przysługę odebrał im sztylety od Elronda oraz wszelką broń, jaką mieli przy sobie, po czym ruszył dalej w świat.
     Grobowiec rodzeństwa został szybko porośnięty przez mech, a później soczysto zieloną trawę. Naokoło wyrosły drzewa, tworząc idealny okrąg strażników, który po niedługim czasie powiększył się do rozmiarów lasu. Miejsce ich spoczynku stało się odosobnione. Szmer strumienia, który wybił nieopodal i z dwóch stron opływał grób, jak również śpiew ptaków, brzmiały tam zawsze słodko, wzruszająco, zarazem niewypowiedzialnie smutno. Drzewa szeptały dziwne rzeczy, ale nie dotarł tam żaden z tych, którzy potrafiliby te ciche słowa zrozumieć, zanim wszyscy odeszli ze świata. Każdy zaś, kto tam trafił, od razu zauważał tajemniczą roślinę, która oplotła mogiłę - drobne, liczne, białe kwiaty. Sekretem pozostaje jak symbelminë zakorzenił się w tamtym miejscu, które wkrótce nazwano Kręgiem Smutku.
     Lecz to nie koniec historii Doriana i Sybil oraz ich przodków, gdyż dzieje zawsze znajdą sposób, by zatoczyć koło, niemające początku ani końca. Przetrwał jeszcze jeden ślad istnienia tych ludzi, który odcisnął swoje piętno na świecie bardzo wyraźnie, a Życie za życie znalazło swoją kontynuację w innym życiu.  


______________________________

Sindarin:
- Sereg - Blood - 
Krew 

Boe naid bain gwannathar,
 boe cuil ban firitha - All things must pass away, all life is doomed to fade - Wszystkie rzeczy muszą odejść, każde życie jest skazane na przeminięcie
- Ú i vethed, nâ i onnad - This is not the end, it is the beginning - To nie jest koniec, to początek 

- Ae ú-esteliach nad, estelio veleth - If you trust nothing more, trust love - 
Jeśli nie ufasz niczemu 
więcej, zaufaj miłosci

Khuzdul/ Quenya/ Czarna Mowa: 

- Dumû/ 
Yár/ Gijak - Krew 

Pisanie tego rozdziału było chyba najtrudniejszym wyzwaniem, z jakim musiałam się zmierzyć w trakcie pisania całej tej przeklętej fanfikcji. Z całych sił odwlekałam dodawanie choćby jednego nowego zdania.  


Mam teraz drobne wrzuty sumienia dotyczące tego, w jaki sposób postąpiłam z Dorianem. Sybil jakoś nigdy nie było mi bardzo szkoda. 

Być może to był mój największy problem. 

Ale w końcu mam to wszystko za sobą.

Jak dla mnie, Dorian nie mógłby skończyć inaczej. 

I to nie jest koniec całej historii... To dopiero początek. 

Chociaż pod powyższym rozdziałem nie ma magicznego napisu "KONIEC" to można
w pewien sposób 
traktować go jako zakończenie historii o Dorianie i Sybil, tych draniach, przez których nie wysypiam się od bitego półtora roku. Następny rozdział jest przejściem między "Życie za życie" a "Peryár" i należy do obu opowieści. Dlatego też postanowiłam, że wyjaśnienia, dlaczego sprawy potoczyły się tak a nie inaczej, oraz moje uwagi dotyczące paru innych rzeczy, a także ogromne podziękowania, które należą się niektórym osobom, znajdą się dopiero w poście opublikowanym po kolejnym rozdziale. 

czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział 10.

Jest! W końcu jest kolejny rozdział! Przykro mi, jeżeli jego długość nie jest zadowalająca
w stosunku do tego, jak długo musieliście czekać na jego pojawienie się, ale rzecz w tym, że ja do tej pory nie miałam do końca czasu żyć, a co dopiero pisać.

 Ale dosyć już mojego użalania się nad sobą, i tak wy pewnie myślicie sobie tylko: "no już dłużej się rozdziału pisać nie dało, co?!", czy coś w tym rodzaju.

SPOILER ALERT: poniższy rozdział w większości skupia się wokół śmierci Dziedziców Durina, zawarty w nim jest również Thilbo Bagginshield, a jakże. Tyle Bagginshielda.
I, z Bagginshieldem jako tłem, znajdują się w nim przemyślenia na temat Śmierci, Miłości,
a także... paru innych. Cudnie.

W trakcie pisania tekstu znajdującego się pod linią wiele razy łzy napłynęły mi do oczu
i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to sobie robię? Ten rozdział boli. Zostaliście ostrzeżeni (lepiej weźcie to sobie do serca).


AAAAAAA!!!! WIDZIELIŚCIE PEŁNY ZWIASTUN "BITWY PIĘCIU ARMII"?!?!?!?!
Wyobraźcie sobie, jak mi kopara opadła, gdy zobaczyłam ten moment, w którym Thorin opiera swoje czoło no czole Kiliego (podejrzanie podobnie jak w końcówce rozdz. 7.).
COOOOOOOOO?! JAK?! JUŻ
W WAKACJE WIEDZIAŁAM, ŻE TAKI RODZAJ SCENY ZNAJDZIE SIĘ
W FILMIE WCHODZĄCYM DO KIN POD KONIEC GRUDNIA...
No po prostu....
NieWierzę.
______________________________

     Bolg wskazał na martwe ciało Sybil
     - Nawet mi szkoda tej zdrajczyni - powiedział sarkastycznie.
     - Doprawdy? - wycedził, uderzając z lewej.
     - Tak, tak – odpowiedział jego przeciwnik, blokując cios. - Ojciec i ja rozmawialiśmy
o niej co nieco - dodał, wykonując pchnięcie.
     - Co takiego? - wysyczał, odparowując.
     - Azog i ja zgodziliśmy się, że nadawałaby się - stwierdził ork ze złośliwym uśmieszkiem. - Była niczego sobie. Mogłaby dać mi syna….
     Słysząc owe słowa, Thorin niemalże oślepł z furii. Wszystko, co widział, było czerwone. Było żądzą mordu tego bluźniercy, który walczył z nim z niezmywalnym szyderczym grymasem. Thorin kompletnie stracił panowanie nad sobą, a jego uderzenia stały się gwałtowne i nieprzemyślane.
     Trudno mu było wyrazić, co czuł, kidy ujrzał, że dziewczyna zginęła. Jak wielkie było cierpienie na widok rozpaczy Filiego z powodu śmierci jego Jedynej.
     Thorin stracił ją. Znowu.
     Sybil była czasem tak podobna do Kory, że patrzenie na nią aż bolało. W głębi serca kochał Sybil, tak jak Korę, choć ten rodzaj miłości był trudny do jednoznacznego sklasyfikowania.
     Teraz utracił je obie.
     To wszystko przez orków… przez całe zło i plugastwo na tym świecie.
     Gwałtownie wzrosło w nim uczucie wściekłości i bezradnego, śmiesznego buntu. Ta złość niczym jakiś stwór podnosiła swój łeb gdzieś w jego klatce piersiowej, utrudniając mu oddychanie. Wzbierała w nim jak potężna sztormowa fala. Ten dogłębny sprzeciw przeciwko cierpieniu wznosił się w nim, zmuszając go do dalszej walki.. Całe to poczucie niesprawiedliwości, to wszystko, wydobyło się z niego w postaci krzyku. Jego doniosły, grzmiący jak burza głos utonął wśród odgłosów bitwy. A ona też była jednym wielkim krzykiem. Zwierzęcym krzykiem pełnym przerażenia przed śmiercią, dźwiękiem towarzyszącym czemuś tak prymitywnemu jak bezsensowne zabijanie się nawzajem.
     Wszystko było krzykiem. Krzykiem śmierci.
     Gdy Bolg został przez niego zgładzony, świat brzmiał jak tryumf.
     A potem Thorin otrzymał cios włócznią w plecy i przez moment nic nie słyszał. Chwilowa, surrealna, martwa cisza była zapowiedzią nadchodzącego końca, by potem ustąpić miejsca czemuś o wiele bardziej realistycznemu – bólowi. Nasilił się on jeszcze bardziej, gdy druga włócznia wbiła się w jego bok.
     Przyjacielski ból, utrzymujący go przy pewności bycia wciąż żywym, osiągnął zupełnie inny wymiar, gdy Thorin jak przez mgłę ujrzał swoich siostrzeńców czołgających się w jego stronę, krwawiących od licznych ran. Ta scena była wyjęta wprost z jego najgorszych koszmarów, a w dodatku wszystko działo się tak powoli, tak… dobitnie prawdziwie. Zawsze oczekiwał prawdy – od swojej rodziny, poddanych, od życia. Teraz chciał tylko kłamstwa. Zaprzeczenia, że nie, właśnie nie widział ukochanych synów swojej siostry, swoich synów, swoich dziedziców… umierających. Za niego.
     Wszystko, co robił, robił dla nich. Oni byli dla niego wszystkim. Patrzenie jak rośli, dorośleli i mądrzeli było najpiękniejszym doświadczeniem jego życia. Widzenie ich starań, by uczynić go dumnym przynosiło największą radość jego sercu. Miał takich wspaniałych siostrzeńców, udanych synów, cudownych dziedziców. Ich uśmiechy oraz żarty rozjaśniały najczarniejsze dni i dodawały siły do przejścia przez liczne trudne chwile.
     Teraz umierali. Ponosili najwyższą ofiarę. Niewinnie, dla niego. 
     W tamtej chwili Thorin II Dębowa Tarcza nie zaprzeczyłby i nie odmówiłby łzom, spływającym po jego policzkach.
     - Powiodłem was na śmierć – wyszeptał, drżącymi dłońmi głaszcząc Filiego i Kiliego po głowach, które złożyli na jego kolanach. – Umieracie przez moje szaleństwo…
     Usta Filiego wykrzywił uśmieszek. Zakasłał, plując krwią, po czym przemówił cicho.
     - Jesteśmy z rodu Durina, czyż zatem wszyscy nie jesteśmy szaleni? – wychrypiał.
     I tak oto wyruszali na spotkanie śmierci – ostatni Dziedzic Durina w prostej linii męskiej oraz dwaj jego siostrzeńcy. Przeklęci szaleńcy.
     Świat brzmiał jak rozpacz. Rozpaczliwy śmiech.

***
     Kili tak bardzo się bał. Nie chciał być sam.
     Świat wokół wirował i jakby mu… umykał. Niewiele do niego docierało prócz strachu
i bólu.            
     Niemal nie mógł się ruszać przez strzały utkwione w jego ciele. Jedynie przerażenie dodawało mu siły do walki. Nie był gotowy na zmierzenie się ze śmiercią. Przynajmniej nie w pojedynkę. 
Musiał dotrzeć do Filiego, do swojego brata. On od zawsze był przy nim i go wspierał.
     Fili go nie zostawi, bo…
     Też umierał, tak jak Thorin.
     Wuj klęczał, przebity włóczniami, a Fili leżał u jego boku z licznymi strzałami wystającymi z jego ciała.
     - Kili, Kili, mój drogi, niewinny Kili. – Młody krasnolud poczuł dłoń Thorina głaszczącą go po głowie. – I mój dzielny, mądry Fili… Przepraszam - wuj powiedział drżącym głosem. – Powiodłem was na śmierć.
     To była dobra śmierć, śmierć w obronie swojego króla, śmierć wojownika, ale niewiele to wnosiło do samego aktu umierania. Być może wierzenia, że czekało na ciebie coś lepszego niż plugawy świat, który opuszczałeś, potrafiły coś ułatwić, jednakże i tak pojawiało się pytanie „dlaczego”?
     Możliwe, że witałeś śmierć z uśmiechem ulgi na twarzy, niczym starego dobrego przyjaciela, albo starałeś się umknąć jej nieuniknionym sidłom. Jednak i tak pojawiał się ten moment niepewności oraz beznadziei, poczucie bezsensu, braku gotowości na stawienie czoła przeznaczeniu, Jedynej Sprawiedliwości. Chwila ta mogła być niezauważalnie krótka i odejdziesz w spokoju, a równie dobrze możesz umrzeć w bezradnym sprzeciwie
i uczuciu straty.

     Dlaczego?
     Dlaczego teraz i w ten sposób? Jaki był w tym sens?
     „Za co umieramy, Fili?” – Kili pomyślał, patrząc na wykrzywioną z bólu twarz brata. „Dlaczego poległa moja Ukochana? Dlaczego to wszystko tak bardzo boli?”
     Oczy Filiego zaszkliły się, zupełnie jakby usłyszał jego myśli.
     - Umarła za nic… - wykrztusił blondyn. - Sybil… miała sen i widziała nas… dokładnie tak jak teraz… i chciała temu zapobiec… zginęła na próżno…
     - Nie, nie myśl tak - wydyszał Kili. – Kochała cię tak bardzo, że oddała za ciebie życie. To nigdy nie jest próżna śmierć.
     Marne to było pocieszenie, ale Kili nie potrafił zdobyć się na nic innego. Wszechogarniający chłód, który odczuwał, powoli przemieniał się w przyjemne ciepło, kojące niczym głos mamy śpiewający mu do snu za czasów jego wczesnego dzieciństwa. Młody krasnolud półprzytomnie zerknął w górę i ujrzał oblicze wuja zalane łzami. Kili uśmiechnął się do Thorina delikatnie, siląc się na gest otuchy, lecz tamten tylko zaszlochał bardziej. Później Król pod Górą pochylił się nad swoimi siostrzeńcami i złożył pocałunek na ich czołach.
     - Jesteście moją największą dumą, synowie mojej siostry – wyszeptał.
     Kili spojrzał na brata i wymienili słabe, słodko-gorzkie uśmiechy. W tej samej chwili powieki Filiego zaczęły opadać ciężko, a Kiliego znów ogarnęła panika, która ścigała go od zawsze na najdrobniejsze wyobrażenie bycia rozdzielonym z bratem.
     - Fili! Fili, n-nie… nie zostawiaj mnie! – Kili załkał.
     Blondyn pokręcił głową, po czym mocno złapał jego dłoń, choć oczy utrzymywał otwarte z wyraźnym trudem.
     - Ki, nigdy cię nie zostawię, nigdy – rzekł cicho. – Po prostu patrz mi prosto w oczy i nie przestawaj, dobrze?
     Kili kiwnął głową, a Fili mocniej uścisnął jego dłoń.
     - Patrz na mnie, braciszku – wyszeptał blondyn.
     Cały świat wokół przycichł, rozmył się i stracił na znaczeniu. Już bardzo niewiele do niego docierało. Liczyły się tylko oczy Filiego, które miały taki sam kolor jak u Dis. Oddech Kiliego stopniowo zwalniał. Wiedział, że słabnie. Mimo wszystko nie odrywał wzroku od niebieskości oraz szarości tęczówek Filiego. Ujrzał w nich ulotną radość słonecznych, bezchmurnych dni spędzonych wspólnie z rodziną i poddanymi w wioskach ludzi, jak również bezlitosny chłód stali ich wrogów.
     Potem, przez coraz bardziej otulającą jego umysł mgłę, wdarł się jakiś zwierzęcy ryk
i Thorin chyba gdzieś zniknął. Kili leżał na usłanej trupami ziemi, a wszystko wokół robiło się zarazem oślepiająco jasne i przytłaczająco ciemne. Instynktownie raz jeszcze zerknął 

w kierunku Filiego.

     Ostatnie, co widział, to oczy brata patrzące prosto w jego własne. Nie pamiętał, czy spojrzenie Filiego było jeszcze żywe, czy już martwe.
***
     Jakże to było niezwykłe - jeden plus jeden dawało Jeden. Dwa serca, poprzednio zdające się być samodzielnymi całościami, zachowując dawną formę jednocześnie okazywały się być połowami Całości. Uroczo nielogiczne odejmowanie w dodawaniu. Przedziwna, fascynująca kreacja Valarów.
     W bólu oraz smutku, przez umysł Bilba przemknęła myśl, że chciałby móc cofnąć czas
i nie mieć z tym nic wspólnego. Że może jednak nie było warto. Wszystko z powodu łaski Ilúvatara, która przestała nią być już tysiące lat temu. Odpoczynek od nieśmiertelności, zwany Śmiercią.

     A zatem zadawał pytania Jej Wysokości Łasce. Czy zna pojęcie wyjątku? Czy wie coś
o litości? Czy potrafi dać szansę na naprawienie błędów i uleczenie ran, zaprowadzenie
w sercach porządku? Czy choć raz pokłoniłaby się Miłości?
     Bilbo klęczał przy umierającym Thorinie Dębowej Tarczy, a w trzepocie połów namiotu targanych lodowatym wichrem usłyszał stanowczą odpowiedź na swoje modły.

     Nie.

     Hobbit zamarł na moment, zszokowany tym bezlitosnym, ostrym tonem. Chwilę później, kiedy już się otrząsnął, intensywnie wpatrywał się w unoszenie się i opadania klatki piersiowej Thorina, tak jakby każdy oddech krasnoluda był jego własnym i to życia ich obu, nie tylko Króla pod Górą, były zawieszone na szali. Niedługo potem, zauważywszy, że oddech Thorina słabnie, Hobbit nie potrafił powstrzymać cichego łkania ogarniającej go rozpaczy. Jego wzrok powędrował gdzieś w dal, po czym znów w myślach przemówił do Jej Wysokości Ostatniej Sprawiedliwości.
     Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie jesteś pierwotnym ukojeniem? Dlaczego nie chcesz swej misji na później odłożyć? Dlaczego jesteś tylko przerażeniem? Dlaczego, dlaczego… ono zawsze Cię poprzedza, lecz pytanie o sens tylko chyba Cię
w okrucieństwie utwierdza. Dlaczego, dlaczego - to nieszczęsne słowo, Twój herold, czy dasz mu odpowiedź, dlaczego czynisz żałobę wciąż na nowo? 

     Wiatr wdarł się do środka i otulił go swym chłodem.

     Ja nie jestem Przyczyną, tylko Skutkiem.

     - Bilbo… - wychrypiał Thorin, wyrywając go z transu.

     Hobbit błyskawicznie spojrzał prosto w te szafirowe oczy, które były całym jego światem. Tęczówki Króla pod Górą były najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widział. Przeważnie przybierały odcień szafiru, lecz często zmieniały kolory. Czasem mogły stać się lodowato niebieskie i przeszywające, zdolne zajrzeć do samego rdzenia twojej duszy,
a kiedy indziej były ciemne i pełne tajemnic niczym głębie Ekkai. Jednocześnie zawsze migotała w nich iskra silnej woli, władczości oraz uporu. Patrząc w oczy Thorina od razu wiedziało się, że spoglądało się na króla. Teraz jednak nawet ten błysk majestatu wygasał powoli.

     Bilbo westchnął przeciągle, słysząc słaby głos Thorina. Z niepokojem chwycił dłonie krasnoluda złożone na jego piersi w swoje własne i przysunął się bliżej.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – powiedział cicho.
     Treść dalszej rozmowy Hobbit zachował tylko dla siebie, a słowa wtedy wypowiedziane stały się mrocznym wspomnieniem przywoływanym w samotności. W istocie, Bilbo czuł się w tamtej chwili tak samotny i bezradny wobec tego, co nieuchronne. Jakby w zwolnionym tempie obserwował, jak powieki ciężyły Thorinowi coraz bardziej, aż w końcu krasnolud wyszeptał ochryple:
     - Żegnaj, włamywaczu.
     Wtedy to się stało.
     Thorin zamknął oczy. Przestał oddychać. Znieruchomiał. Nie reagował na nawoływania Bilba.
     Wyzionął ducha.
     Kiedy Hobbit zdał sobie z tego sprawę, nagle znalazł się poza namiotem. Gdzieś szedł, czy biegł, uciekał. Wszystko wokół rozmyło się do niewyraźnych plam, a słyszał tylko zawrotne bicie własnego serca i szum w uszach. Nie mógł złapać tchu.
     Biegł.
     Bilbo uciekał. Przed prawdą, przed myśleniem o nim, przed…


A Elbereth Gilthoniel
   
     Czyjś cudny głos gwałtownie przywrócił jego umysł do rzeczywistości, jakby oblano go kubłem lodowatej wody. Ostro zwrócił głowę w kierunku dźwięku, by ujrzeć jakiegoś elfa ze świty Thranduila. Był on wysoki, jego zbroja nie została jeszcze oczyszczona z krwi. Stał pośród grupy elfów podobnych sobie; wszyscy mieli długie, piękne, jasne włosy. Cała gromadka zaśpiewała:

silivren penna míriel

o menel aglar elenath!

     Wtedy Bilbo zrozumiał, że patrzył na Eldarów, bowiem niewielu z nich żyło nawet
w Leśnym Królestwie – sam Pan Lasu się do nich zaliczał. Owe elfy kontynuowały swą pieśń, hymn do Elbereth. Słodka muzyka roznosiła się wokół, opadając na obecnych nieopodal ludzi, krasnoludów i elfów delikatnymi falami. Każdy zamierał w bezruchu
i przysłuchiwał się. Nie inaczej Bilbo. W miarę jak melodia docierała do niego, czuł, że coś pękało w nim w środku.
     W momencie, kiedy hymn się skończył, świat zawirował, a grunt usunął mu się spod nóg. Usiadł na ziemi, dopiero teraz w pełni odczuwając fizyczne wyczerpanie oraz rany doznane na bitwie. Ból głowy doprowadzał go do szału. Albo była to po prostu rozpacz.
     Thorin nie żyje, Thorin nie żyje, Thorin nie żyje.
     Jakiś dziwny odgłos wydostał się z jego gardła, ni to krzyk, ni to łkanie. Cały drżał, a na policzkach poczuł palące, słone krople. By powstrzymać dygoczące dłonie, mocniej chwycił krawędzie koca, który ktoś narzucił na jego ramiona. Nawet tego wcześniej nie zauważył.
     Fili i Kili też nie żyją, nie żyją, nie żyją.
     Rozejrzał się wokół. Łzy rozmywały mu wizję na świat. Jedyne, co mógł teraz dojrzeć, to tragedia. Widział wiele martwych ciał, licznych rannych, żałobę oraz smutek. Rozdarte rodziny, przecięte więzy, tyle istnień ukróconych na zawsze…
     Świat bez jego uśmiechu, bez psot chłopców
     Tyle par oczu na zawsze zamkniętych, tyle głosów komuś drogich na zawsze uciszonych…
     Oddech Bilba i jego bicie serca znów przybrały niemalże maniackie tempo.
     Ona tu była. Śmierć tu krążyła.
     Znów chciał spytać – „dlaczego”.
     Hobbit zadrżał. Pragnął, by wszystko w jego głowie, wszystko naokoło nie krzyczało.
     Nie bądźcie…
     Umarli.
     A wtedy jedna elfka, jakaś prosta żołnierka, zwyczajnie stanęła pośrodku owego skupiska rozpaczy i zaśpiewała:

In gwidh ristennin 

     Wszystkie elfy wokół zwróciły się w jej stronę. Po chwili elfce zawtórował chór głosów reszty mieszkańców Mrocznej Puszczy:

Ilfirin nairelma 

     Elfka znów podniosła głos:

i fae narchannen 

     Chór odparł jej:

Nauva i nauva 

     Elfka jeszcze wielokrotnie podnosiła głos, a chór zawsze jej odpowiadał. Bilbo nagle odkrył, że powtarzał razem z nimi: ilfirin nairelma, i coraz bardziej zatracał się w tym lamencie. Owa melodia działała zupełnie jak lek – swymi nutami wydobywała wszelkie cierpienie i smutek z serc obecnych wokół. „Zabieg” ten nie był do końca przyjemny. Miało się uczucie, jakby trucizna naprawdę opuszczała twoje wnętrze, nie szczędząc przy tym ostrego, palącego bólu. Hobbit płakał z wrażeniem, że pochłaniał żal oraz żałobę słyszalne w pieśni elfów, które były zarazem jego własnymi. Bilbo pogrążał się w mroku. Przestawał on już nawet budzić w nim strach…
     Z tego stanu po czasie bardzo długim wyrwał go znajomy głos:
     - Ach, już myślałem, że znów gdzieś zniknąłeś, Włamywaczu.
     Hobbit, wcześniej kryjący twarz w dłoniach, uniósł głowę, by ujrzeć Mithrandira pochylającego się nad nim z zatroskanym obliczem. Bilbo patrzył na Szarego Pielgrzyma, nie mogąc znaleźć słów, zarazem próbując opanować niekontrolowany szloch targający jego ciałem. Czarodziej westchnął ciężko, po czym uklęknął przed Hobbitem i położył ręce na jego ramionach, a potem potrząsnął nim delikatnie. Bilbo w końcu zdołał odzyskać mowę i powiedział ochrypłym, drżącym tonem:
     - Gandalfie, powiedz mi tylko jedno, tylko jedno… - Wziął głęboki oddech. – Dlaczego kochamy, skoro odejście drogich naszemu sercu tak bardzo boli?
     Na twarzy czarodzieja odmalowała się głęboka żałość oraz współczucie.
     - Ryzyko straty ukochanych jest wyzwaniem, które wszyscy musimy podjąć – przemówił łagodnie. – Jeżeli znalazłeś w sobie odwagę by kochać, i to kochać tak mocno, odnajdziesz również siłę na przetrwanie rozstania. Musimy być dzielni w miłości, mój przyjacielu, gdyż nie trwa ona jedynie wtedy, gdy sprzyja szczęście. Prawdziwa miłość jest światełkiem
w najgorszej ciemności, a męstwem jest pozostać mu wiernym i nie poddać się pokusie mroku.
     Z tymi słowami wziął Hobbita w objęcia, trochę jakby trzymał małe dziecko. Bilbo bezradnie złożył głowę na ramieniu Mithrandira w poszukiwaniu bliskości innej istoty. Czarodziej zaśmiał się cicho, po czym zaczął głaskać Niziołka po głowie. Ten gest był dla Bilba tak bardzo kojący, tak zaskakująco dokładnie tym, czego potrzebował, że
z wdzięczności wzruszenie odebrało mu głos, a łzy spłynęły po jego policzkach.
     Zdawało się, w oddali, czyste, boskie głosy elfów łączyły się w coś w rodzaju balsamu, łagodzącego ból fizyczny, uśmierzającego rany. Opływały wszelkie zranienia
z subtelnością i słodyczą mleka oraz miodu, przynosząc ulgę. Hobbit łapczywie wsłuchiwał się w te dźwięki, starając się jednocześnie zwracać uwagę na to, co mówił do niego czarodziej.
     - Jesteś Rozmówcą Smoków, Zabójcą Azoga Plugawcy, Jeźdźcem na Beczułce i nie tylko, Bilbo Bagginsie. Jesteś dzielny, stawisz czoła żałobie – szeptał Gandalf. – Później twoje serce znów pozna, co to radość, zobaczysz. – Westchnął. – Lecz teraz płacz, mój drogi hobbicie, płacz… albowiem nie wszystkie łzy są złe.
     Na pogrzebie Króla i dwóch książąt nie uronił ani jednej łzy. Stał nieruchomo wśród innych członków Kompanii, uparcie wpatrując się tylko w ciała trójki poległych. Światła pochodni niezliczonych żałobników go oślepiały, więc tylko zmrużył oczy, nie odrywając wzroku od Thorina, Filiego i Kiliego składanych do kamiennych mogił. Kiedy przyszła jego kolej na pożegnanie Dziedziców, na sztywnych nogach zbliżył się do trzech grobów. Najpierw pocałował czoła Filiego i Kiliego, tych dzielnych młodzieńców, których pokochał niemal jak własną rodzinę. Później podszedł do Thorina i położył Arcykamień na jego piersi. Czuł na sobie ciężar tysięcy spojrzeń, lecz sam patrzył tylko na twarz swojego Króla, ten ostatni raz. Nim znów stanął pomiędzy członkami Kompanii, prawie niezauważalnie musnął brwi, nos i wargi Thorina opuszkiem palca.
     Dalsza część ceremonii minęła mu jak we mgle. W pewnej chwili odkrył, że wszyscy żałobnicy prócz niego opuścili już miejsce spoczynku Króla oraz jego siostrzeńców. Wszystko wokół było zimne i puste. Do jego uszu docierał cichy pomruk lamentów krasnoludów, elfów oraz ludzi, niosący się z wyższych hal aż tutaj. Hobbit zdał sobie sprawę, że nie był w stanie wydusić z siebie ani nuty, nieważne jak bardzo pragnął przyłączyć się do pieśni.
     Więc pan Baggins stał wśród chłodu oraz mroku, dzieląc swą samotność z Samotną Górą, jednocześnie gorzko rozmyślając o swojej przyszłości po tak niesamowitej przygodzie. Zastanawiał się nad obietnicą daną Thorinowi…
     Kiedy nadejdzie czas, opuści Erebor, uprzednio pożegnawszy się ze wszystkimi swymi przyjaciółmi. Odejdzie, nie spoglądając wstecz. Będzie miał wrażenie, jakby usunięto
z jego ramion jakiś wielki, niewidoczny ciężar. Mimo że wędrówka z powrotem do domu będzie raczej przyjemna, całą drogę spędzi z głową nisko spuszczoną i ponurym nastroju. Gandalf, chcąc go odrobinę rozweselić, zacznie opowiadać najróżniejsze ciekawe, nieraz przezabawne historie. Wtedy właśnie Bilbo wpadnie na pomysł spisania swoich przygód. Powróci do domu z tym zamiarem, który jednak odłoży na potem, gdyż jego żal będzie jeszcze zbyt świeży. Dobre, proste życie już nigdy nie będzie dostarczało mu prawdziwego spokoju, a historie w książkach nie rozpalą jego ciekawości.
     Ależ oczywiście, Bilbo będzie cieszył się zwykłymi rzeczami, jak na przykład promieniami słońca ogrzewającymi jego twarz w trakcie kurzenia porannej fajki we frontowym ogrodzie Bag End.              
     Jednak nigdy już nie spojrzy na Wschód. Tam, gdzie wstaje słońce, gdzie podążył tyle lat temu, gdzie znajduje się Samotna Góra, pod którą spoczywa…
     Jego imię przez lata nie przejdzie mu przez gardło.
     Żeby zająć myśli czym innym, a zarazem wypełnić obietnicę, długie godziny spędzi na ogrodnictwie.
     Niemal od razu po powrocie do Shire, zasadzi drzewo. Dąb. Do opieki nad nim nie dopuści nikogo, nawet Dziadunia. Będzie samodzielnie dbał o niego i pielęgnował z wielką uwagą oraz starannością.
     - Rośnie pięknie, mój królu – szepnie nieraz, czule muskając listki siewki opuszkami palców.
     Nie będzie wiedział dokładnie, w którym momencie zacznie mówić do rośliny. Nikt nie będzie świadkiem tych intymnych rozmów, lecz i tak rozprzestrzeni się plotka, że Szalony Baggins zwariował do reszty. Nie będzie go to interesowało, tak jak wiele nieistotnych już spraw.
     Czasami, gdy rozpocznie snucie kolejnej opowieści o swoich przygodach do roślinki, będzie się czuł z lekka niespełna rozumu. Za wytłumaczenie uzna żałobę i stratę. Gdy łzy po raz kolejny napłyną mu do oczu, jego wzrok powędruje do młodej sadzonki stojącej
w doniczce na parapecie, tak pełnej nadziei i nowego życia. Zawsze zanuci wtedy:

Ilfirin nairelma

     A kiedy głos uwięźnie mu w gardle, wyszepcze tylko:

Nauva i nauva 

    Potem, gdy już przełknie gorycz, powróci do opowiadania historii. Opowie swojemu dębowi
o trollach, Rivendell, Górach Mglistych, Azogu, Beornie, Mrocznej Puszczy, Thranduilu oraz jego Leśnym Pałacu, Esgaroth, Samotnej Górze, Smaugu, wspaniałościach Ereboru, wspomni także o każdym z jego drogich kompanów, syna Thráina nie wliczając, napomknie nawet o Sybil i Dorianie…
     Jednakże nigdy nie znajdzie w sobie siły, by powiedzieć cokolwiek o Arcykamieniu czy Bitwie, nie zechce również mówić o pierścieniu.
     I tak miną mu lata, przez które z dumą będzie obserwował, jak jego roślina rozrasta się
i pięknieje z każdym rokiem.
     - Rośnij – będzie powtarzał swojemu drzewu. – Staw czoła światu z taką siłą jak on kiedyś.
     W istocie tak się stanie. Dąb zostanie przesadzony z doniczki do ogrodu, gdzie wrośnie na potężny i cudny, z ogromem ciemnozielonych liści szumiących swoje tajemnice, przyniesione nieraz od strony Samotnej Góry przez ciepły, suchy wiatr.
     Ten, który naprawdę przywróci radość do serca Hobbita, jego usynowiony kuzyn, Frodo
(z niektórych cech wyglądu tak bardzo będzie Bilbu przypominał jego Króla), pokocha drzewo od pierwszego wejrzenia i obieca przejąć opiekę nad nim po wuju.
     - Bądź silny i niezwyciężony – Bilbo powie dębowi po raz ostatni, zanim opuści Shire
i wyruszy do Rivendell. – Niczym… Thorin, mój âyzung, kurduh.

***
     Jako krasnoluda ten fakt nie powinien go zadziwiać ani trochę. Dzieci Aulëgo miały wiele wspólnego z bogactwami, z żądzą posiadania, nawet chciwością, jak żadna inna rasa Śródziemia. Ich serca od zawsze pragnęły mieć coś na własność. 
     Dlaczego zawsze pragniemy coś mieć? Zabierać wszystko tylko dla siebie, zagarniać jako tylko i wyłącznie własne? Z jakiego powodu on chciał mieć Bilba, mieć Jego miłość, mieć Jego serce?
     Był takim chciwym głupcem. Dopiero teraz, na łożu śmierci, zrozumiał, że tak naprawdę chciałby dzielić swoje i Jego serce. Pragnął by jego i Bilba miłość była wspólna. Ileż by
z tego wynikło radości oraz dobroci! Miał wrażenie, że czuł to nawet teraz – ciepłe promienie słońca muskały jego twarz, a lekki wietrzyk poruszał kosmykami jego włosów, niosąc ze sobą słodkie kwiatowe aromaty. Drobne dłonie Bilba delikatnie przeczesywały jego włosy, podczas gdy On nucił jakąś spokojną melodię, tonącą w śpiewie ptaków. Thorin głowę miał złożoną na Jego kolanach, a leżał na miękkiej trawie. Uchylił powieki by zobaczyć swojego Jedynego, spoglądającego na niego z góry z uśmiechem piękniejszym
i jaśniejszym od wszelkich klejnotów świata. Promienie światła przeświecały przez Jego burzę loków, przydając im wyglądu aureoli ze szczerego złota.
     - Jesteś aniołem – Thorin wyszeptał z czułym uśmiechem, ujmując dłonią Jego policzek.
     Bilbo zaśmiał się tak cudnie. Dźwięk ten poniósł się daleko wśród otaczającej ich roślinności prywatnego ogrodu Bilba znajdującego się na bardzo szerokiej półce skalnej Samotnej Góry. Rozrastając się i piękniejąc z każdą kolejną wiosną, stał się on ostoją spokoju i świątynią dumania dla wszystkich tych, którzy potrafili bliskość natury docenić.
     - Mój królu – On powiedział cicho, z uczuciem, odwracając uwagę Thorina od otoczenia. Nie potrafił on oderwać wzroku od Jego twarzy, na której malowała się tak oczywista miłość i oddanie. – Jeżeli mnie uważasz za dobrego ducha…
     Właśnie wtedy opanował go chłód, powrócił ból i znalazł się z powrotem w brutalnej rzeczywistości. Gdyby tylko mógł wrócić do tamtego widzenia! Tak bardzo chciał zatracić się w tym, co już na zawsze stracone. Świadomość tego, co mógłby mieć, potęgowała mękę walki o życie. Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy i coraz mniej sensowny,
a ubytek krwi sączącej się z jego licznych ran przestał mu przeszkadzać. Wszystko, żeby ten koszmar się skończył. Byleby tylko trafić w miejsce podobne temu z jego marzenia, byleby tylko raz jeszcze ujrzeć mądrość, która olśniła Thorina Dębową Tarczę, króla głupców, tak późno, że mogłaby być uznana za nic więcej ponad bezsensowną mrzonkę umierającego.
     Czy byłby w stanie zdziałać wiele przez dzielenie wspólnej miłości po całym życiu
w chciwości i żądzy?

     Nie

     Głos, który udzielił odpowiedzi, był lodowaty bardziej od wichrów z dalekiej Północy, aż zza Ered Mithrin, i bezlitosny bardziej od ostrzy Mordoru. Zzupełnie jak Śmierć. Niemal zadrżał od tego dźwięku. Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc wsłuchiwał się
w otoczenie. Do jego uszu dotarł odgłos połów namiotu szarpanych wiatrem oraz cichutkie łkanie… Jego serce zamarło.
     Z trudem uchylił powieki i ujrzał swojego Jedynego.
     Bilbo.
     Siedział przy jego materacu, kiwając się lekko w przód w tył z niewidzącymi oczami, zupełnie jakby znajdował się w jakimś rodzaju transu.
     Nie wierząc w to, co widzi, Thorin przez czas jakiś intensywnie wpatrywał się w Niego, zastanawiając się, czy to tylko kolejne widziadło. Dlaczego Hobbit miałby być tutaj, u jego boku, skoro Thorin go zdradził, złamał obietnice miłości, wierności oraz opieki dane
w tamtą pamiętną noc? Bilbo był jego marzeniem, ale czy był nim też teraz? Tylko marzeniem półprzytomnego umysłu, jedynie zjawą, życzliwie spełniającą pragnienia osoby odchodzącej z tego złego świata…
     - Bilbo…
     Niziołek gwałtownie zwrócił głowę w jego kierunku. Thorin raz jeszcze zachwycił się pięknem Jego oczu. Od zawsze fascynował go ich kolor. Miał on w sobie uspokajającą szarość jesiennej słoty, odrobinę z odcienia słonecznego letniego nieba, krystaliczność górskich strumieni, a także niewielką ilość zieleni przypominającej mu kolor trawy pokrytej szronem. Pod wszystkim tym był ukryty błysk swego rodzaju stałości, a także łobuzerska iskierka, jakby Bilbo znał jakąś tajemnicę, być może owy hobbicki sekret czerpania radości z prostoty życia.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – On wyszeptał.
     - Chłopcy? – wymamrotał. – Co z Filim i Kilim?
     - Przykro mi – Hobbit odpowiedział cichutko po chwili ciężkiego milczenia, z bólem słyszalnym w głosie.
     Król pod Górą wypuścił z płuc przeciągły, drżący oddech, tłumiąc szloch. Dis nigdy mu tego nie wybaczy. On sam sobie tego nie wybaczy. Gdyby tylko jego siostra byłaby przy nim, może skróciłaby mu mękę…
     - Dlaczego tu jesteś? – wydyszał Thorin, usiłując zająć myśli czym innym. – Przecież po tym, jak się wobec ciebie zachowałem…
     - Nie! – Bilbo gwałtownie pokręcił głową. – To ja jestem bardziej winny! Wykradłem twoją własność, własność twojego rodu, a przecież wiedziałem, jak wielkie znaczenie miał Arcykamień dla ciebie i dla całej sprawy…
     - Bilbo… - przerwał mu ochryple, ciesząc się jeszcze brzmieniem tego imienia. – Ten występek ci wybaczyłem, bo ty jesteś moim Arcykamieniem, to ty jesteś moim sercem. 
    On załkał.
     - Ja również ci wybaczyłem, gdyż i ty jesteś moim sercem.
     Thorin mocniej uścisnął Jego dłonie, czując, że już nie da rady walczyć dłużej. 
     - Ghivashel… - Zakrztusił się krwią. - Wróć do Shire, do swojego domu, ogrodu, książek. Sadź rośliny i patrz jak rosną, przynosząc nową nadzieję z każdą wiosną. Ciesz się dobrym, prostym życiem, najdroższy Bilbo, bo jest w nim sens, dobrze? Zrobisz to dla mnie?
     Wzrokiem pochłaniał każdy cal Jego najpiękniejszego oblicza, kiedy Niziołek pokiwał głową z drżącym westchnieniem. Thorin uśmiechnął się lekko, patrząc na niego spod przymkniętych powiek.
     - Żegnaj, włamywaczu – wychrypiał.
     Zapadał się w bezdenną czarną głębię, a zarazem ulatywał w górę. Do jego uszu docierała jakaś melodia, być może to jego własne imię,  albo glosy wszystkich, których kochał… jego Kompanii, Brandona i Kory, Doriana i Sybil, Dis i chłopców, a może to Jego głos…
     Nim znalazł się w innym czasie oraz miejscu, ostatnią rzeczą, jaką czuł, było ciepło Jego drobnych dłoni, trzymających jego własne w żelaznym uścisku, który, mimo całej swej desperacji, nie powstrzymał Śmierci.

***
     Tragiczne wieści rozniosły się pędem błyskawicy.
     - Hiro hyn hîdh ab ‘wanath – wszędzie słyszał elfy powtarzające to zdanie, a także imiona jego ukochanych. Na pięknych twarzach wojowników z Mrocznej Puszczy malował się łamiący serce smutek oraz żałość.
     Gdziekolwiek by nie skierował swojej uwagi, którejkolwiek rozmowie by się nie przysłuchał, osaczały go tylko owe słowa, przygniatające go ciężarem ich doniosłego znaczenia.
     Hiro hyn hîdh ab ‘wanath. Niech znajdą spokój po śmierci.
     Po śmierci.
     Tyle głosów mówiło to cicho, albo głośno, szeptało, wykrzykiwało, wszystkie jednocześnie, a do Doriana docierała tylko ta część mówiąca o śmierci, o tej jedynej śmierci, której miał zapobiec.
     Przecież to niemożliwe, przecież przysięgał na Siedem Gwiazd, przecież patrzył wtedy na jego gwiazdę, którą tak dawno temu pokazał mu Fili, przecież robił wszystko, by nie zawieść Dziedziców i wspomnień z nimi związanych, chwil, które nosiła w sobie właśnie jego gwiazda…
     Niech znajdą spokój po śmierci… Gwiazdy widziały już tyle śmierci, a wciąż były spokojne. Czy nadal takie pozostaną, jeżeli to, co słyszy jest prawdą? Nie, na pewno nie…  ród Durina miał je w swoim herbie…
     Gwałtownie spojrzał w górę, lecz ujrzał jedynie zachmurzone niebo. Zamrugał, podczas gdy coś na kształt nadziei przyspieszyło rytm jego serca. Skoro gwiazdy nie udzielą mu jeszcze odpowiedzi, to może istnieje szansa, że to wszystko nieprawda…
     - Niestety, król Thorin nie żyje – powiedziano mu, kiedy błagał kogoś, nie pamiętał kogo,
 o zaprzeczenie. - Książę Fili i książę Kili również polegli. 
     Całe jego życie roztrzaskało się na drobne kawałeczki w tamtym momencie, bardziej spektakularnie od najdelikatniejszego szkła.
     Zatoczył się i upadł na kolana, pochyliwszy głowę. Dłońmi ściskał klingę miecza tak mocno, że spod palców wypłynęły mu strużki krwi. Wstrząsał nim szloch, kiedy przez zasłonę łez  wpatrywał się w refleksy świetlne odbijające się w ostrzu. Słone krople spływały mu po policzkach, po czym skapywały na klingę i obmywały ją z posoki. Czuł ogromny palący ból, jakby pozostałość po poparzeniach, po Ogniu. Paliła go rana w nodze, paliły go krwawiące skaleczenia na palcach, paliły go gorące łzy, tak gorzkie.
     Słodycz zwycięstwa przerodziła się w gorycz przegranej. Spełnił się najgorszy scenariusz - ukochani umarli. Sen Sybil się spełnił. Nagłe ukłucie zatrzymało jego serce na myśl o niej.
     Sybil… Gdzież ona się podziewała? Czy była bardzo ranna? Czy słyszała już wieści? Czy to… jej imię… czy wiatr szeptał jej imię? Sybil, Sybil… i Dorian… Dorian i Sybil… ich imiona razem brzmią tak… tak… właściwie.
     A teraz jest tylko Dorian, tylko on sam.
     Gdzieś na krańcach jego świadomości, Głos podsuwał mu wizje dotyczące rzeczy, które mogły przydarzyć się jego siostrze.
     Dorian zadrżał i nie przestawał dygotać, rozsadzany przez wewnętrzną wściekłość na samego siebie, na swoją głupotę.
     Zakręciło mu się w głowie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wstrzymywał oddech. Wypuścił powietrze z płuc, lecz z jego ust wydobyło się głośne łkanie. Przygryzł wargę, starając się uciszyć samego siebie. Nie chciał zagłuszać krzyku sumienia.
     Dorian zawiódł. Zawiódł ich wszystkich.
     Jedyne, co mu pozostało, to płacz. 

______________________________

Z winylowej płyty puszczonej na gramofonie leciały utwory Chopina, a ja pisałam ten rozdział, wieszałam cukierki na pachnącej choince i robiłam tysiąc innych rzeczy w tym przedświątecznym zamęcie, podczas gdy obok komputera stał kubek z kawą, jedyną miłością mojego życia. Ach, ach, doprawdy, tak najlepiej. Coś sprawia, że będę ten moment wspominać z uśmiechem jeszcze długo.

Moje papugi, ci czterej mali terroryści, zdaje się, i tak najbardziej lubią "Cztery Pory Roku" Vivaldiego.

Moja krew! ... tak jakby.

Ekhm. 

Sindarin:
- In gwidh ristennin - The bonds cut - Przecięte więzy
- i fae narchannen
 - the spirit broken - złamany duch
  
- Ered Mithrin - Góry Szare


Quenya:
- Ekkaia - jedna z nazw ogromnego oceanu okalającego wszystkie ziemie Ardy
- Ilfirin nairelma - Undying is our regret - Wieczny jest nasz żal
- Nauva i nauva - What should be shall be - 
Co ma 
być to 
będzie

Tekst tej pieśni jest tak naprawdę początkowym fragmentem wyrwanym z Lamentu do Gandalfa, który Drużyna Pierścienia ma okazję usłyszeć w Lothlórien. (Ja taka szczwana bestia...). Jej oficjalne wykonanie jest moim zdaniem przepiękne - posłuchajcie tego,
a później wyobraźcie sobie, że Bilbo słyszy dokładnie to samo po śmierci Thorina... Boli.

Polecam także ten cudny cover Lamentu.

Oczywiście, leśne elfy nie posługiwały się Quneyą w codziennej komunikacji. One nawet tak naprawdę nie mówiły po sinadrińsku! Język elfów Mrocznej Puszczy był
w rzeczywistości daleko spokrewniony z Sindarinem i Quneyą. Wiedziałam o tym od początku, ale zastosowałam sindariński jako ich język, bo zwyczajnie poszłam na łatwiznę. Wszak w głębiach "internetów" nie ma słownika ani wykazu wyrażeń w języku elfów Mrocznej Puszczy. Ale w Sindarinie, Quenyi, Khuzdulskim i (uwaga, uwaga, świat jest nieskończenie zaskakującym miejscem) Czarnej Mowie już tak.

Ale, nawet jeżeli te elfy nie mówiły w Sindarinie i Quenyi, to dlaczego nie mogłyby w nich śpiewać?

Khuzdul:
âyzung - lover/ true love -  kochanek/ prawdziwa miłość 
- kurduh - my heart - moje serce

Do tej pory nie do końca pojmuję, dlaczego Tolkien uśmiercił całą trójkę Dziedziców. Jedynym argumentem przemawiającym za, który potrafiłam wymyślić, jest ten, że razem
z nimi umarła klątwa ich rodu - choroba złota. I WIEM, że pojęcie "fikcja literacka" pozwala mi na bardzo wiele, lecz  nie mogłam zmienić tak ważnego punktu w fabule, jakim jest śmierć Thorina, Filiego i Kiliego. Skoro Tolkien tak postanowił, to niech będzie.

Och, Dorian, mój chłopcze... z jednej strony tak szczerze mi cię żal, z drugiej jednakże....

Czy ty zawsze musisz być taki.... skomplikowany?

Pisanie rozdziału 11. (praktycznie cały z jego punktu widzenia) przyprawia mnie o ból głowy. Chcę pokazać tam, jak Dorian powoli traci zdolność racjonalnego myślenia (przez truciznę), jak żałoba przygniata go coraz bardziej i bardziej, jak z coraz większym trudem podnosi się po każdym ciosie zadanym od Losu, aż w końcu...

A doskonale wiem, że muszę dać z siebie wszystko, bo rozdział 11. to... to ma być coś,
a... a jak się staram to zawsze nawalam, i to jest wszystko takie...

stresujące.

~*~+~*~
Uruchamiam cykl pt.
PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 
czyli jakie myśli napadają tolkienowskiego świra (czytaj - mnie) tkwiącego na biol-chemie.
  1. Czym w Śródziemiu byłby epikotyl? 
  2. Jak wtórnie diploidalna komórka centralna ośrodka zalążkowego brzmiałaby
    w Quenyi? 
  3. Jak długa jest ontogeneza mallronów? 
  4. A co z filogenezą Calaquendich? 
  5. Czy owoc Laureinu był owocem rzekomym? 
  6. Czy kwiat Tempelrionu miał fitochrom P730? 

~*~+~*~
Dzisiaj idę zobaczyć "Bitwę Pięciu Armii" ... Mahal, ależ się boję...
Tak czy siak, z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci, drogi czytelniku, po prostu szczęścia, rodzinnego ciepła i uśmiechu, a także radości dzielonej razem z najbliższymi w otoczeniu magicznej bożonarodzeniowej atmosfery,
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! :)