Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorid. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 czerwca 2015

17 lat później...

Na wstępie powiem tylko jedno - tego się nie spodziewaliście.

_____________________________

     Jej serce biło jak szalone. Mocniej ścisnęła ukryty pod peleryną miecz.  
     - Bądź silna – wyszeptała sama do siebie, zaciskając powieki. Wspomnienie twarzy Doriana mignęło jej w pamięci. Po tylu latach myślenie o nim przyprawiało ją już jedynie
o żal, zarazem dając pewien rodzaj ukojenia w smutku. Owo uczucie było jedną z niewielu niezmiennych rzeczy w jej życiu.
– Bądź silna dla nich obu.
     Z tymi słowami wzięła głęboki oddech, po czym postawiła kaptur i niezauważenie opuściła pałacowe ogrody przez bramę zachodnią. Strażnicy byli tak dobrze przekupieni, że nawet nie złożyli ukłonu, kiedy ich mijała. W obecnej jakże wyjątkowej  sytuacji nie uraziło to jej dumy czy honoru ani trochę.
     Poza tym, to, co powszechnie postrzegano jako honor, utraciła już siedemnaście lat temu.
     Szybko potrzęsła głową, wyrywając się ze zgorzkniałych rozmyślań. Musiała skupić się tylko na zachowaniu czujności.
     Naokoło panowała zimna deszczowa noc, kiedy przemykała się ulicami Dali. Po dłuższej przechadzce przez kręte i ciemne zaułki znalazła się pod wysokim drewnianym domem. Na drżących nogach okrążyła budynek, by stanąć przed tylnym wejściem. 
     Pukając  do drzwi sierocińca, największym wysiłkiem woli powstrzymywała się przed ucieczką. Otaczające ją odgłosy ulewy, chłód oraz mrok nie uspokajały jej nerwów jak zwykle, a tylko potęgowały niepokój. Bardzo długie czekanie było torturą, ale w końcu drzwi otwarły się. Stała w nich  smukła kobieta o spracowanym acz ciepłym obliczu - właścicielka i główna opiekunka domu dla sierot wojennych - Alanie. To była dobra, poczciwa, godna zaufania osoba.
     - Witaj, Pani - powiedziała, kłaniając się. - Chłopak już czeka.
     Ona w odpowiedzi kiwnęła tylko głową i dała się zaprowadzić pod drzwi jakiegoś pokoju na poddaszu.
     - Tam będziecie mogli porozmawiać w spokoju - szepnęła Alanie, po czym odeszła, zostawiając ją sam na sam z jej największym sekretem.
     Czekała tyle lat na tę chwilę, a jednak bardzo się jej obawiała. Tyle miesięcy zbierania się na odwagę, tyle nieprzespanych nocy, w czasie których układała całe przemowy… Teraz to wszystko miało się ziścić.
     Zdecydowanie nie była na to gotowa. Mimo to drżącą ręka nacisnęła klamkę i szybko weszła do niewielkiego, oświetlonego chybotliwym blaskiem świec pomieszczenia. Jej wzrok padł na młodzieńca, który stał na drugim końcu pokoiku odwrócony tyłem do wejścia. Chłopak niemal od razu obrócił się na pięcie i spojrzał prosto na nią.
     Zaparło jej dech w piersiach.
     Wpatrywała  się w niego z zachwytem pełnym niedowierzania, ale nie odezwała się ani słowem, gdyż bycie blisko tego chłopaka jak nigdy wcześniej odebrało jej mowę.
     „Synu,  jesteś taki… wspaniały” - pomyślała, lecz nadal milczała.  
     On był nie mniej zdziwiony. Znieruchomiał i patrzył na nią bez mrugnięcia okiem, zszokowany. 
Z pewnością zastanawiał się, dlaczego sama córka Barda Łucznika zażądała z nim rozmowy na osobności.
     - Pani - wykrztusił, skłoniwszy się nisko. - To dla mnie zaszczyt.
     „Nawet głos masz ten sam”.
     Zdawało jej się, że widzi przed sobą zmartwychwstałego Doriana. Chłopak był tak samo dobrze zbudowany, lecz średniego wzrostu, może dwa czy trzy cale wyższy od Doriana. Miał dokładnie tak samo przystojną twarz… Jasnobrązowe falowane włosy sięgające ramion, delikatny zarost, wyraźne kości policzkowe i idealne brwi. Te same pełne usta. Identyczne, wysokie czoło. Gdyby nie wiedziała, kim ten chłopak jest, już dawno rzuciłaby mu się na szyję z okrzykiem „Dorian, ty żyjesz, żyjesz!” i zasypała pocałunkami. 
A przynajmniej pomyliłaby młodzieńca z Dorianem przed zajrzeniem w jego oczy.

     Ten młody człowiek miał intensywnie niebieskie tęczówki, takie jak u Sigrid, jednakże błyskała w nim ta iskra inteligencji, której chłopak na pewno nie odziedziczył po niej.
     - Pani? - spytał niepewnie, wyrywając ją z zamyślenia.
     Błyskawicznie się opanowała i rzekła:
     - Witaj, Findanie. Zanim przejdę do celu naszego spotkania, musisz zagwarantować, że moja wizyta pozostanie tajemnicą.
     Nic nie odpowiedział przez moment, przyglądając jej się uważnie.
     - Masz moje słowo, pani. Słowo honoru - zapewnił z ręką na sercu.
     Kiwnęła głową, po czym wzięła głęboki oddech i wyjęła miecz.
     - To należy do ciebie.
     Z tymi słowami podała mu broń. Findan przez długi czas zerkał to na klingę, to na nią, znów na klingę, kolejny raz na nią. Pewnie myślał, że Sigrid żartuje. Księżna Dali potaknęła głową zachęcająco, a chłopak ujął miecz w dłonie delikatnie i przyjrzał się mu bliżej, marszcząc brwi. 
     - Dziwne… - mruknął. - Elficka pochwa…
    Szybkim ruchem wyjął oręż.
     - … krasnoludzki miecz - wydyszał, nie mogąc złapać tchu z zachwytu.
     Sigrid uśmiechnęła się pod nosem. W sąsiedztwie Samotnej Góry, a co za tym idzie, powszechnym dobrobycie, środki znajdywały się nawet na kształcenie sierot. Jednak
w przypadku stojącej przed nią „sieroty” było inaczej.  Sigrid sama zadbała o jego edukację. Przekazała Alanie niemałe pieniądze na ten cel. Zażądała, że chłopak ma umieć czytać, pisać, liczyć, znać obyczaje. Dodatkowo miał kształcić się w minimum jednej dziedzinie, którą sam sobie wybierze. Najwyraźniej była to znajomość broni
i posługiwania się nią.
     - Jest niezwykły, tak jak jego historia. - Zaczęła swoją opowieść. - Został wykuty przez Thorina II Dębową Tarczę dwadzieścia pięć lat temu, w podarunku dla twojego dziada Brandona. Później trafił do twego ojca Doriana.
     Findan wyraźnie nie wierzył w to, co słyszy.
     - Ale… - zająknął się, wytrzeszczywszy oczy. - Jesteś pewna, pani? Thorin Dębowa Tarcza?
     Księżna Dali uśmiechnęła się z przekąsem.
     - Nie mów mi „pani” - rzekła. – Zwracaj się do mnie Sigrid.
     To zdumiało go jeszcze bardziej.    
     - Kim tak naprawdę jesteś, Sigrid? – spytał, marszcząc brwi.

     „Twoją matką” - pomyślała ze smutkiem. Tak bardzo chciała go teraz przytulić
i powiedzieć mu, że to nie jest tak, że go nie kocha. Findana miłowała najmocniej ze wszystkich swoich dzieci, bardziej od tych, które czekały na nią w pałacu. To nie było tak, że o nim zapomniała. Często wybierała się na długi spacer po mieście z najbardziej zaufanymi służącymi i „przypadkiem” zawsze przechodzili koło sierocińca. Patrzyła wtedy, jak jej syn bawi się z innymi dziećmi, a jej serce krzyczało. To nie było tak, że go porzuciła. Kiedy Bard dowiedział się, że jego córka jest w ciąży  z zaginionym chłopakiem, zapłonął strasznym gniewem. Do dziś klnie pod nosem Doriana syna Brandona, który najpierw uratował Sigrid z płomieni, a potem zhańbił. Bard nie zgodził się na wychowanie bękarta. To był
w jego oczach zbyt wielki dyshonor dla rodziny. Pozwolił jej urodzić to dziecko, ale natychmiastowo po porodzie rozkazał oddać do sierocińca. Sigrid wybrała ten dla sierot wojennych, skoro chłopiec stracił jedno z rodziców w skutek bitwy. Tak bardzo płakała, kiedy kładła pod drzwiami koszyk z imieniem swojego synka napisanym na kartce. Findan, co znaczy Jaśniejący. Od tamtej pory cień padł między nią a ojca. Nigdy nie myślała o tej ciąży jak o hańbie. Nie… tamta noc była warta wszystkiego. Mimo ostrzeżeń Barda, na jakie niebezpieczeństwo narażała siebie i bliskich, Sigrid zawsze pozostawała blisko swojego pierworodnego, choć cały czas w ukryciu.       
     - Znałaś mojego ojca? - Zapytał znowu, zanim zdążyła odpowiedzieć na poprzednie pytanie. - Albo moją matkę? 
     Córka Barda Łucznika pokiwała głową, biorąc głęboki oddech.
     - Poznałam Doriana, jak również jego siostrę Sybil – odparła, po czym opowiedziała Findanowi historię życia dzieci Brandona i Kory, którą Dorian przekazał jej tamtej nocy. 
     Kiedy skończyła, chłopak patrzył na nią z błyskiem zrozumienia w oku.
     - Byłaś jego… przyjaciółką? - Kąciki ust Findana uniosły się niemal niezauważalnie.
     - Można tak powiedzieć – odpowiedziała ostrożnie. - To on podarował mi miecz, zanim… - głos uwiązł jej w gardle.
     - Nie płacz - mówił wtedy. - Jesteś silna.
     - Zanim? - Findan wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.
     Boleśnie przełknęła ślinę, po czym westchnęła drżąco.
     - Odszedł w poszukiwaniu siostry, by już nigdy nie powrócić – powiedziała, siląc się na jak najbardziej obojętny ton.
     Młodzieniec przygryzł wargę i spuścił głowę.
     - Nie wiadomo, co się z nim stało? – zapytał cicho. Słychać było wyraźnie, że starał się zamaskować maleńką nutę nadziei ukrytą w tym pytaniu.  
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie. Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę  – słowa Doriana przebrzmiały w jej myślach.
     - Niestety - rzekła smutno.
     Findan wyprostował się i spojrzał jej w oczy z żalem. Widać było, że jego nadzieje spłonęły.
     Wspomnienia powróciły do Sigrid z całą mocą.
     Płomienie. To wszystko stało się przez smoczy ogień. Smaug zaatakował Miasto na Jeziorze, a ich dom ogarnął pożar. Została otoczona przez ogień i dym. Tak bardzo się bała, że zaraz zginie, więc krzyczała o pomoc, która nadeszła w ostatniej chwili.
     Zobaczyła go, kiedy wyłaniał się z płomieni. Nadawały mu one niesamowitego wyglądu.
     Jego oczy stały się bezdenną otchłanią czerni. Jego twarz iluminowała
z zachwycającymi świetlnymi refleksami. Jego skóra zdawała się płonąć, a jego włosy powiewały delikatnie.

     Emanował potęgą i gniewem. Był siłą. Mocą. Ogniem.
     Podszedł prosto do niej i bez słowa delikatnie ujął ją w ramiona, po czym wyniósł
z pożaru.

     Nie mogła być bardziej oczarowana.
     Za ratunek odwdzięczyła mu się dopiero, gdy się nim zaopiekowała. Chęć pomocy wykorzystała za pretekst, by poznać bliżej tego tajemniczego nieznajomego. 
     W krótkim czasie pojęła, że młodzieńca pokroju Doriana nie spotka już więcej. Syn Brandona zauroczył ją jak nikt wcześniej, niemal zapanował nad nią, nad jej myślami oraz pragnieniami. Ukrywała się jednak ze swym uczuciem, bo nie wiedziała, czy Dorian je odwzajemniał.
     Do tej pory Sigrid wmawiała sobie, że tak było. Że Findan został poczęty z miłości. Że tamta noc to nie był tylko impuls. Że to było coś więcej niż gorąca młodzieńcza krew. Paradoksalnie, ona i jej mąż doczekali się trójki dzieci po wielu trudach, podczas gdy jej nieplanowany potomek zjawił się na świecie z taką łatwością.
     O ironio, ty najwybitniejszy reżyserze życia o zabarwieniu jak zawsze komediowo-dramatycznym.
     - Findanie - powiedziała, wyrywając się z zamyślenia po raz kolejny. - Oddaję ci ten miecz, ponieważ życzeniem Thorina było, aby był on przekazywany w waszej rodzinie
z ojca na syna.

     Chłopak przyjrzał się przedmiotowi z uwagą.
     - Co mój ojciec o nim powiedział… zanim odszedł?
     Zastanowiła się przez chwilę, a potem powtórzyła słowa Doriana:
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez. 
     Młodzieniec uniósł klingę na wysokość oczu.
     - Miecz… łez - szepnął, patrząc na ostrze z podziwem.
     Po chwili zapanowała krępująca cisza
     - Findanie… - księżna Dali zaczęła niepewnie. - Za kilka dni wejdziesz w wiek dorosły
i będziesz musiał opuścić sierociniec… jeżeli mogłabym ci jakoś pomóc…

     Findan potrząsnął głową.
     - Czuję się zaszczycony, Sigrid – odparł. – Ale nie ma takiej potrzeby. Jeden z kowali chce mnie wynająć do pomocy w kuźni. Kto wie, może pewnego dnia sam nim zostanę…
     Uśmiechnęła się szeroko i ciepło, przepełniona dumą. Jej syn był taki wspaniały,
a ponadto wiedział, jak sobie w życiu poradzić.

     - Czas na mnie - o mało co wtrąciła słowo „synu”. - Życzę ci szczęścia w dorosłym życiu.
     - Dziękuję. – Chłopak skłonił się nisko.
     Kiedy wracała do pałacu, myślała tylko o tym, że Findan, mogłaby przysiąc, mruknął wtedy „mamo”. 
***
     Dis umarła szczęśliwa, jakkolwiek absurdalnie mogło to zabrzmieć.
     Jeśli rzec, że przecież straciła wszystko i nie miała jak zaznać szczęścia, w istocie byłoby to prawdą. Przynajmniej na początku.
     Kiedy powróciła do Samotnej Góry, nie potrafiła patrzeć na wspaniałości Eroboru
z niczym innym niż odrazą. Żadne z tych pysznych oraz świetnych skarbów nie potrafiło przywrócić do żywych jej ukochanych synów i ostatniego brata.

     Nie było bogactw, które uznałaby za warte poświęcenia życia. Nawet Arcykamień nie był godzien takiej ofiary.
     Królewski Klejnot darzyła szczególną pogardą. Zawsze patrzyła zabójczym wzrokiem na miejsce, gdzie niegdyś jaśniał nad królewskim tronem. Na szczęście Dáin także odnosił się z dystansem do Serca Góry, jak również do całych bogactw Ereboru. Jej krewniak dobrze sprawował się jako władca Ereboru. Prawda, potrzebował poparcia i pomocy Dis, lecz ona udzielała mu ich chętnie. Przywrócenie świetności Ereborowi wyznaczyła sobie za nowy cel w życiu. Nosiła żałobę po straconej rodzinie, ale trzymała się dumnie. Musiała być silna dla swoich poddanych.
     Tylko w samotności, gdy stała nad grobami swoich synów i Thorina, dopadały ją chwile słabości. Wtedy zwykła modlić się do Mahal. Och, jak bardzo błagała Aulëgo, by choć raz ją wysłuchał, nawet jeśli jej prośba była niemożliwa do spełnienia.
     Jej Jedyny odszedł ze świata tak dawno temu i serce Dis już nigdy nie otworzy się
w ten sposób dla nikogo, a jednak Księżna Ereboru pragnęła syna. Tak gorąco pragnęła mieć jeszcze jednego syna.

     I Aulë wysłuchał ją.
     Ten chłopak pojawił się w jej życiu poprzedzony niemałą sensacją.
     Plotki w Samotnej Górze rozchodziły się tempem błyskawicy. Długo zanim go ujrzała już wiele o nim słyszała. Młodzieniec pojawił się u jednego z krasnoludzkich kowali
w Samotnej Górze. Był biedne odziany, a dzierżył wspaniały miecz. Nie dość, że chłopak chciał, aby na ostrzu wygrawerowano napis „Miecz Łez”, to jeszcze miał czelność twierdzić, że klinga została wykuta przez… Thorina II Dębową Tarczę.

     Za to ostanie został postawiony przed królewskim majestatem. 
     Dis nie mogła być w potężniejszym szoku, gdy stała po lewicy Dáina i patrzyła na młodzieńca, który był z wyglądu tak podobny do członków jej ukochanej ludzkiej rodziny
z Ettinor.

     Chłopak przedstawił się jako Findan syn Doriana i rzeczywiście był w posiadaniu miecza, który Thorin ofiarował Barndonowi.
     Słabość do tych ludzi chyba była we krwi wszystkich Dziedziców Durina. Dis zaprzyjaźniła się z Findanem od razu. Miała mu do opowiedzenia wiele historii z Ettinor,
a młodzieniec 
chłonął każdą nową informację o swoich przodkach. On w zamian wyjawił jej, jak skończyli jej ukochani ludzie z Ettinor.
      Musiała przyznać, mimo swej krasoludzkiej dumy i uporu, że płakała wtedy rzewnie, ale Findan również. Żal połączył ich jeszcze bardziej.
     Dis dostała upragnionego syna.
     Chłopak mieszkał w Dali przez dwa lata. Pracował jako uczeń kowala. Erebor odwiedzał regularnie oraz często i zawsze wtedy spotykał się z Dis. Jego bliskim przyjacielem został także młody krasnolud imieniem Huan. To razem z nim syn Doriana wyruszył w świat.
     Findan wysłał do Dis dwa listy w trakcie swoich podróży.
     Jego tułaczka trwała dziesięć lat.
     Dziesięć lat.
     A gdy Księżna Ereboru niemal straciła nadzieję na ujrzenie swego syna kiedykolwiek więcej, on tak po prostu zjawił się w Samotnej Górze.
     Po dziesięciu latach.
     Z kobietą trzymającą małą dziewczynkę na rękach u swego boku i ogromnym czarnym wilkiem podążającym tuż za nim.
     Bestia została nazwana Huan, na cześć poległego kompana Findana.
     Żona Findana była piękną Rohirrimką, a jego córeczka… wyglądała jak mała Sybil. Dis pokochała tę małą od pierwszego wejrzenia, a Edith mówiła do niej „babciu”.  
     W tamtym czasie Dis zaznała, co to szczęście, nawet jeśli nieraz ogarniał ją smutek. Nie potrafiła przestać wspominać Brandona, Kory i ich dzieci. Szczególnie, że Findan, po powrocie ze swoich podróży, wręczył Dis rysunki piętnastoletniego Doriana oraz siedemnastoletniej Sybil.  
     Dis żałowała, że już nigdy nie dowie się, czy portrety Thorina, Filiego, Kiliego i jej samej wykonane przez Brana wciąż wsiały w salonie, gdy ich dom w Ettinor płonął?
     Jednakże Dis wolała nie myśleć o płomieniach, bo wtedy napadał ją widok potęgi smoczego ognia, którą doświadczyła na własnej skórze. A były przecież przyjemniejsze rzeczy, nad którymi mogła się zastanawiać.
     Aulë ulepił krasnoludy z kamienia, mówiło się też, że on sam był twardszy i potężniejszy od każdej skały. Ale serce Mahal było gorące jak jego kuźnie.
     Dis zaznała w ciągu swojego życia zarówno okrucieństwa jak i dobra bogów. Jej żywot był kompletny. Umarła niedługo po przyjściu na świat drugiego dziecka Findana. Jej synowi urodził się syn. To był dobry moment, by odejść. Jej dusza opuściła Ardę w spokoju.
     Jednakże, w Salach Czekania Dis miała zamiar zrobić pierwszorzędną awanturę. Niech Throin drży przed jej gniewem spowodowanym tym, że poprowadził Filiego i Kiliego na śmierć.  
***
     Zakręciło mu się w głowie i niemal się przewrócił, potykając się o splątane korzenie. Przystanął na moment, by złapać oddech.  Uderzyła go martwa cisza, która napierała na niego ze wszystkich stron.
     Findan zmarszczył brwi podejrzliwie. Rozejrzawszy się wokół, nie zobaczył nic prócz smukłych pni drzew ginących w mroku. Nawet kiedy wytężył zmysły, nie był w stanie usłyszeć ciężkiego tupotu łap ani zobaczyć znajomej wilczej sylwetki przemykającej się nieopodal.
     Findan prychnął, pokręcił głową, a potem ruszył dalej przed siebie.
     - Pojawia się i znika, pojawia się i znika, zupełnie jak zjawa – mruknął pod nosem. – Powinien się nazywać Duch, a nie Huan.
     Mężczyzna poruszał się szybko i cicho, zagłębiając się coraz bardziej w las. Starał się przemieszczać jak najsprawniej, jednak przeszkadzało mu w tym zmęczenie oraz łodygi jeżyn ciągle oplatające się wokół jego nóg. Mimo to nie przestawał iść. Jego umysł był zajęty czym innym niż przejmowanie się przeszkodami czy znużeniem.
     Głęboko zastanawiał się nad przyszłością, targany niepokojem. Od teraz tak wiele rzeczy się zmieni. Jego rodzina uzyskała tytuł szlachecki, a on sam został głową rodu. Powinien stać pewnie na czele Peryárów w trakcie ich początku, który będzie trudny. Jednakże,  Findan z paniką odkrył, że nie miał pojęcia, co zrobić ani od czego zacząć. Ponadto, na myśl nie przychodził mu nikt doświadczony, u kogo mógłby szukać pomocy
i wsparcia. Znalazł się w tej nowej sytuacji praktycznie sam.

     A i tak potrzebował samotności.  Istniało zatem jedno miejsce, do którego postanowił się udać.  
     Krąg Smutku fascynował go odkąd tylko sięgał pamięcią. Od dnia, kiedy powiedziano mu o tamtym miejscu po raz pierwszy, zawsze coś ciągnęło go na ową polanę. Nikt by nie zaprzeczył, że było w niej coś naprawdę wyjątkowego.
     Jedynie tam Findan naprawdę potrafił zebrać myśli, a teraz musiał to robić.
     Znajdował się już niedaleko. Przyspieszył kroku i wkrótce dodarł do celu. Jak zwykle, gdy wyszedł z linii drzew, zaparło mu dech w piersiach na widok polany. Jej wygląd był niemal nieziemski.
     Skrzyła się srebrem księżycowego blasku, a kwiaty oplatające mogiły jaśniały niczym gwiazdy. Strumień szemrał cicho, delikatnie, jakby nie chcąc przerywać spokoju nocy. Powietrze pachniało słodko, a zarazem przesycone było tą charakterystyczną melancholią. Dało się wyczuć również jakąś potęgę oraz tajemnicę bijącą od dwóch grobów.

     Findan zamarł na moment, oczarowany, lecz po chwili odetchnął z ulgą, poddając się ogarniającemu go spokojowi.       
     Zrobił kilka kroków w kierunku środka polany, po czym zatrzymał się i usiadł na ziemi. Później stracił poczucie czasu, rozmyślając nad tym, jak wypełnić oczekiwania innych, zapewnić dobrobyt Violet i dzieciom, i tym podobne. 
     Niestety, nie był ani trochę bliżej rozwiązania. 
     Findan wstał, po czym zaczął nerwowo chodzić w tę i we w tę. 
     Jak postępować, by historia już nigdy więcej się nie powtórzyła? Co począć, by uchronić potomnych przed cierpieniem, jakie spadło na ich przodków i możliwe, że także ich dotyczy? 
     Zmarszczył brwi. Znów obudził się w nim ten bunt, znów zadawał sobie pytanie o sens tej tragedii. 
     Z niezrozumiałych mu przyczyn, jego wzrok został przyciągnięty przez dwie mogiły. Wpatrywał się w nie jakby był w transie. I nagle go olśniło. 
     Z ust Findana wypłynęły słowa, które układały mu się w głowie przez te wszystkie lata. Nareszcie wydobył z siebie pieśń, którą miał na końcu języka tak długo. 

Łzy Nienny, co uczyniłyście ten świat, 
Ainurowie oczarowani słodyczą waszego smutku, 

Valarowie doprowadzili wizję do skutku. 


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 


Dwa Drzewa, co Światłem Valinor okalacie, 
By zginąć od jadu Majara mrocznego, 
Rodzicami stałyście się dobra przemożnego. 

Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Eru, nazwij Twój klucz na istnienie siły,
Co potrafi zmienić rzecz zranioną i upodloną, 

W jeszcze lepszą i piękniejszą, na nowo odrodzoną. 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

I wszystkie potęgi Ardy, co zachowamy w pamięci, 
Spłodziłyście ogień i wiatr, nosicieli pożogi, 
Dałyście wodę i ziemię, byśmy wkroczyli w raju progi. 

Gdzież jest Łaska w Śmierci?  

      Jego śpiew niósł się echem daleko, a przyroda wokół zdawała się wsłuchiwać
w napięciu, jednakże uparcie pozostawała milcząca. Po zakończeniu pieśni Findan westchnął z ponurą rezygnacją. Do reszty zwątpił, by kiedykolwiek odpowiedziano mu na owe pytania.

     Moment później, na polankę wkroczył Huan, jak gdyby nigdy nic. Zaszczycił Findana jednym przelotnym spojrzeniem, na co mężczyzna fuknął z niedowierzaniem.
     Doprawdy, że też jego przyjaciel miał czelność uważać się za wiernego kompana.
     Zwierzę zbliżało się do dwóch grobów niespiesznie, poruszając się z ociężałym majestatem, a jego futro czarniejsze od nocy lśniło zachwycająco w świetle miesiąca.   
     Findan miał wrażenie, że wszystko wokół zatrzymało się, a cała uwaga otoczenia skupiła się jedynie na Huanie, kiedy stanął przy mogiłach w bezruchu.
     Po chwili wilk uniósł łeb ku niebu i dał głos. Jego wycie, z początku ciche oraz niskie, rosło w siłę stopniowo. Przejmująco wznosiło się i opadało, jakby falami spływając na słuchaczy. W pewnym momencie zaczęło wzrastać dramatycznie, urwało się na moment, po czym cichło powoli, napełniając ogromnym, nieopisanym smutkiem.
     Huan zamilkł na krótki czas, a potem zawył po raz kolejny. Na początku dźwięk ten był zaledwie pomrukiem, słabo słyszalnym, ale w przeciągu sekundy przerodził się w potężny ryk, oszałamiając z gwałtownością burzy, niemal zwalając z nóg przebrzmiewającą w nim rozpaczą oraz gniewem.  A potem wycie urwało się równie niespodziewanie, jak się zaczęło.
     Wilk spuścił łeb, mruknął i położył się na ziemi, skomląc.
     Findan zrozumiał, że jego przyjaciel oddał cześć dwójce poległych spoczywających
w Kręgu. Mężczyzna wsłuchiwał się, jak echa hołdu Huana zostawały pochłonięte przez milczenie nocy, a potem skupił swój wzrok na dwóch mogiłach. Znów zanucił:


Gdzież jest piękno w cierpieniu zeszłych lat? 
Gdzież jest sens w bólu i stracie? 

Gdzież jest ukojenie w ciemności mogiły?

Gdzież jest Łaska w Śmierci? 

     Skończywszy, spojrzał prosto w oczy swojego przyjaciela warującego przy grobach. Obaj zamarli w bezruchu, wsłuchując się w otoczenie, nie odrywając od siebie wzroku. Słyszalny wokół szelest liści targniętych przez lekki wietrzyk zdał się Findanowi podobny do szumu wesołego domowego ogniska. Huan uniósł uszy, obserwując go bacznie, jakby
z oczekiwaniem.

     I właśnie tamtej chwili, przez jeden krótki moment, Findan nic nie był w stanie usłyszeć.
     A wtedy uśmiechnął się, gdyż cisza nareszcie udzieliła mu odpowiedzi.


KONIEC 

środa, 17 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 1

WOW, wstawiam posta! Czyżby to był wielki powrót?
Nie, raczej nie.
Rozdział 11. okazał się być ogromny, więc postanowiłam rozdzielić go na dwie części. Pierwszą część wstawiam teraz, a drugą za tydzień. 
"Życie za życie" zostanie skończone przed rozpoczęciem wakacji! Nareszcie!
W lipcu żaden post się nie pojawi, gdyż praktycznie w ogóle nie będzie mnie w Polsce. Myślę, że w sierpniu również nic nie udostępnię, bo wtedy rozpocznę powtórkę materiału do matury. I potem nadal nic. Także bardzo możliwe, że posty, które ukażą się w czerwcu, będą tak naprawdę ostatnimi przed prawdziwym zawieszeniem ,,działalności" bloga na czas nieokreślony.
Ok, a teraz ostrzegę, że w poniższym tekście znajdziecie jeszcze więcej ars moriendi, rozpacz, szaleństwo, ból, łzy, wprost emocjonalny kuźwa rollercaster, i ja już nie wiem co. Ja już nie wiem. Jestem zmęczona. Nie miałam głowy do pisania czy odpowiedniego przyłożenia się do tego rozdziału. Historia w nim przedstawiona równie dobrze mogłaby potoczyć się kompletnie inaczej - o wiele, wiele prościej. Jednakże zakończenie, jakie spotkało Doriana, wyznaczyłam sobie za wyzwanie. Miałam wiarygodnie opisać go przyjmującego razy od Losu, jakich nie zniosłaby prawdopodobnie żadna istota ludzka, a już z pewnością nie szesnastolatek, nawet jeżeli wyrośnięty 
i dojrzały jak na swój wiek. Ostatecznie jednak wyszło mi chyba coś w stylu ,,Ciepień młodego Doriana".
Cóż, przeczytajcie i oceńcie sami. 
_____________________________

     - Pokażcie mi ich twarze. 
     - Dorianie… - Balin szepnął ze smutkiem. 
     - Pokażcie mi ich twarze! – ryknął, a wszyscy wokół aż się wzdrygnęli. 
     Balin westchnął drżąco i powoli pochylił się nad ciałami książąt. Dorian patrzył niczym zahipnotyzowany, jak syn Fundina niespiesznie odwijał chusty z głów Filiego i Kiliego. Ich oblicza odsłaniały się kawałek po kawałku, podczas gdy Dorian potrafił jedynie gapić się bezradnie na każdy cal ich twarzy. 
     Chłopak nagle odczuł potężną chęć ucieczki, a jakiś ostrzegawczy głos rozdzierał go od środka.
     - Uciekaj – głos krzyczał. - Uciekaj, uciekaj, uciekaj! Tu nic nie ma, tu już nic nie zostało, uciekaj! 
     Dorian zapragnął być daleko stąd, daleko, gdziekolwiek, byle nie tutaj – tutaj, gdzie złożono tyle trupów. Tutaj, gdzie świat jawił się w całym swym okrucieństwie. Tutaj, gdzie niezliczone więzy przyjaźni, miłości i krwi zostały na zawsze zerwane. Tutaj, gdzie Fili i Kili leżeli… 
     Martwi. 
     Ciche łzy spływały mu po policzkach, kiedy stał jak posąg nad ciałami swych braci, spoglądając nań chciwym wzrokiem. Dokładnie przyglądał się wszystkim szczegółom ich wyglądu. Miał wspomnienia związane z czesaniem ich włosów i nauką plecenia warkoczy. Ze sposobem, w jaki marszczyli brwi albo, jak układały się zmarszczki w kącikach ich oczu, gdy się śmiali. Doskonale pamiętał ich tęczówki, które czasem zdawały się zmieniać kolor w zależności od emocji. Pamiętał, jak kręcili nosami, będąc niezadowolonymi, a ponad wszystko przypominał sobie uśmiechy tej dwójki. Nadal mógł usłyszeć ich wspólny śmiech w myślach. Wciąż pamiętał, jak kłócili się na temat najlepszych ubrań czy broni. 
     A zatem przywoływał te wspomnienia, wszystkie po kolei. Katował się nimi. Porównywał to, jak wyglądali, kiedy żyli, z tym, jak widział ich teraz. Każda kolejna myśl była biczem. Każde kolejne wyobrażenie „co by było, gdybyś nie zawiódł” stawało się potężnym ciosem. Dorian karał się, zadawał sobie ból. Jakaś najgorsza, najmroczniejsza część jego samego czerpała z tego pewien rodzaj przyjemności. Upajał się w cierpieniu,
w upadku, w poczuciu winy. Jakiś najbardziej obrzydliwy skrawek jego duszy mruczał
w grzesznej rozkoszy nienawiści na samego siebie. 
     Umarli przez ciebie… spójrz, coś narobił… - To On szeptał. – Spójrz na ich twarze. Są martwe. Są martwe, bo skupiłeś się na własnych porachunkach, a nie na swej misji… Patrz na to! Złamałeś dane słowo, więc patrz i cierp!  Hrizg, Stauki  hrizghai, Stauki zoob 
     Dorian uparcie skierował wzrok przed siebie, przez co otrzymał jeszcze boleśniejsze razy. Pod naporem Jego ciosów usiadł na ziemi. Kulił się i krzywił od psychiczno-fizycznego cierpienia. Jak przez mgłę słyszał zaniepokojone okrzyki krasnoludów, lecz je ignorował. Pragnął jedynie ciosu ostatecznego, który pogrążyłby go w mroku. Po bitwie tak wiele istot nie ujrzy światła nigdy więcej, ale jego ciemność nie pochłonęła. Chłopak poczuł się przez to jak zwycięzca. Nie został do reszty złamany.   
     Tryumfalny uśmieszek wykrzywił jego usta, a Dorian jeszcze nigdy tak się sobą nie brzydził. Chłopak poczuł się w tamtym momencie tak podły, zdrożny, nikczemny, tak bardzo zły. Stał się nie lepszy od wrogów, którymi tak gardził – okazał się być żądną zemsty maszyną do zabijania.                  
     Mordował, lecz śmierć nie została mu dana, gdyż byłaby ona jedynie łaską. Przecież zdrajca nie miał prawa umrzeć w bitwie, jak szlachetny wojownik. 
     Spojrzenie Doriana znów spoczęło na wykrzywionych obliczach Filiego i Kiliego. 
     - Pewnie mieliście cholernie szlachetną śmierć, co? – ciche słowa młodzieńca zabrzmiały gorzko.
     Dokładnie w tamtej chwili go olśniło. Owa myśl uderzyła Doriana niczym grom
z jasnego nieba. 
     Szlachetna śmierć.
     Sybil nie zniosłaby żadnej innej. 
     Usłyszał głęboki chichot, jakby odgłos zwycięskiej uciechy wydany przez osobę będącą zawsze dwa kroki przed tobą. 
     Dorian znieruchomiał, sparaliżowany lodowatym przerażeniem rozlewającym się po jego ciele. Miał wrażenie, że ożył w nim jakiś stwór, który powoli ujmował jego ciało oraz umysł w żelazny uścisk potężnego, zwierzęcego strachu. Jego serce zaczęło bić niemal zabójczo szybko, a ręce się trząść. Chłopak cały dygotał, jakby został przygnieciony horrorem realizacji, że... to przeczucie, od którego starał się uciec, prawie na pewno było prawdą. Dorian tak naprawdę doskonale wiedział, od momentu zakończenia bitwy czuł, że Sybil… 
     - Nie. 
     Dźwięk, który chłopak z siebie wydał, nawet dla jego własnych uszu zabrzmiał jak czysta rozpacz. 
     Już cię złamałem, Iskro. 
     Młodzieniec zaszlochał, kryjąc twarz w dłoniach. To wszystko zdawało się być jednym wielkim koszmarem, przedłużającym się złym snem. Tak bardzo chciałby się wybudzić, albo chociaż mieć siłę wstać z ziemi i uciec...
     Czyjaś dłoń delikatnie spoczęła na jego ramieniu. 
     Dorian uniósł głowę i zajrzał Balinowi prosto w oczy. Wzrok krasnoluda był bardzo zmartwiony, a zarazem ciepły oraz przyjazny. Migotały w nim iskierki zrozumienia, współczucia. Syn Fundina rozumiał ból i stratę Doriana, ale… Widać było po nim, że miał na myśli jedynie Filiego i Kiliego. Sybil w ogóle nie brał pod uwagę. Jakby… nie, oczywiście, że była możliwość, iż Dorian się mylił. Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że jego siostra mogła nie 
     - Chłopcze – łagodny szept Balina wyrwał go z jego szaleńczych rozważań. 
     Dorian zamrugał, wracając myślami do rzeczywistości. Otworzył usta, ale z jego gardła nie wydobyły się słowa. Chłopak westchnął drżąco, po czym starał się uspokoić oddech przez czas jakiś. Balin cierpliwie czekał, nie zdejmując ręki z ramienia Doriana.
     - Kto… kto ich tu przyniósł? – wychrypiał chłopak w końcu. 
     Przez oblicze Balina przemknął cień, po czym krasnolud odparł: 
     - Beorn. 
     Dorian pokiwał głową ze zrozumieniem. 
     - Wiesz, gdzie go znajdę? – spytał. 
     - Pewnie nadal pomaga znosić rannych z pola bitwy. – Balin zmrużył oczy. – Dlaczego chcesz go odszukać? 
     - Muszę się coś od niego dowiedzieć – odparł i dźwignął się na nogi chwiejnie. Potem zaczął się oddalać najszybciej, jak mu na to pozwalało obolałe ciało. 
     - Dorianie! – krasnolud zawołał za nim. 
     Młodzieniec odwrócił się i spojrzał na Balina. 
     - Wybacz mi – rzekł z powagą, a sekundę później znów szedł w swoją stronę, nie oglądając się za siebie. 
     Te dwa słowa wypowiedział szczerze z całego serca. Nie wiedział nawet dlaczego akurat tego starego wojownika poprosił o wybaczenie za wszystkie swoje grzechy, lecz nie poświęcił temu więcej zastanowienia. Wolał zająć się odszukaniem siostry. Aby to uczynić, potrzebował jednej informacji od zmiennoskórego. Sybil mogła znajdować się tylko tam, gdzie spełnił się najgorszy scenariusz, a Beorn z pewnością znał dokładne położenie tego miejsca. 
     I mimo że Dorian był ranny oraz na skraju wyczerpania, to znalazł w sobie nową determinację. Nie zajmował myśli całym kalejdoskopem emocji, które odczuł w ostatnich minutach. Skupił się jedynie na tym, że nadzieja wciąż żyła. 
     „Nie, jeszcze mnie nie złamałeś” – pomyślał z satysfakcją, już znacznie mniej mroczną.

***
     Nie wiedział dokładnie, co się z nim działo po tym, gdy dowiedział się o śmierci Dziedziców. Zgadywał, że pałętał się gdzieś bez celu. Przed oczami przesuwały mu się liczne twarze oraz sylwetki, a o wykonywanej przez niego czynności chodzenia świadczył palący ból w nodze. Jedyne, co czuł więcej, to jego policzki wciąż mokre od łez. Zapewne długo trwał w tym dziwnym stanie otępienia, lecz nie potrafił dokładniej określić, ile czasu tak upłynęło. Przytomność umysłu przywrócił mu dopiero krzyk:
     - Daro, Alagos! Alagos! 
     Stanął jak wryty. Od bardzo dawna nie zwrócono się do niego w ten sposób. Zerknął
w stronę wołającej go osoby, by ujrzeć Hirlina żwawo idącego w jego kierunku. Dorian odwrócił się na pięcie i zaczął oddalać się jak najspieszniej. Nie miał ochoty na jakiekolwiek rozmowy czy czyjekolwiek pytania.
     -
Dartha! – usłyszał krzyk elfa, już z bardzo bliska.
     Ręka Hirlina zacisnęła się na jego ramieniu, powstrzymując go przed dalszą ucieczką. Dorian zamknął oczy, wzdychając ciężko. Nie miał siły na to, co nadchodziło. Jego ciało całe zwiotczało, spięte ramiona opadły. Chłopak wziął kilka głębokich oddechów, starając się opanować ogarniające go nudności. Trucizna już dawała o sobie znać. Nie chcąc o tym myśleć, powoli uniósł powieki i zobaczył zmartwionego Hilrina tuż przed sobą.
     -
Le minui.– Elf zmarszczył brwi. – I van Abgerdhil?
     Miał wrażenie, że poczuł cios w twarz na dźwięk elfickiego imienia siostry. Nie był
w stanie nic odpowiedzieć.
     -
I van nîtheg? – dopytywał Hirlin, zniżając głos do zaniepokojonego szeptu.
     Dorian z trudem przełknął ślinę i zwilżył wyschnięte na wiór wargi, lecz milczał, ze smutkiem wpatrując się w twarz elfa.

     - Alagos? – Hirlin brzmiał na bardzo przejętego.
     - Nîth nín ú-inev – odarł w końcu, tonem zaskakująco obojętnym.
     Najlepszy tancerz Mrocznej Puszczy zamrugał z niedowierzaniem.
     - I van he?
     Chłopak wziął głęboki oddech.
     -
Goheno nin, Hirlin – jakimś sposobem Dorian opanował załamujący się głos. - Ú-iston.
     Elf zdumiał się wielce.
     - 
Am man?
     Dorian nie mógł już znieść owego natłoku pytań. Zrobił krok w tył, na wpół świadomie chcąc wycofać się z tej sytuacji, ale wtedy jego nogę przeszył niemal oślepiający ból. Skrzywił się, z całych sił próbując nie krzyknąć. Potem zatoczył się, a świat wokół zawirował i nagle Dorian siedział na ziemi, przyciskając dłonie do rany na udzie. Mocno zamknął oczy i zacisnął zęby, starając się nie myśleć o bólu.
     -
Boe de nestad! – krzyknął Hirlin.
     -
Ǔ! – jęknął Dorian, jednakże kilka elfów już zaczęło się krzątać wokół niego. Na ramiona narzucono mu koc, w dłonie wciśnięto kubek z wodą.
     –
Baw! – zaprotestował głośno. – Ego!
     Z jego sprzeciwu nic sobie nie zrobiono. Ktoś nawet rozpoczął oczyszczanie zadrapań na jego czole. Wtedy chłopak zaczął wyrywać się i wiercić, a w końcu zerwał się na równe nogi, z najwyższym trudem utrzymując równowagę.
     - Nie dotykajcie mnie – wysyczał, rzucając otaczającym go sanitariuszom ostrzegawcze spojrzenie. Oni, po chwili niepewnego stania w miejscu, mimo wszystko zbliżali się do niego powoli. Dorian poczuł się osaczony i bez dalszego pomyślunku dobył sztyletu, po czym przykucnął lekko, przybierając pozycję obronną.
     - Nie. Dotykajcie. Mnie – warknął, wyszczerzywszy zęby.
     Elfy zamarły w bezruchu, oniemiałe z zaskoczenia. Dorian zmrużył oczy podejrzliwie. Co je tak dziwiło? Przecież był zhańbiony. Był zdrajcą i mordercą, brudnym oraz zepsutym. Nie chciał, żeby elfy zostały splamione przez dotknięcie go.
     - Dorianie… - Hirlin ostrożnie wystąpił naprzód, ręce unosząc w pokojowym geście. – Znajdujesz się w stanie pobitewnego szoku, rozumiemy to. Może ci się wydawać, że nie potrzebujesz pomocy, ale tak nie jest. Musisz poddać się opiece...
     - Przecież uważałem na lekcjach Gilraen o lecznictwie – chłopak przerwał tancerzowi
z prychnięciem.
     - Zatem wiesz, że najrozsądniej będzie zrobić tylko jedno – odarł elf. – Poddaj się.
     - Nie! – Dorian zaprzeczył uparcie, unosząc sztylet wyżej. – Już wystarczająco pomogliście, za co jestem wdzięczny. Rany dam radę opatrzyć sobie sam.
     - Doprawdy? – Hirlin uniósł brwi z powątpiewaniem, po czym zbliżył się do Doriana
o kilka małych kroków. – Dlaczego tak się opierasz,
chéneg nín? – przemówił łagodnie,
a w chłopaku coś pękło, gdy usłyszał ten ton. Łzy wezbrały mu w kącikach oczu.
     - Zostań tylko ty, Hirlinie – wyszeptał. – A powiem, co się stało. Niech reszta zajmie się bardziej potrzebującymi.
     Elf nie wyglądał na zachwyconego owym żądaniem.
     - Niektórzy tutaj umierają, im powinna  zostać poświęcona uwaga sanitariuszy – argumentował chłopak, podnosząc głos, ale powstrzymał dalszy wybuch złości. – Ja na nią nie zasłużyłem. – Dorian schował broń, po czym powoli powrócił do normalnej postawy. Spuścił wzrok, nie będąc w stanie na nikogo spojrzeć.
     -
Man agoreg? – spytał Hirlin cicho.
     - Powiem, ale tylko tobie – szepnął Dorian. – Niech inni odejdą. Proszę.
     Odważył się zerknąć na tancerza.
     - Proszę – powiedział błagalnie.
     Wszystkie elfy wokół wymieniły spojrzenia, a potem niechętnie oddaliły się. Dorian usiadł na ziemi z ulgą. Hrilin pojawił się obok niego, narzucając koc z powrotem na jego ramiona, podając mu kubek. Kiedy chłopak brał naczynie w swoje dłonie, palce elfa musnęły jego własne. Wzdrygnął się tylko odrobinę na ten kontakt. Później wypił wodę do dna, czując na sobie ciężar spojrzenia tancerza. Gdy skończył, odłożył kubek i spojrzał na Hirlina niepewnie. Tamten kiwnął głową krótko, a potem rzekł surowo:
     - A teraz wytłumacz się.
     Zatem Dorian opowiedział mu o wszystkim, co wydarzyło się na bitwie. Kiedy skończył, ze wszystkich sił starał się opanować łkanie, a elf wpatrywał się w niego z równie wielkim szokiem co smutkiem.
     - Co zamierzasz zrobić? – spytał Doriana cicho. W jego głosie słyszalny był chłodny dystans.
     Chłopak ukrył twarz w dłoniach, przytłoczony ogólnym wyczerpaniem oraz poczuciem wstydu.
     - Ja… - westchnął. – Nie wiem – wymamrotał.  – Najpierw powinienem odnaleźć moją siostrę, i jeżeli ona mnie nie zamorduje, to potem znalazłbym… Súriona.
    - Súriona? – Hirlin przerwał mu. Coś w jego tonie zaalarmowało chłopaka, sprawiając, że błyskawicznie spojrzał na tancerza. Elf przyglądał się twarzy Doriana przez moment.
     - Och – sapnął Hrilin nagle. – To ty jeszcze nie wiesz…
  

     Młodzieniec znieruchomiał, na nowo sparaliżowany strachem. Nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa, uważnie wodził spojrzeniem po każdym calu poważnego oblicza elfa. Poszukiwał odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie – co się stało z Súrionem?
     Z obawy przed najgorszym ciało chłopaka zaczęło drżeć i przechodziły go lodowate dreszcze. W końcu, nie mogąc wytrzymać niepewności, wyszeptał ochryple:
     - Powiedz mi, Hirlinie.
     Tancerz spuścił wzrok z żalem, westchnął, a później przemówił ponuro:
     - Zwyciężyliśmy, lecz wrogowie nie zostali wybici do nogi. Bardzo nieliczni orkowie
i gobliny zdołali pierzchnąć, zabierając ze sobą jeńców. Zostało pojmanych kilkunastu ludzi
i kilku naszych, o krasnoludach nic mi nie wiadomo. Lavassir wyznał, że był świadkiem schwytania Imlada. Mówi się też, że w niewolę został wzięty również… - elf zrobił pauzę, biorąc głęboki wdech. 
     - Súrion – Dorian dokończył za niego słabym szeptem.
     Chłopak zaszlochał i skulił się. Pragnął schować się przed brzemieniem usłyszanych wieści. Chciał wierzyć, że Súrion zaraz przyjdzie do niego, cały i zdrowy, jak zwykle uśmiechnięty.
     Tak, jego przyjaciel nie dałby się pojmać. Zaraz przyjdzie. A potem bez słowa ujmie Doriana w długi uścisk. I… i jego szaroniebieskie tęczówki będą skrzyły się tak charakterystycznie, a jego długie włosy będą lśniły…

     Dorian gwałtownie uniósł głowę, po czym rozejrzał się wokół, oczekując nadejścia Súriona. W poszukiwaniu przyjaciela chłopak uważnie obserwował otoczenie. Panująca naokoło szaruga nadawała wszystkiemu nijakie barwy, przyprawiając go o mdłości. Każde martwe ciało, ranny wojownik czy rozpaczający żałobnik, każdy z nich wyglądał na skąpanego w szarej obojętności. Rzeczywistość zdawała się teraz jeszcze okrutniejsza, tym bardziej, że Súrion się nie zjawiał. Dorian nieustannie wypatrywał przyjaciela ze łzami wzbierającymi w oczach. Bez przerwy, z wzrastającą desperacją, szeptał imię elfa, jakby to mogło go przywołać.
     Nic jednak nie pomogło.
     Súrion się nie pojawił.
     Dorian w końcu zrozumiał.

     Súrion już nigdy się nie pojawi.
   
     Jego najlepszy przyjaciel odszedł na zawsze i Dorian nie zobaczy go już nigdy więcej. W
ięźniowie goblinów nie wychodzili z niewoli żywi. 
     W tamtej chwili chłopak miał wrażenie, jakby stracił coś na kształt filaru podtrzymującego jedną z podstaw jego życia. Odebrano mu stały punkt zaczepienia, wcześniej niezachwiany. To Súrion miał być tym, który nie puści ich przyjaźni w niepamięć. To Súrion miał być tym, który nie odejdzie nigdy, który będzie trwał u jego boku na zawsze.
     Najmniejsza myśl o tym, że jego najdroższego przyjaciela równie dobrze można było uznać za zmarłego – to było zbyt wiele. Poczuł się za słaby na przyjęcie tego ciosu. Nie było przy nim siostry, a Súriona stracił. Nie miał się na kim wesprzeć. Zakręciło mu się w głowie, w uszach słyszał tylko dzwonienie, brakowało mu tchu, zaś po policzkach spłynęły łzy. 
     -
Alagos! A chéneg! – ktoś nawoływał z oddali. – Słyszysz mnie?! Otwórz oczy! Nie mdlej!
     - Nie – jęknął. – Zostaw mnie… nie mam siły…
     - Masz.
     - Nie dam rady…
     - Dasz.
     To brzmiało tak bardzo podobnie do sytuacji, kiedy leczyła go Gilraen, że Dorian mimowolnie otworzył oczy, by sprawdzić, czy to nie ona. Ujrzał jedynie twarz Hirlina
i załkał.
     Elf trzymał go w ramionach i potrząsnął nim.
     - Chłopcze - powiedział tancerz. – Nie możesz się poddawać! Nie możesz, chociażby ze względu na niego. On nie chciałby, byś rozpaczał. Súrion pewnie powiedziałby, żebyś odnalazł innych i żył dalej.
     Dorian niemal od razu przestał płakać. Zastanowił się nad słowami Hirlina, a po niedługim czasie podniósł się na nogi.
     - Tak – mruknął. – On właśnie tak by powiedział.

     Chłopak zaczął iść z trudem, mając na myśli pamięć o swym przyjacielu.  
     - Gdzie ty się wybierasz?! – wykrzyknął Hirlin.
     - Spotkać się z rodzeństwem – odparł Dorian.
     Później wspólnie z elfem prosili innych ocalałych o wskazówki, jak dotrzeć do książąt. Próbowali także dowiedzieć się czegoś o Sybil, lecz nikt nic nie wiedział.
     Niepokój Doriana o siostrę wzrastał coraz bardziej. Prawdziwie się przeraził, gdy odkrył, że nie było jej nawet przy Filim i Kilim. Ale dokładnie w tamtym momencie ujrzał swoich braci, leżących na ziemi, z chustami na głowach, nieruchomych.

     Hirlin oddalił się wtedy, za co Dorian był mu wdzięczny. Chłopak chciał stawić temu czoła w pojedynkę. Podszedł bliżej i został powitany przez Balina oraz Dwalina, trzymających wartę nad…
     Poległymi.
     Dorian potrząsnął głową gwałtownie, wyrywając się ze wspomnień. Nie mógł sobie pozwolić na wracanie myślami do tamtej chwili, ani do tego, czego dopuścił się potem. 
     Chłopak wkroczył w progi obozu dla rannych, kulejąc ciężko. Osaczyła go potworna kakofonia dźwięków, jakie można spotkać tylko w takim miejscu. Szedł wśród jęków, szlochów, nawoływań i łkań. Ten hałas napierał na niego, sprawiał, że był bliski szaleństwa. Nie był w stanie wydusić
z siebie ani słowa, lecz pragnął krzyczeć…

     Zatrzymał się gwałtownie, gdy powietrze rozdarł wrzask. Dorian myślał, że ten okropny odgłos wydostał się z jego własnego gardła, dopóki jego spojrzenie nie padło na scenę tuż przed nim. Jakiś człowiek potrząsał martwym ciałem drugiego, rozpaczliwie błagając tamtego do powrotu do żywych. Chłopak z bólem oderwał wzrok od tej sytuacji. Rozejrzawszy się wokół, zauważył wielu wojowników z mniej lub bardziej poważnymi obrażeniami. Jakiś człowiek stracił nogę, inny oko, jeden z elfów wróci do Mrocznej Puszczy bez ucha oraz dwóch palców, a ten krasnolud z rozłupaną czaszką chyba już nie oddychał.
     Młodzieniec miał wrażenie, że został niemal powalony na kolana ogromem cierpienia, na jaki spoglądał. Mimo to, nie potrafił przestać patrzeć. Przypatrywał się wszystkiemu coraz dokładniej…
     I wtedy ją ujrzał.
     Ona była jedyną, ostatnią, z którą dzielił coś pozytywnego, coś pięknego. Jakaś niewidoczna siła mimowolnie przyciągała go do niej. Nie był w stanie się temu oprzeć. Wcale nie chciał. 
     Dorian ostrożnie skierował się w jej stronę, uważnie lawirując między gorączkowo krzątającymi się uzdrowicielami, jednocześnie starając się ją obserwować. 
     Sigrid opatrywała bark jakiegoś półprzytomnego mężczyzny. Rana była okropna, głęboka aż do kości, lecz dziewczyna nie wzdrygnęła się ani razu. Dorian był coraz bliżej. Niemal pochylał się nad nią, kiedy skończyła zajmować się swoim pacjentem i podnosiła się z klęczek, dźwigając misę z wodą. Odwróciła się i stanęła z Dorianem twarzą w twarz.
     Spojrzał prosto w oczy Sigrid, w głębię tego błękitu, który, wraz z jej bliskością, potrafił ukoić jego nerwy i zapewnić spokój jak nic innego. Tęczówki dziewczyny mieniły się najróżniejszymi emocjami. W pierwszej chwili widać w niej było wielką radość, połączoną z ulgą i lekkim niedowierzaniem. Kąciki warg Doriana uniosły się, wykrzywiając jego usta w coś na kształt słabego uśmiechu. Szczęście promieniujące z oczu dziewczyny było zaraźliwe. Odstawiła misę na ziemię, po czym rzuciła się Dorianowi w objęcia.
     - Ty żyjesz – wyszeptała.
     Dorian nic nie odpowiedział, a jedynie przytulił ją mocnej, wdychając jej zapach. Ich uścisk trwał długo, lecz Dorian nie liczył czasu, mimo że było mu śpieszno. Upajał się obecnością dziewczyny, która również i teraz miała na niego zbawienny wpływ. Jego oddech zwolnił, a ból złagodniał. Chłopak pragnął nie wyrywać się z tego stanu. Otrzeźwiał jednak, kiedy tylko Sigrid odsunęła się od niego.
     - Bałam się, że już cię nie zobaczę – powiedziała cicho.
     - Nie pozwoliłbym na to – odparł Dorian, delikatnie gładząc ją po policzku.
     Sigrid westchnęła, chwytając dłoń Doriana w swoje własne. Potem zaczęła badawczo wodzić wzrokiem po jego ciele.
     - Jesteś ranny? – spytała.
     - Nie – skłamał.
     Ona sceptycznie uniosła brew, po czym przystąpiła do dokładniejszych oględzin, przyglądając mu się ze wszystkich stron.
     - Dorianie! – wykrzyknęła ze strachem, kiedy dostrzegła ranę na udzie. – Ta rana jest zatruta!
     Chłopak błyskawicznie zasłonił ręką zranione miejsce i odwrócił się twarzą do Sigrid.
     - To nic – burknął uparcie, nie patrząc jej w oczy.
     - Nic?! – krzyknęła. – Dorian, to obrażenie trzeba natychmiast opatrzyć! – Z tymi słowami już brała go za ramiona i usadzała na ziemi. Chłopak wyszarpnął się jej gwałtownie.
     - Nie teraz – powiedział ostro. – Najpierw muszę znaleźć Sybil.
     Sigrid zamarła w bezruchu.
     - Co? – wykrztusiła.
     - Rozdzieliliśmy się na bitwie – rzekł Dorian, wypowiadając to zdanie z najwyższą niechęcią. –
I nie mam pojęcia, gdzie ona jest.
     Dziewczyna milczała przez moment, wyraźnie zszokowana.
     - Nikt z mojej rodziny nie wspominał, by się z nią spotkał – Sigrid powiedziała po chwili. Wpatrywała się w niego ze smutkiem oraz współczuciem, mówiąc to. Zupełnie jakby już przekreśliła szanse jego siostry na…
     - Cóż z tego? – warknął, ale po chwili opamiętał się. Westchnął, zirytowany na swój temperament. – Przepraszam – szepnął słabo. Potem spojrzał dziewczynie w twarz. – Muszę ją znaleźć, rozumiesz? Muszę – powtórzył z desperacją.
     - Dobrze, ale najpierw ja zajmę się twoją raną – odpowiedziała Sigrid nieugięcie.

     Dorian skrzywił się ze złością.
     - Nie – odrzekł hardo. - Nie i koniec. Nie spocznę póki nie odszukam mojej siostry. Żegnaj, Sigrid. – Skinął głową, po czym zaczął się oddalać.
     Dziewczyna niemal natychmiast zastawiła mu drogę.
     - Żegnaj, Sigrid?! – syknęła z groźnym błyskiem w oku, kładąc ręce na biodrach. – Po wszystkim… po tym wszystkim, co się nam wspólnie przydarzyło, przez co razem przeszliśmy, tyle masz mi do powiedzenia?! – Podniosła głos do krzyku. – Żegnaj?!
     Podeszła do niego tak blisko, że stykali się ciałami.
     - A jeżeli  nawet tamta noc nic dla Ciebie nie znaczyła… - powiedziała niebezpiecznie niskim tonem, który załamał się na moment. Dorian już otwierał usta, by zaprzeczyć, ale wściekła mina Sigrid uciszyła go od razu. -
 To ja jej nie zapomnę, nie chcę zapomnieć…
I nie pozwolę Ci odejść,
rozumiesz?!  Nie. Pozwolę.

     Mierzyli się wzrokiem, a w jej oczach płonął ten ogień, zaś znajoma elektryczność praktycznie trzaskała miedzy nimi i, Mahal,  ta dziewczyna kiedyś doprowadzi go do szału takim spojrzeniem…
     Cóż, przynajmniej Sigrid nie miała nic przeciwko, gdy namiętnie pocałował ją w usta
i nie przestawał dopóki obydwoje byli bez tchu. Dorian oparł swoje czoło o jej i próbował złapać oddech oraz opanować się.
     - Sigrid, moja droga Sigrid- wyszeptał. – Błagam cię, zrozum. Nic nie zatrzyma mnie na długo.
     Odsunął się od niej, oplatając jej twarz swoimi dłońmi. Na jej obliczu po raz kolejny malował się sprzeciw.
     - Proszę, zrób to dla mnie i nie próbuj mnie powstrzymać. To by było tylko bardziej bolesne dla nas obojga.
     - Ale…
     Uciszył ją przez położenie palca na jej wargach. Następnie zastanawiał się przez moment, po czym zdjął swój miecz z pleców. Wyciągnął go przed siebie, trzymając przedmiot w obu dłoniach.
     - Oddaję ci ten miecz, jako cząstkę samego siebie – rzekł. - Zatrzymaj go jako obietnicę… zwrócisz mi go, gdy wrócę.
     Wręczył klingę Sigrid, a ona wzięła ją niepewnie. Dorian przyjrzał się swojemu mieczowi po raz ostatni.
     - Miał być symbolem przyjaźni i miłości, a jedynie wylano nad nim tyle łez – powiedział
z zadumą.
     Jakby na zawołanie, oczy Sigrid zaszkliły się. Dorian uśmiechnął się delikatnie.
     - Nie płacz. – Wytarł łzy z jej policzków. – Jesteś silna.
     Później ucałował ją czule , po czym wyszeptał:
     - Novaer, meleth nín.
 
     I odszedł.
     Nie próbowała go zatrzymać.
     Gdy oddalił się od niej wystarczająco, odważył się zerknąć na nią po raz ostatni. Spojrzał za siebie przez ramię i ujrzał sylwetkę Sigrid, niemal ginącą wśród tłumu ludzi wokół, a jednak jakoś wyraźnie osamotnioną. Dziewczyna stała ze spuszczoną głową, wpatrując się w trzymany przez siebie miecz. Dorianowi przemknęło przez myśl, że klinga wyglądała… właściwie, gdy spoczywała
w jej nie stworzonych przecież do walki dłoniach. 
     A potem odwrócił się, wspomnienie jej widoku zachowując głęboko w pamięci.
     Niedługo później odnalazł Beorna, spacerującego w swojej niedźwiedziej formie po obrzeżach obozu. Kiedy zmiennoskóry dostrzegł Doriana, przybrał swą ludzką postać i dał mu mrożącą krew w żyłach reprymendę za wykradanie mu koni, a widząc przerażoną minę chłopaka, zaśmiał się.
     Dorianowi do śmiechu nie było, nie mógł nawet zdzierżyć tego dźwięku. Po tym wszystkim, co się stało, śmiech był… nieodpowiedni.
     - Beornie – powiedział stanowczo, nie ważąc się jednakże na ukazanie swojego zdenerwowania. – Chciałbym wiedzieć, gdzie dokładnie polegli Throin, Fili i Kili. Czy możesz mi powiedzieć?
     Uśmiech na twarzy ogromnego mężczyzny zblakł natychmiastowo, ustępując miejsca żalowi.
     - Umarli nieopodal strumienia, niecałe pół mili od bramy, przez którą wyszli. Łatwo zauważyć to miejsce, bo krasnoludy rozbiły naokoło jaskrawe sztandary.
     Dorian pokiwał głową, a następnie oddalił się bez słowa. Usłyszał, jak Beorn zawołał za nim, żeby na siebie uważał, lecz nie zwrócił na to szczególnej uwagi.
     Teraz potrafił skupić się tylko na jednym.
     Przez pobojowisko przedzierało się niełatwo, więc zbliżał się do celu ostrożnie, niezbyt spiesznie. Co więcej, spowalniała go rana w nodze, która znów zaczynała o sobie przypominać. Iść było mu trudno, a na dodatek coraz bardziej ciążył mu strach przed tym, co znajdzie... Te dwa słowa, które budziły w nim przerażenie jak nic innego – „szlachetna śmierć” – tylko one teraz przebrzmiewały mu w głowie. Mękę pogłębiała atmosfera panująca na otaczającym go polu bitwy – królowała grobowa cisza. Otaczało go tyle śmierci, powietrze było nią przesycone. Jedynymi oznakami życia były krzyki wron zbierających się na żer. Poza tym wszystko było martwe. Wzrastał w nim coraz większy niepokój. Znów miał przeczucie, które mówiło mu, że ten umarły zastój wokół nie wróżył nic dobrego.
     Kiedy dojrzał krąg szkarłatnych flag połyskujący w oddali, serce zaczęło kołatać mu się
w piersi, ręce drżeć, nogi miał jak z waty. Zdawał sobie sprawę, że musiał tam iść…
a jednak bał się, bał się tak bardzo jak nigdy wcześniej… ale Sybil tam czekała…
     Tak bardzo za nią tęsknił. Nie widział jej już od wielu godzin. Pragnął przytulić się do niej mocno i szeptać jedno słowo – „przepraszam”. Mówić ,,przepraszam, Sybil, przepraszam”
w kółko, jak mantrę.
     „Wybacz mi, Sybil, wybacz. Gdybym cię nie zostawił, może oni by nie umarli. Może ostatnie żyjące istoty związane z naszym domem w Ettinor, mamą i tatą by nie umarły… wybacz mi, wybacz, wiem, jak ciebie to boli”.
     - Wybacz mi, wybacz…
     Nawet nie zauważył, kiedy zaczął mówić do siebie.
     Znajdował się już bardzo blisko miejsca, gdzie polegli Dziedzice, ale siostry było ani śladu.
     Nie poczuł ulgi, a tylko większy strach. Gdzie mogłaby być jeśli nie tu? Przecież… nie, ona na pewno była gdzieś tutaj. Z rosnącą paniką skanował wzrokiem otoczenie
w poszukaniu jakiejś wskazówki, najmniejszego znaku, czegokolwiek…
     Dorian wrzasnął.

______________________________


No nie zabijajcie mnie, tak, wiem, że w gorszym momencie skończyć nie mogłam.

Po prostu nie byłam w stanie wyznaczyć lepszego miejsca na podzielenie rozdziału na dwie części

Część druga ukaże się za tydzień, także spokojnie.

Sindarin:
Uwaga! Zdania, przed którymi postawiona jest gwiazdka, są stworzone przeze mnie i nie dam sobie ręki uciąć za ich poprawność (jeżeli w ogóle możemy o takowej mówić
w stosunku do nieistniejącego języka).
- Alagos - sindarińska wersja imienia Dorian
- Abgerdhil -
sindarińska wersja imienia Sybil

- Daro, Alagos! - Stop, Dorian! -
Stój, Dorianie!
* Dartha
! - Wait! - Zaczekaj!
* Le minui - You’re alone -
Jesteś sam,
I van Abgerdhil? - Where’s Sybil? - Gdzie jest Sybil?
I van nîtheg? - Where’s your sister? - Gdzie jest twoja siostra?
Nîth nín ú-inev - My sister isn’t near me - Mojej siostry nie ma przy mnie,
I van he? - Where is she? - Gdzie ona jest? 
- Goheno nin, Hirlin - Forgive me, Hirlin -
Wybacz mi, Hirlinie, 

- Ú-iston - I don't know -
Nie wiem,

- Am man? - Why? -
Dlaczego?
- Novaer, meleth 
nín - Farewell, my love - Żegnaj, kochanie. 

Układanie moich własnych zdań po sindarińsku to była całkiem niezła zabawa, muszę przyznać. Zdania bazowe, które przetłumaczyłam na elficki, były oczywiście w języku angielskim. Do translacji skorzystałam z internetowych słowników sindarińskiego, a także wykazów zdań w tym języku użytych we "Władcy Pierścieni"i ze zbioru wyrażeń wykorzystanego przeze mnie już wcześniej. Przetłumaczenie opierało się w dużym stopniu także na domysłach i obserwacji, jak funkcjonują struktury wyrazowe w sindarińskim
w porównaniu do angielskiego. 


Czarna Mowa:

Hrizg, Stauki - Pain, Spark - Ból, Iskro,
- Hrizghai, Stauki zoob - Great pain, Spark of mine - Wielki ból, moja Iskro.  

Wiecie co, gdybym miała streścić  część rozdziału 11. to byłoby to coś na kształt - Dorian szuka, znajduje, traci, cierpi, nie jest sobą, drży i płacze. 
Jak dla mnie nic się nie dzieje. 
Możemy się umówić, że ten tekst powyżej potraktujemy jako jedną wielką retardację? Spowolnienie akcji przed ostatecznym rozwiązaniem...


~*~*+*~*~

PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 

  1. Orkowie to stworzenia pierwouste czy wtórouste? 
  2. Czy elfy mają zakwasy? 
  3. Czy powietrze w Mordorze powoduje raka płuc? 
  4. Jakie tempo metabolizmu mają Hobbici? 
  5. Jaki skład chemiczny ma mithril? 
  6. Czy wargowie są stworami ukrykotelicznymi? 

sobota, 31 maja 2014

Rozdział 5.

Tak bardzo zależało mi na regularności mojej opowieści! Każda księga miała mieć 10 rozdziałów. Niestety, rozdział piąty urósł do rozmiarów monstrualnych i podzieliłam go na dwa osobne.
Bierzcie garściami z obfitej treści, zanim zaśniecie z nudów!
A! Lekki Thilbo Bagginshield pod koniec!

Żeby była całkowita jasność - uzupełniam ten post o treść rozdziału dnia 25 czerwca. Magda była szczwana, samego posta dodając w maju...
_______________________________

     Azog mocno złapał ją za podbródek i zmusił do spojrzenia w oczy.
     - Skoro tak ci na nich zależy, to was wypuszczę, czemu nie? - wysyczał. - Ale pamiętaj, zdrajczynio, że macie być grzeczni. Wiesz, co się stanie, jeżeli odkryję, że dołączyliście do nich?
     Pokręciła głową.
     - Wiedz zatem, że nic, absolutnie nic, mnie nie powstrzyma i na pewno was schwytam. Ach, a wiesz, co będzie potem?
     Nie odpowiedziała, a Biały Ork kontynuował:
     - Będziesz patrzeć na to wszystko, co zrobię tej trójce. Najpierw połamię im palce, wszystkie po kolei, od tych najmniejszych poczynając. Następnie złamię im ręce i nogi, tak, że nie będą mogli się bronić przed dalszą zabawą…
     Krzyknęła, a na jego okropnym obliczu odmalowała się czysta przyjemność.
     - Obetnę im włosy i brody, tak, że będą łysi.
     - NIE! - załkała. - To największa hańba, jaka może spotkać krasnoluda!
     - Wiem o tym, zdrajczynio, ja doskonale o tym wiem - odparł cicho. - A wiesz, co jest największym dyshonorem każdego mężczyzny?
     Wolała milczeć.
     - Kastracja - powiedział z uciechą w głosie. - Tak, pozbawię Dziedziców Durina męskości…
     Zapłonęła w niej czysta wściekłość i próbowała się wyrwać Azogowi, a on zaśmiał się parszywie na te bezradne próby.
     - Och, a później, później może będę miał ochotę wypalić im oczy? A może nie? Tego jeszcze nie wiem… ale to, co z pewnością się stanie, to obdzieranie ze skóry. I będzie tak jak ze złamywaniem; od najmniejszych palców zaczynając...
     Usłyszała zrozpaczony ryk Doriana i jego szarpaninę. Biały Ork parsknął szyderczym śmiechem.
     - I cóż, jeżeli do tej pory nie umrą, to rozkażę ich wypatroszyć i uszyć płaszcz z ich skór, a jeżeli już będą martwi, to i tak sprawię sobie takie okrycie.
     Łzy popłynęły jej po policzkach, a uśmiechnął się z dziką satysfakcją.
     - Bądźcie grzeczni i lepiej dowiedzcie się czegoś przydatnego. Mój pościg wyruszy za… kilka dni.
     Dosiadł Białego Warga, po czym wszyscy odjechali.
     Dorian podbiegł do niej i zaczęli wzajemnie uwalniać się z więzów. Gdy się w końcu wyswobodzili, brat lekko dotknął jej poszarpanego brzucha i jęknął.
     - Tak mi przykro…
     Ona dotknęła jego zakrwawionych przez biczowanie pleców. Zaszlochała na jego cierpienie.
     „Amal shufar, at rrug” - mówili, zadając kolejne ciosy, a ona patrzyła, jak jego twarz wykrzywiała się z bólu, jak jego ciało tężało na każdy świst, jak krople krwi spływały po rzemieniu. Kawałeczki skóry wyrzucane w powietrze były widokiem ponad jej siły, a on tylko krzyczał, nie roniąc ani jednej łzy…
     Przytulił ją mocno i obydwoje płakali, płakali, płakali. Z beznadziei, wyczerpania, poczucia winy.
     - Mamo! - Czyjś słodki głosik rozdarł ciszę.
     Czy to dziecko?
     - Maamoo!
     Tak, jakaś mała dziewczynka.
     - Mamo! Mamo!
     Zerwała się na nogi i rozejrzała się dookoła. Nigdzie nikogo nie było.
     - Mamo!
     - Kogo szukasz, maleńka?! - krzyknęła, tak, żeby ta usłyszała ją z daleka.
     - Ciebie, mamo! - odparła. - Ratuj ich, ratuj!
     - C-co?- wykrztusiła.
     - Spójrz!
     Potem TO zobaczyła.

     Sybil obudziła się z wrzaskiem, cała spocona i śmiertelnie przerażona.

     - Nieprawda, nieprawda, t-to nie może się zdarzyć - wyszeptała.
     Bo niby jak? Tam była bitwa… a skąd takowa mogłaby teraz wybuchnąć?
     - Nie, nie, nie, to się nie stanie, to się nie stanie - mówiła, rozgorączkowana.
     Starała się przekonać samą siebie, że to tylko koszmar, lecz straszna wizja nie chciała zniknąć jej sprzed oczu. To było takie prawdziwe… i ta dziewczynka…
     Delikatnie dotknęła swojego łona. Czyżby śniła o nienarodzonej córce? Ten głosik był niespotykanie śliczny… a zarazem dziwnie znajomy. Czy naprawdę urodzi dziewczynkę? To by się zgadzało z jej przeczuciami, przed którymi uciekała. Sybil unikała zastanawiania się o dziecku najbardziej jak mogła. Przychylne i ciepłe, matczyne myślenie o tej istocie nigdy jej się nie udawało. Zawsze było to jedynie poczucie winy oraz niechęć. Dopiero teraz pojęła, co mama rozumiała przez „kobiety niedojrzałe do bycia matkami”. Sybil była jedną z nich. Wiedziała, że powinna czuć bezgraniczne szczęście na wyobrażenia siebie, trzymającej mały owoc miłości jej i Filiego w ramionach. Ale nic takiego nie było. Dominował strach. Sybil zdała sobie sprawę, że nie wiedziła, jak odpowiednio opiekować się dzieckiem, a co dopiero je wychować! Ponadto już teraz bała się dnia, w którym prawda wyjdzie na jaw. Cała sprawa ogromnie ją przytłaczała. Było za wcześnie na macierzyństwo, wielce, drastycznie, dramatycznie za wcześnie. Jednak pozwoliła na to, co wydarzyło się w najkrótszą noc roku w Imladris. Oprócz wypieków na twarzy, na wspomnienie tamtej nocy pojawiała się bezsilna złość na samą siebie. Nie przewidywała, bo doprawdy nikt się tego nie spodziewał, że dzieci Aulëgo i Edainowie będą w stanie doczekać się potomstwa. Świadomość, że Sybil nosiła w sobie niemały cud wcale nie pomagała. Potrzebowała wsparcia, lecz nigdzie wokół nie mogła go dostrzec, nawet
w Dorianie. Najpewniej znalazłaby siłę i oparcie w Filim. On na pewno zwariowałby
z radości, jeżeli by mu wyznała, że jest w ciąży, a nadszedł na to najwyższy czas. A gdyby to naprawdę była dziewczynka… Ale on już dawno temu dotarł do Ereboru, a ona tkwiła tutaj, przy boku brata, usychając z tęsknoty. Najmniejsza myśl o jej ukochanym od razu sprowadzała
to
     Cała drżała. Nie potrafiła się uspokoić. Sama myśl o tym doprowadziła ją do płaczu. Ciche łzy płynęły jej policzkach. Próbowała robić jak najmniej hałasu, żeby nie przyciągnąć niczyjej uwagi. Niestety, Dorian niespokojnie poruszył się pod kocami, wybudzając się. Dopiero teraz zauważyła, że mocno ściskała jego dłoń. Siedziała przy jego materacu od bardzo dawna, więc niechcący nawet przysnęła. Życzyła sobie, by ta z pozoru niewinna drzemka nigdy nie miejsca. Co się stało już się nie odstanie, chociaż nie chciała godzić się z tym bolesnym faktem. Bo ten sen był taki prawdziwy… z oczu umknęło jej więcej łez.  
     - Niech to szlag - przeklęła pod nosem.
     Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to ciekawskie pytania brata o przyczyny jej aktualnego stanu. Dorian odwrócił głowę w jej stronę. Zabrakło jej czasu, by się opanować. Gdy chłopak uchylił powieki, od razu wyszeptał:
     - Dlaczego płaczesz?
     - T-to nic, nic a nic, tylko zły sen - odparła, unikając jego wzroku.
     - Jasne, już widzę, jakie to nic. Nigdy nie płaczesz, gdy masz koszmary.
     - W przeciwieństwie do ciebie - odgryzła się.
     Zamrugał z widocznym zaskoczeniem.
     - Płakałem? - zmarszczył brwi.
     „Że też twoja poduszka nie przesiąkła” - pomyślała.
     - Bardzo - odpowiedziała jedynie, nie chcąc rozmawiać na temat histerii, do jakiej Dorian doprowadził ją tymi szlochami, krzykami oraz jękami wskazującymi na fizyczne cierpienie, a także szarpaniem, jakby toczył z czymś (a bardziej prawdopodobne - z kimś) walkę. 
     Thranduil próbował to ukryć, ale musiał odczuwać dokładnie to samo, co ona, Sybil śmiała rzec, gdyż Pan Lasu nie potrafił przybrać swej idealnie kamiennej twarzy, gdy patrzył na jej brata wijącego się z bólu na posłaniu, pośpiesznie przygotowanym
w królewskim namiocie. Elf zdawał się jej nie zauważać. Ukląkł przy chłopcu, po czym ostrożnie położył dłoń na jego czole, zaglądając w umysł. A wtedy jego oczy nagle rozszerzyły się, a strach i nie mniejsze zdumienie było w nich niezaprzeczalnie widoczne. Król jednak zdawał się nie dbać o swój autorytet niewzruszonego monarchy. Z resztą, odesłał strażników.
     - Co się dzieje? - nie mogła już dłużej wytrzymać.
     Kiedy jego oczy spoczęły na Sybil, oblicze elfa błyskawicznie się ochłodziło.
     - Jak wiesz, smoki to wytwory zła - zaczął, przybierając swój wszechwiedzący, władczy ton. - Odważę się na stwierdzenie, że najbardziej udane istoty żywe, jakie wyszły spod kreacji Wroga, patrząc pod kątem Jego kryteriów, oczywiście. Są potężne, nie tylko fizycznie. Mają własną, równie nieposkromioną wolę. Są niespotykanie inteligentne
i odznaczają się czarnoksięską mocą. Tak więc, są to stworzenia, które silnie oddziałują na otocznie. Nie mówię teraz o wszelkiej stracie, cierpieniu i śmierci, jakie przynoszą ze sobą. Jest także coś jeszcze…-  Tutaj przerwał, by wyszeptać kilka uspokajających słów do Doriana, który właśnie zaczął szamotać się gwałtowniej. - Otóż, smoki swoją obecnością dosłownie zatruwają okolicę, w której przebywają. Jad ich zła wnika w glebę, krążąc w  jej żyłach, sięgając coraz dalej i głębiej, powoli acz skutecznie zabijając każdy organizm rozwijający się z tej ziemi. Elfy czują truciznę Smauga. Twój brat także.
     Przełknęła głośno ślinę. Sytacja nie była za wesoła. Ani trochę.
     - Czyż nie wspominałem, że jest wrażliwy? Nie jest dla mnie niespodzianką, że został głęboko dotknięty przez zło. Zaskoczeniem jest za to, z jak potężnymi siłami się zmaga. Smocza trucizna to jedno, lecz jest coś jeszcze…
     - Mówił o Ogniu… - Wtrąciła, a Thranduil spojrzał na nią z błyskiem zaciekawienia
w oku, i milcząc, pozwolił kontynuować. - Więc Ogień to zapewne jakieś ucieleśnienie jadu Smauga
w jego umyśle… ale wspominał także o Głosie…
     - Głosie? - powtórzył Król Elfów, uniósłszy brwi.
     - Tak - kiwnęła głową. - Zawistnym, wściekłym Głosie, który wyżywał się na nim.
     - Nie tylko na nim… - Król mruknął do siebie.
     - Co takiego?
     - Mam pewne… powody, by przypuszczać, że to zaczęło się wiele lat wcześniej, i nie od twego brata, lecz waszego ojca…
     - O czym mówisz, panie?
     On nic nie powiedział, pogrążony w myślach, a dziewczyna musiała bezradnie przystać na to, że nie dostanie odpowiedzi - jeżeli Thranduil zdecydował się na milczenie, zachowa je do końca świata.
     Oczywiście, każdy zauważył, że po pożarze tacie coś się stało. Gdy był jeszcze nieprzytomny, często mamrotał o ogniu. Jego rany goiły się nadzwyczaj powoli i boleśnie,
a tata przez bardzo długi czas nie miał siły wstać z łóżka. Co więcej, zdawało się również, że wtedy, w kuźni, wydarzyło się coś, co złamało jego pogodnego, walecznego ducha. Od tamtego wydarzenia Brandon śmiał się o wiele mniej, wkładał wysiłek i poświęcenie
w różne rzeczy z większą rozwagą, nawet niechęcią. Ponadto stał się jakiś odległy, zdystansowany. Dojście do siebie zajęło mu wiele miesięcy, ale nigdy nie był już taki sam. Unikał wszelkich rozmów na ten temat.

     W namiocie zapanowała cisza. Trwało to dłuższą chwilę, a potem, z ciężkim, smutnym westchnieniem, elf pogłaskał jej brata po głowie. Król zaczął mruczeć jakieś dziwne formuły w Quenyi. Niewiele rozumiała z języka Elfów Wysokiego Rodu, więc jedyne, co jej pozostało, to z nadzieją wsłuchiwać się w melodię tych słów. Quenya brzmiała jeszcze piękniej niż Sindarin.
     Nagle zaczęło się dziać coś niezwykłego. Od głowy oraz dłoni Thranduila wybiła delikatna poświata koloru świeżych wiosennych liści, z odrobiną promieni słońca, blasku gwiazd oraz krystalicznego światła, jakie odbijały leśnie strumienie. Naokoło rozeszła się woń lasu, a Sybil mogłaby przysiąc, że słyszała ciche rozmowy drzew. Pan Lasu promieniował jego siłą, ostatnią dobrą wolą, jaką nosiła w sobie jeszcze Mroczna Puszcza. Powtarzał  zaklęcia coraz głośniej, z wzrastającym uczuciem oraz wysiłkiem. Czasem złudzenie lasu załamywało się, jakby Thranduil z czymś przegrywał, lecz powracało ze zdwojoną mocą, do tego stopnia, że światło stało się zaślepiające.
     A potem wszystko znikło.
     Król odsunął się od Doriana, dysząc ciężko. Sybil podbiegła do brata. Nie było żadnej reakcji ze strony chłopca.
     - Panie? - spytała elfa niepewnie.
     - Daj mu czas - odparł.
     Tylko dlaczego czekanie ciągnęło się w nieskończoność?

***
     Usłyszał cichy mruk Ognia - witaj z powrotem.
     Zignorował to jednak. Płynęli dalej, dobili do brzegu, było już blisko, tak blisko Góry…
     A potem - uderzenie zwalające z nóg, błysk, ból, paraliż.

     Znajdował się w próżni. Nic nie widział, nic nie słyszał, nic nie czuł. Nie było też czym oddychać. Jego płuca, jak i wszystko, były puste. Serce skurczyło się w strachu, by na dobre przestać bić.
     Widzę Cię... W próżni nie ma życia... tylko śmierć... 
     Wtedy dotarło do niego, że umierał. 
     „To się nie może tak skończyć” - zdołał pomyśleć.
     Zdawało mu się, że słyszy krzyk… mamy… albo… Sybil…
     - Ty idioto! To się nie może tak skończyć!
     Coś uparcie naciskało na jego serce, zmuszając je do ruchu. Znów miał powietrze
w płucach.

     „Nie, siostro, nie skończy się”.
    Odzyskał przytomność, krztusząc się. Nie za bardzo docierało do niego, co działo się dookoła. Skupiał się tylko na zbawiennej czynności oddychania.
     Wdech, wydech… wdech… znów miał ten nieprzyjemny, niewidzialny ciężar na klatce piersiowej… wydech… wdech… nie, nie, to tylko złudzenie, tu nigdzie nie ma dymu… wydech, nie może spanikować… nie może…
     W ostatnim akcie desperacji uniósł głowę, nie zważając na piekący dym, który zaczął wdzierać mu się w płuca. 
     - Cóż uczyniłem, żeby zasłużyć na taką krzywdę?! - wykrzyknął.
 

     Dorian był w.. czyimś wspomnieniu… nie jego własnym…
     - Gołąbeczki, z nim znowu jest gorzej! - usłyszał Bofura z oddali.
     Huk płomieni przez moment zabrzmiał jak krótki, głęboki, ukontentowany śmiech. 
     Chłopak niewyraźnie poczuł, że ktoś go przenosi…
     Płomienie się zbliżały. Z widoczną lubością pełzały po wszystkim, co mogły podpalić, żarłocznie trawiąc każdą rzecz na swej drodze, szepcząc o czymś przerażającym niezmiernie radośnie. 
     Chyba… znów płynął w łódce…
     - Ależ nic, Brandonie, nigdy mi niczym nie zawiniłeś... - On odparł. - Jesteś całkowicie niewinny... i to w tym sedno sprawy się zawiera. Otóż, widzisz, Brandonie... - Głos przybrał lekki, niepoważny ton, pełen samozadowolenia oraz uciechy. - Zawsze ci najlepsi, najmądrzejsi, najbardziej szlachetni, o najczystszych, najmężniejszych sercach, zostają najokrutniej skrzywdzeni, najmocniej sponiewierani…
      
Zaczął płakać, gdy zrozumiał, że wszystko dotyczyło taty… a on był tatą. To doznanie było tak przerażająco, przytłaczająco nienaturalne, że jego głowa mogła w każdej chwili eksplodować…
     - Taka jest moja natura, której nie zaprzeczam, a i nie mam nic przeciwko niej... Dlatego też, od teraz aż do końca świata przysięgam śmierć, niepokój, smutek, żałobę i cierpienie tobie, a także wszystkim związanym z tobą krwią, miłością czy przyjaźnią.
     Nie potrafił powstrzymać łez bezradności. Więc to o to w tym wszystkim chodziło?
I naprawdę nie da łosię nic z tym zrobić? Był zupełnie bezbronny? Gdybyż tylko miał cokolwiek, kogokolwiek… co niszczy ogień… woda… intensywny niebieski… oczy Sigrid.

     Sigrid.
     - Potrzebuję… potrzebuję Sigrid.
     Jej kojącej obecności, spokoju i stabilizacji, które mu dawała, będąc blisko. Jej zwyczajności naprzeciw całej tej nienormalności…
     Jesteś zdecydowanie zbyt skromny, Dorianie.
     Znowu On.
     „Zostaw mnie w spokoju!”
    Niezmiernie mi przykro, ale nie mogę. Nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym zostawił kogoś takiego jak ty samemu sobie.
     „Milcz! Ja już nie chcę wiedzieć nic więcej!”

     Jest dla mnie niewiele rzeczy niemożliwych, a milczenie wbrew własnej woli to jedna
z nich. Poza tym, musisz zostać uświadomiony… jestem zafascynowany twoją istotą, jak
i twojej siostry…
     „Tylko nie Sybil! Nie waż się jej tknąć!”

    Och, nie chcę i nie muszę tego robić. Ona jest tylko, czy też aż, Ostatnim Powiewem, który podsyca Iskrę. Iskrę, która zaczyna wszystko od nowa. Iskrę, którą jesteś ty… zostało mi jeszcze tylko jedno… spróbujmy zatem…
     A potem był ból. Wszędzie. We wszystkim. Ciągle, zawsze. Jakby ból był jedynym, co kiedykolwiek znał. Wiedział, że to nieprawda, więc się bronił. Nie miał pojęcia jak - po prostu coś mówiło mu, żeby zachować spokój, za wszelką cenę nie dać się ponieść…

     Masz silnego ducha, zupełnie jak twój ojciec.
     Zaraz… kto to powiedział? Czy to był On? Czy ktoś inny?

     Spłynęła na niego melodia jakiegoś znajomego, głębokiego, jedwabistego głosu.
     Thranduil.
     A później wybuchła bitwa. Nieustępliwa zieleń i jasność toczyła walkę z gryzącą, szarpiącą, kąsającą czerwienią i ciemnością.
     Cóż za starcie, cóż za spektakl, w którym było się nagrodą!
     Światło zaślepiło wszystko, a On syknął - skończyłem z nim, lecz tylko na razie.
     Jego zła wola, On oraz wszystko, co z Nim związane, ulatywały powoli. 
     Dorian otworzył oczy, nie mogąc czuć większej wdzięczności dla władcy Mrocznej Puszczy i potęgi jego lasu.         
***
      Ujrzała, że Dorian nareszcie uchylił powieki. Spojrzał prosto na Thranduila.
     - Guren glassui, hîr vuin - wychrypiał.
     Król uśmiechnął się słabo.
     - Nie wysilaj się, musisz porządnie odpocząć - powiedział tylko, po czym przywołał jednego z żołnierzy i rozkazał zanieść z powrotem to chaty.
     - Później porozmawiamy - rzucił na pożegnanie.
     Okazało się, że przed namiotem czekał Súrion z Tauriel.
     - Dorian, miałeś postarać się nie zabić! - wykrzyknął Súrion.
     Jej brat zaśmiał się cicho, lecz nic nie odpowiedział.
     Sigrid, akurat przebywająca w chacie razem z rodzeństwem, omal nie zemdlała. Gdy chłopca ułożono wygodnie na posłaniu, nie odstępowała go ani na krok. Dorian dał radę pogłaskać ją po policzku z czułym uśmiechem, zanim zapadł w sen.
     Od tamtej pory czuwały przy nim na zmianę. Sybil zmarszczyła brwi. Sigrid już dawno powinna była ją zmienić. Pewnie zobaczyła, że śpała i nie chciała jej budzić. Ileż Sybil by dała, żeby jednak została obudzona!

     - Jak się czujesz? - spytała brata, by przekierować rozmowę na inne tory.
     - Dużo lepiej - odparł, a ona odetchnęła z ulgą, widząc, że nie skłamał.
     - A… wyjaśnisz mi, co się u licha stało?
     Przez jego twarz przemknął cień.
     - Wolałbym tego uniknąć… najważniejsze, że już wszystko w porządku, prawda? - dodał szybko, wyraźnie pragnąc zmienić temat. - Thranduil niezwykle mi pomógł, nawet nie masz pojęcia.
     Wzruszyła ramionami.
     - Od tego momentu będzie już tylko mniej przyjazny. Wpakowaliśmy się po uszy
w kłopoty.

     Przewrócił oczami.
     - Bez przesady, nie może być tak źle. W końcu on sam kazał nam wybrać, czyż nie?
     - Nooo, jasne - burknęła. - Nie widziałeś jego miny.  
     Westchnął tylko, jakby nie miał siły na kłótnie. Chciała zadać bratu mnóstwo pytań, ale dała mu spokój. Dostrzegała jego zmęczenie.   
     - SYBIL!
     Do chaty jak burza wpadł Bain, bardzo czymś przejęty.
     - Elfy! One… - wydyszał. - Zwariowały! Wygląda na to, że strasznie się o coś pokłóciły! Jest dużo krzyków i grożenia pięściami! Lepiej idź, sama zobacz!
     Zerwała się na nogi i już miała wybiec na zewnątrz, kiedy przypomniała sobie o bracie.
     - Co z Dorianem? - spytała chłopaka.
     - Ja z nim zostanę, zanim Sigrid przyjdzie - powiedział.
     Kiwnęła głową, po czym wyszła.

     Wśród chat panował względny spokój. Jednakże już z oddali usłyszała podniesione głosy, dochodzące z obozowiska elfów. W miarę, jak się zbliżała, do jej uszu docierały pojedyncze słowa…
     Zdrajcy…
     Niesprawiedliwość…
     Wysyłanie na śmierć…
     Słuszna kara…
     Nieposłuszeństwo….
     Pomoc  w ucieczce…

     Wtedy zrozumiała.
     Súrion i Tauriel.
     Przyspieszyła kroku, chcąc za wszelką cenę dowiedzieć się, o co dokładnie się rozchodziło. Znajdowała się już niedaleko, gdy nagle jeden z królewskich strażników zagrodził jej drogę. Zerknęła w górę, by, ku swemu horrorowi, ujrzeć kamienną twarz Relliasa.
     - Król wzywa ciebie i Doriana na rozmowę - oznajmił chłodno.
     - Ale… Dorian nie jest jeszcze w stanie…
     - Musi podołać - elf przerwał stanowczo.  
     Zaczął wzrastać w niej gniew.
     - Relliasie…- syknęła.
     - Rozkazy, Sybil - wycedził, ujmując jej ramię w żelazny uścisk lewą dłonią. Obrócił ją
o sto osiemdziesiąt stopni i prowadził z powrotem tam, skąd przyszła, pchając przed sobą.

     - Ej! - wykrzyknęła w proteście. - Ja muszę się dowiedzieć, co się tam dzieje!
     - To nie twoja sprawa - mruknął. 
     Prychnęła.
     - Właśnie, że moja! Przecież chodzi o Súriona i Tauriel! Są moimi przyjaciółmi! 
     - Współczuję im zatem.
     Zatrzymała się, zapierając nogami, by nie zrobić ani kroku w przód, mimo że Rellias wciąż napierał. Błyskawicznie odwróciła się do strażnika, jednocześnie próbując się mu wyrwać.
     - Co takiego? - szepnęła groźnie.
     Mierzył ją wzrokiem przez moment, niewiele robiąc sobie z jej prób uwolnienia się.
     - Nic - odparł, sprawiając wrażenie, jakby powiedział za dużo.
     Coś zagotowało się w Sybil. Zaczęła szarpać się gwałtownie.

     - Zostaw mnie! Ja muszę zobaczyć, czy mogę dla nich coś zrobić!  
     - Sybil, opanuj się! - warknął, łapiąc ją za ramiona jak jeszcze niedawno Fili. - Choć raz, choć raz nie waż się sprzeciwiać! Jedyne, co teraz musisz, to iść do Thranduila! Tamten problem rozwiąże się sam!
     Z najwyższą niechęcią odpuściła po tych słowach, bezradnie i niepotrzebnie dając się pokierować Relliasowi. Poza tym, doskonale wiedziała, że lepiej nie zadzierać zbytnio
z uzbrojonym, zdenerwowanym leśnym elfem. Kiedy weszli do chaty, ujrzeli, że Sigrid siedziała przy posłaniu Doriana, rozmawiając z chłopakiem cicho. Córka Barda Łucznika wstała na równe nogi, dostrzegając ich.

     - Thranduil chce z nami mówić - powiedziała Sybil bez zbędnych ceregieli.
     Jej brat pokiwał głową ze zrozumieniem. Podniósł się i wstał z zaskakującym brakiem większego wysiłku. Sybil rzuciła Sigrid ostatnie, uspokajające spojrzenie, po czym cała trójka wyszła.
     Gdy przestąpili progi obozowiska, zaczęły dziać się naprawdę dziwne rzeczy. Wszyscy żołnierze zastygali w bezruchu na widok rodzeństwa, po czym odstępowali na bok, jakby ta dwójka była trędowata. Jeszcze przed chwilą wrząca kłótnia zupełnie ustała.
     „Faktycznie, mamy duuużo do omówienia”- pomyślała, stając z bratem przed królewskim namiotem. Rellias, jak to strażnik, zajął swoje miejsce przy wejściu, patrząc na Doriana i Sybil wyczekująco.    
     Kiedy weszli do środka, Król stał odwrócony do nich plecami. Nie raczył nawet się poruszyć, gdy rzekł:
     - Elrond Półelf doradził wam, byście ostrożnie dokonywali wyborów. Dokonaliście ich, ale czy ostrożnie… - Obrócił się na pięcie, by spojrzeć im w twarz, a jego oblicze przybrało surowy wyraz. - To poddałbym pod dyskusję.
     Ona, jak i jej brat, nie śmiała cokolwiek odpowiedzieć.
     - Otóż dowiedzcie się, że wykazaliście się nieprzeciętną nierozwagą, a ostrożność to ostatnie, o co bym was podejrzewał. I prawdą jest, że kazałem wam zdecydować. Choć podejrzewałem, że wybierzecie krasnoludy, to żywiłem odrobinę naiwnej nadziei… a teraz, ach teraz to tak mnie rani. Nie mam prawa odmówić wam wolnej woli, lecz chciałbym, żeby tamte słowa nigdy nie padły z mych ust. Lepiej by było, gdybym nie dał wam wyboru…
     - Dlaczego? - Sybil przerwała, tonem ostrzejszym niż mogła sobie pozwolić, zaciskając pięści.
     Co dziwne, Thranduil nie wyglądał na urażonego. Jego jedyną reakcją było patrzenie na nich
z politowaniem, bez słowa.

     - Wy jeszcze nie wiecie, prawda? -  rzakł w końcu cicho, po czym odwrócił się od nich po raz kolejny. - Nie zdajecie sobie sprawy, do czego wasze wybory doprowadziły, a do czego te nadchodzące doprowadzą…
     Wymieniła z Dorianem, który także zmarszczył brwi, pytające spojrzenia.   
     - Lord Elrond jest tym, któremu najwyraźniej odsłaniane są wydarzenia z przyszłości, jednak nie jest on jedynym w ten sposób obdarowanym. - Pan Lasu dał im odpowiedź na pytanie, które uformowało się im w myślach. - Ja również zobaczyłem to i owo… przez to wszystko nie mogę na was patrzeć.

     Obydwoje gapili się na niego z niedowierzaniem, kiedy znów patrzył im w oczy.
     - Szanse na to, że w nadchodzącym, a w dodatku tak niedługim, czasie, zdecydujecie właściwie są… niewielkie. I mógłbym coś wam doradzić, przestrzec was, chociaż i tak zostaniecie ostrzeżeni. Rzecz w tym…  jako władca powinienem być przykładem sprawiedliwości oraz praworządności. Powinienem wznieść się ponad i ukarać was jak należy. Tyle, że nie mogę, nie potrafię, ponieważ… wciąż jesteście bliscy memu sercu. Nie jestem w stanie na przykład  odmówić wam tego, czego potrzebujecie. Bez obaw zatem wybierzcie sobie nowe ubrania, skompletujecie uzbrojenie, korzystajcie z żywności dla mojej armii. Bo pójdziecie razem z nami. Wiedzcie, że powinniście zostać, ale wy oczywiście podążycie za nami… do „waszych ukochanych” - to wyrażenie wymówił szczególnie gorzko. - A myślałem, że to my jesteśmy dla was jak rodzina…
     - Bo jesteście… - Dorian wtrącił cicho.
     - Nie przerywaj mi! - elf powiedział ostro, a jej brat aż wzdrygnął się, zszokowany. - Bądź tak miły i nie wtrącaj swoich trzech groszy, kiedy ja staram się wyrazić swoje rozczarowanie oraz ból, którego i tak słowa nie oddadzą!  Chociaż mogłyby to zrobić czyny… albo ich brak. Istotnie, czasem ignorancja jest o wiele gorsza od innych form kary. Cóż, jestem zobligowany poinformować was, że moi ludzie zostali… ostrzeżeni przed waszą prezencją.
     Robiło się coraz lepiej.
     - To już chyba wszystko. A teraz odejdźcie. Zjedźcie mi z oczu. Nie chcę mieć już
z wami nic do czynienia.

     Rodzeństwo zastygło w bezruchu, nie wierząc w to, co usłyszało.
     - Czy nie rozumiecie? - warknął Thranduil. - Zrywam z wami wszelkie kontakty
i odmawiam nawiązania jakichkolwiek przyszłych stosunków!

     - Doskonale rozumiemy, panie - odparł Dorian chłodno. - Zanim się rozstaniemy, chciałbym podziękować w imieniu swoim oraz siostry za wszystko, co dla nas zrobiłeś. Jesteśmy ci za to dozgonnie wdzięczni. Żegnaj zatem, i niech gwiazdy zawsze świecą ci
z nieba!

     Potem skłonił się nisko i wyszedł.
     Sybil zachciało się parsknąć śmiechem na widok miny Króla. Pan Lasu był w niemałym szoku - w końcu jej brat wykazał się o wiele większą klasą i taktem niż on sam.
     - Żegnaj panie, i niech gwiazdy oświecają ci drogę aż do końca świata. - Ukłoniła się
z uśmieszkiem, nic nie robiąc sobie z jego surowego spojrzenia, po czym opuściła namiot.

     Dorian stał samotnie pośrodku kotłowiska elfów śpieszących każdy w swoją stronę. Żaden z żołnierzy nie zaszczycił ich ani jednym spojrzeniem.
     Odrzucenie.
     Thranduil w istocie zafundował im najgorszą karę. Czyż odrzucenie nie jest tym, czego każdy się panicznie obawiał? Czyż nie jest tym, co sprawia najwięcej bólu?
     O tak, Król wiedział, co robił. Sybil poczuła bolesne ukłucie w sercu. Przypomniała sobie udrękę widywania Gilraen po incydencie z miesięczną herbatą. Patrzenie, jak jej Słońce przestawało być sobą w jej pobliżu - jak oblicze elfki ochładzało się i przybierało obojętny wyraz. Tęskne słuchanie jej śpiewu na wieczornych pieśniach czy ukradkowe zerkanie na nią w czasie wieczerzy ze świadomością, że to wszystko jej wina - Słońce przestało być Słońcem.
      A najgorsze były pytania, co się stało.

     Właśnie. „Co się stało?” - zadumała się. Czym Thranduil zagroził swoim poddanym?   
     To samo pytanie malowało się na twarzy jej brata. Ona jedynie wzruszyła ramionami
w odpowiedzi.

     - Chyba należałoby się przygotować do wymarszu - powiedziała.
     Pokiwał głową z ciężkim westchnieniem. Udali się do punktu zaopatrzenia, którym zarządzał Hrilin. Radosny, łobuzerski Hirlin, który uczył ich tańców. Poprosili o nowe ubrania, a elf mruknął tylko:
     - Może znajdzie się coś w waszym rozmiarze. 
     Po długich poszukiwaniach, Dorian i Sybil skompletowali ciepłe,  proste, ciemnozielone stroje, zaopatrzyli się w zapasy żywności, uzupełnili broń… Byli gotowi. Po niedługim czasie zagrały rogi, dające sygnał do ruszenia w drogę. Ona i jej brat musieli zrobić jeszcze tylko jedną rzecz. Biegiem popędzili do chaty, gdzie zastali dzieci Barda. Sybil bardzo polubiła ich wszystkich - dzielną Tildę, odważnego Baina i Sigrid… och, Sigrid. Gdyby sprawy miały się inaczej, Sybil z przyjemnością obserwowałaby, jak dziewczyna zżywała
z Dorianem coraz bardziej, by w końcu móc ją nazwać swoją siostrą, której zawsze pragnęła, ale nigdy nie miała. To też powiedziała Sigrid na pożegnanie, a w zamian otrzymała gruchoczący żebra uścisk. Nie było już czasu na nic więcej. Potem Dorian i Sybil w pośpiechu opuścili ludzi, którzy niespodziewanie stali się im bardzo bliscy, po czym podjęli ostatnią podróż.

     Szli wzdłuż brzegu Jeziora Długiego przez niecałe dwa dni. Posuwali się w dobrym tempie i Sybil obawiała się, że jej brat tego nie zniesie. Chłopak trzymał się jednak dzielnie - ani razu nie narzekał. Chociaż było na co… elfy zupełnie się do nich nie odzywały, udawały, że ich nie zauważały. Czasem tylko któryś z nich rzucił im przepraszające spojrzenie. Wydawało się, że wcale nie miały do nich pretensji. Przecież zanim przybył Thranduil, wszyscy zachowywali się przyjaźnie wobec rodzeństwa. Na pewno wiedzieli
o wyborze, przed jakim Dorian i Sybil zostali postawieni; w końcu uszy leśnych elfów były niesłychanie bystre,
a usta chętne do rozsiewania plotek. Mimo to stosowali się do rozkazów swojego władcy, przysparzając rodzeństwu jeszcze więcej bólu, podróż czyniąc trudniejszą. Wojsko dotarło do Samotnej Góry pod osłoną nocy, po czym szybko i zręcznie rozbiło obozowisko.
     Dorian od razu padł przy ognisku i natychmiast zasnął. Potem spał, ciągle spał. Zbudził się dopiero późnym popołudniem. I milczał, ciągle milczał.
     Szczerze, Sybil wolała już o nic nie pytać. Obydwoje z bratem nie byli zbyt rozmowni. Zachowanie ciszy pozwoliło im usłyszeć o tym, jak Thorin zachował się w trakcie wizytę zwiadowców. Po wysłuchaniu całej opowieści wymieniła spojrzenia z Dorianem
i rodzeństwo już wiedziało, że ich Król był stracony.

***
     Morale w Kompanii spadały.
     Erebor stracił o wiele więcej z dawnej chwały, którą opiewały pieśni, niż się spodziewali. Prawda, Samotna Góra była ogromna, jej bogactwa nieprzeliczone, a kopalnie wciąż zasobne. Jednak owe obietnice dostatniego życia gasły do słabego szeptu wśród ruin, kurzu, ciszy oraz ciemności.
     Zastanawiał się, co ich tutaj jeszcze trzymało. Nie licząc lojalności dla Thorina. Dochowanie jej stawało się coraz trudniejszym zadaniem, skoro ich Król coraz bardziej przestawał być sobą.
     Kili śmiał jednak przyznać, że to nie Thorin, którego kochał, wydawał mu ciągłe rozkazy szukania Arcyklejnotu. Osoba ta zwała się Królem pod Górą, a jako, że Kili przysięgał wierność władcy Erebeoru, to dochowa jej, mimo wszystko. Mimo że kram stawał mu
w gardle, marzył o cieple ogniska i wygodnym łóżku, a skarb robił na nim niewielkie wrażenie. Kili nie miał jednak nic, jeżeli nie było przy nim Tauriel.

     Zapadał wieczór. Kili stał na skraju muru i nieustannie przyglądał się obozowisku elfów, które rano pojawiło się znikąd. Myślał tylko o swojej Jedynej. Zastanawiał się, gdzie Ona się podziewała, co robiła. Nie było Jej wśród posłańców, których kilka godzin temu odprawił Thorin. Kili czuł dziwną, niepokojącą pustkę. Jakby nie było Jej nigdzie w pobliżu. Musnął warkoczyk, który mu zaplotła, szukając ukojenia.
     Być może również po pocieszenie przyszedł do niego jego brat, ustawiając się tuż obok.
     - Fi… - Młodszy krasnolud przerwał długą ciszę. - Chcę wrócić do domu.
     Fili westchnął.
     - To jest teraz nasz dom.
     - Nie. Nasz dom był razem z nimi, w Ett...
     - Nasz dom zawsze był w Ered Luin! - blondyn przerwał mu bardzo ostro, a Kili aż się wzdrygnął.
     - Przepraszam, Ki… - wyszeptał starszy krasnolud po chwili. - Po prostu… Ettinor, jakie znaliśmy już dawno nie istnieje, a Brandon i Kora nie żyją… zapomnij o tamtym czasie
i miejscu. Wspomnienia
z nim związane w niczym ci nie pomogą.

     Łatwo powiedzieć! Rzecz w tym, że jeżeli Kili był w stanie zasnąć, to prześladowały go sny tylko
o tym - pierwszy raz, gdy ujrzał Doriana i Sybil, albo, kiedy złapał jego siostrzyczkę na podglądaniu, jak walczył na miecze z bratem i strzelał z łuku, wieczory, kiedy przygrywał
z Filim na skrzypcach…

     - Nie mogę - mruknął.
     Fili położył rękę na jego ramieniu, ściskając je lekko.
     - Ani ja - wyznał.
     Wymienili smutne uśmiechy, po czym znów wrócili do obserwacji elfickiej armii.
     Wojna wisiała na włosku.
     A przecież to wszystko miało potoczyć się zupełnie inaczej…
     W którym momencie coś poszło nie tak?  
***     
     Patrzyła na Samotną Górę, a jej serce krzyczało. Wypatrywała jakiejś oznaki jego obecności, czegokolwiek, co mogłoby sprawić, żeby chociaż go ujrzała. Jej oczy przeczesywały szczyt tak desperacko, jak głodujący w poszukiwaniu strawy, pragnący rozglądający się za wodą.
     Zastanawiała się, co robił teraz jej Fili. Jej piękny, wspaniały, lwi krasnolud.
     Uśmiechnęła się pod nosem.
     Kochała nazywać go lwem. Czytała dużo o tych zwierzętach, przejrzała wiele ilustracji
w podróżniczych księgach, do których mama żywiła szczególne zamiłowanie, i których było zaskakująco dużo w zbiorze Leśnego Królestwa. Uwielbiała czytać dosłownie całymi dniami. Wśród elfów z Mrocznej Puszczy zaczęło nawet krążyć powiedzenie: „być czymś pochłoniętym jak Sybil księgami”. Istotnie, niektóre fragmenty mogła wyrecytować
z pamięci.  

     Lwy były wielkimi kotami, żyjącymi w grupach, tysiące mil na południe, gdzie świeciły inne gwiazdy i praktycznie cały czas panował skwar. Były potężne, dostojne i dumne, miały złotą sierść, a samce pyszniły się okazałymi grzywami. Opisane zostały jako bardzo odważne, niemal brawurowe,  a także opiekuńcze, zdolne do wielkich poświęceń dla swojego stada.
     I jak lepiej opisać jej narzeczonego? Przecież nawet jego profil przypominał Sybil lwi. Jego burza złotych loków, bardzo rzadkich wśród krasnoludów, była niczym grzywa…
     Tłumaczyła mu, dlaczego miał to rozumieć jako komplement, lecz on przerwał jej
w połowie, po czym zaczął szeptać po Kuzdulsku tak niesamowite (a czasem,
o Eru, tak niestosowne) rzeczy, że aż nie do powtórzenia. W dodatku całował ją, patrząc prosto
w oczy, a jego lodowato niebieskie tęczówki płonęły zniewalającym ogniem. Doprowadził do tego, że nie mogła oddychać i miała wrażenie, że zaraz ją rozniesie. Miała ochotę się rozpłakać, ze szczęścia albo poczucia winy, uderzyć go za to, co
z nią zrobił, albo zaprezentować mu, ile jeszcze ma ukrytych talentów. Wygrała ostatnia opcja, a on nieprzerwanie podśmiewał się cicho. śmiał nawet powiedzieć: „zwolnij, moja pani”. To ją oczywiście tylko bardziej nakręciło. Nie, że miał coś przeciwko temu. Zdecydowanie ani trochę.

     Sybil wciąż katowała się myślą, że na Ardzie nie istniały miary zdolne określić, jak bardzo nie zasługiwała na Filiego i bycie jego Jedyną. Chciała po skulić się dokładnie
w miejscu, gdzie stała i zrobić… coś. Płakać? Zadać sobie fizyczny ból? Wymusić to na kimś? 
Nic nie wydawało jej się wystarczająca karą.
    Więc stała w miejscu, zastygła jak posąg, nie wiedząc, co ze sobą począć.
    Chociaż… jej… jej córka… mówiła, żeby ich ratować.
    Ale… tam była bitwa. Skąd teraz mogłaby wybuchnąć walka?
    Trwało oblężenie, konflikt był na granicy krwawego rozwiązania… a ona, Sybil, brała udział w otoczeniu Góry, w której uwięziony był jej ukochany.
     O ironio.
     Czy i jak kiedykolwiek mu to wszystko wynagrodzi?
     Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mogła zrobić, to nie dopuścić do tego.
     Z tym mocnym postanowieniem odwróciła się od Góry i szybko pomaszerowała
z powrotem do brata.

     Siedział samotnie przy niewielkim ognisku, z dala od innych elfów. Tępo patrzył
w płomienie, obejmując kolana 
rękoma. Dorian wyglądał na zmęczonego, osamotnionego
i nieszczęśliwego, zupełnie tak, jak czuła się Sybil.

     „Pewnie tęskni za Sigrid”. 
     Bez słowa usiadła naprzeciw niego i pogrążyła się w ponurych rozmyślaniach, wsłuchując się
w pieśni elfów. Zastanawiała się, gdzie podziała się Tauriel z Súrionem, jak Kili poradził sobie 
z Thorinem, jak miał się Bilbo i Kompania, a także wiele, wiele innych.
     Ni stąd ni zowąd, Dorian odezwał się:

     - Powiesz mi w końcu, co to był za sen?
     Spojrzała na niego szybko i zobaczyła, że wpatrywał się w nią wyczekująco. Oczy zaszły jej łzami. Dlaczego tak uparcie drążył ten temat? Pokręciła głową.
     - Jeżeli powiem, to… wtedy to się stanie bardziej prawdziwe niż już jest…
     - Co „to”? - Zmarszczył brwi z irytacją. - Sybil, jeżeli nie chcesz powiedzieć, to daj chociaż jakąś wskazówkę!
     Rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu. Szkoda, że nie wiedział, jaki sprawiał jej ból, wciąż przywołując tę wizję. W formie rewanżu teraz podzieli jej los, gdyż były dwa słowa, które idealnie oddawały całą sytuację.
     - Najgorszy scenariusz.
     Wtedy, kiedy przysięgali, a to miało miejsce zaraz po tym, gdy Azog ich torturował
i uwolnił, uzgodnili, czym może 
być„najgorszy scenariusz”.
     Dorian zbladł. Błyskawicznie przytulił Sybil, całą roztrzęsioną. Głaskał ją po głowie,
a także szeptał do ucha, brzmiąc na tak samo przestraszonego jak ona:

     - To był tylko sen, przecież to był tylko sen.
     Tyle, że owe stwierdzenie w niczym nie pomogło. Skoro to tylko sen, dlaczego był taki realny? Z trudem zwalczała wszelkie myśli o tym w swojej głowie, podczas gdy brat kołysał ją w ramionach tak długo, nieprzerwanie nucąc kołysankę mamy, aż zasnęła, chociaż słońce dopiero zachodziło.
     Tym razem nie przyśniło jej się nic. Jedynie coś słyszała - Doriana, śpiewającego hymn do Elbereth.
     Jego głos był drżący i załamywał się, zupełnie jakby płakał.
***
     Bardzo uważnie, nie mniej nerwowo, przyglądał się oblężeniu Góry, ogniskom jaśniejącym wśród panującej teraz nad światem, głębokiej nocy. Obserwował z oddali, zbierając myśli, nie wiedząc, co począć. Miał ogromny dylemat. Wiele istnień zależało od tego, gdzie teraz pójdzie. Mógłby uratować bardzo wiele lub jedno, niezwykle wartościowe.
     Wycenianie wartości czyichś żyć, ważenie ich na szali niczym kupiec chciwie chylący się nad nadchodzącym zyskiem, było najbardziej niewłaściwą, nierozsądną, niesprawiedliwą rzeczą, jakiej mógł i musiał się dopuścić. Wszak każde życie w samym swym sensie jest sobie równe.
     A on, mędrzec, który miał zaprawdę jeszcze bardzo wiele do nauczenia, śmiał nawet wahać się nad dobrem ogółu a jednostki. Może cała sprawa byłaby prostsza, gdyby chłopiec w jakiś sposób nie znalazł drogi do jego serca.
     Czas na zastanowienie umykał nieubłaganie, gdy nareszcie podjął decyzję.
     Do końca życia nie potrafił rozstrzygnąć, czy postąpił wtedy słusznie.   
     Kluczył wśród niezliczonych elfów, które rzucały mu zdumione spojrzenia. Jeszcze większe zdziwienie rysowało się na ich pięknych obliczach, gdy pytał o Doriana i Sybil. Zastanawiające, że dostawał sprzeczne wskazówki co do miejsca, gdzie rodzeństwo mogłoby się znajdować. Doszło do tego, że z irytacją stanął w miejscu, odmawiając dalszego wysłuchiwania zawiłych elfickich opowieści. Beznadziejnie rozglądał się naokoło, podczas gdy bezcenne minuty uciekały. Klepsydra w jego głowie odmierzała czas do nadchodzącej burzy, a każde ziarenko piasku zdawało się być jednym poległym, jednym na zawsze uciszonym śmiechem, jednymi oczami na zawsze zamkniętymi, jedną na zawsze rozdartą rodziną. Ziarenka przesypywały się i przesypywały, dokładając do świata bólu oraz łez…
     - Mithrandirze!
     Ach, skoro on nie mógł znaleźć dzieci Brandona i Kory, to one znalazły jego. Chłopak
i dziewczyna szli powoli w jego kierunku. Obydwoje wyglądali na zmęczonych oraz nieszczęśliwych. Gandalfa zasmuciło spotkanie ich w takim stanie, lecz podszedł do nich
z delikatnym uśmiechem. Gdy się zbliżył, skłonili się nisko.

     - Zaiste, niezbadane są ścieżki czarodzieja - powiedziała Sybil, wyraźnie zmuszając się do pogodnego tonu.
     - W takim razie to was posądziłbym o bycie czarodziejami - odparł. - Nie potraficie wyobrazić sobie mojego zaskoczenia, gdy we śnie ujrzałem, że nie jesteście w Ereborze razem z Kompanią.
     Dzieci miały teraz identyczne miny - usta szeroko otwarte, oczy wytrzeszczone.
     - We śnie? - wykrztusił Dorian.
     - Tak, widziałem was bardzo dobrze.
     „Aż za dobrze” - pomyślał.
     - Moje marzenia senne bywają często zwodnicze, gdyż pokazują najróżniejsze rzeczy: to, co się już wydarzyło, albo to, co się właśnie dzieje, a czasem nawet to, co jeszcze nie miało miejsca… Dlatego też nie ufam swym snom za bardzo, lecz gdy was zobaczyłem, po dłuższym namyśle postanowiłem przyjść do was.

     - Ale dlaczego? - Sybil zmarszczyła brwi. 
     Wziął głęboki oddech.
     - Pragnąłem was odszukać, by was ostrzec.
     Obydwoje spojrzeli na niego pytająco, w identyczny sposób, dokładnie w tej samej sekundzie.  
     - Pamiętajcie, nie możecie się rozdzielać, pod żadnym pozorem!  A ty Dorianie… - zwrócił się do chłopca. - Musisz zapamiętać, że nie wszystkie łzy są złe! Pamiętaj, nie wszystkie łzy są złe! Cokolwiek nadchodzi, wspomnij moje słowa!
     Syn Brandona był bezbrzeżnie zdziwiony tą przestrogą. Widocznie pragnął dalszych wyjaśnień, lecz przerwała mu siostra:
     - Gandalfie…  - jej głos był drżący, emanował strachem. - Co nadchodzi?
     - Bitwa.
     Wtedy to ujrzał. Przerażenie, jakiego jeszcze nigdy nie oglądał u nikogo. Przebłyski jej snu tańczyły za jej zamkniętymi w tamtej chwili powiekami, gdy próbowała złapać oddech.
     Sen ten był przerażającą wizją, która wyglądała zbyt realistycznie. Jego serce na wskroś przeszył strach. To, co zobaczył, stało się impulsem do dalszego działania.
     Więc Gandalf bez słowa oddalił się, by postarać się powstrzymać zbliżające się zło. 
***
     Sybil była blada. Trupio blada. Jej cera zawsze była bardzo jasna, nie śniada, tak jak jego, ale teraz miał wrażenie, że z twarzy jego siostry odpłynęła cała krew. Zachwiała się
i upadłaby, gdyby jej
w porę nie złapał. Usadził ją na ziemi.

     - Co się dzieje, Sybil?
     Ona jednak nie potrafiła wykrztusić słowa, gdyż jej oddech stał się bardzo szybki, urywany. Zamknęła oczy, a Dorianowi zdawało się, że siostra zaraz zemdleje.
     - Sybil! Słyszysz mnie?! Sybil! - Potrząsał nią. - Nie mdlej, słyszysz?! Sybil! Odezwij się, odezwij!
     - Bitwa… - wydyszała. - Tam była bitwa…
     „Och nie...
     Jego siostra zaczęła trząść się i łkać gwałtownie, wydając z siebie bliżej nieokreślone dźwięki,
a powietrze łykać jak dusząca się ryba.
     Gash, gijakudob… vadok. 
     „Nie, nie, nie!
     Chciał zawołać na pomoc Gandalfa, ale czarodziej dosłownie przepadł. Elfy unikały wszelkiego kontaktu z nimi, więc Dorian został z problemem sam. Wziął dygoczącą Sybil
w ramiona 
i zaśpiewał kołysankę mamy. Zauważył, że to pomagało im obojgu.
     - Szszsz… już dobrze, no już cicho - szeptał. - Przecież to tylko sen, postaraj się zapomnieć…
     - Łatwo ci mówić - burknęła.  
     „Wcale nie”.
     Nie było łatwo rzec mu, żeby wyrzuciła z pamięci straszne wizje, skoro jemu samemu nieustannie przesłaniały widok na rzeczywistość. Ciągle widział świat w płomieniach, ciągle słyszał groźby śmierci i zagłady. Głos i Ogień walczyli o każdą sekundę jego uwagi, by znów móc go torturować. Jedynym wytłumaczeniem, dlaczego jeszcze trzymał się na nogach (biorąc pod uwagę nieobecność Sigrid, a także zatrutą przez smoka Górę tuż pod nosem) była lecznicza bliskość leśnych elfów oraz pomoc Thranduila.
     - Postaraj się... zająć czymś innym - powiedział po chwili ciszy.
     - Czym niby? - prychnęła.
     - Zacznijmy od podstaw… - odparł niezrażonym tonem dziarskiej niańki. - Najpierw musisz wstać. Westchnęła głośno i mimo, że wciąż ją przytulał, był pewny, że przewróciła oczami.
     - Nic prostszego - stwierdziła, po czym wyswobodziła się z uścisku.
    Potem powoli podniosła się, by niepewnie stanąć na nogach. Dobrze, że Dorian asekurował ją przez cały czas, gdyż już w następnym momencie zachwiała się i znów upadłaby.

     - Dlaczego świat się kręci? - wyszeptała.
     Nagle wszystko poukładało się Dorianowi w głowie.
     - Sybil… kiedy ty ostatnio coś zjadłaś?
     - Jakie to ma znaczenie? - Zmarszczyła brwi.
     - Odpowiedz mi!- zażądał.
     - Och, no nie wiem… - wymamrotała, unikając jego wzroku. - Może… wczoraj…
     - A co jadłaś?
     - Po co ci to wiedzieć?! - warknęła, lecz on tylko kontynuował świdrować ją wzrokiem.
     - Nie wiem, nie pamiętam. - Machnęła ręką. - Może… lembasa…  
     Dorian zamknął oczy i wziął głęboki oddech w cichej modlitwie o panowanie nad sobą.
     - Czy możesz mi wyjaśnić - zaczął powoli przez zaciśnięte zęby. - Jaki niepojęty dla mojego umysłu tok rozumowania doprowadził cię do konkluzji, że możesz się głodzić?
W twoim stanie?!

     - Wcale się nie głodzę! Trwa oblężenie, nie mogę sobie pozwolić na taki luksus jak najedzenie się!
     Niemal walnął się ręką w czoło na jej głupotę.
     - Sybil, doskonale wiesz, że przysługują ci dodatkowe racje żywnościowe! Nikt ci nie odmówi, jeżeli powiesz…
     - Jeszcze czego! Myślisz, że będę rozgadywać na lewo i prawo, że mam dziecko
z krasnoludem?!

     Dobrze, że elfy były w oddali, bo inaczej miałaby pewność do tego, co usłyszały,
a zarazem powody do plotkowania.

     Rzucił siostrze spojrzenie w stylu „opanuj się, kretynko”, a ona odpowiedziała miną mówiącą „zamknij się”.
     - A teraz pójdziesz ze mną i na moich oczach zjesz przynajmniej dwa lembasy - Dorian rozkazał.
     - Nie mam ochoty - Sybil zakaprysiła jak mała dziewczynka.
     - Przecież ty musisz się dobrze odżywiać! Jesz nie tylko za siebie!
     Skrzywiła się.
     - Nie marudź! - żachnął się. - Musisz nabrać sił.
     - Mam siły! - Siostra uparcie stawiała na swoim.
     - Właśnie widać - zakpił.
     Jej twarz pociemniała z gniewu. Wzięła zamach, by uderzyć go w twarz, lecz Dorian bez trudu złapał wymierzoną w niego pięść. Bez większego wysiłku wykręcił jej rękę za plecy i obezwładnił ją. Ona nie potrafiła mu się wyrwać.
     - Widzisz? Nie masz energii nawet na to! A pomyśl sobie o bitwie!
     - Jeżeli chcesz przez to powiedzieć, że nie wezmę w niej udziału… - szepnęła groźnie.
     - Tak, dokładnie tak.
     Dorian przez kilka chwil nie wiedział, co się z nim dzieje, by potem odkryć, że leżał na ziemi, a Sybil przygniatała go nogą, trzęsąc się z wyczerpania niczym jesienny liść na wietrze, ale stojąc pewnie.
     - Przysięgaliśmy! Przysięgaliśmy oboje, że będziemy ich chronić  za wszelką cenę! Nie odbierzesz mi tego! Nie odbierzesz, słyszysz?! - krzyczała, jakby była w obłędzie.
     - Sybil…
     - Na orły Manwëgo, na młot Aulëgo i róg Oromëgo!
     „O nie, nie, nie, nie, nie! Nie zaczynaj!”
     - Dobrze, rozumiem… - powiedział ostrożnie, słusznie przewidując kolejny wybuch.
     - WCALE NIE! NIE ROZUMIESZ! NIE WIDZIAŁEŚ TEGO, CO JA!
     - Sybil, do cholery, to był sen! - odparł, uwalniając się z jej chwytu, podnosząc się na nogi.
     - To była wizja! Ty miewasz takie! - wykrzyknęła, celując w niego palcem wskazującym. - Czyż nie przyśnił ci się ten dzień, zanim nastąpił?! Czyż nie usłyszałeś krzyku mamy, czyż nie widziałeś dymu wydobywającego się z naszego domu?!
     - PRZESTAŃ! - ryknął. Nienawidził, gdy o tym wspominano. Faktycznie, miał taki sen, lecz go zlekceważył. Nigdy sobie tego nie wybaczył. - Naprawdę uważasz, że nie wiem, jak to jest?! Naprawdę uważasz, że, gdy wysłuchuję ich szeptów w Czarnej Mowie, ich gróźb obiecujących zagładę dla całej Ardy, albo, kiedy ukazują mi mistrzostwo tortur swoich „zuchów”, to cię nie rozumiem?! Że oszalałe z bólu krzyki innych istot nie doprowadzają mnie do utraty zmysłów?! Naprawdę myślisz, że nie jestem przerażony?! Że nie obawiam się o życia naszych ukochanych?!
     Lul Gijak-Ishi…
     Gwałtownie potrząsnął głową, skupiając uwagę na Sybil, nie ich podszeptach.
     - A mimo to wciąż zabraniasz mi dopełnienia przysięgi! - krzyknęła.  

     - Ja nie chcę, żeby coś ci się stało! Jesteś fizycznie za słaba, nie waż temu zaprzeczyć, nie dasz rady walczyć! - Na twarzy siostry malował się gorący sprzeciw. - Na miłość Valarów, Sybil, moje powody są oczywiste! Ja nie pozwolę ci umrzeć, nie rozumiesz?! Nie pozwolę ci zginąć, bo ja po prostu nie mogę bez ciebie żyć!
     Wypowiedziawszy ostatnie słowa, usiadł na ziemi i ukrył twarz w dłoniach, zmęczony całą bezsensownością tej kłótni. Poczuł znajomą dłoń na ramieniu. Jego oczy spoczęły na klęczącej przy nim Sybil, która wyglądała na wykończoną.
     - Wzięliśmy Siedem Gwiazd na świadków, przed nimi nie można uciec - wyszeptała. - Lecz zadbam o siebie lepiej, jeżeli to ukoi twoje nerwy.
     - Niech ci będzie - westchnął, kiwając głową z najwyższą niechęcią.
     Usłyszał chrząknięcie tuż obok. Spojrzał w górę i ujrzał jednego z żołnierzy Thranduila, którego nie znał.
     - Król was wzywa - rzekł elf.
***
     Był zdesperowany.
     Był bardzo zdesperowany.
     Wiedział, przecież oczywiście, że wiedział, że to, co wyprawiał, było złe.
     Co jak co, ale głupi nie był!
     Całkowicie boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że postępował źle.
     Złodziej.
     Kłamca.
     Zdrajca.
     „Nie”.
     Od kiedy to zdrajca postępuje zgodnie z przysięgą?
     Obiecał sobie, że do tego nie dopuści. Że nie pozwoli, by choroba złota całkowicie opanowała jego umysł i ciało.
      Nie ma już innej drogi. Nie ma już nic oprócz terapii szokowej.
     On musi się obudzić. Przejrzeć na oczy przez mglę chciwości przesłaniającą mu świat. Nawet jeżeli miało się to odbyć w najbrutalniejszy sposób.
     Bo prawdziwa miłość to bycie gotowym na wszystko, na przykład na zrobienie czegoś takiego przeciwko sobie.
     Przecież była jeszcze nadzieja, że on jednak potrafił z tym wygrać.
     W końcu tamtej nocy… Thorin zdawał się nie być pod wpływem klątwy jego rodu.
     Nie był też do końca sobą, ty naiwny Hobbicie - odezwał się wredny głosik w jego głowie, widziałeś to.
     „Ale on pamiętał, on pamięta, dostrzegam to w jego oczach… on pamięta…”
     Lecz dopiero od przybycia chłopców…
     „Właśnie! Jest zatem coś, co potrafi go ocucić!”
     Tylko na krótki czas. Przecież gdy dowiedział się o nadchodzącym Thranduilu stał się jeszcze bardziej chciwy. I doprawdy uważasz, że to, co zrobisz jest czymś, co wyjdzie mu na dobre?
     Szczerze, to nie znał odpowiedzi.
     Nie miał gwarancji na to, że kradzież Arcykamienia w jakiś sposób pomoże Thorinowi. Ale zapobiegnie wojnie.
     Wojska Daina Żelaznej Stopy były już bardzo blisko, a Królewski Klejnot wydawał się być najlepszą możliwą kartą przetargową dla ludzi i elfów.
     - Oto Arcykamień Thraina - oznajmił im. - Serce Góry, a także serce Thorina. Ceni go sobie więcej niż całą rzekę złota.
      „I mnie”, pomyślał Włamywacz gorzko, wracając do Ereboru.
***
     Byli pełni obaw, gdy wkraczali do środka. Nie potrafili zrozumieć, co takiego chce od nich Thranduil, skoro w trakcie ich ostatniej rozmowy odmówił jakichkolwiek dalszych kontaktów z nimi. Był taki zimny, rozczarowany i z tego powodu teraz spodziewali się po nim wszystkiego.
     Gdy odesłał eskortujących ich żołnierzy, na jego twarzy widniał uśmieszek samozadowolenia, gdy dumnie siedział w fotelu ustawionym przy tylnej ścianie namiotu. Król Elfów nie powiedział ani słowa, lecz wskazał na prostą, okutą żelazem drewnianą szkatułkę, w której pysznił się…

     - Arcykamień! - wykrztusili jednocześnie.
______________________________

Sindarin:

- Guren glassui, hîr vuin. - Thank you from my heart, my lord. - 
Dziękuję z całego serca, mój panie.

Czarna Mowa:

- Amal shufar, at rrug. - Where there is a whip, there is a way. - Gdzie jest bicz, tam jest i sposób.

- Gash, gijakudob… vadok. - Fire, bloodshed... death. - Ogień, rozlew krwi... 
śmierć. 
- Lul Gijak-Ishi. - Flowers in the blood. -
Kwiatki we krwi. (używane przeważnie w stosunku do elfów) 

Edainowie - określenie na wszystkich ludzi.

Wróg, o którym wspomina Thranduil to Morgoth, pierwotnie Melkor. Brat 
Manwëgo,
z początku od niego potężniejszy. Sprzeciwił się woli Eru, zniszczył pierwszy projekt świata, tocząc z Valarami straszną wojnę i przez to miał zakazany wstęp na Ardę, czyli Ziemię . Niestety, oszukał Valarów, wciskając bajeczkę o skrusze... i narobił dużo złego. Mnóstwo. Sauron był w porównaniu do niego tylko marnym sługą. 

Oromë - jeden z Valarów, myśliwy polujący na złe stworzenia.

Z tego, co mi wiadomo, Tolkien nie wspominał o zatruwaniu otoczenia przez smoki... taki mój pomysł...


O Mahal, to się zaczyna robić coraz bardziej jak jakaś książka! Nie pozostaje mi nic, tylko wierzyć, że spora tajemniczość tego rozdziału choć trochę wynagradza te za długie, zabójczo nudne opisy. Tyle, że ja musiałam. Zależy mi, żebyście się przywiązali do bohaterów...

Następny rozdział będzie za bardzo długo.
Ok, a teraz proszę o szczerą spowiedź - w którym momencie zasnęliście?