Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian & Sybil are noble... traitors. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorian & Sybil are noble... traitors. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 9.

Jutro wywiadówka, ujajaj, dzięki mojemu „dziełu” mogę się obawiać porządnej reprymendy
z powodu pogorszenia się ocen… Mam nadzieje, że tym razem będzie wystarczająco długo i ciekawie.
______________________________

     - Nie jesteśmy zbyt blisko? - szepnął Dorian.
     - Zamknij się - syknęła. - Staram się czegoś dowiedzieć o ich przywódcy.
     Orkowie zarządzili właśnie krótki postój. Ona i jej brat wspięli się na drzewo, jakieś sto jardów od bandy. Wsłuchiwała się w Czarną Mowę, próbując wyłapać coś przydatnego wśród plugawych krzyków oraz wulgaryzmów.
     Niestety, orkowie byli niezmordowani. Ruszyli w dalszą drogę już po kilku minutach. Odwróciła się do brata.
     - Coś nowego?
     - Nic - westchnęła.
    Zrobił zawiedzioną minę i zadumał się na czas jakiś. Zmarszczył brwi.
     - Nadal nie mogę rozgryźć, co się stało z naszym kochanym Azogiem. Co takiego wydarzyło się w Dol Guldur?
     Znała odpowiedź, ale bała się ją wypowiedzieć na głos. Prawda była straszna. Czuła, jak zalewała ją fala gorąca, gdy bart świdrował ją wzrokiem. Nie potrafiła ukrywać przed Dorianem wiele. Wystarczyło, że jakoś wykręciła się od jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego Gilraen zerwała z nią przyjazne stosunki.
    - Ty wiesz! - wykrzyknął.
    - Noo... - jęknęła.
    - Powiedz!
    Wzięła głęboki oddech.
    - Azog dostał awans - wyrzuciła szybko.
    - CO?! - parsknął.
    - To nie jest śmieszne! - krzyknęła na widok chichoczącego brata. - On został generałem! Poprowadzi armię!
    Dorian natychmiast umilkł i spoważniał.
    - Czyją? - spytał, pomimo, że znał odpowiedź.
    - Ich pana. Nie mówią o nim inaczej, tylko „Pan”. Domyślam się, że to Czarnoksiężnik.
    Głośno wypuścił powietrze z płuc.
    - Co z tym z zrobimy?
    Wzruszyła ramionami.
    - Nie wiem. Wojna kiedyś musiała nadejść.
    - To nie ostrzeżemy nikogo?
    - Dorian, czy uciekając z Pałacu nie dokonaliśmy wyboru? Czy nie jest przesądzone, że wybraliśmy ochronę Kompanii?
    - Jak chcesz tego dokonać? Sybil, orków jest ze czterdziestu! Sami nie damy im rady.
    - Raz już podołaliśmy takiej liczbie - odparła.
    - Tak, ale prawie nas zabili, a uciekliśmy tylko dzięki wargowi. Teraz nie mają ani jednego.
    - Co w takim razie poczniemy? - zapytała z beznadzieją w głosie.
    - Na razie ich śledźmy. Jeżeli zaatakują naszych kochanych, wtedy wkroczymy.
    - Dobrze.
    Gdy upewnili się, że znajdowali się w odpowiedniej odległości od szajki, wyruszyli. Bezszelestnie przemykali przez gęsty, trudny do przebycia las. W przeciwieństwie do orków robili to z klasą, nie niszcząc ani jednej gałązki. Znaleźli się niebezpiecznie blisko wrogów - mogli usłyszeć, jak orkowie tratowali wszystko na swej drodze. Czas upływał im w napiętym milczeniu. Sybil nie potrafiła odgonić się od ponurych myśli i wyrzutów sumienia związanych z dzieckiem. Ponadto ciągle bała się o Kiliego. Miała nieodparte wrażenie, że widziała strzałę z lotką charakterystyczną dla tych zatrutych. Zastanawiała się też, co się działo z Kompanią. Czy byli cali? Czy dostali się do Miasta na Jeziorze? Jeżeli tak, to kiedy wyruszą do celu?
    Samotna Góra… Jej widok nie był Sybil obcy. Ettinor znajdowało się pięćdziesiąt mil lotem ptaka od niej. Wystarczyło wyjść na zewnątrz i spojrzeć na zachód, żeby zobaczyć ją majaczącą w oddali. Dziewczynę zawsze fascynował ten szczyt. Marzyła, że pewnego dnia wyrwie się z rodzinnej wioski i wstąpi do legendarnych hal Ereboru. Thorin tak pięknie o nich mówił, a zwłaszcza o Arcykamieniu. Chciała ujrzeć Królewski Klejnot na własne oczy. Teraz to pragnienie mogło się spełnić.
     Pogoń za marzeniami oraz strach dodawały jej sił, któredziwnie traciła. Zaczynała szybko się męczyć, a tempo, które niegdyś nie powinno sprawiać problemu, teraz ją wykańczało.
     Zasłabła.
     - Dorian…
     Nie zareagował. Był jedynie kilka metrów przed nią. Czyżby powiedziała jego imię aż tak cicho?
     - Dorian!
     Zanim zdążył się odwrócić, ona upadła na ziemię. Ruszył w jej stronę z krzykiem. Nie wiedziała, dlaczego w jego głosie było tyle strachu, dopóki nie zaczęła staczać się w głąb jakiegoś dołu. Krzaki jeżyn raniły ją boleśnie, w dodatku mocno poobijała się o ostre kamienie. Kiedy w końcu się zatrzymała, jęknęła głośno. Zamknęła oczy i dyszała ciężko. Wszystko ją bolało i było jej niedobrze. Po dłuższym czasie brat zjawił się obok. Zejście ze zbocza zajęło mu całe wieki. Uklęknął przy niej i szepnął z niepokojem:
     - Co się dzieje, Sybil?
     - Nie wiem, nie rozumiem…
     - Szszsz, mów ciszej.
     - Hę?
     - Bardzo głośno krzyczałaś, gdy spadałaś.
     - Naprawdę?
     - Tak…
     Miał coś powiedzieć, ale nieopodal rozległ się wrzask, który mógł należeć tyko do orka.
     Z trudem podniosła się na nogi i nałożyła strzałę na cięciwę. Dorian uniósł miecz
w gotowości.

     Nadeszli ze wszystkich stron, zacieśniając krąg wokół nich. Ich przywódca wystąpił naprzód i powiedział:
     - To znowu wy, zdrajcy.
***
     - Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.
     Ta uwaga wyrwała go z zamyślenia i wspomnień. Spojrzał na Bilba. Zalała go fala ciepła na widok kompana. Darzył go coraz większym szacunkiem oraz podziwem, lecz mimo to nie miał najmniejszej ochoty mówić mu o dniu, w którym stracił wszystko. Spojrzenie Hobbita było bardzo ciekawskie i Thorin miał wrażenie, że był zmuszony do udzielenia mu odpowiedzi. Niechętnie odwrócił wzrok od miłych, przyjaznych oczu. Wpatrywał się w krasnoludzką kuszę obronną i milczał. Na szczęście Balin wyręczył go
w wyjaśnieniu Bilbu całej sytuacji.

     - Gdyby tamtego dnia ludzie celowali lepiej- szepnął załamującym się głosem. - Historia potoczyłaby się inaczej.
     „Wszystko potoczyłoby się inaczej”.
     Cała podróż w stronę Samotnej Góry była jednym wielkim rozdrapywaniem dawnych raz oraz gdybaniem.
     Dziad, Frerin i mąż Dis żyliby, tak jak mnóstwo niewinnych poddanych. Ojciec by nie zaginął. Królestwo nie zostałoby zniszczone, a Arcykamień…
     Arcykamień, Akrcykamień… Zajmował jego myśli coraz częściej. Klejnot był kluczem do sukcesu. Przepiękne Serce Góry… było w dużej mierze także jego własnym.
***
     Ostrze coraz bardziej wgłębiało się w jego gardło. Zaczął się szarpać, ale ork trzymał go bardzo mocno swoimi łapskami. Dorian klęczał bezbronny na ziemi. Został zaatakowany tak niespodziewanie, że aż dał się obezwładnić. Wszystko dlatego, że orkowie uciekli się do szantażu.
     Przywódca powiedział, że nazywa się Bolg, syn samego Azoga. Później stwierdził, że najwyższa pora, aby on i siostra zginęli. Sybil odparła na to, żeby ich nie zabijał, ponieważ są cenni dla Thorina. Dorian przeklinał ją w duchu za to, jaka z niej kretynka. Dowódca spytał, dlaczego. Ona milczała. Jego złapano i przyłożono mu sztylet do gardła. Ona milczała. Bolg zapytał, czy Sybil powie, dlaczego. Ona milczała. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna.
     W miarę jak Sybil uparcie milczała, nóż mocniej wpijał się w jego szyję.
     Widział, jak bardzo jego siostra jest rozdarta. Patrzyła raz na niego, raz na przywódcę, lecz nadal milczała.
     - No to jak będzie? - warknął Bolg.
     Strużka krwi zaczęła płynąć po jego szyi.
     Sybil z przerażeniem spojrzała Dorianowi w oczy, bez słów pytając, co robić.
     „Nie mów, błagam cię, nic nie mów!” - prosił ją w myślach.
     Otrze wbiło się już tak głęboko, że na moment stracił oddech. Zaczął się krztusić.
     - Powiem, tylko puśćcie mojego brata, a powiem! - krzyknęła.
     Ork odrzucił Doriana od siebie. Chłopak wylądował na kamieniach. Odruchowo chwycił miecz. Przejrzał się w klindze - miał mocne nacięcie na tchawicy, które dość obficie krwawiło.
     Lecz w tej chwili mieli inny problem.
     - A teraz wytłumacz się - rozkazał przywódca szajki. - Dlaczego miałbym was nie zabijać Dlaczego jesteście niby tacy cenni dla Dębowej Tarczy?
     - Użyj węchu - odparła Sybil.
     Bolg wyraźnie wściekł się na tak śmiałą odzywkę, ale zaczął intensywnie wciągać powietrze nosem. Musiał wyczuć coś interesującego, bo podszedł bliżej jego siostry i ją obwąchiwał. Nagle przestał i wybuchnął szyderczym śmiechem.
     - Dziwka! - wykrzyknął. - Puściła się z krasnoludem i teraz nosi w sobie jakiegoś mutanta!
     Chichotał jeszcze przez jakiś czas, po czym nagle urwał i warknął groźnie:
     - I co z tego, że jesteś w ciąży z jakimś śmierdzącym karłem? Jaki to ma związek
z Dębową Tarczą? - zamilkł na moment, a później spytał, jakby olśniony:

     - Czyżbyś to z nim się przespała?
     - Lepiej - odparła z uśmieszkiem. - Z jego umiłowanym siostrzeńcem.
     Dowódca orków prychnął.
     - No i co z tego?
     - A to, że Thorin nas oraz synów swojej siostry kocha nade wszystko, a ci z kolei kochają mnie i brata. Wszyscy trzej są gotowi oddać życie za nas… A kiedy usłyszą, że jestem w ciąży…
     - Rozumiem - mruknął Bolg. - Chcecie być kartą przetargową?
     -Tak.
     - Hmm… a jaką mam gwarancję, że Dębowa Tarcza odda się w moje ręce w zamian za was? Skąd mogę mieć pewność, że nie łżesz? Może nawet nie widziałaś tych trzech na oczy, co?
     W odpowiedzi Sybil szczegółowo opisała wygląd Thorina, Filiego i Kiliego, w jakim byli wieku, skąd pochodzili, z jakiej rodziny się wywodzili, opowiedziała wszystko o ich upodobaniach, typowych zachowaniach, nawet o tym, jaką broń mieli zawsze przy sobie.
    - Mój ojciec mówił mi o tobie co nieco, zdrajczynio - rzekł Bolg. - Opowiadał, jak długo opierałaś się torturom, żeby tylko nie wyjawić nic o tych krasnoludach. Mówił, że tobie
i twojemu tchórzliwemu bratu zależy na nich najbardziej na świecie… tymczasem teraz sprzedajesz ich tak łatwo…

    Sybil, tak jak Dorian, z pewnością wyczuła groźbę ukrytą w tych słowach. Przerwała mu szybko:
     - Może w końcu zrozumiałam, że należy stać po wygranej stronie?
     Bolg spojrzał na jego siostrę z… uznaniem?!
     - Jakie stawiasz warunki?
     - Nie tkniecie mojego brata i pozwolicie nam zatrzymać broń.
     Ork parsknął śmiechem.
     - Chyba kpisz! Naprawdę uważasz, że zgodzę się na to, żebyście pozostali uzbrojeni?
     - Tak - odpowiedziała.
     - Niby dlaczego? - warknął.
     W mgnieniu oka nałożyła strzałę na cięciwę. Zdawało się, że celowała prosto 
w dowódcę. Uwolniła strzałę, która świsnęła obok ucha Bolga, przebijając głowę orka stojącego za nim. 
     - Bo odebranie nam jej dużo by was kosztowało.
     „Może za niedługo ona przejmie rolę negocjatora?” - pomyślał Dorian.
     - I tak wam nie uciekniemy - przekonywała dalej.
     Zapanowała napięta cisza.
     - Umowa stoi - wycedził syn Azoga w końcu.
     Siostra kiwnęła głową, po czym podbiegła do Doriana i bez słowa ucięła sobie sztyletem kawałek rękawa. Obwinęła ranę na jego szyi skrawkiem materiału.
     Nie mieli jak otwarcie porozmawiać o tym, co zaszło. Dlatego użyli swojego systemu znaków.
     - Jak my się z tego wyplączemy? - zapytał.
     - Czas pokaże - odparła. - Na razie grzecznie im towarzyszymy. Jeżeli nadarzy się jakakolwiek okazja, uwalniamy się od razu.
     - Oczywiście… ach, jeszcze jedno…
     - Tak?
     - Czy ty grałaś?
     - Nie.

***
     - Chodź przystojniaku, zajmę się tobą.
     Fili nadal nie mógł uwierzyć w to, co się stało.
     Thorin nie pozwolił Kiliemu wyruszyć w ostatni etap podróży.
     Jego brat był bezbrzeżnie zawiedziony, rozczarowany i zły. Widział to. Fili poczuł narastający w nim gniew.
     - Wuju… Wychowaliśmy się na legendach o Górze. Sam nam je opowiadałeś. Nie możesz mu teraz tego odebrać!
     - Fili!
     - Będę go niósł, jeżeli będzie trzeba! - Nie mógł znieść myśli o rozłące z bratem na dłużej niż parę chwil.
     Teraz to ja jestem waszym ojcem.
     „Sam tak mówiłeś! Dlaczego teraz go zostawiasz?!”
     Przysięgał nad grobem ich ojca. Obiecał, że będzie się nimi opiekował i pewnego dnia zabierze ich do Ereboru.  Thorin obiecał. Ale czy teraz stoi przed nim ten sam Thorin? Czy ten sam, którego razem z Kilim traktowali jak ojca? Coś się w nim zmieniło.
     - Fili, pewnego dnia będziesz królem, a wtedy zrozumiesz. Nie mogę ryzykować powodzenia tej wyprawy przez wzgląd na jednego krasnoluda. Nawet mojego krewniaka.
     „Myślisz już tylko o bogactwach, władzy i Arcyklejnocie”.
     Teraz to Thorina zabierała choroba złota. Fili był rozdarty. Z jednej strony zapragnął zostać przy wuju i zrobić wszystko, by zapobiec rozwoju choroby, ale…
     Kili cierpiał. Z jego raną było coraz gorzej, już tego nie ukrywał.
     Nie mógł tak zostawić swojego małego braciszka.
     - Fili, nie bądź głupcem. - Thorin próbował go zatrzymać. - Twoje miejsce jest
w Kompanii.

     „Nie”
     - Moje miejsce jest przy bracie.
     Wuj już go dalej nie powstrzymywał. Z pewnością rozpierała go złość na tak jawny akt nieposłuszeństwa, lecz tego po sobie nie pokazywał. Mieszkańcy Miasta na Jeziorze najpewniej zaraz wezmą go na języki, drwiąc z tego, jakim to cieszył się posłuchem.
     Fili nie dbał o to.
     Kili umierał, tylko to się liczyło.
*** 
     Padli na ziemię, ciężko dysząc. Byli nie do zdarcia, to trzeba orkom przyznać.
     Znaleźli się właśnie przy moście łączącym Esgaroth z brzegiem Jeziora.
     Bolg podszedł do Doriana i Sybil, po czym burknął:
     - Zostaniecie z połową moich zuchów. Reszta idzie ze mną, sprawdzić, gdzie jest Dębowa Tarcza. Gdy go znajdziemy, dostaniecie przyprowadzeni i dojdzie do wymiany. Lepiej nie próbujcie żadnych sztuczek, jasne? - warknął.
      Pokiwali głowami, nic nie mówiąc. Fuknął na nich, a później zabrał ze sobą około dwudziestu orków.
     Poczuli się zagrożeni jak nigdy wcześniej. Do tej pory tylko dowódca powstrzymywał mordercze zapędy swoich podkomendnych. Ich obawy sprawdziły się po niedługim czasie.
     Dwóch orków podeszło do wykończonej Sybil i siłą postawiło ją na nogi. Potem zaczęli się do niej dobierać.
     - Zostawcie mnie! - krzyknęła.
     - Bo co? - syknął jeden.
     - Sprzedałaś się krasnoludowi, to dlaczego nie nam? - spytał drugi.
     Szarpała się, ale przestała po niedługim czasie.
     - W sumie to… czemu nie? - mruknęła.
    Wydawało się, że jest nawet chętna, dopóki nie przebiła dyskretnie sztyletem pierwszego orka, a potem poderżnęła gardło drugiemu. To rozwścieczyło pozostałych. Zaatakowali naraz, ze wszystkich stron. Lecz dwudziestu orków to nie czterdziestu.
     Dorian i Sybil osunęli się zmęczeni na kolana, gdy było już po wszystkim. Udało im się zabić wszystkich wrogów bez poważniejszych obrażeń.
     - Och nie - jęknął Dorian. - Znowu to zrobiliśmy.
     - Jesteśmy zdrajcami, mówiłam ci - wydyszała Sybil.
     Milczeli przez chwilę, rozglądając się po polu potyczki. Gleba nasiąkła krwią, a naokoło zaczął roznosić się jej zapach.
     Musieli uciekać, natychmiast. Jeżeli Bolg ich tak nakryje…
     Do ich uszu dobiegł niespodziewany hałas. Ujrzeli, jak nikt inny, a sam książę Legolas konno gonił potomka Azoga. Ominięto ich bez zaszczycenia ani jednym spojrzeniem.
     Opadły im szczęki. To było co najmniej… nieoczekiwane. Skąd się u licha wziął tutaj syn Tharnduila?
     - Co robimy? - spytała zdezorientowana Sybil. 
     - Musimy sprawdzić, co się stało - odparł jej brat.
     Popędzili do Miasta na Jeziorze z szybkością wiatru. Znaleźli się w dziwnym labiryncie kanałów, mostów i wąskich uliczek. Nie było widać ani żywej duszy.

     Sybil jęknęła.
     - Jakim cudem ich znajdziemy?
     - Trupy nam pomogą - odpowiedział Dorian.
     Zaczął przeczesywać teren dookoła. W końcu natrafił na martwe ciało orka. Później na kolejne, i jeszcze jedne, i następne. Zwłoki były jak tropy prowadzące do celu.
     Nagle oboje doznali tego samego przeczucia - ich ukochani byli niedaleko, rodzeństwo wyczuwało ich obecność. Wiedzieli już dokładnie, do którego domu musieli się udać. Biegli co sił w nogach. Byli już tak blisko, już widzieli budynek dokładnie, nie dalej jak kilkanaście jardów przed nimi.
     I wtedy nadszedł smok.
______________________________

Azog serio miał syna Bolga... wolę nie wnikać w szczegóły.Ostrzegałam, że Sybil zwraca się
w stronę zła.
Thorina zaczyna trawić choroba, niestety.
Ogólnie, szykuje się rzeź.

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział 4.

     - Wuju! Wuju, obudź się!
     - Co znowu? - jęknął półprzytomnie   
     - Obudź się, musisz to zobaczyć! - wykrzyknął Kili.

     Thorin niechętnie otworzył oczy. Podniósł się i ujrzał, że słońce jeszcze nie wzeszło, 
a reszta nadal spała. Spojrzał na Kiliego z irytacją. Jego siostrzeniec wyglądał na bardzo poruszonego oraz zniecierpliwionego. Thorin, chcąc nie chcąc, poszedł za młodym krasnoludem do jadalni. Spostrzegł tam Filiego, wpatrującego się z niedowierzaniem
w leżący na stole skrawek pergaminu.
     

     - Co to jest? - Król zmarszczył brwi.  
     - Sam przeczytaj. - Z tymi słowami blondyn podał mu liścik.
     Na jednej stronie było napisane:
Do dziedziców Durina”, a na drugiej:

         Kochani!
     Z bólem serca musieliśmy was wczoraj w nocy natychmiastowo i bez pożegnania opuścić. Niestety, zaistniała pewna nietypowa sytuacja, którą koniecznie musimy wyjaśnić. Nawet jeśli poprosimy, żebyście się nie martwili, to wy i tak będziecie to robić.
      Jeżeli do tej pory nie dowiedliśmy, że potrafimy o siebie zadbać, to być może zmniejszymy trochę wasz niepokój, zdradzając wam, że wybraliśmy się odwiedzić naszych bardzo dobrych przyjaciół.
      Lepiej uważajcie na Beorna. Wścieknie się, kiedy zauważy, że pożyczyliśmy bez pytania jego konie. Powiedzcie mu, że błagamy
o wybaczenie, ale nie miały nic przeciwko. Oczywiście wrócą do swojego pana. Przekażcie mu również, że jesteśmy nieopisanie wdzięczni za gościnę. 
       Uściskajcie Bilba. To dobry i dzielny hobbit. Podziękujcie mu raz jeszcze 
w naszym imieniu, on będzie wiedział za co.
      Pozdrowienia dla całej Kompanii. Szczególnie dla Oina, któremu gorąco dziękujemy za opiekę. Oby wasze brody nigdy nie zrzedły!
      Zostawiamy was bez strachu: Azog został odwołany do Dol Guldur.
      Do zobaczenia u celu.
      Menu tessu, Thorin.    Menu tessu, Fili.   Menu tessu, Kili.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        
DiS
     To było… dziwne.
     - Co to ma znaczyć? - spytał.
     - Nawet ja i Kili nie możemy tego do końca rozgryźć - westchnął Fili. - Piszą dosyć oficjalnie, co wskazuje, że sprawa jest poważna… nie mam pojęcia, co za nietypowa sytuacja, to zupełnie nic nie mówi. Tak jak to o bardzo dobrych przyjaciołach. - Zastanawiał się przez chwilę intensywnie. - Z tego co się domyślam, Dorian i Sybil mogli zaprzyjaźnić się z najróżniejszymi istotami, ale… elfy. Tak, w Rivendell widać było wyraźnie, że lubią elfów, w dodatku z wzajemnością. 
     - Tak! - przytaknął Kili. - Kiedy pierwszy raz przyszli na ucztę, słyszałem jak jeden elf mówił do drugiego: „Spójrz, to Dorian i Sybil, przyjaciele elfów”.
     Thorin skrzywił się.
     „Jak te dzieci nisko upadły” - pomyślał.

     - Najbliższe miejsce, gdzie można spotkać elfów to… - blondyn zbladł.
     - Mroczna Puszcza - dokończył jego młodszy brat głucho. - Dlaczego akurat tam?
     Mroczna Puszcza była miejscem, które wielu napawało strachem.
     - Nie przyjrzałeś się łukowi Sybil? - odparł Fili po chwili. - Wygląda zupełnie jak ten, których używają leśne elfy. Pewnie wśród nich też mają przyjaciół.
     - Ale co jest takiego ważnego, żeby nas zostawić i, Aulë miej nas w swojej opiece, zabrać bez pytania dwa konie Beorna? - dociekał Kili.
     - Ja nie mam pojęcia, naprawdę… - odrzekł starszy brat smutkiem i zamilkł.
     Thorin był zdumiony.
     - Jestem pod wrażeniem, chłopcy - powiedział. - Znacie ich lepiej niż przypuszczałem. Dlatego z pewnością odpowiecie na kilka moich pytań…
     Fili i Kili spojrzeli po sobie z niepokojem, co z kolei zaniepokoiło Thorina.
     - Wścieknie się, gdy zauważy, że pożyczyliśmy bez pytania jego konie. Powiedzcie mu, że błagamy o wybaczenie, ale nie miały nic przeciwko - przeczytał na głos. - Jak konie mogą mieć coś przeciwko?
     Jego siostrzeńcy parsknęli śmiechem.
     - Nie zauważyłeś? Oni umieją rozmawiać ze zwierzętami - chichotał Kili. - Och, to takie elfickie!
     Thorin zaśmiał się pod nosem. Rzeczywiście, trochę to elfickie.
     Wśród krasnoludów mówienie, ze coś jest elfickie wcale nie było komplementem. Oznaczało to coś dziwnego, niepojętego, głupiego i bez sensu.
     - Uściskajcie Bilba. To dobry i dzielny hobbit. Podziękujcie mu raz jeszcze w naszym imieniu, on będzie wiedział za co - zacytował, po czym spojrzał wyczekująco na siostrzeńców.
     - Cóż, eee… - zająknął się Kili. - My tylko podejrzewamy, że… eee…    
     - Chcą mu podziękować za to, jak pomagał Oinowi! - Fili rzucił szybko.

     - Nonsens - stwierdził Thorin. - To napisaliby wprost - chłopcy stali się wyraźnie nerwowi. - Co takiego zrobił Bilbo?
     Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
     - Już zapomniałeś, wuju? - odparł Kili. - Uratował ci życie.
     Thorin zaniemówił na moment, zaskoczony odpowiedzią.
     - Co to ma wspólnego z Dorianem i Sybil? - zapytał.
     Jednakże nie wysłuchał, co synowie jego siostry mieli do powiedzenia. Nagle zaczęły potwierdzać się wszystkie jego podejrzenia. Przypomniało mu się, co mówił Dorian…
Byliśmy waszymi cieniami, od samego początku. Musieliśmy was ochronić przed szajką Azoga. Musieliśmy ci jakoś wynagrodzić to, że uratowałeś mamę i tatę. Grożono nam. Kazano przestać...  po prostu nie mogłeś o nas wiedzieć. Było za wcześnie, i pewnie nadal jest… zmusiłbyś mnie i Sybil do dołączenia do Kompanii. Właśnie! Zaraz to zrobisz, czyż nie? Ale to może mieć potworne konsekwencje… Azog wezwał nas na rozmowę… Doprawdy? - zadrwił Dwalin wtedy. - Przecież on z nikim nie rozmawia! On tylko zabija! …Dla nas zrobił wyjątek - odparł Dorian…
     „Opowiadał o planach Azoga, wyraźnie ostrożnie dobierając słowa. On cały czas uważnie dobierał słowa”. 
        
     Zostawiamy was bez strachu… Azog został odwołany do Dol Guldur
… 
     - Kłamcy! - syknął,gdyż wreszcie połączył fakty.
     „Że też dopiero teraz to spostrzegłem!" - pomyślał ze złością. 

     - Co?! - jego siostrzeńcy wykrzyknęli jednocześnie.
     - ZDRAJCY! - ryknął. - Nie rozumiecie? Oni bardzo dobrze znają Azoga, a on ich! Wiedzą o jego planach! Nie macie pojęcia, kto wam przerwał wasze pierwsze spotkanie?! Posłańcy! Wasi wspaniali Dorian i Sybil są zwykłymi marnymi szpiegami! Wcale nie jadą do elfów tylko do Dol Guldur, żeby przekazać swojemu panu nowe informacje! Jak mogliście być tak naiwni?! Pewnie powiedzieliście im wszystko o naszej wyprawie, czyż nie?! - Miny chłopców były wystarczającą odpowiedzią. - Po prostu wspaniale. - Usiadł
i ukrył twarz w dłoniach, przytłoczony bólem oraz
 rozczarowaniem.
     „Za co, Aulë?! Czy grasz w grę o nazwie „ile zniesie Thorin Dębowa Tarcza”?” 
     - Jestem zawiedziony - powiedział zimno. - Kiedy zobaczymy się u celu, wiecie, co
z nimi zrobię. Wiecie, co robi się ze zdrajcami.
   
     Myśl o wymierzenie sprawiedliwości Dorianowi i Sybil przychodziła mu z największym trudem, jednak jako władca było to jego obowiązkiem.
     - NIE! - Kili sprzeciwił się załamującym głosem. - Jak możesz?! Ty nic nie wiesz! Nie rozumiesz! Gdybyś wiedział…
     - Gdybym wiedział… co?! - warknął wściekle.
     Miał już dosyć tajemnic.
   
     - Oni nie mieli wyboru! Mogli nas śledzić albo zostać zamordowani na miejscu! - krzyczał młodszy z synów jego siostry.

     Prawda uderzyła Thorina niczym cios w brzuch.
     - Wy… - posłał siostrzeńcom mordercze spojrzenie. - Wy wiedzieliście!
     Milczeli, spuściwszy głowy.
     - Wiedzieliście o tym, że jesteśmy szpiegowani?! Że Azog żyje i chce nas zabić?! I nic nie mówiliście! 
     - Wuju… - przerwał Fili
     - O WIELE BYM WAS PODEJRZEWAŁ, NO ALE NIE O TO!
     - Wuju…
     - CZY NIE MOGĘ ZAUFAĆ NAWET WŁASNEJ RODZINIE?!
     - PRZESTAŃ! - Okazało się, że ktoś jednak potrafił go przekrzyczeć, a był nim Fili. - Zanim nas też zrzucisz ze szczytu Góry, może zechcesz łaskawie wysłuchać wyjaśnień?! Co z ciebie za król, który tak pochopnie wydaje osądy?!
     To dotknęło Thorina do żywego. Zapragnął uderzyć Filiego. To była zła myśl, która sprawiła, że momentalnie się uspokoił. Usiadł na ławie, nie patrząc na siostrzeńców.
     - Słucham - powiedział jedynie lodowatym tonem.  
     - Kiedy w Rivendell znikaliśmy na całe dnie, spotykaliśmy się z Dorianem i Sybil na ukrytej polanie, którą znalazł Kili. - Fili zaczął wyjaśniać. - Mieliśmy sobie dużo do wyjaśnienia. Nie jesteśmy tak głupi, jak uważasz. Oczywiście, że pytaliśmy, kto nam przerwał pierwsze spotkanie. Unikali odpowiedzi jak mogli, ale w końcu użyliśmy siły
i przymusu. Powiedzieli nam, że byli w drodze do Ered Luin, chcąc nas odnaleźć po latach rozłąki, ale zostali schwytani przez orków w okolicach Wichrowego Czuba. Potem zaciągnięto ich na szczyt. Nie zabito ich od razu, bo Azog rozpoznał miecz Doriana. Przypomniał sobie też Sybil i Doriana. Sybil ponoć rozumie dosyć dobrze Czarną Mowę. Azog podobno wydał już rozkaz zabicia ich, kiedy przybył zwiadowca i powiedział
o naszym obozie. Usłyszała nasze imiona i całą rozmowę, a Sybil wszystko pojęła. Wydała z siebie okrzyk przerażenia, który nie umknął Azogowi. Biały Ork domyślił się, że Doriana
i Sybil coś nami łączy. Thorinie... oni... - Fili westchnął drżąco. - Oni byli przez okrów torturowani. Uszli z życiem tylko dlatego, że Sybil przekonała Białego Orka, że mogli się
z Dorianem okazać przydatni. Że potrafiili dowiedzieć się o Kompanii wiele więcej. Dziwne, ale Azog dał się przekonać. Puścił ich wolno, nawet oddał miecz, 
ale zastrzegł, że jeżeli dołączą do Kompanii to zrobi mnie, Kiliemu i tobie coś znacznie gorszego niż skrócenie
o głowę. Zabawił się też z nimi, bo powiedział, żeby się spieszyli z dostarczeniem jakichś informacji, bo za niedługo, nawet nie określił dokładnie za ile, wyruszy pościg.
 Przez niedługi czas Sybil i Dorian faktycznie nas szpiegowali, ale jednocześnie postanowili nas chronić. Podawali posłańcom fałszywe informacje, zwodzili ich na manowce, podpuszczali. W dniu naszego pierwszego spotkania zdecydowali się na rozpalenie ogniska, bo byli skrajnie wyczerpani i musieli rozbić porządny obóz. Dorian mówił, że spotkanie ze mną i Kilim zmieniło wszystko. Że nie chciał już ukrywać, po czyjej był stronie. Zabili posłańców tamtego dnia. Dopiero długo później dotarły do nich konsekwencje tego, co zrobili. Azog zapłonął gniewem i przyspieszył pościg. Dwa dni po naszym drugim spotkaniu Dorian i Sybil dogonili orków i zaatakowali ich. Sami na ponad trzy tuziny.
A potem uciekali na uprowadzonym wargu, a kiedy musieli go zabić, biegli bez przerwy przez kilka godzin. Dotarli do Rivendell przed nami i wybłagali Elronda, żeby przyszedł nam z pomocą. Czy to nazywasz zdradą?! - Fili zakończył z furią. 

     Zapanowała ciężka cisza. Thorin nie znał słów na określenie tego, co usłyszał. Przypomniał sobie, jak mówił Balinowi: Lojalność, honor, waleczne serce. Nie mogę prosić o więcej.
     Dorian i Sybil dali mu znacznie więcej - własne życia. Chronili go ponad wszystko,
a zarazem zdradzili.

     Pokochał te dzieci jeszcze bardziej, ale miłość ta nabrała gorzkiego posmaku. Nigdy im nie zapomni, nie wiedział, czy przebaczy. Długo wpatrywał się w słowa „Menu tessu, Thorin” nim wiedział, co powiedzieć.
     - Menu gamut khed, DiS - szepnął ochrypłym głosem. 
***
     Oczy Gilraen były piękne. Jaśniały blaskiem promieni słońca przeświecających przez wiosenne liście. Ona cała nim promieniowała. Jej włosy były barwy słonecznego ognia,
a jej uśmiech jasny i wesoły niczym słońce w południe. Z jej cery i postawy biła delikatna poświata, jakby pierwszy brzask świtu. 
Jej wzrok był przeszywający, lecz nie nieprzyjemny, a kojący i ciepły.
     Trudno powiedzieć, kim dla Sybil była Gilraen. Więcej niż opiekunką, więcej niż nauczycielką, przyjaciółką, siostrą, matką. W najczarniejszej godzinie to wspomnienie Gilraen rozświetlało drogę. Gilraen była światłem. Była radością. Ciepłem, nową nadzieją, otuchą, siłą, niezłomną wolą życia. Życiem. Jej Słońcem.
     Owa uzdrowicielka była tak niepodobna do innych ciemnych elfów leśnych. Wyglądała i zachowywała się, jakby widziała Światło. Co więcej, Sybil miała wrażenie, że na elfkę mogła paść iskra z legendarnego Laureinu. 
     Gdy tylko Sybil ją ujrzała, od razu zapragnęła opowiedzieć jej wszystko, co się wydarzyło od czasu, kiedy odeszli. Jednakże doskonale zdawała sobie sprawę, że nie było to konieczne. Elfy zawsze były pierwszymi, które słyszały nowiny. Może dowiedziały się już wszystkiego od ptaków albo usłyszały to w szeptach drzew?
     Gilraen i Sybil miczały zatem, patrząc sobie głęboko w oczy.

     - Widzę w tobie wiele nowego, najdroższa przyjaciółko - rzekła Gilraen w końcu. - Bagaż nabytych doświadczeń i coś jeszcze… - Jej aksamitny głos zniżył się do szeptu. Uklękła przy Sybil i dotknęła jej łona bardzo delikatnie. Twarz elfki rozjaśnił uśmiech, promienny niczym słońce. - Nosisz w sobie nowe życie!
      Sybil zachciało się płakać.
     - Dlaczego się smucisz?  Wszak twoje dziecko jest niezwykłe… - mówiła Gilraen cicho, wpatrując się w jej podbrzusze. - Bardzo silne… Widzę, jakie rany ci zadano. Gdyby to było normalne dziecko, już dawno byś poroniła. Nawet byś nie zauważyła, że byłaś
w ciąży. Ale nie… istota, która w tobie rozkwita, jest bardzo… uparta. Kurczowo trzyma się życia. W istocie, bardzo uparta, zupełnie jak…

     Elfka zaniemówiła. Wpatrywała się w Sybil zszokowana i zdegustowana.
     - Krasnolud - wycedziła.
     Uzdrowicielka zaczęła chodzić po pokoju bardzo szybko, nie odzywając się. Była wyraźnie zdenerwowana.

     Sybil poczuła się niemal winna.
     - Gilraen? 
     - Przecież to niemożliwe! - wykrzyknęła piękna istota, bardzo poruszona. - Nikt nigdy nie zanotował takiego przypadku! Ludzi i krasnoludów zawsze łączyły interesy
i ewentualnie przyjaźń, ale to… - Zatrzymała 
się, sfrustrowana. - Sybil… bardzo mi przykro, ale nie wiem, co ci powiedzieć.
     Dziewczynie odebrało mowę.
     „Ile razy będę jeszcze powtarzać „przecież to niemożliwe”?” - żachnęła się Sybil
w myślach. 

     - Ale… jesteś uzdrowicielką elfów! Ty zawsze wszystko wiesz…
     - Niestety - odparła Gilraen z ponurym westchnieniem. - Nie powiem ci, jak twoje dziecko będzie wyglądać, nie zapewnię, że będzie zdrowe. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim…
     Sybil ukryła twarz w dłoniach.
     „Co ja mam dalej zrobić?”

     - Zostań z nami aż do rozwiązania - elfka odpowiedziała jej myślom. - Z radością będę się opiekować tobą i tym małym uparciuchem - zachichotała. - Więc… kim jest ten szczęściarz?
     - Fili, syn Dis. Z rodu Durina - dziewczyna zaakcentowała ostatnie słowa.
    Gilraen spoważniała.
    - Sprawa jest bardziej skomplikowana niż przypuszczałam - rzekła. Podeszła do przyjaciółki i przytuliła ją. - Sybil, cokolwiek nadchodzi, pamiętaj, że we mnie zawsze masz oparcie.
     Lecznicze ciepło jej ciała spłynęło na Sybil, która uśmiechnęła się błogo. 
     - Dziękuję Gilraen - wyszeptała. - Jesteś wspaniała.
     Elfka zaśmiała się.
     - A ty będziesz wspaniałą matką.
     Sybil nic nie odpowiedziała, tylko mocniej wtuliła się w ramiona przyjaciółki. Nie mogła dopuścić do siebie nadchodzącej myśli, żeby elfka jej nie odgadła. Nie… nikt nie mógł się dowiedzieć o tym, co miała zamiar zrobić.
______________________________

W przydługim monologu Filiego dowiadujemy 
się, jak to było z tą zdradą. Musze przyznać, że Azog tak łatwo dał się przekonać... to takie nieazogowate. Ale, jak już wcześniej wspominał Dorian, Sybil potrafi manipulować orkami.
A co zrobi z ciążą? Jedyne, co powiem, to to, że Sybil powoli zwraca się w stronę zła... 
Laurein - Młodsze Drzewo Valinoru. Wikipedia powie,co trzeba. Ale lepiej przeczytać Silmarillion. 

poniedziałek, 3 marca 2014

Księga II

Tutaj miałam duże problemy. Tyle dylematów... Nie wiedziałam, co Dorian i Sybil mają zrobić. W końcu zdecydowałam. Od teraz fabuła będzie o wiele bardziej naciągana, no ale trudno. Mam nadzieję, że nie uśniecie przy tym przydługim rozdziale.
______________________________

Księga II 

Rozdział 1.

     Decyzja została podjęta.
     Serca biły im jak szalone. Bali się tego, co miało się za chwilę zdarzyć.
     Nie wiedzieli, czy albo kogo tam zastaną.
     Nie wiedzieli, czy postępowali słusznie.
     Nie wiedzieli, czy nie było za wcześnie.
     Nie wiedzieli, czy on kiedykolwiek powinien się dowiedzieć.
     Kiedy go zobaczyli, zrozumieli, że popełnili fatalny błąd.
     Tak bardzo się ucieszyli na jego widok.
     Tak bardzo chcieli podbiec do niego i go przytulić.   
     I już go nie puścić, nie pozwolić mu odejść.

     Ale nie mogli patrzeć na niego bez poczucia winy.
     Tak bardzo go kochali, a jednak zdradzili.
     Zapragnęli uciec.
     Powinni byli pozostać w ukryciu.
     Powinni być już daleko stąd.

***
     Cała Kompania siedziała na werandzie wychodzącej na ogród Beorna, paląc fajki
i zażywając upragnionego spokoju.

     No, może nie wszyscy.
     Thorin myślał tylko o tamtej nocy, kiedy przyleciała strzała z liścikiem.
     Czyżby jego siostrzeńcy byli szpiegami?
     Menu gamut khed, Dis?
     Spojrzał na Filiego i Kiliego. Palili w zamyśleniu tak samo jak reszta. Jak gdyby nigdy nic.
     - Fili, Kili, chcę z wami porozmawiać na osobności…
     Ale Thorinowi przerwano. Dlaczego?
     Dlaczego zawsze gdy o chciał o nich zapytać, coś mu przeszkadzało?
     Drzwi Drewnianego Dworu otworzyły się.
     - Halo? - Rozległ się głos chłopaka. - Czy jest ktoś w domu?
     Filiemu i Kiliemu fajki wypadły z rąk. Zerwali się na nogi. Ich oddechy przyspieszyły,
a oczy się rozszerzyły.        
     Wymienili spojrzenie pełne szoku i radości (?!).

     - To niemożliwe! Po. Prostu. Niemożliwe - szepnął Kili z wzrastającą z każdym słowem ekscytacją
     - Haaloo…? Jest tu kto? - powiedziała dziewczyna.
     - NIE. WIERZĘ - stwierdził Fili z promiennym uśmiechem.
     Reszta krasnoludów (i Bilbo) patrzyła po sobie niepewnie. Wyraźnie nikt nie wiedział,
o co tu chodziło.

     Synowie Dis wbiegli do domu szybko jak błyskawice.
     Gdy reszta Kompanii poszła w ich ślady i wszyscy znaleźli się w środku, ich oczom ukazał się ciekawy widok.
     Przy wejściu stała dwójka młodych ludzi. Ubrania mieli nadpalone, poszarpane
i przesiąknięte krwią. Dziewczyna nałożyła strzałę na cięciwę, chłopak dzierżył miecz. Obydwoje dyszeli ciężko. Patrzyli jedynie na Filiego i Kiliego, uśmiechając się szeroko.

     Kompania z trudem rozpoznała owych tajemniczych „zwykłych znajomych” z Rivendell.
     Fili i Kili stali naprzeciw tej dwójki, w rozkroku, ze skrzyżowanymi rękami. Miny mieli takie jak zawsze, gdy coś kombinowali. Patrzyli na ,,nieznajomych", nie odwzajemniając ich uśmiechów. 
     W końcu Fili przemówił tonem pełnym podejrzliwości oraz nieufności:
     - Kim jesteście i co robicie w tym domu?
     - Och, zamknij się - prychnęła dziewczyna.
     Cała czwórka powoli wybuchła ogromnym śmiechem. Ludzie odrzucili broń, a Fili i Kili zerwali się do biegu i wpadli swoim „zwykłym znajomym” w objęcia.
     Patrzącym na to członkom Kompanii zdało się, że teraz tylko ci czworo istnieli na świecie. Przytulali się i przytulali, i trwało to tak długo, że chyba ani myśleli przestać. Kiedy w końcu się od siebie oderwali, Kili zapytał:
     - Na litość Mahal! Cóż wam się stało?
     - To nic, Ki…- odparł chłopak.
     - I co wy tu w ogóle robicie? - przerwał mu Fili.
     - Lepiej powiedz, gdzie on jest - zażądała dziewczyna.
     - Tutaj, z nami. - odpowiedział jej blondyn. - Żyje i nic mu nie jest.  
     Chłopak i dziewczyna odetchnęli z ulgą. Po chwili przyjrzeli się reszcie Kompanii
i utkwili wzrok na Królu pod Górą. Ich twarze nabrały dziwnego wyrazu - malowała się na nich radość, jakby zobaczyli kogoś im drogiego po długim czasie, ulga, być może skrywana tęsknota oraz… strach? Chęć ucieczki?
   
     - Tak mi przykro przeszkadzać, ale… - warknął Dwalin. - Co tu się u licha wyrabia?!
    Fili, Kili i dwójka ludzi spojrzeli po sobie i, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, ustawili się w szeregu. Potem Kili wystąpił na przód.   

     - Szanowne krasnoludy, a przede wszystkim ty, Thorinie - zaczął, jakby był jakimś showmanem. - Mam zaszczyt i ogromną przyjemność przedstawić wam…
     - Doriana, syna Brandona! - wykrzyknął, wskazując na chłopaka, który się ukłonił.
     - Oraz Sybil, córkę Kory! - obwieścił, pokazując na dziewczynę, która dygnęła.
     - CO?! - wykrztusił Król.    
     Przecież to niemożliwe.    
     To nie mogli być oni
     Nie…
     Po prostu nie 
     Thorin zgłupiał. Przez jego umysł przetaczało się tyle myśli, że można rzec, iż nie myślał wcale.
     Patrzył na nich, jakby ich ujrzał po raz pierwszy, kiedy teraz się do niego zbliżali. Olśniło go. Zauważył podobieństwa.
     On miał ten błysk inteligencji w oku, tak jak ojciec. Ona miała oczy tak samo ciepłe
i dobre jak matka. 
On był podobny do Brandona z postawy, ona do Kory z twarzy.
     Ale przecież…  
     Co oni robili tutaj, setki mil od Ettinor, cali zakrwawieni i poparzeni? Dlaczego
w Imladris unikali kontaktu z nim, natomiast z Filim i Kilim nie?
Jakim cudem urośli tak szybko? Co to wszystko miało znaczyć, na miłość Aulëgo?    
     Dzieci Brandona i Kory stanęły naprzeciwko niego.
     - Thorinie Dębowa Tarczo… - zaczęła Sybil.
     - … jak miło cię znów zobaczyć - dokończył Dorian.
     Nie wiedział, czy zdawali sobie sprawę, jak piorunujące wrażenie wywołało na nim ich zachowanie, kiedy klęknęli przed nim, pochylili głowy, a Dorian złożył miecz u jego stóp.
     - Jak? - sapnął jedynie, nie mogąc się zdobyć na nic więcej.
     - Lepiej ty powiedz mi jak - Sybil spojrzała na niego wściekle. - Jak mogłeś być tak… tak… gł… nierozsądny?! Przecież wiedziałeś, musiałeś wiedzieć, że nie masz szans
z Azogiem! Nie masz pojęcia… nawet sobie nie wyobrażasz, jak się czułam, kiedy kazał cie ściąć! Kiedy zabierały cię orły, niedającego znaku życia! Dorian, trzymaj mnie, bo zaraz naprawdę dam mu w twarz!

     A chłopak to zrobił. On rzeczywiście wstał, klęknął naprzeciw siostry i objął ją.
     - Uspokój się - potrząsnął nią lekko, gdy dyszała z furii, wpatrując się morderczym wzrokiem w Króla. - Thorin żyje, czy to nie jest najważniejsze? Spójrz na mnie - szepnął, ujmując jej twarz w dłonie. - Teraz mamy pewność. Po prostu pomyśl, że wszystko się dobrze skończyło.
     - Dzięki, braciszku - westchnęła, łapiąc kilka głębokich, uspokajających oddechów, po czym położyła głowę na jego ramieniu.
     Młodzi ludzie milczeli, obejmując się, a wszyscy wokół gapili się na nich jak ogłupiali...

     - SYBIL, KTO CI TO ZROBIŁ?! - nagle wrzasnął Fili.
     Dziewczyna momentalnie zerwała się na nogi. Odwróciła się twarzą do Filiego, żeby nie mógł więcej zobaczyć jej pleców. Wtedy z kolei ujrzała je reszta Kompanii. Rozległy się ciche jęki i syki. Zaczęła rozglądać się we wszystkie strony w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby zakryć jej plecy pełne śladów po biczu. Niestety, nie miała jak ich ukryć. Jej długie włosy były zaplątane w warkocz.
     - T-to nic…- wyjąkała. 
     - NIC?! - ryknął. - SYBIL, POWIEDZ MI KTO, A GO ZABIJĘ
     Patrzyła na niego z niedowierzaniem, zszokowana jego furią.
     - Fili, to… - Dała za wygraną. - Po prostu… Gorbag to uwielbia…
     - Gorbag? Co za Gorbag?- spojrzał na nią z groźnym błyskiem w oku. - Brzmi jak imię orka… Sybil? 
     - Ja i Dorian zaraz wszystko wyjaśnimy…- mamrotała, nie spoglądając mu w oczy. 
     - Nie - przerwał jej. - Najpierw Oin zajmie się twoimi ranami… i Doriana.
     - To nic poważnego, wolałabym najpierw…
     - Nic poważnego! - prychnął. - Sybil, twoje plecy są praktycznie obdarte ze skóry!
     - Fili! Przestań mi przerywać! Wcale nie jest tak źle! Dostałam tylko parę razy! Najpierw chcę wszystko wyjaśnić! Większość osób w tym pomieszczeniu nie ma bladego pojęcia, co się tutaj dzieje!
     - To nie ma w tej chwili znaczenia! - odpowiedział. - Dla mnie liczy się tylko, że jesteś ranna!   
     Dziewczynę zatkało na moment, ale niemal natychmiast potrzęsła głową.
     - Ktoś tu choruje na szlachetność… - powiedziała śpiewnym, złośliwym tonem.  
     - Trafiłaś w samo sedno! To jest po prostu idealny opis ciebie! - syknął Fili, wskazując na nią palcem.
     - Wcale nie! Fili… do jasnej cholery! Ależ ty się uparłeś! - warknęła zirytowana, widząc jego spojrzenie.
     - Przecież zawsze uważałaś, że krasnoludy są najbardziej uparte - odparł złośliwie.
     Zachichotała szaleńczo, wyrzucając gwałtownie ręce w powietrze.
     - No dobra, tym razem wygrałeś! - przyznała wściekle. Potem zamknęła oczy, jakby
w cichej modlitwie
o uspokojenie się. Po chwili odwróciła się do reszty Kompanii.
     - Który z państwa to Oin? - zapytała miłym głosem.
     Wszystkim obecnym opadły szczęki. Mieli wrażenie, jakby właśnie byli świadkami małżeńskiej kłótni 
     - Coś mi się zdaje, że wy obydwoje chorujecie na szlachetność - rzekł Bofur po chwili napiętego milczenia. To stwierdzenie rozładowało negatywne emocje; wszyscy zaśmiali się lekko.
     - Oin, do usług - uzdrowiciel wystąpił na przód z ukłonem.
     Dorian i Sybil zostali przez niego zabrani w bardziej ustronne miejsce, w rogu domu. Zasłoniono je prowizorycznym parawanem i nikt tam nie podchodził. Oin od czasu do czasu prosił tylko o przyniesienie gorącej wody. Do wypełnienia tego zadania zgłosił się, ku zaskoczeniu prawie wszystkich, Bilbo. Reszta Kompanii zasiadła do obiadu podanego przez niezwykłe zwierzęta Beorna. Atmosfera przy stole była gęsta, panowała cisza…

     - Fi, co to było? - spytał Kili.
     - Nie mam pojęcia, Ki - westchnął blondyn. - Nie rozumiem, co w nią wstąpiło…
     - Nigdy się tak łatwo nie wściekała, wiem - powiedział młodszy brat. - Do tej pory nie wdawała się w kłótnie. Myślałem, że uważa je za bezcelowe… To do niej kompletnie niepodobne. Naprawdę by uderzyła Thorina, gdyby nie Dorian - zachichotał. - Swoja drogą, nie wiedziałem, że on potrafi być taki… spokojny.
     - Fakt, to też było dziwne - przytaknął Fili. - Spodziewałbym się po nim, że przywali wujowi zaraz po niej…
     - Ja to słyszę - warknął Thorin.
     - My wszyscy, jakbyście nie wiedzieli - poinformował Bombur.
     - Zdaje się, że nie są zwykłymi znajomymi, czyż nie? - spytał Balin z uśmiechem.
     - A mi się zdaje, że to najwyższy czas na wyjaśnienia - powiedział Thorin mrożącym krew w żyłach tonem.

***
     - Dorian, źle wybraliśmy - szepnęła tak, żeby Oin nic nie usłyszał. 
     - Taa, wiem - burknął. - Teraz już za późno.
     - Co my tu jeszcze robimy? Musimy ruszać.
     - Sybil, siedzieliśmy na tym cholernym drzewie całą noc, kolejny dzień i jeszcze jedną noc, zastanawiając się, co począć. Pytasz, co my tu jeszcze robimy? Ujawniamy się!
     - To był błąd. On nam nie uwierzy. Thorin będzie pytał, do póki nie powiemy mu prawdy. Wiesz, jaki ma stosunek do zdrajców…
     - Jeżeli ma mózg, to zrozumie, że to wcale nie była zdrada…
     - Już udowodnił, że go nie ma!
     - Sybil, dlaczego się tak wściekasz? Co się z tobą dzieje? Jeszcze ta kłótnia z Filim! Co ci się stało?
     „Daj mi spokój” - pomyślała, i już miała to powiedzieć, ale Bilbo przyszedł z misą
z gorącą wodą.

     Dorian wstał i ukłonił się Hobbitowi bardzo nisko.
     - Masz lwie serce, panie Bagginsie. Jesteśmy ci bezgranicznie wdzięczni. Gdyby nie ty, wszystko poszłoby na marne. Jesteśmy z siostrą pełni podziwu dla twojej odwagi.
     Bilbo zarumienił się.
     - T-to… ja po prostu musiałem - wymamrotał.
     Oin wziął od Niziłka misę z wodą, po czym nasypał do niej ziół. Powiedział, żeby Sybil zdjęła górną część ubrania i położyła się na brzuchu. Dziewczyna spojrzała na brata
 i Hobbita znacząco, a tamci momentalnie wyszli za parawan.
     Rany Doriana zostały już opatrzone. Miał dużo niegroźnych oparzeń, kilka głębszych zadrapań, oprócz tamtego uderzenia w głowę nie stało mu się nic poważnego. Kiedy stał się na tyle przytomny, żeby bez pomocy Sybil siedzieć w siodle, byli już u kresu podróży
i Gorbag nie miał jakoś głowy do biczowania go.

     Idąc przez Drewniany Dwór, Dorian ujrzał, że po niezwykłym domostwie przechadzało się mnóstwo zwierząt. Koty, psy, kozy, owce, kuce… Po bliższej obserwacji chłopak zrozumiał, że one… sprzątały ze stołu! Kiedy otrząsnął się z szoku, zobaczył, że Kompania znów siedziała na werandzie i milczała. Tylko Kili mówił:
     - Pierwszy raz spotkaliśmy ich kilkanaście mil od granicy Shire…
     - Co za idiota! - syknął Dorian i kopnął pobliski drewniany filar.
     - Jak to? - spytał zdezorientowany Bilbo, stojący obok cały ten czas.
     - Mógł powiedzieć, że pierwszy raz zobaczyliśmy w Rivendell! Teraz musimy opowiedzieć wam więcej, niż to było w planie!

***
     - Mieliśmy wtedy wartę z Filim. Nie byłem pewny, ale zdawało mi się, że zobaczyłem ogień po drogiej stronie doliny. Poszliśmy to sprawdzić. Siedzieli przy ognisku… - Kili opowiadał o ich pierwszym spotkaniu; o kłótni przy czesaniu, pieśni do Elbereth, o dziwnej rozmowie. - Kiedy usłyszeliśmy „życie za życie”, po prostu musieliśmy przekonać się, kim oni są - mówił, a nikt mu nie przerywał. Powiedział o tym, jak zrozumieli, że to Dorian
i Sybil. (Kompania wiedziała o ludzkich przyjaciołach Thorina, Dis i jej synów, chociaż nie przypisywała temu faktowi z życia dziedziców Durina dużej wagi). O tym, jak jacyś „oni”  przybyli. Dalej, kiedy spotkali się tydzień później. Jak się bawili, tańczyli, jak umówili się
w Rivendell. O tym, kiedy mieli już odejść. - Wtedy Fili zażądał, żeby powiedzieli, co rozumieją przez „życie za życie” i… - przerwał, próbując powstrzymać łzy. - Fi, ty to powiedz, ja nie dam rady.

     Thorin podniósł wzrok znad ułożonego na jego kolanach miecza. Jedno spojrzenie na siostrzeńców wystarczyło, żeby zmroził go strach.
     - Co się wtedy stało? - zapytał. Odpowiedziała mu cisza.
     - Co się wtedy stało? - powtórzył.
     - Lepiej będzie, jeżeli usłyszysz to ode mnie - stwierdził Dorian, wkraczając na werandę razem z Bilbem. Miał na sobie dużo bandaży i wyglądał na dosyć poważnie poranionego, ale pewnie stał na nogach. Cała Kompania skupiła swoją uwagę na tym niezwykłym chłopcu. Młodzieniec usiadł na ziemi, wziął głęboki oddech, po czym zaczął swoją opowieść.  
     - Ponad dwa lata temu Azog odwiedził Ettinor. Rozesłał swoje zuchy, żeby wchodziły do każdego domu, by zabierały niewolników, plądrowały, zabijały i paliły. Do nas przyszedł on sam, razem z dwoma innymi. Chcieli zabić mnie, Sybil i mamę, a tatę wziąć do pracy
w kopalni. Tata bronił mamę, ale przegrał pojedynek z Azogiem... Plugawca przebił go mieczem. Mama... umarła postrzelona w brzuch, gdy zasłoniła mnie i Sybil własnym ciałem. Jedyne, co ocalało po spaleniu domu, to miecz. Potem tułaliśmy się po świecie, aż spotkaliśmy naszych barci. - Uśmiechnął się do Filiego i Kiliego ze smutkiem.

     Następnie przez długi czas panowało ciężkie milczenie, aż w końcu Thorin powiedział:
     - Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Dorianie, byliście w Rivendell a unikaliście mnie. Dlaczego? Po co ta cała gra? - Jego głos był martwy, zupełnie jakby to, co przed chwilą usłyszał go zabiło i przemawiał właśnie ze świata nienależącego do żywych.
     - Thorinie…   po prostu nie mogłeś o nas wiedzieć. Było za wcześnie, i pewnie nadal jest… zmusiłbyś mnie i Sybil do dołączenia do Kompanii. Właśnie! Zaraz to zrobisz, czyż nie? Ale to może mieć potworne konsekwencje…
     - O czym ty mówisz, chłopcze? - Król zmarszczył brwi.
     
- Byliśmy waszymi cieniami, od samego początku. Musieliśmy was ochronić przed szajką Azoga. Musieliśmy ci jakoś wynagrodzić to, że uratowałeś mamę i tatę. Grożono nam. Kazano przestać…
     - Ale mimo to wyruszyliście z Rivendell i byliście zawsze bardzo blisko, czyż nie? - powiedział Thorin.
     - Skąd o tym wiesz, wuju?-  spytał Fli, któremu, tak jak jego młodszemu bratu, opadła szczęka.
     - Specjalnie nie spałem w noc przed bitwą kamiennych olbrzymów. Usłyszałem, jak dostaliście strzałę z liścikiem… Menu gamut khed, Dis?
     - Dis naprawdę jest wspaniałą osobą! - zachichotał Dorian. - Uwielbiałem jej kuchnię!
I jej śmiech! I jak stroiła sobie z tatą żarty ze wszystkiego i wszystkich! Jej historie na dobranoc były niesamowite! Ale „DiS” w tym przypadku jest to skrót od „Dorian i Sybil”.

     - Miło by jej było to usłyszeć - stwierdził Thorin tym samym grobowym tonem. - Ale jak trafiliście tutaj tak szybko? Przecież my przeprawiliśmy się na orłach…
     - Cóż, po bitwie kamiennych olbrzymów krążyliśmy z Sybil cały dzień po pobojowisku… Kiedy zrozumieliśmy, że przejścia nie ma, po prostu usiedliśmy w miejscu, ogarnięci beznadzieją. Usłyszeliśmy krzyki orków i wtedy zostałem uderzony kamieniem w tył głowy. Straciłem przytomność… Pamiętam, tylko jakieś przebłyski… Sybil trzymała mnie na rękach i powiedziała, że nas pojmali… Jechałem z nią na jednym wargu… Orkowie wlewali we mnie jakiś okropny rozgrzewający trunek…  Azog wezwał nas na rozmowę… Potem znowu jechaliśmy, potem znowu dali mi pić tego czegoś… Pod koniec byłem na tyle przytomny, że mogłem bez pomocy usiedzieć w siodle i Sybil przesiadła się przede mnie. To nie moja krew jest na przedzie mojej koszuli! Goniliśmy was razem z resztą, bo nasz warg był przywiązany do bestii Gorbaga… Później wybuchło to szaleństwo i uciekliśmy…
     - Ale jakim cudem jesteście tu tak szybko? - wtrącił Dori. 
     - Jechaliśmy na wargu.
     Z tymi słowami Sybil weszła na werandę. Stała pewnie na nogach, ad pasa w górę była szczelnie owinięta kocem, a jej włosy były rozpuszczone. Patrząc na nią teraz, można by rzec, że właśnie wyszła spędzać miłe popołudnie w cieple i spokoju, jakby nic się jej nie stało. 
     - CO?! - Chyba pięciu krasnoludów wykrzyknęło naraz.    
     Sybil uśmiechnęła się tajemniczo, a potem zajęła miejsce obok swojego brata
i wyjaśniła:
     - Kiedy Dorian dostał kamieniem w głowę, przerzucili go nieprzytomnego przez siodło takiego mizernego warga. Mnie przywiązali do niego liną i kazali za nim nadążyć. Wargowie potrafili wywęszyć drogę wśród pobojowiska. Tamten odcinek podróży zapamiętałam jako dosyć… karkołomny. Bardzo się zmęczyłam, żeby dotrzymać kroku wargowi i jednocześnie nie zginąć. Gdy szlak stał się mniej niebezpieczny, Gorbag oddał się swojemu hobby popędzania mnie biczem…- Opowiedziała im o sytuacji z Białym Wargiem. - Wtedy zauważyłam, że bura bestia uległa mojemu wpływowi i skierowała się
w tę samą stronę co ja. Kiedy w końcu przekonałam Gorbaga, że będzie szybciej, jeśli go dosiądę, zaczęłam powoli odkrywać, jak się taką bestią kieruje… Dałam mu na imię Słabeusz, bo rzeczywiście nim był. Chociaż szybko biegał, był bardzo uległy i inne wargi się na nim wyżywały. Mogłam się z moim wierzchowcem trochę zsolidaryzować, bo Gorbag wyżywał się na mnie. Mimo, że poruszaliśmy się w identycznym tempie jak on, przywiązani do jego czarnego warga, ten kretyn nadal uważał, że się wleczemy. Dorian siedział przede mną, półprzytomny no i… - zrobiła krótką pauzę. - Orkowie byli niezmordowani. Jechaliśmy bez zatrzymywania przez całą noc. Postój był dopiero w ciągu dnia, i wtedy Azog uciął sobie z nami pogawędkę…

     - Doprawdy? - zadrwił Dwalin. - Przecież on z nikim nie rozmawia! On tylko zabija!
     - Dla nas zrobił wyjątek - odrzekł Dorian i opowiedział o planach Azoga, ostrożnie dobierając słowa. - Także, postanowił w swojej łaskawości wyrządzić nam większą krzywdę, niż zabijając nas. Jego wspaniały plan wziął w łeb, kiedy nie zastał umówionych goblinów przy wejściu do jaskini. Chyba nie jest taki głupi, za jakiego uważałem go do tej pory, bo domyślił się, że coś się stało i trzeba było sprawdzić wyjścia z tuneli… No i dalej już wiecie, otoczono was, wybuchł pożar…
     - To my! - jęknął Ori. - Rzucaliśmy palącymi się szyszkami. Prosto w was!
     - Nie obwiniaj się, panie krasnoludzie! Bardzo nam pomogliście! - odparł Dorian
i pokazał poparzenia na dłoniach. - Dzięki temu nasz warg oderwał się od Gorbaga i dzięki temu uwolniliśmy skrępowane ręce. Chcieliśmy uciec od razu, ale zobaczyłem co wyprawia Thorin i… to była tortura; móc tylko patrzeć… Kiedy zabrały go orły, odkryłem, że nie miałem miecza. Sybil powiedziała, że Gorbag go zabrał, tak jak wszystkie nasze rzeczy. - Później Dorian opowiedział koniec historii; o tym jak dopadli orka, jak jechali na Słabeuszu, o spotkaniu z Beornem, o tym, że postanowili jednak tu przyjść.

     Zaległa cisza. Thorin wstał i wyszedł do ogrodu, zabierając miecz. Nikt za nim nie poszedł.
     Krasnoludy i Bilbo wpatrywali się w Doriana i Sybil z mieszaniną podziwu oraz niedowierzania, co nadawało ich twarzom komiczny wyraz. Dorian i Sybil popatrzyli na nich, na siebie, po czym wybuchli gromkim śmiechem. Następny zaczął się śmiać Kili, a po nim Fili.
     - Sybil, ty.. tak.. po prostu.. hahaha… jechałaś na wargu? - wykrztusił młodszy krasnolud pomiędzy atakami śmiechu.
     - Taa… haha… ona mówi… że to… hahaha… łatwiejsze niż się wydaje… - Dorian płakał ze śmiechu.
     - To zdradź nam, kochana… hahaha… jak na przykład… wstrzymać takiego wierzchowca… kiedy... hahaha… kiedy zauważył biegnącą sarnę? - Fili niemal się dusił.
     - To.. hahaha… proste, mój drogi… trzeba mu odciąć łeb - odparła, rycząc ze śmiechu.
     Wszyscy czworo zaczęli tarzać się po ziemi na te słowa. Ich śmiech był wprost nieopanowany. Kiedy już się uspokajali, zaczynali na nowo. Inni członkowie Kompanii stopniowo wchodzili do domu. Uznali, że najlepiej ich tak zostawić, dopóki się nie opanują… jeśli w ogóle to zrobią.
***
     Szedł przez ogród chwiejnym krokiem. Dookoła latały ogromne pszczoły. W powietrzu unosił się odurzający zapach kwiatów i ziół. Odszedł już daleko od domu, kiedy dał za wygraną i usiadł na ziemi.
     Słyszał śmiech Filiego, Kiliego, Doriana i Sybil, czy to tylko echo dawnego szczęścia odbijało się w jego umyśle?
     Położył miecz przed sobą. Był ubrudzony krwią, a mimo to odbijał światło słonecznie
z niesamowitymi refleksami. Jego ostrze było jak kryształ - mieniło się kolorami tęczy.

     To był podarunek. Ten miecz miał był urzeczywistnieniem ich przyjaźni. Mieli go mieć przy sobie jako symbol. To miało być na zawsze. Na zawsze z nimi. Myślą i sercem. 
     Obiecali, że już nic się im nie stanie. Że miecz ich ochroni.
     Wspomnienia powróciły z całą mocą.
     - Kora! Nie możesz się poddać, nie możesz! - jego głos był tak zrozpaczony.
     Jej pełen bólu krzyk.
     - Ja już nie dam rady! Brandon! Pozwól mi, pozwól mi odjeść!
     Jego płacz.
     - Nigdy! Myślisz sobie, że tak po prostu sobie umrzesz i mnie zostawisz?!
     - Ja tak nie myślę. Ja właśnie to robię.
     - NIE! Walcz!
     - Za późno na to…
     Jej oczy się zamknęły.
     - I wtedy… wtedy ja…-  Thorin szepnął do siebie. - Ja powiedziałem...
     - Chyba wiem jak ją uratować.
     Jego spojrzenie było oszalałe z rozpaczy.
     - Mów.
     Jako członek rodu królewskiego, musiał dużo wiedzieć o truciznach. Była to broń często stosowana na królewskich dworach. Broń tchórzy, kobiet i cichych morderców, co czyniło ją groźną. Gdy przybył Smaug, Thorin był jeszcze bardzo młody. Kiedy jego lud tułał się, głodował, nawet umierał, nikt nie miał głowy do tego, żeby kształcić księcia w znajomości trucizn. Mimo to, do tamtej pory sporo pamiętał z tego, czego już zdążył się nauczyć. Postanowił to wtedy wykorzystać.
     - Przynieś mi wszystkie zioła, jakie macie. Natychmiast.
     Brandon zrozumiał. W mgnieniu oka wybiegł z pokoju.
     Jej puls był ledwo wyczuwalny. Oddech - płytki i urywany. Serce trzepotało bardzo słabo. Piana toczyła się z jej ust. Umierała.
     
     Usłyszał cichy szloch. Dis i dzieci też byli w pokoju.
     - Zabierz ich, siostro. Przynieś mi gorącej wody.
     Kiwnęła głową i zrobiła, co kazał.

     Brandon wrócił.
     - Błagałem Aulëgo - mruknął do siebie. - Durina, ojców moich ojców, wszystkich królów
i przodków, żebym tylko znalazł…

     Królewskie ziele.
     Kiedy zrobił już wszystko, co mógł, stał przy jej łóżku i wpatrywał się z napięciem w jej twarz. Brandon trzymał jej rękę przyłożoną do ust. Mężczyzna milczał i wpatrywał się pustym wzrokiem w dal.
     Jej oczy się otworzyły. Spojrzała prosto na niego.
     - Jesteś bohaterem, Thorinie Dębowa Tarczo.

     Thorin powrócił do rzeczywistości. Podniósł miecz z ziemi. Przyjrzał się swojemu odbiciu w ostrzu.
     „Moje oczy są martwe”. 
     Postanowił, że nie pozwoli tej łzie popłynąć. Za nic w świecie. Królowi nie przystawało płakać.
     „Jak moi przyjaciele”. 
     Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem… Thorin w końcu przestał liczyć. Łzy spływały po klindze i lśniąc w promieniach słońca, zmywały przelaną przez Doriana krew.
     Wytarł miecz rękawem. Dopiero teraz można było dostrzec całość piękna tego przedmiotu. Włożył w niego mnóstwo serca, pracy, czasu, umiejętności i pieniędzy. Kiedy go stworzył, był z siebie bardzo dumny. Wydał mu się odpowiednim podarunkiem dla jego najdroższych przyjaciół.
     Cisnął mieczem o ziemię ze złością. Miał ich ochronić, a tego nie zrobił.
     - ONI NIE ŻYJĄ! - wrzasnął wściekle na całe gardło, płosząc ptaki z pobliskich drzew.
     Przepełniała go jednocześnie rozpacz i furia. Miał wrażenie, że zaraz wybuchnie. Wydał z siebie przeciągły ryk, dając ujście wściekłości, a potem ukrył twarz w dłoniach i płakał, płakał, płakał. Płakał jak nigdy wcześniej, jakby nie był dumnym krasnoludem ani sławnym wojownikiem. Jego ciałem targał nieopanowany szloch, a przez myśl przetaczały mu się tylko bezradne pytania. 
     Dlaczego oni umarli, a ktoś taki jak Azog przeżył? Dlaczego świat wciąż istnieje, skoro został pozbawiony najwspanialszych ludzi, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi? Dlaczego Mahal patrzył na to bezczynnie?

     Zło tak wiele mu odebrało. Erebor, dziada, ojca, brata, niewinnych poddanych. Myślał, że już nie można stracić więcej, że został wystarczająco skrzywdzony i zło zostawi go
w spokoju. Mylił się,
znowu. Czuł się tak bardzo bezsilny wobec wyroku śmierci, jaki spadł na Brandona i Korę. Jak miał żyć dalej z bolesną pustką w sercu, którą zajmowali? Zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu było się poddać. Nie mógł sobie pozwolić na słabość. Nie mógł zawieść swojego ludu, musiał pozostać ich królem i oparciem.   
     Ale to zadanie zdało mu się teraz niewykonalne. Śmierć dziada i Frerina oraz niezliczonych poddanych, zaginięcie ojca, utrata Ereboru, lata tułaczki i upokorzenia. Nie ugiął się pod ciężarem tych tragedii. Śmierć dwójki ludzi, dobrych i życzliwych mieszkańców zwyczajnego Ettinor - owej straty nie był w stanie znieść.
     Położył się na ziemi, zamknął oczy i wsłuchując się w dźwięki otaczającej natury, pozwolił sobie pogrążyć się w żałobie.
______________________________
Gandalfa i Beorna nie ma w domu, to oni wbijają. Nieładnie.
Nie wiem, czy u Beorna były koty, ale je sobie dodałam, bo dlaczego nie?
Wiemy już, jak Thorin uratował Korę.
Co do Brandona to się jeszcze okaże.
Taak, wiem, za dużo opisów, za mało akcji. Trudno się mówi.