Pokazywanie postów oznaczonych etykietą told you to pay attention to the details. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą told you to pay attention to the details. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 2

To poniżej... Z pewnością jest intensywne, bardzotak więc uważajcie.
______________________________

     Sybil.
     Była tam.
     Wśród odoru śmierci, leżała na dywanie usłanym z trupów orków, wargów, wilków
i goblinów. Jej ciało było lekko wygięte - brzuch miała uniesiony, nogi nieznacznie podkulone. Jej głowa była odrzucona mocno do tyłu, odsłaniając długą, poranioną szyję. Jedna ręka bezwładnie opadła na bok, wciąż ściskając łuk, a druga spoczęła na jej łonie.

     Z którego wystawała strzała.
     Przyspieszył kroku, by do niej dotrzeć. Potykał się o niezliczone truchła, nie raz się przewracając. Zaczął mieć wrażenie, że grunt usuwa mu się spod stóp. Wtedy właśnie zza chmur wychynęło zachodzące słońce, oślepiając go. Zatoczył się i przesłonił oczy dłońmi. Zmrużył powieki, nie chcąc oderwać spojrzenia od siostry ani na chwilę, pomimo ostrego oraz bolesnego protestu jego zmysłu wzroku, który w końcu zadowalająco się wyostrzył. Chłopak znów mógł dojrzeć szczegóły. 
     Zaparło mu dech w piersiach.
     Promienie słońca zatopiły sylwetkę Sybil w cieniu, uwidaczniając tylko jej profil, ostro odcinający się od czerwieni nieba, która  jakby lustrowała przelaną na bitwie krew. Mimo że ziemia była zewsząd pokryta grubą warstwą martwych ciał lub ich części, resztek broni oraz zbroi, tworząc jedną potworną, powykręcaną, najeżoną stalą powłokę, ona się z niej wyróżniała. Wyraźnie odcinała się od karykaturalnych, nieregularnych, odrażających kształtów wrogów, od bezkształtnych szczątków, od wszelkiego obrzydlistwa.
     Od twarzy zaczynając, jej profil był jedną, gładką linią, nieskazitelną i idealną, której kreska mogłaby wyjść spod pióra jakiegoś wyśmienitego elfickiego rysownika. Delikatne kosmyki grzywki opadające na czoło. Prosty, zgrabny nosek, a potem rozchylone, ponętne usta. Podbródek odziedziczony po mamie, taki w sam raz, elegancka, łabędzia szyja, ramiona kryjące ogromną siłę. Małe, kształtne piersi, płaski brzuch z uwypukleniem na podbrzuszu, zgrabne nogi i nieduże, ciche stopy. 
     Sybil była obrazem subtelności, a jednoczesnej potęgi, eterycznego piękna, które emanowało boską harmonią.
     Zaburzoną przez jeden element.
     Strzała.
     Wżerała się w całość kompozycji niczym złośliwa drzazga, na kawałeczki roztrzaskując perfekcjonizm tego widoku. Bezlitośnie rozdzierała na pół wszelkie nadzieje Doriana, że tylko bajka, że widzi jedynie jakieś malowidło z księgi opowiadającej dzieje z  Drugiej Ery, kiedy to miało miejsce wiele śmierci podobnych do tej, a herosi legli podczas bitew z siłami Wroga.
     Wiele śmierci podobnych do tej.
     - Nie.
     Jego szept był tak cichy, tak słaby. Owa próba zaprzeczenia zdawała się być zduszona przez ogrom tragedii wokół. Przytłoczona. Zmiażdżona.
     Na jego klatce piersiowej znów złożony był ten niewidoczny ciężar. Dorian się dusił.  Powietrza… potrzebował powietrza… 
     Głębokie oddechy. Wdech, wydech… wdech i wydech… wdech, wydech, wdech… ale nie, jego płuca wciąż wydawały się mu puste. Sybil… siostra była mu potrzebna jak powietrze. Uderzyła go fala gorąca, paniki.
     Ona umarła.
     „Sybil nie… ona nie mogłaby”.
     Ależ oczywiście, że tak, ty głupcze.
     Machnął ręką, odpędzając Głos niczym stado natrętnych much.
     Był już blisko, znalazł się tuż przy niej. Dopiero wtedy zauważył, że z kącików ust Sybil spływał jej po policzkach zaschnięty strumyczek krwi, całe jej ubranie było poszarpane,
a w miejscu, gdzie grot wbił się w podbrzusze, jej strój był splamiony na czarno.

     Krew.
     Sereg.
     Dumû.
     Yár.
     Gijak.
     Wszędzie tylko krew
. Intensywny, żelazawy smród posoki uderzył w nozdrza Doriana, pociągając go na wymioty. Zakręciło mu się w głowie, po czym upadł na kolana przy siostrze.

     Z jej rany popłynęła rzeka krwi, tak intensywna, że miałam wtedy wrażenie, że nana jest jej źródłem. To nie była tylko jej krew - należała także do naszego nienarodzonego rodzeństwa, więc była to po części krew taty. A skoro mamy i taty, to i moja, i twoja. Cała nasza rodzina wykrwawiała się i umierała od tej rany.
     „Od twojej rany umarliśmy my wszyscy” – pomyślał, z wysiłkiem patrząc na nieruchomą twarz Sybil. Łzy przesłaniały mu wizję. „To nie była tylko twoja krew. Była po też części
i moja, mamy, taty, naszego rodzeństwa... Krew twojego dziecka… Filiego, a zatem też Kiliego, i Throina, Dis… nas…
wszystkich”.

     Wszystkich, stracił ich wszystkich.
     Nie miał już nic, i to było dla niego zbyt wiele, zbyt wiele do zniesienia…
     Chwycił siostrę za ramiona, jakby była jego ostatnim ratunkiem przed odejściem od zmysłów, po czym podniósł lekko jej tułów, głowę kładąc na przedramieniu. Trzymał Sybil jak małe dziecko kołysane do snu i czekał, aż się obudzi... Bo przecież spała.
     Tak, ona tylko… spała. Odpoczywała.
     Na jej twarzy zastygł grymas cierpienia, lecz błogi uśmiech wykrzywił wargi, jakby duchem znajdowała się w lepszym miejscu. Trochę jakby spała.
     - Obudź się - wychrypiał, nagle stając się niezdolnym do mówienia.
     Nic nie odpowiedziała. Cóż, Sybil od zawsze była śpiochem, a tylko coś bardzo ważnego mogło sprawić, żeby wstała z łóżka wcześnie. Zatem Dorian czekał cierpliwie, aż siostra w końcu się zbudzi.
     Lecz ona uparcie pozostawała nieruchoma, zupełnie jakby… bez życia?
     Życie za życie. 

     Ale to nie mogła być prawda, nie mogła… To się nie mogło zdarzyć. Nie miało prawa zdarzyć. Dorianowi nigdy nawet nie przyszło to głowy, że on i siostra mogliby zostać rozdzieleni w… w taki sposób. Przecież od zawsze byli nierozłączni… Zachowywali się tak samo, myśleli tak samo, nawet ich serca biły w tym samym rytmie…
     Chłopak przyłożył głowę do piersi siostry i nasłuchiwał.
     Oddałby wszystko, by nie usłyszeć tej ciszy.
     Nie… Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe. NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE.
     To jedno słowo wzrastało w nim, przybierało na sile, opanowywało razem
z rozpaczą, 
zastępowało bicie serca Sybil…
     Dorian zwariował. Słyszał w głowie okropny krzyk. To był… krzyk Kory, kiedy patrzyła na śmierć Brandona... Mama krzyczała i on krzyczał, tak to on krzyczał, kiwając się
w przód i w tył.

     Spojrzał na Sybil przez łzy, a ona pozostawała taka obojętna
     - TY TCHÓRZU! – ryknął na całe gardło, potrząsając nią. – MYŚLISZ, ŻE TAK PO PROSTU SOBIE UMRZESZ I MNIE ZOSTAWISZ?!
     I Dorian płakał oraz wrzeszczał jeszcze długo, ogarnięty rozpaczą, wściekłością,
a także bezradnością. Bezradnością, której tak bardzo nienawidził…

     O nie, on tak tego nie zostawi. Sprawi, że Sybil poczuje, jak on cierpiał.  
     Nie wiedział jeszcze jak… ani gdzie…
     Rozejrzał się wokół z lekką dezorientacją. Był pewny, że musiał stąd odejść i zabrać stąd siostrę, tyle, że nie miał gdzie pójść.   
     Dokąd się skierować? Nie miał pojęcia.
     Półprzytomnie spojrzał w górę, jakby oczekując, że odpowiedź zostanie zesłana mu
z nieba. Ujrzał wielkie stado wron i innego ptactwa krążące tuż nad nim. Sprawiały wrażenie, jakby to na niego patrzyły, czekały na jego następny ruch.

     Dorian skrzywił się. Potrzebował… prywatności. Nie chciał robić czegokolwiek będąc obserwowanym, otoczonym przez trupy, przez ich martwe twarze spoglądające na niego. Nic więcej na tym pobojowisku nie może się zdarzyć. To wystarczy.
     Z krótkim kiwnięciem głową oraz mocnym postanowieniem, Dorian podniósł siostrę
z ziemi. Sprawiło mu to wiele trudu.

     "Kiedy ona się zrobiła taka ciężka?"- zdumiał się w myślach. Poczuł niemal zabójcze ukłucie w sercu, gdy odpowiedział sobie, że przecież nie tylko Sybil niesie. Mroczki zatańczyły mu przed oczami i zatoczył się. Palący ból z uda rozprzestrzeniał się na całą lewą nogę, sprawiając, że odmawiała ona posłuszeństwa. Zacisnął zęby, powstrzymując krzyki cierpienia. Każdy krok był koszmarem. Dorian był bliski omdlenia z bólu. Wiedział, że to ostatni moment, kiedy ktoś mógłby skutecznie spróbować go wyleczyć. Chłopak powinien udać się do elfów i prosić o pomoc. Athelas najpewniej załatwiłby sprawę.
      Athelas, królewskie ziele, które w dobrych rękach mogło zdziałać cuda…
     Nie. Athelas zbyt przypominał mu o elfach. O ich cudnych twarzach, głosach oraz uśmiechach. Myśl o athelasie przywracała zamglone wspomnienia szczęśliwych chwil spędzonych w Leśnym Pałacu.  
     Athelas był wykluczony. Teraz nie istniało dla Doriana szczęście.
     Dorian przystanął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się, czym tak dokładnie jest szczęście. Słowo brzmiało mu jakoś obco. Miał wrażenie, że zapomniał jego znaczenia.
     Ale to nieistotne. Świat wokół był pusty. Chciał opuścić to miejsce… pole bitwy, na którym odebrano mu wszystko. Miejsce skalane jego hańbą i tragedią.
     Kiedy dostawał nauki o historii Ardy, dowiedział się, że rasa ludzka zwykła nieświadomie zwracać swe oczy, myśli oraz kroki ku Zachodowi – tam, skąd przybyli. Jednakże Dorian czuł pociąg w zupełnie inną stronę. Skierował się na Wschód. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale coś pchało go w tamtym kierunku. Chłopak znajdował się na skraju wyczerpania, ale w owym natrętnym pragnieniu podążania ku Wschodowi znajdował
w sobie jeszcze energię, nawet na wchodzenie pod górę, gdyż teren wkrótce zaczął się wznosić.

     A zatem gdzieś szedł. To jedyne, co wiedział, co chciał wiedzieć. Ten marsz był cierpieniem, na które zasłużył.  Każdy ruch był piorunującym bólem, ostrym, oślepiającym białym światłem.
     Kolejny krok. Jeszcze jeden. I następny. Potem, będąc już bliski utraty przytomności, Dorian pozwalał sobie na chwilę oddechu. Później męka powtarzała się znowu. I znów.
I znów. I raz jeszcze.

     Ból był już nie do zniesienia.
     Ból jest twoim przyjacielem. Dzięki niemu wiesz, że żyjesz.
     Zatrzymał się na moment, marszcząc brwi. Ktoś kiedyś mu to powiedział… ale kto, tego już nie pamiętał.
     Potrząsł głową i rozejrzał się wokół. Zamrugał z zaskoczenia, odkrywszy, że naokoło panował mrok.
     Ponadto zdumiał się, gdy zauważył, że kroczył już po płaskiej ziemi. 
Zaszedł dosyć daleko. Dorian niewiele mógł dojrzeć w ciemności, ale nawet nie musiał spoglądać w lewo, by nie zdać sobie sprawy z obecności potężnej Samotnej Góry. Nadal była pełna smoczego jadu.
     Chłopak zadrżał, gdyż dopiero teraz, na pustkowiu, odczuł, jaka wrogość biła od otaczającej go krainy. Ta świadomość niemal zwaliła go z nóg.
     Był słaby, musiał odpocząć.
     Usiadł na ziemi, siostrę ostrożnie kładąc przed sobą.
     Zewsząd napierała na niego ta okropna cisza oraz nienaturalny spokój.
     Był sam.

     Nie wiedział, co ze sobą począć. Nie miał już energii, by iść.
     A więc… zostać?
     Pokręcił głową.
     Jak mógłby tak po prostu zatrzymać się tutaj? I… zostawić Sybil? Żyć dalej bez niej…
     To przecież nie było możliwe.
     Nie dla niego…
     A jednak ona miała czelność odejść… Dlaczego?
     Kiwał się w przód i w tył, z oczami wpatrzonymi w dal.
     - Dlaczego mnie zostawiłaś? – zastanawiał się na głos. – Czy chodzi o coś, co zrobiłem, powiedziałem? A może… o to, czego nie powiedziałem?
     Ale Sybil tylko milczała, uparcie tak jak zawsze, kiedy sobie coś umyśliła.  Nie znosił tego jej niemalże krasnoludzkiego uporu. Czasem go to niezwykle denerwowało.
     - Odpowiedz mi! – wysyczał wściekle. – Odpowiedz! Czy coś zrobiłem nie źle? Czy czegoś nie zrobiłem?
     Ona nic nie odparła.
     - Ach, zatem wybierasz milczenie – warknął. Wpatrywał się w nią intensywnie, lecz ona zdawała się nie czuć na sobie jego spojrzenia. Oderwał wzrok od jej twarzy, tylko na moment, bo on już nie mógł… tego znieść… jej twarz była blada, tak chorobliwie, trupio blada. Nie mógł na nią patrzeć, a tak jak zawsze gorąco tęsknił za jej widokiem, teraz nie potrafił wytrzymać… widzenia jej tak bardzo…
     Martwej.  

     Sybil nie żyje, nie żyje, nie żyje… NIE …
     Nie mógł złapać tchu, kręciło mu się w głowie i miał gorączkę. Powoli odchodził od zmysłów, a to wszystko przez…
     Spojrzał na Sybil z furią i ryknął:
     - JAK MOGŁAŚ MI TO ZROBIĆ, JAK MOGŁAŚ MNIE ZOSTAWIĆ?! NIENAWIDZĘ CIĘ, NIENAWIDZĘ, SŁYSZYSZ?!  TCHÓRZ, ZDRAJCZYNI, MORDERCZYNI!
     Zabiła dziecko. Zabiła własne, nienarodzone dziecko.
     Zdradziła go, stchórzyła. Zostawiła go samego. Kłamała. Mówiła, że nigdy tego nie zrobi. Przyrzekała na wszystko i złamała swoje śluby.
     A czy ty jesteś bez grzechu, Stauki?

     Poczucie winy nagle spadło na niego, przygniotło niczym lawina.
     Myślami cofnął się wstecz, do wydarzeń na bitwie i zrozumiał…
     Całe to nieszczęście, ta tragedia… to przez niego. Tak naprawdę wszystko było jego winą.
     Wszystko. Jego. Winą.
     Tak naprawdę to on był kłamcą. Mordercą. Zdrajcą.    
     To
on… On…    
     Dorian drżał.
Jak miał nie ugiąć się pod ciężarem tylu istnień przerwanych, tylu oczu na zawsze zamkniętych i śmiechów na zawsze uciszonych, tych najdroższych jemu samemu… 
     Zrozumiał, że nie było już nadziei, na nic. Skoro, wszystko, co dobre, odeszło ze świata, nic nie skończy się dobrze…   
     Jak miał dalej funkcjonować ze świadomością o konsekwencjach swoich czynów?  

     Nigdy nie zostanie mu wybaczone… Dorian sam sobie nie wybaczy.
     Nigdy. Na wieczność będzie nienawidził siebie za to, co zrobił.
     A wieczność była tak długim czasem.
     Syn Brandona nie przypominał sobie, aby w jego życiu kiedykolwiek zdarzył się mroczniejszy moment. Nie pamiętał bycia pogrążonym w gorszej beznadziei. Ciemność znów go pochłaniała, chłopak zapadał się w niej. Owo uczucie było mu aż nadto znane. Zareagował na nie odruchowo. Mimowolnie, z jego zaschniętego gardła wydobył się cichy, chrapliwy śpiew.


A Elbereth Gilthoniel 
silivren penna míriel
o menel aglar elenath! 

Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath,
Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!

A Elbereth Gilthoniel
o menel palan-díriel,
le nallon sí di'-nguruthos!
A tíro nin, Fanuilos!

A! Elbereth Gilthoniel!
silivren penna míriel
o menel aglar elenath,
Gilthoniel, A! Elbereth!


     Jego pieśń utonęła w ciszy, bez najmniejszego odzewu. Modlitwa do Elbereth nie dała mu żadnego  komfortu. Z tego powodu jego myśli powędrowały do wspomnień dobrych czasów, a on nie miał nad tym kontroli. Przypomniało mu się wiele miłych chwil spędzonych w Ettinor, a także w Mrocznej Puszczy pod opieką elfów…
     Nieświadomie zasięgnął pamięcią do dnia, kiedy Sybil dostała łuk od Belega…
     Bolało.
     To uczucie jakby uderzono go czymś w twarz przywróciło Doriana do rzeczywistości. Na wpół oszalałe spojrzenie chłopaka spoczęło na siostrze i na strzale wystającej z jej łona.
     Nagle ogarnęła go nieopanowana wściekłość na widok tej… tej orkowej … drzazgi.
     Jeden strzał, jedno brzdękniecie cięciwy,  moment krótszy od mrugnięcia okiem obrócił w niwecz tak wiele.
     Dorian skrzywił się z furią, po czym z determinacją przystąpił do wyjmowania strzały
z podbrzusza Sybil drżącymi dłońmi. W trakcie owej czynności wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki złości i obrzydzenia zarazem. Starał się nie myśleć o tym, że grot przebił nie tylko ciało jego siostry. Że teraz, kiedy go usuwał, grot przechodził także przez…
     Wkrótce Dorianowi udało się dopiąć swego. Chłopak uniósł zakrwawioną strzałę na wysokość oczu i przyjrzał jej się, po czym cisnął drzazgę jak najdalej od siebie z okrzykiem odrazy. Później dyszał ciężko przez kilka minut, próbując opanować napady nudności.
     Gdy wreszcie uspokoił się odrobinę, znów patrzył na Sybil.
     „Zginęła od własnej broni” – pomyślał gorzko. „Oddała życie w obronie najbliższych”.
     Umarła zupełnie jak ich matka.
     Uświadomienie sobie tego faktu to było więcej niż Dorian mógł znieść. Głowa już bolała go od płaczu, ale mimo to z jego oczu wypłynęły rzewne, palące łzy.

     Nie wszystkie łzy są złe, tak?  Nie, nie te łzy, które właśnie ronił. One były jedynymi, których nigdy by nie mógł znieść. Nie zniesie tych łez. Nie zniesie płaczu po umarłej Sybil.
     A jednak one wciąż płynęły, nieustannie skapywały mu z policzków, parząc skórę jak trucizna, po czym wsiąkały w ziemię. Kiwał się w przód, w tył, w przód, w tył, nieustannie trząsł się oraz szlochał, a od płaczu zachrypł mu głos w zaschniętym gardle. Ból głowy doprowadzał go do szału i niech to już…

     „Przestań”.
     Niech to po prostu… przestanie. Miał już dość. Serdecznie dosyć bólu fizycznego oraz psychicznego, miał po uszy cierpienia oraz straty, i tego uczucia w sercu, jakby zostało ono rozerwane na kawałeczki prze utratę ukochanych osób…
     - Zabierz to ode mnie, zabierz - łkał, szepcząc maniacko. Jego głowa była bliska eksplozji z bólu... jak wszystko. Napadło go odczucie, że ten ból zaraz rozsadzi go od środka…
     - Nie – wymamrotał półprzytomnie. – Nie, Thorinie – wyjąkał z trudem, a palące łzy płynęły mu po policzkach. – Ból nie jest moim przyjacielem.
     To go wyniszczało, a Dorian już doprawdy, doprawdy nie miał siły. Nie miał siły z tym walczyć.
     Był wyczerpany.
     Stracił Sybil, która w jakiś sposób zdawała się być jego siłą życiową. Był słaby bez niej. Za słaby.
     Zerknął na siostrę, ale ujrzał tylko martwe ciało. Jego siostra już nie istniała wśród żywych.
     Dorian gwałtownie odwrócił wzrok od trupa i odczołgał się na odległość paru kroków. Zakręciło mu się w głowie. Dostał napadu silnych nudności. Po chwili zwymiotował resztkami czegokolwiek, co miał w żołądku. Później padł na ziemię, pozbawiony nawet krzty energii. Jego ciałem wstrząsały lekkie konwulsje, bardzo też chciało mu się pić. Bezradnie rozejrzał się wokół, lecz oczywiście w pobliżu nie znajdowała się ani kropla wody. Chłopak jęknął boleśnie, po czym z najwyższym trudem podniósł się i powoli poraczkował z powrotem tam, gdzie od zawsze było jego miejsce. U boku Sybil. Położył się przy niej i, dysząc ciężko po ogromnym wysiłku, patrzył w niebo, nic nie widząc, przytłoczony beznadzieją.
     Co miał ze sobą zrobić?
     Był zupełnie sam, otaczała go cisza. Osaczony pustką. Nie chciał tego. Chciał pozbyć się napierającej na niego ciemności.
     Były na to sposoby?
     Chyba czytał gdzieś o tym… o spaczonej przez Morgotha religii płomienia Anoru,
w istocie będącą czarną magią, która obiecywała zwycięstwo nad Łaską Ilúvatara
w zamian za odpowiednią ofiarę…
     To prawda, Stauki…
     Były sposoby.
     Życie za życie.
     Jego ręka mimowolnie powędrowała w kierunku sztyletu od Erlonda, który miał uczepiony u pasa.
     Wyjął ostrze z pochwy i przyjrzał się mu, zachwycając się nad sposobem, w jaki połyskiwało w mroku nocy. Klinga była piękna, zabójczo piękna… tak cudnie, kusząco ostra… kojąco zimna…
     Niczym balsam na jego rany. Wszystkie jego rany.
   
     Dorian przestał oddychać na moment, jego ciało znieruchomiało, a palce spoczęły na ostrzu, w które wpatrywał się intensywnie przez czas jakiś. Potem przyjrzał się pochwie sztyletu, muskając klejnoty układające się w płomienie umieszczone na jej krańcach.

     Iskra.
     Ozdobne kamienie na pochwie sztyletu Sybil wyglądały jak wiatr.
     Ostatni Powiew.
     A jego miecz w istocie okazał się być dann hen morn... 
     Dorian niemal zaśmiał się z przekąsem.
     Skoro nie ma Ostatniego Powiewu, nic już nie podsyci Iskry.
     Najwyraźniej takie przeznaczenie zostało dla niego wybrane.  
     Ale czy byłby w stanie…?
     Zmarszczył brwi, zastanawiając się głęboko.
     Czy tego naprawdę by chciał? Czy czegoś takiego pragnęliby dla niego jego matka, ojciec, jego Słońce, król, bracia, no i siostra?
     Serce mówiło mu, że to jedyny sposób, w jaki powinien skończyć. Niegodnie, w hańbie. W głębi duszy wiedział, że to jedyna rzecz, która mu pozostała. A jednak bał się. Był przerażony. Potrzebował osoby, która dodałaby mu otuchy, pocieszyła… Że po wszystkim będzie dobrze, lepiej.
     Nie było jednak przy nim nikogo. Nikogo prócz…
     Dorian po kilku próbach dał radę podnieść się do pozycji siedzącej. Potem wziął Sybil
w ramiona i przytulił się mocno do jej zimnego, sztywnego ciała.
     - Wróć do mnie – powiedział, jakoś nieśmiało ważąc się na błagalny ton. – Wróć do mnie, melda neth. Wróć do mnie, proszę. Sybil, proszę… wróć do mnie. Obiecałaś być przy mnie.
     Ale przecież jego siostra nie była jedyną, która nie dotrzymała obietnicy. On sam złamał słowo, nie dotrzymał przysięgi, zawiódł ją… I to przez niego, cała tragedia była jego winą… Gdyby nie jego żądza zemsty, tak wiele istnień by przetrwało… A Sybil…
     - Sybil – załkał znów, cichutko. Nieskończoną ilość razy wymawiał to imię na nieprzeliczoną ilość sposobów, lecz teraz dotarło do niego, jak bardzo kochał owo słowo. – Wróć do mnie, bo inaczej ja pójdę do ciebie.  – Nie brzmiało to jak pogróżka, tak jak zamierzał, a tylko umęczony lament. – Wróć do mnie, bo… bo jak nie, to ja… ja to skończę.
     Może tego właśnie potrzebował… tak, on naprawdę tego potrzebował. Końca. Nie dany mu on został przez Los… więc sam go sobie weźmie. Koniec bólu. Koniec pustki. Koniec strachu. Wszystko przeminie…
     „Boe naid bain gwannathar, boe cuil ban firitha” - w Rivendell często to powtarzano,
i choć było to samą prawdą, on nigdy nie lubił myśleć w ten sposób, lecz teraz przyniosło mu to odrobinę ukojenia. Taka była kolej rzeczy, musiał temu zaufać.
     - Ú i vethed, nâ i onnad - wyszeptał, patrząc w nocne niebo.
     Mimo owego niewielkiego pocieszenia, Dorian bał się tego, co miało zaraz nastąpić. Panicznie obawiał się mimowolnie ogarniającego go chłodu Śmierci.
     Tak, musiał z tym skończyć, nawet jeśli nie miał pewności, czy znajdzie w sobie wystarczająco energii na owy czyn.
     Mój biedny chłopcze… jesteś taki młody… Tak okrutnie młody… Siła i wiek twego ducha znacznie przerasta wiek oraz możliwości twego ciała… Jesteś w nim więźniem… Ale ty masz, masz siłę, by się uwolnić.
     „Nie jestem twój” Dorian odparł z odrazą. „Robię to dla Sybil”.
     Dla niej wszystko.

     Dygocąc agonalnie, starannie położył ciało siostry na ziemi, po czym dźwignął się na klęczki.
     „Ae ú-esteliach nad, estelio veleth”.
     To wystarczyło.
     Wycelował sztylet w klatkę piersiową.
     Cztery…
     Do końca życia bez Sybil wcale nie musi być tak długim czasem…
     Trzy…
     Ostrze było takie zimne, tak zimne… było tak pewną śmiercią …
     Dwa…
     Jego miłość do siostry była od niej silniejsza, zaraz to udowodni.
     Jeden…
     Siedem Gwiazd Elebereth odbiło się w klindze.
     - A! Elbereth! - wykrzyknął.
     Ręka nawet mu nie drgnęła, kiedy z całej siły wbił ostrze prosto w serce.
     Chłopak wrzasnął na doznanie śmiertelnego pocałunku stali.
     Padł na twardy grunt tuż obok siostry, ściskając ją za rękę, a w drugiej dłoni nadal trzymał sztylet.
     Świat wirował. Dorian poczuł się nagle niezwykle lekki, jakby ulatywał w przestworza,
a jednocześnie zapadał się w ciemność, która w końcu wygrała i pochłonęła go na zawsze.

***
     Kilka dni później pewien wędrowiec przechodził tamtędy, nieopodal zbocza Samotnej Góry. Zobaczył niepochowane martwe ciała dwójki młodych ludzi i jego serce ścisnęło się
z żalu na widok ich splecionych dłoni. W litościwym hołdzie ułożył stos kamieni na trupach Doriana i Sybil, tworząc kurhan. W zamian za tę przysługę odebrał im sztylety od Elronda oraz wszelką broń, jaką mieli przy sobie, po czym ruszył dalej w świat.
     Grobowiec rodzeństwa został szybko porośnięty przez mech, a później soczysto zieloną trawę. Naokoło wyrosły drzewa, tworząc idealny okrąg strażników, który po niedługim czasie powiększył się do rozmiarów lasu. Miejsce ich spoczynku stało się odosobnione. Szmer strumienia, który wybił nieopodal i z dwóch stron opływał grób, jak również śpiew ptaków, brzmiały tam zawsze słodko, wzruszająco, zarazem niewypowiedzialnie smutno. Drzewa szeptały dziwne rzeczy, ale nie dotarł tam żaden z tych, którzy potrafiliby te ciche słowa zrozumieć, zanim wszyscy odeszli ze świata. Każdy zaś, kto tam trafił, od razu zauważał tajemniczą roślinę, która oplotła mogiłę - drobne, liczne, białe kwiaty. Sekretem pozostaje jak symbelminë zakorzenił się w tamtym miejscu, które wkrótce nazwano Kręgiem Smutku.
     Lecz to nie koniec historii Doriana i Sybil oraz ich przodków, gdyż dzieje zawsze znajdą sposób, by zatoczyć koło, niemające początku ani końca. Przetrwał jeszcze jeden ślad istnienia tych ludzi, który odcisnął swoje piętno na świecie bardzo wyraźnie, a Życie za życie znalazło swoją kontynuację w innym życiu.  


______________________________

Sindarin:
- Sereg - Blood - 
Krew 

Boe naid bain gwannathar,
 boe cuil ban firitha - All things must pass away, all life is doomed to fade - Wszystkie rzeczy muszą odejść, każde życie jest skazane na przeminięcie
- Ú i vethed, nâ i onnad - This is not the end, it is the beginning - To nie jest koniec, to początek 

- Ae ú-esteliach nad, estelio veleth - If you trust nothing more, trust love - 
Jeśli nie ufasz niczemu 
więcej, zaufaj miłosci

Khuzdul/ Quenya/ Czarna Mowa: 

- Dumû/ 
Yár/ Gijak - Krew 

Pisanie tego rozdziału było chyba najtrudniejszym wyzwaniem, z jakim musiałam się zmierzyć w trakcie pisania całej tej przeklętej fanfikcji. Z całych sił odwlekałam dodawanie choćby jednego nowego zdania.  


Mam teraz drobne wrzuty sumienia dotyczące tego, w jaki sposób postąpiłam z Dorianem. Sybil jakoś nigdy nie było mi bardzo szkoda. 

Być może to był mój największy problem. 

Ale w końcu mam to wszystko za sobą.

Jak dla mnie, Dorian nie mógłby skończyć inaczej. 

I to nie jest koniec całej historii... To dopiero początek. 

Chociaż pod powyższym rozdziałem nie ma magicznego napisu "KONIEC" to można
w pewien sposób 
traktować go jako zakończenie historii o Dorianie i Sybil, tych draniach, przez których nie wysypiam się od bitego półtora roku. Następny rozdział jest przejściem między "Życie za życie" a "Peryár" i należy do obu opowieści. Dlatego też postanowiłam, że wyjaśnienia, dlaczego sprawy potoczyły się tak a nie inaczej, oraz moje uwagi dotyczące paru innych rzeczy, a także ogromne podziękowania, które należą się niektórym osobom, znajdą się dopiero w poście opublikowanym po kolejnym rozdziale. 

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 9.

Ok, radzę się przygotować. Pod linią znajduje się tekst, który najbardziej prawdopodobnie może zostać odebrany jako... wstrząsający.
To mi nie przyda popularności.
Nope.
Poza tym, omijając to, co się w tym rozdziale dzieje, opisy, Szymborską cytując, "dupy nie urywają".
______________________________

     Jego widzenie świata zwęziło się tylko do tej jednej istoty, którą postanowił zgładzić za wszelką cenę.
     Orkowie nigdy nie grzeszyli rozumem ani umiejętnościami, lecz ten był odrobinę inny.
     Na początku zataczali koła, mierząc do siebie, a jego uśmieszek nie stopniał ani trochę pod wpływem płonącego spojrzenia Doriana. Od czasu do czasu wykonywał sfałszowane zamachnięcia. Chłopak reagował automatycznie, chcąc je odparować. Morderca go sprawdzał.
     - Całkiem dobrze się ruszasz - powiedział kpiąco.
     Skoro dla jego przeciwnika cały pojedynek nosił rangę zabawy, uciesznej możliwości poniżenia, a dopiero później zabicia…
     „Dobrze, zagrajmy w twoją grę” - pomyślał Dorian.
     Teraz, gdy miał je w garści, nie pragnął kończyć z życiem tego orka zbyt szybko.
     Och nie, to w istocie będzie zabawa, podniecające balansowanie na granicy śmierci, na krawędzi kontaktu z jego klingą.
     To będzie czysta rozrywka - danie mu nauczki za śmiertelne postrzelenie w łono ciężarnej kobiety. Jego matki, noszącej pod sercem bliźnięta.
     Zaczęło się mało gwałtownie. Ograniczył się do dokuczliwego draśnięcia w ramię, jak również zmniejszającego sprawność dźgnięcia w udo.
     Dorian śmiał się, robiąc mylące uniki czy przewroty, raz będąc z orkiem twarzą w twarz, by w następnej sekundzie znaleźć się za jego plecami.
     I śmiał się, obserwując wzrastającą frustrację przeciwnika, podczas gdy on wykonywał skoki, piruety, pochylenia. Tańczył, umykając wrogiemu ostrzu zaledwie o cal.
     Dorian śmiał się, odsłaniając orkowi jego styl walki, który każdy, kto go ujrzał, nazywał spektakularnym i niezwykłym.
     Morderca uczył się powoli, kawałek po kawałeczku, cios po ciosie. 
     Z początku Dorian w pojedynkach zachowywał się jak nauczyły go krasnoludy -
z szorstkością górskich szczytów, kamiennym opanowaniem, chłodnym niczym skały kalkulowaniem, jednocześnie czerpiąc niekończącą się siłę z wewnętrznego ognia gniewu, gorącego i wiecznego jak kuźnie Mahal.

     Spotkanie elfów sporo zmieniło. Przejął ich grację oraz elegancję. Jego ruchy znacznie się wygładziły i przyspieszyły, nie tracąc jednak nic z pierwotnej mocy. Walka stała się tańcem śmierci, najwyższą formą sztuki, jaką mogło stworzyć jego ciało.
     Więc dawał się ponieść przypływowi władzy nad innymi bytami, jaką miał, dzierżąc miecz ojca. Każde życie, które ugasił, miało widowiskowe zakończenie. Robił to, jak tylko chciał - twardo lub delikatnie, ciężko albo lekko, szybko, a zarazem wolno, dając swoim ofiarom dogłębną świadomość końca, lecz upijając się w jej niedługim trwaniu.    
     Dorian całkiem nieźle się bawił, podczas gdy ork zupełnie przeciwnie. Stwór stawał się coraz bardziej wściekły z każdą upływającą minutą.
     - Pożałujesz dnia, w którym cię matka suka na świat wydała, dzieciaku! - wrzasnął.
     Tego było za wiele. Dorian dał się ponieść furii. Nie była to zimna furia, mroźna
i zabójcza, którą opanowali jedynie Pierworodni. Całkowicie targnęła nim wściekłość, tak że aż został nią niemal zaślepiony. Nikt nie będzie nazywał w ten sposób dzielnej, cudownej Kory!

     Nie daj się ponieść emocjom. Zdradzą cię nim się obejrzysz. Musisz pozostać skupiony tylko na walce. Musisz wypracować panowanie nad sobą.
     Przypomniała mu się jedna z rad Filiego, którą otrzymał na początku nauki walki na miecze. Zignorował to. Ten Ogień cały czas w nim płonął i Dorian nie zamierzał się Mu przeciwstawiać. Jego ruchy stały się gwałtowniejsze i mniej przemyślane.  
     Dlaczego tak wymachujesz mieczem? To zupełnie niepotrzebne. Przestrzeń na wyciągnięcie ręki jest jedyną, którą musisz ochraniać. Broń trzymaj jak najbliżej siebie, inaczej szybko stracisz kontrolę.
     I najważniejsze: znaj swoje limity. Niech ci nigdy przez myśl nie przejdzie, że jesteś niepokonany. Nikt nie jest.
     Nie traktuj przeciwnika schematycznie. Do każdego z osobna podchodź z nową uwagą. Jeżeli nie potrafisz odnaleźć i wykorzystać jego słabych punktów od razu, postaraj się nie spieszyć z tym zbytnio. Przez nieostrożność możesz ujawnić swoje własne słabości.

     Popełnił wszystkie błędy, które tylko były możliwe. Zignorował wszelkie wskazówki, które mu dano.
     Zapłacił za to.
     Chwila nieuwagi i poczuł palący ból w swojej nodze.
     Syknął z bólu, łapiąc się za ranę. Rozcięcie po spodniej stronie lewego uda krwawiło, niezbyt obficie, ale wystarczająco, by stworzyć zagrożenie dla zdrowia. Co więcej, obrażenie to znacznie zmniejszało jego sprawność.
     Zabawa była skończona. Będzie musiał zabić orka, nim ten zrobi to pierwszy. 
     Morderca zaprzestał atakowania, jakby łaskawie dając Dorianowi czas na pozbieranie się. Kiedy chłopak przyjrzał się dłoni, którą przyłożył do rany, zrozumiał dlaczego.
     Krew mieszała się z ciemną trucizną, która najwyraźniej była zaaplikowana na ostrzu orka.
     Dorian wiedział, że miał jeszcze sporo czasu, zanim rozpoczną się długie, okropne męczarnie, które bez pomocy medycznej doprowadzą do śmierci.
     Postanowił wykorzystać pozostałe mu godziny jak najlepiej. Spojrzał na przeciwnika, by zobaczyć jego oblicze promieniujące tryumfem. Mocnej zacisnął zęby i zadał kolejny cios.
  

***
     I na wszystko, co mi na tej dobrej ziemi drogie, przyrzekam chronić ich od wszelkiego niebezpieczeństwa oraz wynagrodzić rzeczy niegdyś z dobroci serca dane. Niech „życie za życie” od teraz na zawsze będzie przestrzegane.
     Przypomniały jej się ostatnie słowa przysięgi złożonej razem z bratem pod rozgwieżdżonym niebem. Na wpół przytomni po torturach, drżąco stali na nogach. Trzymali się za lewe ręce, prawe dłonie kładąc na sercach. Patrzyli na Siedem Gwiazd,
a słowa, choć wydobyte z ochrypłych gardeł z trudem, same układały się w przyrzeczenie, tak jakby to ktoś inny przemawiał przez ich usta.

     I dokonało się. Poświęciła mu wszystko, co mogła dać. Być może ona sama zasłużyła na takie zakończenie, miała przecież wiele złego na sumieniu. Ale najgorsza była świadomość, że złożyła w ofierze jeszcze jedno istnienie, zupełnie niewinne. Widziała, jak wiele bólu mu tym sprawiła.  
     „Przepraszam, Fili” - myślała tylko, kiedy nie była już w stanie mówić.

     Dygotała w jego ramionach, robiąc się coraz słabsza. Było jej coraz zimniej.
     „Przepraszam” - pragnęła wykrzyczeć, patrząc w jego lodowato niebieskie, oszalałe
z rozpaczy oczy. Nie chciała, żeby cierpiał przez nią.

     „Przepraszam, melin nín” - gdybyż tylko mogła to chociaż wyszeptać!
     Kręciło jej się w głowie i traciła oddech, a chłód oraz osłabienie całkowicie ją paraliżowały. Mimo to uparcie patrzyła w jego oczy, jakby były dla niej ostatnią deską ratunku, nieważne, że przepełnione łzami, a także gorzkim posmakiem tego najgorszego aspektu życia.
     Jego bliskość dawała jej siłę. Fili był spokojnym centrum huraganu, jakim było jej życie. Fili był stabilizacją i bezpieczeństwem. Jej najukochańszym.
     Pod koniec Sybil czuła jedynie smutek oraz żal nad tym, co już stracone, nad tym, co nigdy się nie wydarzy, nad tym, co jeszcze mogliby w przyszłości dzielić, a nie będzie im dane.  

     „Przepraszam, ghivashel”.
     Gdy jej powieki opadły, w pamięci mignęła jej jeszcze twarz Doriana, jego ciemnobrązowe tęczówki z tym charakterystycznym błyskiem.
     A potem, gdy minęła próżnia, świat stracił swą szarą, deszczową zasłonę.
  

***  
     Wpatrywał się w Nią intensywnie.
     - Otwórz oczy, Sybil! Słyszysz?!
     Nic nie odpowiedziała.
     - SYBIL!
     Najbardziej na świecie pragnął zobaczyć Jej ciepłe, ciemnobrązowe oczy, które tak kochał. Znów usłyszeć głos, który tak uwielbiał. I Jej uśmiech…
     - Przestań, to nie jest śmieszne! Spójrz na mnie!
     Potrząsał nią mocno, błagał, lecz Ona pozostawała głucha na to wszystko.
     - T-ty… ty wcale nie…
     Nie chciał przyjąć prawdy do wiadomości. Ale to, co wydarzyło się przed chwilą, było oczywiste.
     Był jednocześnie wściekły i  przerażony. Nie mógł uwierzyć w to, co zrobił Kili.
A najgorsze było to, że nie mógł za nim podążyć. Nie mógł przedrżeć się przez ścianę wrogów.
     Nagle usłyszał przeraźliwy krzyk:
     - FILI!
     To była Ona. Gdzieś bardzo blisko. Rozglądał się naokoło, lecz nie mógł Jej zobaczyć. Do jego uszu dobiegł cichy płacz, tuż pod jego nogami. 
     - SYBIL!
     Leżała na ziemi.
     Przebita strzałą. W podbrzusze. Krwawiła.
     Być może Thorin właśnie wydał z siebie okrzyk rozpaczy. Może zdawało mu się, że słyszał Kiliego. Nie był tego pewien. Wszystko naokoło znikło. Była tylko Ona. Uklęknął przy Niej. Przycisnął rękę do Jej rany, próbując powstrzymać ogromy krwotok.
     Ta rana była śmiertelna. 
     Spojrzał na Jej ukochaną twarz. Sybil była przestraszona i wyraźnie cierpiała.
     Zapłakał. Zanim zdążył coś powiedzieć, Ona wydyszała:
     - Ależ się wystroiłeś.
     Zaśmiał się przez łzy.
     - Musiałem. Przecież powinienem dobrze wyglądać, żeby jakoś ci dorównać.
     Uśmiechnęła się czule i delikatnie pogładziła jego policzek.
     - Czy to klątwa? - wyszeptała.
     Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
     - Mama… też zginęła w taki sposób. Tylko, że ona mówiła… mówiła, że to bliźnięta…
a ja… ja czuję, że dziewczynka…
     Poczuł, jakby dostał jakiś potężny, niemal pozbawiający przytomności cios. Świat nagle zachwiał się w posadach, a prawda dotarła do niego w całym swoim okrucieństwie.

     Zapłonął w nim gniew.
     - Sybil, jesteś… w ciąży?! I poszłaś w takim stanie na bitwę?!
     - Czy naprawdę łudzisz się, że nie wykorzystałabym szansy wzięcia udziału
w prawdziwej bitwie? - spytała z uśmieszkiem.
     Kłamała. Widział to. Ukrywała coś jeszcze.
     - Nie wierzę ci - odparł. - Dlaczego?! Powiedz, dlaczego?!
     Zaczęła gwałtownie  kręcić głową.
     - Mów!
     Zaszlochała i wykrztusiła:
     - Miałam sen… Większość moich snów jest straszna, lecz ten był inny… Był… prawdziwy. Zobaczyłam Thorina przebitego włóczniami. Trzymał ciebie i Kiliego
w objęciach. Byliście… - Zaszlochała. - Byliście martwi… przeszyci niezliczonymi strzałami.
     Zapewne widząc jego surowy wyraz twarzy, kontynuowała, łkając błagalnym tonem:
     - Błagam cię, Fili, wybacz mi… ja nie mogłam znieść myśli, że cię stracę. Was.
     - Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć! - odparł wściekle. - Sybil, to na pewno dziewczynka!
     Cały drżał z nadmiaru emocji. Poczuł gorące łzy na policzkach.
     - Jak to? - Zamarła w zdumieniu.
     - Śniła mi się - zapłakał. - Była taka śliczna… Miała złote falowane włoski i twoje oczy…
     Sybil wybuchła płaczem. Drżącą dłonią przeczesała jego włosy.
     - Fi, ukochany… - wydyszała. 
Krew zaczęła płynąć z jej ust. - Zanim mnie zostawisz, znienawidzisz i przeklniesz na wieki, mam do ciebie dwie prośby... 
     Pokręcił głową.
     - Nie, nie, proszę, wysłuchaj mnie! - błagała.
     Milczał.
     - Po pierwsze… znajdź Doriana, gdy będzie po wszystkim. Powiedz mu… powiedz mu, żeby nie robił żadnych głupstw - mówiła szybko. - Zaopiekujcie się nim. On… on zasługuje na wszystko, co najlepsze. I jeszcze… poproś go, by odszukał Gilraen. Niech przekaże mojemu Słońcu, że nigdy nie zasłużę sobie na jej wybaczenie, nie śmiem ją o to nawet prosić… ale, że tak, jak mocno ją kocham, tak jeszcze bardziej żałuję tego, co zrobiłam…
     Dziwne były to słowa, lecz czas raczej nie był odpowiedni na dalsze wyjaśnienia, więc kiwnął głową tylko.
     - Dobrze.
     - I-i… musisz to kontynuować, Fili…
     - Ale co?
     - Życie za życie.
     Chciał coś powiedzieć, ale położyła palec na jego ustach.
     - Ty musisz żyć, rozumiesz?!
     - Nie - zaprzeczył ostro. - Nie potrafię żyć bez ciebie!
     - Przestań - prychnęła. - Nie pleć bzdur.
     Objęła jego twarz zakrwawionymi dłońmi, spoglądając mu w oczy. Widział w nich ogromny strach, nawet odrobinę szaleństwa.
     - Masz być szczęśliwy…- wyszeptała. - Dla mnie.
     Dostała ataku kaszlu. Posoka płynęła z Jej ust nieprzerwanym strumieniem.
     - Ty naprawdę jesteś chora na szlachetność - stwierdził gorzko.
     Uśmiechnęła się słabo. Ze wszystkich sił podniosła się lekko, a on już zrozumiał, do czego zmierzała. Ich usta złączyły się w ostatnim, desperackim pocałunku, skradzionym nadchodzącej śmierci. Smakował łzami oraz słoną krwią, zostawiającą żelazawy posmak na języku.
     Cała zaczęła dygotać, więc otoczył Ją ramieniem. Po chwili wyszeptała z wysiłkiem:
     -
Men lananubukhs menu, Fili.
     Zdawało się, że tamten moment trwał całą wieczność - bezradnie patrzył, jak z Jej najpiękniejszych oczu umykało życie, Jej powieki zamykały się powoli i wydała z siebie ostatni oddech. Nic nie mógł na to poradzić. Przyglądał się jak jego lepsza połowa odchodziła ze świata, niczym na spektakl najczystszej formy okrucieństwa.
     Mówiło się, że uczucie, jakiego doznawał krasnolud tracący swojego Jedynego było czymś dla niego najgorszym. W istocie, to było niewyobrażalne. Fizycznie bolało, tak bardzo, że Fili został zaślepiony bólem. Wydał z siebie ryk cierpienia, rozpaczy oraz wściekłości.
     Umarła, razem z jego nienarodzoną córeczką.

     Umarły.
     Ich serca już nie biją.
     Trzymał w ramionach tylko Jej martwe ciało, któremu iskra życia została bestialsko odebrana.
     Nosiła w sobie dziecko. Mały cud, owoc ich miłości. Nowe życie, które skończyło się zanim w ogóle zaczęło.
     - Miałaby na imię Míriel - wykrztusił, patrząc na trupio bladą twarz Sybil. - To znaczy „błyszcząca jak klejnoty”, ale to wiesz. Byłabyś zadowolona z tego imienia - mamrotał, muskając Jej policzek, kciukiem zostawiając na nim krwawy ślad. - Nie ma bardziej krasnoludzkiego i elfickiego imienia jednocześnie... - Zakrztusił się łzami. - Míriel, nasza wspaniała córeczka Míriel.
     Fili płakał. Nad straconym… wszystkim. Przecież jeszcze niedawno przekomarzali się, czy na ich ślubie Sybil powinna wystąpić w barwach rodu Durina, czy w tradycyjnej dla ludzi bieli. To było kilka dni temu, kiedy zastanawiali się, gdzie na weselu usadzić Thranduila…  A teraz…
     Nie ma już nic. Bez Niej.
     Przytulił Ją mocno i wsadził nos w burzę Jej włosów, starając się wdychać Jej zapach. Zawsze był to świeży, delikatny, niemal niewyczuwalny aromat, jakby odległy zapach słodkich kwiatów przyniesiony przez wiatr. Teraz był to tylko pot i krew.
     Wstrząsał nim szloch, kiedy trzymał Ją przy piersi z głupią nadzieją, że ciepło jego własnego ciała przywróci Ją do życia. 
     Nie było dla niego dalszej egzystencji bez Niej. Kazała mu żyć i być szczęśliwym. Cóż za kpina! Jak Ona mogła tak okrutnie sobie z niego zażartować? Jak mogła mu to zrobić? Jak mogła być tak głupia? Zostawić go i pójść tam, gdzie nie mógł za Nią podążyć! Razem z tą śliczną istotą, która nazywałaby go „tatą”… 
     Zapragnął umrzeć. Wszystko, byleby tylko móc je jeszcze ujrzeć.
     Może wybłaga Aulëgo o wyjście z Sal Czekania, a resztę Valarów o rozmowę z Sybil?
     To już wyglądało jak jakiś plan. Najtrudniejszym jego punktem był ten pierwszy - ponieść śmierć.
     I jeśli przyjdzie nam zginąć, to umrzemy z honorem, a pieśni o nas będą przebrzmiewały przez te hale na wieki!
     Przypomniały mu się słowa Thorina, a w pozostałościach jego serca zachybotał płomyk żądzy. Żądzy zemsty i wymierzenia sprawiedliwości. Pojedynczy płomień przerodził się
w ogień gorący niczym piece Mahal.

     Życie za życie.
     Świat zasługiwał na rozniesienie w posadach za okrucieństwo, jakie miało przed chwilą miejsce.
     - Zobaczysz, ukochana - wyszeptał, powoli uwalniając Ją ze swojego uścisku. - Zginę, mszcząc cię!
     Odnalazł w sobie nową siłę do walki. Już miał powstać, kiedy ktoś upadł na kolana naprzeciw niego.
     Kili.
     Fili nie wiedział, jak zareagować na widok brata. Z jednej strony niesamowicie mu ulżyło, widząc, że Kili przeżył i jakoś znów trafił do nich. Pewnie osłaniał go przez cały ten czas wspólnie z Thorinem.
     Jednak w tej chwili oblicze młodego krasnoluda uzewnętrzniało dokładnie te same emocje, które Fili sam odczuwał. Rozpacz i ból. Gniew, wściekłość. Pustka, żal i smutek.
     - Ki?-  starszy brat spytał niepewnie.
     Łzy popłynęły po policzkach Kiliego, kiedy wykrztusił:
     - T-tauriel… ona… ona też… a ja tylko patrzyłem… moja J-jedyna, a…  a teraz… Sybil…
     Wybuchł płaczem, kryjąc twarz w dłoniach.
     Fili położył dłoń na jego ramieniu i potrząsnął nim lekko. Kili powoli podniósł na niego swój obłąkany wzrok. Lodowato niebieskie tęczówki płonące gniewem spotkały ciemnobrązową głębię pełną cierpienia.
     Kili patrzył w jego oczy, zaskoczony, nie spodziewając się zobaczyć tego, co ujrzał.
     - Chłopcy, musicie mi pomóc! - Thorin krzyknął z oddali. - Nie wiem jak długo jeszcze sam dam radę was ochraniać!
     - Nie czas na łzy, Kili - powiedział Fili. - Żałoba poczeka. Teraz czas, by wszyscy wrogowie pożałowali tego, czego się dopuścili! Naszym Jednym nigdy nie powinna stać się krzywda! Niech wszelkie plugawe stwory posmakują naszego gniewu!
     Kili pokiwał głową, a w jego oczach również zapłonęła żądza zemsty. Młodszy z braci ucałował Sybil w czoło. Fili złożył ostatni pocałunek na ustach swojej Ukochanej. Potem obydwoje wstali i ruszyli do walki.
     Fili bił się desperacją, a nadzieja opuściła go już dawno. Nie było ucieczki. Wrogowie otoczyli ich ze wszystkich stron i napierali z nieustającą siłą. Bronił się, jakby nie miał już nic do stracenia. Stał nad ciałem swojej Jedynej, zbijając każdego, kto śmiał się zbliżyć, z Kilim u boku, podczas gdy wuj był kilka metrów za nimi.
     Posłał młodszemu bratu szybkie spojrzenie. Ich oczy się spotkały, a przerażony wzrok Kiliego mówił wszystko.
     Umrzemy.
     Fili nie zdobył się na jakąkolwiek odpowiedź. Starał się odpierać coraz bardziej natarczywe ciosy przeciwników, lecz powoli opadał z sił.
     Jakaś strzała świsnęła mu tak blisko gardła, że grot rozdarł skórę, pozostawiając krwawiącą ranę. Obrócił głowę w kierunku, skąd nadleciała, by ujrzeć, jak wuj pozbawił Bolga głowy.
     W następnej sekundzie jakiś ork nadział Thorina na włócznię, atakując od tyłu. Plecy Thorina wygięły się w łuk, a jego oblicze zamarło w wyrazie zaskoczenia i cierpienia, kiedy upadał na kolana.
     Czas zatrzymał się wtedy, a Fili zastygł w bezruchu, tak jak jego krew zmroziła się
w horrorze. Patrzył na upadek Thorina, na to, jak jego wuj, jego Król, jego
ojciec, wychodził na spotkanie ze śmiercią. Thorin kulił się i krztusił własną krwią, ujmując w dłonie grot włóczni wystający z jego klatki piersiowej.

     Oto Fili tracił kolejną ukochaną mu osobę.
     - ZAPŁACISZ ZA TO, ŚCIERWO Z MORII! - wrzasnął, tak jak Kili podniósł krzyk wściekłości.
     Teraz razem z bratem zaciekle ochraniał wuja, osłaniając go tarczami, aby Król pod Górą mógł chociaż skonać w spokoju.  
     Nagle stało się coś dziwnego.
     Poczuł uderzenie w pierś tak mocne, że aż się zatoczył. Zerknął w dół i ze zdumieniem zobaczył strzałę wystającą z jego klatki piersiowej. Przyglądał się temu z potworną fascynacją, jednocześnie starając się pogodzić z uczuciem ciała obcego utkwionego we własnym. Fili miał wrażenie, jakby miał w sobie jakiś śmiertelnie ostry, niewielki opiłek metalu, który z każdym ruchem nadrywał strukturę mięśni od środka, by je w końcu rozszarpać. Każdy oddech wysyłał oślepiające spazmy bólu wzdłuż kręgosłupa. Kręciło mu się w głowie, gdyż ustawicznie tracił krew. Rzeczywistość stała się zamglona i nie mógł wiele dosłyszeć przez dzwonienie w uszach. Mimo to uparcie stał na nogach i bronił Thorina. Kili również, do póki nie zauważył, co się stało Filiemu. Jego młodszy brat natychmiast zatrzymał się w pół ruchu, a potem wydał z siebie przeciągły wrzask rozpaczy. Dźwięk ten został nagle przerwany, bo strzała wbija się w brzuch Kiliego, a następna tuż pod jego szyją.
     Fili nie zdążył zareagować, gdyż odczuł kolejne uderzenie strzały, wściekle wdzierającej się w jego ciało. Tym razem w plecy. A potem w ramię. I w udo.
     Osunął się na brudną, usłaną trupami ziemię. Zaczął czołgać się, za swój ostatni cel wyznaczając sobie znalezienie się jak najbliżej wuja i brata.
  

***
     Bilbo był takim tchórzem.
     Pokusa założenia pierścienia okazała się zbyt silna. Hobbit krył się w niewidzialności, podczas gdy inni walczyli i umierali… To nie było w porządku. Nawet jeżeli Bilbo był samotny i śmiertelnie przerażony. Pewnie każdy tak się czuł. W końcu bitwa jest już prawie przegrana…
     Znajdował się w samym środku piekła, ale nie potrafił myśleć tylko o sobie. Samo wyobrażenie o, na przykład Filim i Kilim rannych…
     Chaos, śmierć i strach przesycał każdy kawałeczek otaczającej go ziemi i powietrza. Hobbit nie był częścią tej bitwy, nie brał w niej czynnego udziału, ale Bilbo wiedział, że przemoc, której był świadkiem wywrze na nim ogromny wpływ. Widzieć tyle istot zamordowanych jednocześnie na tyle okrutnych sposobów... W imię czego?
     Gdy ujrzał Azoga, dotarło do niego, że walczyŁ za miłość.
     Bilbo nie pozwoli Białemu Orkowi skrzywdzić Thorina. Nigdy więcej.
     Zbliżył się do orka ostrożnie, rozważając, jak go pokonać. Jego szanse oraz możliwości były oczywiście niewielkie, ale Bilbo prędzej zginie niż nie spróbuje.
     Być może w tamtym momencie powinno było słychać melodię pełną glorii. Może wszyscy powinni to widzieć, by potem opiewać jego czyn w poematach. Być może, być może…
     A jednak to było tylko kilka sekund, kiedy Żądło całkowicie zagłębiło się w plecach Azoga, po tym, gdy Hobbit na niego skoczył.
     Bilbo Baggins Zabójca Azoga Plugawcy. Bilbo Baggins Złodziej w Ciemnościach. Bilbo Baggins Rozmówca Smoków.
     Ten sam Bilbo Baggins, zwykły Hobbit z dalekiego Shire, trzymał w pamięci tylko pewnego krasnoludzkiego króla, kiedy dostał czymś w głowę i zapadał się w ciemność.
***
    Cała ta farsa trwała zdecydowanie za długo. Obydwaj stawali się coraz bardziej zmęczeni i sfrustrowani, a przez to nawet bardziej źli. Obie strony chciały to jak najszybciej zakończyć.
     Spełnienie tego pragnienia okazało się być trudnym zadaniem. Dorian i ork zdawali się wypracować rytm walki. Uderzenie i blok, kontra i obrona, unik i cios, i tak w kółko.
     Jednak koniec nareszcie nadszedł.
     Dorian potknął się o coś i stracił równowagę. Upadł na plecy, a ork uniósł swoją klingę, by zadać śmiertelny cios. Właśnie wtedy Dorian podniósł się błyskawicznie. Jego miecz wbił się w brzuch orka pod niewielkim kątem. Morderca zastygł w bezruchu, po czym upadł na kolana. 
     - Imię! - ryknął chłopak. - Chcę znać twoje imię!
   
     Tamten milczał, więc Dorian wbił ostrze głębiej. Ork zawył z bólu.

     - Thrug - wycedził.
     Morderca.
     Dorian omal nie zaśmiał się ironicznie.
     Zagłębił klingę w ciało Thruga, tak, że końcówka miecza wyszła z drugiej strony ciała pod karkiem. Ork wydał z siebie zwierzęcy skowyt.
     Dorian nie łamał kontaktu wzrokowego. Musiał to widzieć - musiał być świadkiem tego, jak z oczu Thruga ulatywało życie. Przyglądał się temu i cieszył się każdą chwilą.
     Nareszcie stało się. Dorian ujrzał, że morderca umarł.
     - Życie za życie - wysyczał z odrazą, odrzucając truchło od siebie.
     Wyprostował się, oddychając ciężko. Był bardzo zmęczony. Rozejrzał się wokół. Świat wydawał się teraz inny, jakby zimniejszy. Wszystko miało niemal boleśnie ostre kontury oraz chłodne barwy. Z tej perspektywy rzeczywistość wyglądała na jeszcze bardziej okrutną i barbarzyńską. Efektu dopełniały okropne odgłosy bitwy. Walki trwały nadal, jak gdyby nigdy nic.
     Jego małe wielkie zwycięstwo się nie liczyło.
    Tylko dlaczego owa wiktoria zdawała się mu być przegraną? Dlaczego zamiast spełnienia i zadowolenia czuł pustkę oraz niepokój?
     „Gdzie jest Sybil?”
     Obawiał się o nią. Przecież zostawił ją samą… Siostra była znakomitą wojowniczką, ale chyba nikt nie poradziłby sobie na bitwie, bijąc się w pojedynkę...
     Musiał ją znaleźć. Tylko gdzie ona mogła się podziewać? Zawsze odczuwał jej bliskość. Teraz była tylko…
     Pustka.
     Nie potrafił pozbyć się tej dziwnej sensacji, gdy wrogowie znów atakowali. Nawet ślepy dostrzegłby, że szala zwycięstwa przychylała się na stronę wrogów. Ale wtedy w oddali rozległ się potężny ryk ogromnego niedźwiedzia. Nadszedł Beorn. A po nim orły.
     Dorian nie mógł powstrzymać uśmiechu i wykrzyknienia radości.
     - Manwë! Ave Manwë! 
     Uniósł miecz z okrzykiem tryumfu. Z nowo nabytą energią zaczął atakować przeciwników. Wspólnie z elfami, krasnoludami i ludźmi zabijał coraz więcej stworów. Orkowie, gobliny, wargowie i wilki umykali ze strachem.
     Bitwa była wygrana. Ale…
     ,,Gdzie jest Sybil?
_____________________________

Ja to 
wyjaśnię. Potem. 
Melin nín
znaczy w Sindarinie my love, czyli kochanie

Thrug to w Czarnej Mowie morderca.

# Co do tych Sal Czekania... Krasnoludy wierzyły, że po śmierci ich dusze udają 
się do Sal Czekania, by tam poczekać na odmianę świata i odrodzić się na nowo. 

Szczerze to nie starałam 
się nad tym rozdziałem tak, jakbym chciała. Byleby go tylko skończyć. Poza tym w drogę weszła mi pewna magiczna, przeźroczysta ciekła substancja. Nie, nie woda. 

Jak ja czekam na wasze reakcje! 


Wyobrażam sobie Sybil w tamtym momencie, kiedy postanawia biec, by 
uratować Filiego, i słyszę  piosenkę