Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quenya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quenya. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział 10.

Jest! W końcu jest kolejny rozdział! Przykro mi, jeżeli jego długość nie jest zadowalająca
w stosunku do tego, jak długo musieliście czekać na jego pojawienie się, ale rzecz w tym, że ja do tej pory nie miałam do końca czasu żyć, a co dopiero pisać.

 Ale dosyć już mojego użalania się nad sobą, i tak wy pewnie myślicie sobie tylko: "no już dłużej się rozdziału pisać nie dało, co?!", czy coś w tym rodzaju.

SPOILER ALERT: poniższy rozdział w większości skupia się wokół śmierci Dziedziców Durina, zawarty w nim jest również Thilbo Bagginshield, a jakże. Tyle Bagginshielda.
I, z Bagginshieldem jako tłem, znajdują się w nim przemyślenia na temat Śmierci, Miłości,
a także... paru innych. Cudnie.

W trakcie pisania tekstu znajdującego się pod linią wiele razy łzy napłynęły mi do oczu
i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to sobie robię? Ten rozdział boli. Zostaliście ostrzeżeni (lepiej weźcie to sobie do serca).


AAAAAAA!!!! WIDZIELIŚCIE PEŁNY ZWIASTUN "BITWY PIĘCIU ARMII"?!?!?!?!
Wyobraźcie sobie, jak mi kopara opadła, gdy zobaczyłam ten moment, w którym Thorin opiera swoje czoło no czole Kiliego (podejrzanie podobnie jak w końcówce rozdz. 7.).
COOOOOOOOO?! JAK?! JUŻ
W WAKACJE WIEDZIAŁAM, ŻE TAKI RODZAJ SCENY ZNAJDZIE SIĘ
W FILMIE WCHODZĄCYM DO KIN POD KONIEC GRUDNIA...
No po prostu....
NieWierzę.
______________________________

     Bolg wskazał na martwe ciało Sybil
     - Nawet mi szkoda tej zdrajczyni - powiedział sarkastycznie.
     - Doprawdy? - wycedził, uderzając z lewej.
     - Tak, tak – odpowiedział jego przeciwnik, blokując cios. - Ojciec i ja rozmawialiśmy
o niej co nieco - dodał, wykonując pchnięcie.
     - Co takiego? - wysyczał, odparowując.
     - Azog i ja zgodziliśmy się, że nadawałaby się - stwierdził ork ze złośliwym uśmieszkiem. - Była niczego sobie. Mogłaby dać mi syna….
     Słysząc owe słowa, Thorin niemalże oślepł z furii. Wszystko, co widział, było czerwone. Było żądzą mordu tego bluźniercy, który walczył z nim z niezmywalnym szyderczym grymasem. Thorin kompletnie stracił panowanie nad sobą, a jego uderzenia stały się gwałtowne i nieprzemyślane.
     Trudno mu było wyrazić, co czuł, kidy ujrzał, że dziewczyna zginęła. Jak wielkie było cierpienie na widok rozpaczy Filiego z powodu śmierci jego Jedynej.
     Thorin stracił ją. Znowu.
     Sybil była czasem tak podobna do Kory, że patrzenie na nią aż bolało. W głębi serca kochał Sybil, tak jak Korę, choć ten rodzaj miłości był trudny do jednoznacznego sklasyfikowania.
     Teraz utracił je obie.
     To wszystko przez orków… przez całe zło i plugastwo na tym świecie.
     Gwałtownie wzrosło w nim uczucie wściekłości i bezradnego, śmiesznego buntu. Ta złość niczym jakiś stwór podnosiła swój łeb gdzieś w jego klatce piersiowej, utrudniając mu oddychanie. Wzbierała w nim jak potężna sztormowa fala. Ten dogłębny sprzeciw przeciwko cierpieniu wznosił się w nim, zmuszając go do dalszej walki.. Całe to poczucie niesprawiedliwości, to wszystko, wydobyło się z niego w postaci krzyku. Jego doniosły, grzmiący jak burza głos utonął wśród odgłosów bitwy. A ona też była jednym wielkim krzykiem. Zwierzęcym krzykiem pełnym przerażenia przed śmiercią, dźwiękiem towarzyszącym czemuś tak prymitywnemu jak bezsensowne zabijanie się nawzajem.
     Wszystko było krzykiem. Krzykiem śmierci.
     Gdy Bolg został przez niego zgładzony, świat brzmiał jak tryumf.
     A potem Thorin otrzymał cios włócznią w plecy i przez moment nic nie słyszał. Chwilowa, surrealna, martwa cisza była zapowiedzią nadchodzącego końca, by potem ustąpić miejsca czemuś o wiele bardziej realistycznemu – bólowi. Nasilił się on jeszcze bardziej, gdy druga włócznia wbiła się w jego bok.
     Przyjacielski ból, utrzymujący go przy pewności bycia wciąż żywym, osiągnął zupełnie inny wymiar, gdy Thorin jak przez mgłę ujrzał swoich siostrzeńców czołgających się w jego stronę, krwawiących od licznych ran. Ta scena była wyjęta wprost z jego najgorszych koszmarów, a w dodatku wszystko działo się tak powoli, tak… dobitnie prawdziwie. Zawsze oczekiwał prawdy – od swojej rodziny, poddanych, od życia. Teraz chciał tylko kłamstwa. Zaprzeczenia, że nie, właśnie nie widział ukochanych synów swojej siostry, swoich synów, swoich dziedziców… umierających. Za niego.
     Wszystko, co robił, robił dla nich. Oni byli dla niego wszystkim. Patrzenie jak rośli, dorośleli i mądrzeli było najpiękniejszym doświadczeniem jego życia. Widzenie ich starań, by uczynić go dumnym przynosiło największą radość jego sercu. Miał takich wspaniałych siostrzeńców, udanych synów, cudownych dziedziców. Ich uśmiechy oraz żarty rozjaśniały najczarniejsze dni i dodawały siły do przejścia przez liczne trudne chwile.
     Teraz umierali. Ponosili najwyższą ofiarę. Niewinnie, dla niego. 
     W tamtej chwili Thorin II Dębowa Tarcza nie zaprzeczyłby i nie odmówiłby łzom, spływającym po jego policzkach.
     - Powiodłem was na śmierć – wyszeptał, drżącymi dłońmi głaszcząc Filiego i Kiliego po głowach, które złożyli na jego kolanach. – Umieracie przez moje szaleństwo…
     Usta Filiego wykrzywił uśmieszek. Zakasłał, plując krwią, po czym przemówił cicho.
     - Jesteśmy z rodu Durina, czyż zatem wszyscy nie jesteśmy szaleni? – wychrypiał.
     I tak oto wyruszali na spotkanie śmierci – ostatni Dziedzic Durina w prostej linii męskiej oraz dwaj jego siostrzeńcy. Przeklęci szaleńcy.
     Świat brzmiał jak rozpacz. Rozpaczliwy śmiech.

***
     Kili tak bardzo się bał. Nie chciał być sam.
     Świat wokół wirował i jakby mu… umykał. Niewiele do niego docierało prócz strachu
i bólu.            
     Niemal nie mógł się ruszać przez strzały utkwione w jego ciele. Jedynie przerażenie dodawało mu siły do walki. Nie był gotowy na zmierzenie się ze śmiercią. Przynajmniej nie w pojedynkę. 
Musiał dotrzeć do Filiego, do swojego brata. On od zawsze był przy nim i go wspierał.
     Fili go nie zostawi, bo…
     Też umierał, tak jak Thorin.
     Wuj klęczał, przebity włóczniami, a Fili leżał u jego boku z licznymi strzałami wystającymi z jego ciała.
     - Kili, Kili, mój drogi, niewinny Kili. – Młody krasnolud poczuł dłoń Thorina głaszczącą go po głowie. – I mój dzielny, mądry Fili… Przepraszam - wuj powiedział drżącym głosem. – Powiodłem was na śmierć.
     To była dobra śmierć, śmierć w obronie swojego króla, śmierć wojownika, ale niewiele to wnosiło do samego aktu umierania. Być może wierzenia, że czekało na ciebie coś lepszego niż plugawy świat, który opuszczałeś, potrafiły coś ułatwić, jednakże i tak pojawiało się pytanie „dlaczego”?
     Możliwe, że witałeś śmierć z uśmiechem ulgi na twarzy, niczym starego dobrego przyjaciela, albo starałeś się umknąć jej nieuniknionym sidłom. Jednak i tak pojawiał się ten moment niepewności oraz beznadziei, poczucie bezsensu, braku gotowości na stawienie czoła przeznaczeniu, Jedynej Sprawiedliwości. Chwila ta mogła być niezauważalnie krótka i odejdziesz w spokoju, a równie dobrze możesz umrzeć w bezradnym sprzeciwie
i uczuciu straty.

     Dlaczego?
     Dlaczego teraz i w ten sposób? Jaki był w tym sens?
     „Za co umieramy, Fili?” – Kili pomyślał, patrząc na wykrzywioną z bólu twarz brata. „Dlaczego poległa moja Ukochana? Dlaczego to wszystko tak bardzo boli?”
     Oczy Filiego zaszkliły się, zupełnie jakby usłyszał jego myśli.
     - Umarła za nic… - wykrztusił blondyn. - Sybil… miała sen i widziała nas… dokładnie tak jak teraz… i chciała temu zapobiec… zginęła na próżno…
     - Nie, nie myśl tak - wydyszał Kili. – Kochała cię tak bardzo, że oddała za ciebie życie. To nigdy nie jest próżna śmierć.
     Marne to było pocieszenie, ale Kili nie potrafił zdobyć się na nic innego. Wszechogarniający chłód, który odczuwał, powoli przemieniał się w przyjemne ciepło, kojące niczym głos mamy śpiewający mu do snu za czasów jego wczesnego dzieciństwa. Młody krasnolud półprzytomnie zerknął w górę i ujrzał oblicze wuja zalane łzami. Kili uśmiechnął się do Thorina delikatnie, siląc się na gest otuchy, lecz tamten tylko zaszlochał bardziej. Później Król pod Górą pochylił się nad swoimi siostrzeńcami i złożył pocałunek na ich czołach.
     - Jesteście moją największą dumą, synowie mojej siostry – wyszeptał.
     Kili spojrzał na brata i wymienili słabe, słodko-gorzkie uśmiechy. W tej samej chwili powieki Filiego zaczęły opadać ciężko, a Kiliego znów ogarnęła panika, która ścigała go od zawsze na najdrobniejsze wyobrażenie bycia rozdzielonym z bratem.
     - Fili! Fili, n-nie… nie zostawiaj mnie! – Kili załkał.
     Blondyn pokręcił głową, po czym mocno złapał jego dłoń, choć oczy utrzymywał otwarte z wyraźnym trudem.
     - Ki, nigdy cię nie zostawię, nigdy – rzekł cicho. – Po prostu patrz mi prosto w oczy i nie przestawaj, dobrze?
     Kili kiwnął głową, a Fili mocniej uścisnął jego dłoń.
     - Patrz na mnie, braciszku – wyszeptał blondyn.
     Cały świat wokół przycichł, rozmył się i stracił na znaczeniu. Już bardzo niewiele do niego docierało. Liczyły się tylko oczy Filiego, które miały taki sam kolor jak u Dis. Oddech Kiliego stopniowo zwalniał. Wiedział, że słabnie. Mimo wszystko nie odrywał wzroku od niebieskości oraz szarości tęczówek Filiego. Ujrzał w nich ulotną radość słonecznych, bezchmurnych dni spędzonych wspólnie z rodziną i poddanymi w wioskach ludzi, jak również bezlitosny chłód stali ich wrogów.
     Potem, przez coraz bardziej otulającą jego umysł mgłę, wdarł się jakiś zwierzęcy ryk
i Thorin chyba gdzieś zniknął. Kili leżał na usłanej trupami ziemi, a wszystko wokół robiło się zarazem oślepiająco jasne i przytłaczająco ciemne. Instynktownie raz jeszcze zerknął 

w kierunku Filiego.

     Ostatnie, co widział, to oczy brata patrzące prosto w jego własne. Nie pamiętał, czy spojrzenie Filiego było jeszcze żywe, czy już martwe.
***
     Jakże to było niezwykłe - jeden plus jeden dawało Jeden. Dwa serca, poprzednio zdające się być samodzielnymi całościami, zachowując dawną formę jednocześnie okazywały się być połowami Całości. Uroczo nielogiczne odejmowanie w dodawaniu. Przedziwna, fascynująca kreacja Valarów.
     W bólu oraz smutku, przez umysł Bilba przemknęła myśl, że chciałby móc cofnąć czas
i nie mieć z tym nic wspólnego. Że może jednak nie było warto. Wszystko z powodu łaski Ilúvatara, która przestała nią być już tysiące lat temu. Odpoczynek od nieśmiertelności, zwany Śmiercią.

     A zatem zadawał pytania Jej Wysokości Łasce. Czy zna pojęcie wyjątku? Czy wie coś
o litości? Czy potrafi dać szansę na naprawienie błędów i uleczenie ran, zaprowadzenie
w sercach porządku? Czy choć raz pokłoniłaby się Miłości?
     Bilbo klęczał przy umierającym Thorinie Dębowej Tarczy, a w trzepocie połów namiotu targanych lodowatym wichrem usłyszał stanowczą odpowiedź na swoje modły.

     Nie.

     Hobbit zamarł na moment, zszokowany tym bezlitosnym, ostrym tonem. Chwilę później, kiedy już się otrząsnął, intensywnie wpatrywał się w unoszenie się i opadania klatki piersiowej Thorina, tak jakby każdy oddech krasnoluda był jego własnym i to życia ich obu, nie tylko Króla pod Górą, były zawieszone na szali. Niedługo potem, zauważywszy, że oddech Thorina słabnie, Hobbit nie potrafił powstrzymać cichego łkania ogarniającej go rozpaczy. Jego wzrok powędrował gdzieś w dal, po czym znów w myślach przemówił do Jej Wysokości Ostatniej Sprawiedliwości.
     Dlaczego tak musi być? Dlaczego nie jesteś pierwotnym ukojeniem? Dlaczego nie chcesz swej misji na później odłożyć? Dlaczego jesteś tylko przerażeniem? Dlaczego, dlaczego… ono zawsze Cię poprzedza, lecz pytanie o sens tylko chyba Cię
w okrucieństwie utwierdza. Dlaczego, dlaczego - to nieszczęsne słowo, Twój herold, czy dasz mu odpowiedź, dlaczego czynisz żałobę wciąż na nowo? 

     Wiatr wdarł się do środka i otulił go swym chłodem.

     Ja nie jestem Przyczyną, tylko Skutkiem.

     - Bilbo… - wychrypiał Thorin, wyrywając go z transu.

     Hobbit błyskawicznie spojrzał prosto w te szafirowe oczy, które były całym jego światem. Tęczówki Króla pod Górą były najpiękniejszymi, jakie kiedykolwiek widział. Przeważnie przybierały odcień szafiru, lecz często zmieniały kolory. Czasem mogły stać się lodowato niebieskie i przeszywające, zdolne zajrzeć do samego rdzenia twojej duszy,
a kiedy indziej były ciemne i pełne tajemnic niczym głębie Ekkai. Jednocześnie zawsze migotała w nich iskra silnej woli, władczości oraz uporu. Patrząc w oczy Thorina od razu wiedziało się, że spoglądało się na króla. Teraz jednak nawet ten błysk majestatu wygasał powoli.

     Bilbo westchnął przeciągle, słysząc słaby głos Thorina. Z niepokojem chwycił dłonie krasnoluda złożone na jego piersi w swoje własne i przysunął się bliżej.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – powiedział cicho.
     Treść dalszej rozmowy Hobbit zachował tylko dla siebie, a słowa wtedy wypowiedziane stały się mrocznym wspomnieniem przywoływanym w samotności. W istocie, Bilbo czuł się w tamtej chwili tak samotny i bezradny wobec tego, co nieuchronne. Jakby w zwolnionym tempie obserwował, jak powieki ciężyły Thorinowi coraz bardziej, aż w końcu krasnolud wyszeptał ochryple:
     - Żegnaj, włamywaczu.
     Wtedy to się stało.
     Thorin zamknął oczy. Przestał oddychać. Znieruchomiał. Nie reagował na nawoływania Bilba.
     Wyzionął ducha.
     Kiedy Hobbit zdał sobie z tego sprawę, nagle znalazł się poza namiotem. Gdzieś szedł, czy biegł, uciekał. Wszystko wokół rozmyło się do niewyraźnych plam, a słyszał tylko zawrotne bicie własnego serca i szum w uszach. Nie mógł złapać tchu.
     Biegł.
     Bilbo uciekał. Przed prawdą, przed myśleniem o nim, przed…


A Elbereth Gilthoniel
   
     Czyjś cudny głos gwałtownie przywrócił jego umysł do rzeczywistości, jakby oblano go kubłem lodowatej wody. Ostro zwrócił głowę w kierunku dźwięku, by ujrzeć jakiegoś elfa ze świty Thranduila. Był on wysoki, jego zbroja nie została jeszcze oczyszczona z krwi. Stał pośród grupy elfów podobnych sobie; wszyscy mieli długie, piękne, jasne włosy. Cała gromadka zaśpiewała:

silivren penna míriel

o menel aglar elenath!

     Wtedy Bilbo zrozumiał, że patrzył na Eldarów, bowiem niewielu z nich żyło nawet
w Leśnym Królestwie – sam Pan Lasu się do nich zaliczał. Owe elfy kontynuowały swą pieśń, hymn do Elbereth. Słodka muzyka roznosiła się wokół, opadając na obecnych nieopodal ludzi, krasnoludów i elfów delikatnymi falami. Każdy zamierał w bezruchu
i przysłuchiwał się. Nie inaczej Bilbo. W miarę jak melodia docierała do niego, czuł, że coś pękało w nim w środku.
     W momencie, kiedy hymn się skończył, świat zawirował, a grunt usunął mu się spod nóg. Usiadł na ziemi, dopiero teraz w pełni odczuwając fizyczne wyczerpanie oraz rany doznane na bitwie. Ból głowy doprowadzał go do szału. Albo była to po prostu rozpacz.
     Thorin nie żyje, Thorin nie żyje, Thorin nie żyje.
     Jakiś dziwny odgłos wydostał się z jego gardła, ni to krzyk, ni to łkanie. Cały drżał, a na policzkach poczuł palące, słone krople. By powstrzymać dygoczące dłonie, mocniej chwycił krawędzie koca, który ktoś narzucił na jego ramiona. Nawet tego wcześniej nie zauważył.
     Fili i Kili też nie żyją, nie żyją, nie żyją.
     Rozejrzał się wokół. Łzy rozmywały mu wizję na świat. Jedyne, co mógł teraz dojrzeć, to tragedia. Widział wiele martwych ciał, licznych rannych, żałobę oraz smutek. Rozdarte rodziny, przecięte więzy, tyle istnień ukróconych na zawsze…
     Świat bez jego uśmiechu, bez psot chłopców
     Tyle par oczu na zawsze zamkniętych, tyle głosów komuś drogich na zawsze uciszonych…
     Oddech Bilba i jego bicie serca znów przybrały niemalże maniackie tempo.
     Ona tu była. Śmierć tu krążyła.
     Znów chciał spytać – „dlaczego”.
     Hobbit zadrżał. Pragnął, by wszystko w jego głowie, wszystko naokoło nie krzyczało.
     Nie bądźcie…
     Umarli.
     A wtedy jedna elfka, jakaś prosta żołnierka, zwyczajnie stanęła pośrodku owego skupiska rozpaczy i zaśpiewała:

In gwidh ristennin 

     Wszystkie elfy wokół zwróciły się w jej stronę. Po chwili elfce zawtórował chór głosów reszty mieszkańców Mrocznej Puszczy:

Ilfirin nairelma 

     Elfka znów podniosła głos:

i fae narchannen 

     Chór odparł jej:

Nauva i nauva 

     Elfka jeszcze wielokrotnie podnosiła głos, a chór zawsze jej odpowiadał. Bilbo nagle odkrył, że powtarzał razem z nimi: ilfirin nairelma, i coraz bardziej zatracał się w tym lamencie. Owa melodia działała zupełnie jak lek – swymi nutami wydobywała wszelkie cierpienie i smutek z serc obecnych wokół. „Zabieg” ten nie był do końca przyjemny. Miało się uczucie, jakby trucizna naprawdę opuszczała twoje wnętrze, nie szczędząc przy tym ostrego, palącego bólu. Hobbit płakał z wrażeniem, że pochłaniał żal oraz żałobę słyszalne w pieśni elfów, które były zarazem jego własnymi. Bilbo pogrążał się w mroku. Przestawał on już nawet budzić w nim strach…
     Z tego stanu po czasie bardzo długim wyrwał go znajomy głos:
     - Ach, już myślałem, że znów gdzieś zniknąłeś, Włamywaczu.
     Hobbit, wcześniej kryjący twarz w dłoniach, uniósł głowę, by ujrzeć Mithrandira pochylającego się nad nim z zatroskanym obliczem. Bilbo patrzył na Szarego Pielgrzyma, nie mogąc znaleźć słów, zarazem próbując opanować niekontrolowany szloch targający jego ciałem. Czarodziej westchnął ciężko, po czym uklęknął przed Hobbitem i położył ręce na jego ramionach, a potem potrząsnął nim delikatnie. Bilbo w końcu zdołał odzyskać mowę i powiedział ochrypłym, drżącym tonem:
     - Gandalfie, powiedz mi tylko jedno, tylko jedno… - Wziął głęboki oddech. – Dlaczego kochamy, skoro odejście drogich naszemu sercu tak bardzo boli?
     Na twarzy czarodzieja odmalowała się głęboka żałość oraz współczucie.
     - Ryzyko straty ukochanych jest wyzwaniem, które wszyscy musimy podjąć – przemówił łagodnie. – Jeżeli znalazłeś w sobie odwagę by kochać, i to kochać tak mocno, odnajdziesz również siłę na przetrwanie rozstania. Musimy być dzielni w miłości, mój przyjacielu, gdyż nie trwa ona jedynie wtedy, gdy sprzyja szczęście. Prawdziwa miłość jest światełkiem
w najgorszej ciemności, a męstwem jest pozostać mu wiernym i nie poddać się pokusie mroku.
     Z tymi słowami wziął Hobbita w objęcia, trochę jakby trzymał małe dziecko. Bilbo bezradnie złożył głowę na ramieniu Mithrandira w poszukiwaniu bliskości innej istoty. Czarodziej zaśmiał się cicho, po czym zaczął głaskać Niziołka po głowie. Ten gest był dla Bilba tak bardzo kojący, tak zaskakująco dokładnie tym, czego potrzebował, że
z wdzięczności wzruszenie odebrało mu głos, a łzy spłynęły po jego policzkach.
     Zdawało się, w oddali, czyste, boskie głosy elfów łączyły się w coś w rodzaju balsamu, łagodzącego ból fizyczny, uśmierzającego rany. Opływały wszelkie zranienia
z subtelnością i słodyczą mleka oraz miodu, przynosząc ulgę. Hobbit łapczywie wsłuchiwał się w te dźwięki, starając się jednocześnie zwracać uwagę na to, co mówił do niego czarodziej.
     - Jesteś Rozmówcą Smoków, Zabójcą Azoga Plugawcy, Jeźdźcem na Beczułce i nie tylko, Bilbo Bagginsie. Jesteś dzielny, stawisz czoła żałobie – szeptał Gandalf. – Później twoje serce znów pozna, co to radość, zobaczysz. – Westchnął. – Lecz teraz płacz, mój drogi hobbicie, płacz… albowiem nie wszystkie łzy są złe.
     Na pogrzebie Króla i dwóch książąt nie uronił ani jednej łzy. Stał nieruchomo wśród innych członków Kompanii, uparcie wpatrując się tylko w ciała trójki poległych. Światła pochodni niezliczonych żałobników go oślepiały, więc tylko zmrużył oczy, nie odrywając wzroku od Thorina, Filiego i Kiliego składanych do kamiennych mogił. Kiedy przyszła jego kolej na pożegnanie Dziedziców, na sztywnych nogach zbliżył się do trzech grobów. Najpierw pocałował czoła Filiego i Kiliego, tych dzielnych młodzieńców, których pokochał niemal jak własną rodzinę. Później podszedł do Thorina i położył Arcykamień na jego piersi. Czuł na sobie ciężar tysięcy spojrzeń, lecz sam patrzył tylko na twarz swojego Króla, ten ostatni raz. Nim znów stanął pomiędzy członkami Kompanii, prawie niezauważalnie musnął brwi, nos i wargi Thorina opuszkiem palca.
     Dalsza część ceremonii minęła mu jak we mgle. W pewnej chwili odkrył, że wszyscy żałobnicy prócz niego opuścili już miejsce spoczynku Króla oraz jego siostrzeńców. Wszystko wokół było zimne i puste. Do jego uszu docierał cichy pomruk lamentów krasnoludów, elfów oraz ludzi, niosący się z wyższych hal aż tutaj. Hobbit zdał sobie sprawę, że nie był w stanie wydusić z siebie ani nuty, nieważne jak bardzo pragnął przyłączyć się do pieśni.
     Więc pan Baggins stał wśród chłodu oraz mroku, dzieląc swą samotność z Samotną Górą, jednocześnie gorzko rozmyślając o swojej przyszłości po tak niesamowitej przygodzie. Zastanawiał się nad obietnicą daną Thorinowi…
     Kiedy nadejdzie czas, opuści Erebor, uprzednio pożegnawszy się ze wszystkimi swymi przyjaciółmi. Odejdzie, nie spoglądając wstecz. Będzie miał wrażenie, jakby usunięto
z jego ramion jakiś wielki, niewidoczny ciężar. Mimo że wędrówka z powrotem do domu będzie raczej przyjemna, całą drogę spędzi z głową nisko spuszczoną i ponurym nastroju. Gandalf, chcąc go odrobinę rozweselić, zacznie opowiadać najróżniejsze ciekawe, nieraz przezabawne historie. Wtedy właśnie Bilbo wpadnie na pomysł spisania swoich przygód. Powróci do domu z tym zamiarem, który jednak odłoży na potem, gdyż jego żal będzie jeszcze zbyt świeży. Dobre, proste życie już nigdy nie będzie dostarczało mu prawdziwego spokoju, a historie w książkach nie rozpalą jego ciekawości.
     Ależ oczywiście, Bilbo będzie cieszył się zwykłymi rzeczami, jak na przykład promieniami słońca ogrzewającymi jego twarz w trakcie kurzenia porannej fajki we frontowym ogrodzie Bag End.              
     Jednak nigdy już nie spojrzy na Wschód. Tam, gdzie wstaje słońce, gdzie podążył tyle lat temu, gdzie znajduje się Samotna Góra, pod którą spoczywa…
     Jego imię przez lata nie przejdzie mu przez gardło.
     Żeby zająć myśli czym innym, a zarazem wypełnić obietnicę, długie godziny spędzi na ogrodnictwie.
     Niemal od razu po powrocie do Shire, zasadzi drzewo. Dąb. Do opieki nad nim nie dopuści nikogo, nawet Dziadunia. Będzie samodzielnie dbał o niego i pielęgnował z wielką uwagą oraz starannością.
     - Rośnie pięknie, mój królu – szepnie nieraz, czule muskając listki siewki opuszkami palców.
     Nie będzie wiedział dokładnie, w którym momencie zacznie mówić do rośliny. Nikt nie będzie świadkiem tych intymnych rozmów, lecz i tak rozprzestrzeni się plotka, że Szalony Baggins zwariował do reszty. Nie będzie go to interesowało, tak jak wiele nieistotnych już spraw.
     Czasami, gdy rozpocznie snucie kolejnej opowieści o swoich przygodach do roślinki, będzie się czuł z lekka niespełna rozumu. Za wytłumaczenie uzna żałobę i stratę. Gdy łzy po raz kolejny napłyną mu do oczu, jego wzrok powędruje do młodej sadzonki stojącej
w doniczce na parapecie, tak pełnej nadziei i nowego życia. Zawsze zanuci wtedy:

Ilfirin nairelma

     A kiedy głos uwięźnie mu w gardle, wyszepcze tylko:

Nauva i nauva 

    Potem, gdy już przełknie gorycz, powróci do opowiadania historii. Opowie swojemu dębowi
o trollach, Rivendell, Górach Mglistych, Azogu, Beornie, Mrocznej Puszczy, Thranduilu oraz jego Leśnym Pałacu, Esgaroth, Samotnej Górze, Smaugu, wspaniałościach Ereboru, wspomni także o każdym z jego drogich kompanów, syna Thráina nie wliczając, napomknie nawet o Sybil i Dorianie…
     Jednakże nigdy nie znajdzie w sobie siły, by powiedzieć cokolwiek o Arcykamieniu czy Bitwie, nie zechce również mówić o pierścieniu.
     I tak miną mu lata, przez które z dumą będzie obserwował, jak jego roślina rozrasta się
i pięknieje z każdym rokiem.
     - Rośnij – będzie powtarzał swojemu drzewu. – Staw czoła światu z taką siłą jak on kiedyś.
     W istocie tak się stanie. Dąb zostanie przesadzony z doniczki do ogrodu, gdzie wrośnie na potężny i cudny, z ogromem ciemnozielonych liści szumiących swoje tajemnice, przyniesione nieraz od strony Samotnej Góry przez ciepły, suchy wiatr.
     Ten, który naprawdę przywróci radość do serca Hobbita, jego usynowiony kuzyn, Frodo
(z niektórych cech wyglądu tak bardzo będzie Bilbu przypominał jego Króla), pokocha drzewo od pierwszego wejrzenia i obieca przejąć opiekę nad nim po wuju.
     - Bądź silny i niezwyciężony – Bilbo powie dębowi po raz ostatni, zanim opuści Shire
i wyruszy do Rivendell. – Niczym… Thorin, mój âyzung, kurduh.

***
     Jako krasnoluda ten fakt nie powinien go zadziwiać ani trochę. Dzieci Aulëgo miały wiele wspólnego z bogactwami, z żądzą posiadania, nawet chciwością, jak żadna inna rasa Śródziemia. Ich serca od zawsze pragnęły mieć coś na własność. 
     Dlaczego zawsze pragniemy coś mieć? Zabierać wszystko tylko dla siebie, zagarniać jako tylko i wyłącznie własne? Z jakiego powodu on chciał mieć Bilba, mieć Jego miłość, mieć Jego serce?
     Był takim chciwym głupcem. Dopiero teraz, na łożu śmierci, zrozumiał, że tak naprawdę chciałby dzielić swoje i Jego serce. Pragnął by jego i Bilba miłość była wspólna. Ileż by
z tego wynikło radości oraz dobroci! Miał wrażenie, że czuł to nawet teraz – ciepłe promienie słońca muskały jego twarz, a lekki wietrzyk poruszał kosmykami jego włosów, niosąc ze sobą słodkie kwiatowe aromaty. Drobne dłonie Bilba delikatnie przeczesywały jego włosy, podczas gdy On nucił jakąś spokojną melodię, tonącą w śpiewie ptaków. Thorin głowę miał złożoną na Jego kolanach, a leżał na miękkiej trawie. Uchylił powieki by zobaczyć swojego Jedynego, spoglądającego na niego z góry z uśmiechem piękniejszym
i jaśniejszym od wszelkich klejnotów świata. Promienie światła przeświecały przez Jego burzę loków, przydając im wyglądu aureoli ze szczerego złota.
     - Jesteś aniołem – Thorin wyszeptał z czułym uśmiechem, ujmując dłonią Jego policzek.
     Bilbo zaśmiał się tak cudnie. Dźwięk ten poniósł się daleko wśród otaczającej ich roślinności prywatnego ogrodu Bilba znajdującego się na bardzo szerokiej półce skalnej Samotnej Góry. Rozrastając się i piękniejąc z każdą kolejną wiosną, stał się on ostoją spokoju i świątynią dumania dla wszystkich tych, którzy potrafili bliskość natury docenić.
     - Mój królu – On powiedział cicho, z uczuciem, odwracając uwagę Thorina od otoczenia. Nie potrafił on oderwać wzroku od Jego twarzy, na której malowała się tak oczywista miłość i oddanie. – Jeżeli mnie uważasz za dobrego ducha…
     Właśnie wtedy opanował go chłód, powrócił ból i znalazł się z powrotem w brutalnej rzeczywistości. Gdyby tylko mógł wrócić do tamtego widzenia! Tak bardzo chciał zatracić się w tym, co już na zawsze stracone. Świadomość tego, co mógłby mieć, potęgowała mękę walki o życie. Każdy oddech stawał się coraz trudniejszy i coraz mniej sensowny,
a ubytek krwi sączącej się z jego licznych ran przestał mu przeszkadzać. Wszystko, żeby ten koszmar się skończył. Byleby tylko trafić w miejsce podobne temu z jego marzenia, byleby tylko raz jeszcze ujrzeć mądrość, która olśniła Thorina Dębową Tarczę, króla głupców, tak późno, że mogłaby być uznana za nic więcej ponad bezsensowną mrzonkę umierającego.
     Czy byłby w stanie zdziałać wiele przez dzielenie wspólnej miłości po całym życiu
w chciwości i żądzy?

     Nie

     Głos, który udzielił odpowiedzi, był lodowaty bardziej od wichrów z dalekiej Północy, aż zza Ered Mithrin, i bezlitosny bardziej od ostrzy Mordoru. Zzupełnie jak Śmierć. Niemal zadrżał od tego dźwięku. Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc wsłuchiwał się
w otoczenie. Do jego uszu dotarł odgłos połów namiotu szarpanych wiatrem oraz cichutkie łkanie… Jego serce zamarło.
     Z trudem uchylił powieki i ujrzał swojego Jedynego.
     Bilbo.
     Siedział przy jego materacu, kiwając się lekko w przód w tył z niewidzącymi oczami, zupełnie jakby znajdował się w jakimś rodzaju transu.
     Nie wierząc w to, co widzi, Thorin przez czas jakiś intensywnie wpatrywał się w Niego, zastanawiając się, czy to tylko kolejne widziadło. Dlaczego Hobbit miałby być tutaj, u jego boku, skoro Thorin go zdradził, złamał obietnice miłości, wierności oraz opieki dane
w tamtą pamiętną noc? Bilbo był jego marzeniem, ale czy był nim też teraz? Tylko marzeniem półprzytomnego umysłu, jedynie zjawą, życzliwie spełniającą pragnienia osoby odchodzącej z tego złego świata…
     - Bilbo…
     Niziołek gwałtownie zwrócił głowę w jego kierunku. Thorin raz jeszcze zachwycił się pięknem Jego oczu. Od zawsze fascynował go ich kolor. Miał on w sobie uspokajającą szarość jesiennej słoty, odrobinę z odcienia słonecznego letniego nieba, krystaliczność górskich strumieni, a także niewielką ilość zieleni przypominającej mu kolor trawy pokrytej szronem. Pod wszystkim tym był ukryty błysk swego rodzaju stałości, a także łobuzerska iskierka, jakby Bilbo znał jakąś tajemnicę, być może owy hobbicki sekret czerpania radości z prostoty życia.
     - Jestem tutaj, Thorinie, jestem – On wyszeptał.
     - Chłopcy? – wymamrotał. – Co z Filim i Kilim?
     - Przykro mi – Hobbit odpowiedział cichutko po chwili ciężkiego milczenia, z bólem słyszalnym w głosie.
     Król pod Górą wypuścił z płuc przeciągły, drżący oddech, tłumiąc szloch. Dis nigdy mu tego nie wybaczy. On sam sobie tego nie wybaczy. Gdyby tylko jego siostra byłaby przy nim, może skróciłaby mu mękę…
     - Dlaczego tu jesteś? – wydyszał Thorin, usiłując zająć myśli czym innym. – Przecież po tym, jak się wobec ciebie zachowałem…
     - Nie! – Bilbo gwałtownie pokręcił głową. – To ja jestem bardziej winny! Wykradłem twoją własność, własność twojego rodu, a przecież wiedziałem, jak wielkie znaczenie miał Arcykamień dla ciebie i dla całej sprawy…
     - Bilbo… - przerwał mu ochryple, ciesząc się jeszcze brzmieniem tego imienia. – Ten występek ci wybaczyłem, bo ty jesteś moim Arcykamieniem, to ty jesteś moim sercem. 
    On załkał.
     - Ja również ci wybaczyłem, gdyż i ty jesteś moim sercem.
     Thorin mocniej uścisnął Jego dłonie, czując, że już nie da rady walczyć dłużej. 
     - Ghivashel… - Zakrztusił się krwią. - Wróć do Shire, do swojego domu, ogrodu, książek. Sadź rośliny i patrz jak rosną, przynosząc nową nadzieję z każdą wiosną. Ciesz się dobrym, prostym życiem, najdroższy Bilbo, bo jest w nim sens, dobrze? Zrobisz to dla mnie?
     Wzrokiem pochłaniał każdy cal Jego najpiękniejszego oblicza, kiedy Niziołek pokiwał głową z drżącym westchnieniem. Thorin uśmiechnął się lekko, patrząc na niego spod przymkniętych powiek.
     - Żegnaj, włamywaczu – wychrypiał.
     Zapadał się w bezdenną czarną głębię, a zarazem ulatywał w górę. Do jego uszu docierała jakaś melodia, być może to jego własne imię,  albo glosy wszystkich, których kochał… jego Kompanii, Brandona i Kory, Doriana i Sybil, Dis i chłopców, a może to Jego głos…
     Nim znalazł się w innym czasie oraz miejscu, ostatnią rzeczą, jaką czuł, było ciepło Jego drobnych dłoni, trzymających jego własne w żelaznym uścisku, który, mimo całej swej desperacji, nie powstrzymał Śmierci.

***
     Tragiczne wieści rozniosły się pędem błyskawicy.
     - Hiro hyn hîdh ab ‘wanath – wszędzie słyszał elfy powtarzające to zdanie, a także imiona jego ukochanych. Na pięknych twarzach wojowników z Mrocznej Puszczy malował się łamiący serce smutek oraz żałość.
     Gdziekolwiek by nie skierował swojej uwagi, którejkolwiek rozmowie by się nie przysłuchał, osaczały go tylko owe słowa, przygniatające go ciężarem ich doniosłego znaczenia.
     Hiro hyn hîdh ab ‘wanath. Niech znajdą spokój po śmierci.
     Po śmierci.
     Tyle głosów mówiło to cicho, albo głośno, szeptało, wykrzykiwało, wszystkie jednocześnie, a do Doriana docierała tylko ta część mówiąca o śmierci, o tej jedynej śmierci, której miał zapobiec.
     Przecież to niemożliwe, przecież przysięgał na Siedem Gwiazd, przecież patrzył wtedy na jego gwiazdę, którą tak dawno temu pokazał mu Fili, przecież robił wszystko, by nie zawieść Dziedziców i wspomnień z nimi związanych, chwil, które nosiła w sobie właśnie jego gwiazda…
     Niech znajdą spokój po śmierci… Gwiazdy widziały już tyle śmierci, a wciąż były spokojne. Czy nadal takie pozostaną, jeżeli to, co słyszy jest prawdą? Nie, na pewno nie…  ród Durina miał je w swoim herbie…
     Gwałtownie spojrzał w górę, lecz ujrzał jedynie zachmurzone niebo. Zamrugał, podczas gdy coś na kształt nadziei przyspieszyło rytm jego serca. Skoro gwiazdy nie udzielą mu jeszcze odpowiedzi, to może istnieje szansa, że to wszystko nieprawda…
     - Niestety, król Thorin nie żyje – powiedziano mu, kiedy błagał kogoś, nie pamiętał kogo,
 o zaprzeczenie. - Książę Fili i książę Kili również polegli. 
     Całe jego życie roztrzaskało się na drobne kawałeczki w tamtym momencie, bardziej spektakularnie od najdelikatniejszego szkła.
     Zatoczył się i upadł na kolana, pochyliwszy głowę. Dłońmi ściskał klingę miecza tak mocno, że spod palców wypłynęły mu strużki krwi. Wstrząsał nim szloch, kiedy przez zasłonę łez  wpatrywał się w refleksy świetlne odbijające się w ostrzu. Słone krople spływały mu po policzkach, po czym skapywały na klingę i obmywały ją z posoki. Czuł ogromny palący ból, jakby pozostałość po poparzeniach, po Ogniu. Paliła go rana w nodze, paliły go krwawiące skaleczenia na palcach, paliły go gorące łzy, tak gorzkie.
     Słodycz zwycięstwa przerodziła się w gorycz przegranej. Spełnił się najgorszy scenariusz - ukochani umarli. Sen Sybil się spełnił. Nagłe ukłucie zatrzymało jego serce na myśl o niej.
     Sybil… Gdzież ona się podziewała? Czy była bardzo ranna? Czy słyszała już wieści? Czy to… jej imię… czy wiatr szeptał jej imię? Sybil, Sybil… i Dorian… Dorian i Sybil… ich imiona razem brzmią tak… tak… właściwie.
     A teraz jest tylko Dorian, tylko on sam.
     Gdzieś na krańcach jego świadomości, Głos podsuwał mu wizje dotyczące rzeczy, które mogły przydarzyć się jego siostrze.
     Dorian zadrżał i nie przestawał dygotać, rozsadzany przez wewnętrzną wściekłość na samego siebie, na swoją głupotę.
     Zakręciło mu się w głowie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wstrzymywał oddech. Wypuścił powietrze z płuc, lecz z jego ust wydobyło się głośne łkanie. Przygryzł wargę, starając się uciszyć samego siebie. Nie chciał zagłuszać krzyku sumienia.
     Dorian zawiódł. Zawiódł ich wszystkich.
     Jedyne, co mu pozostało, to płacz. 

______________________________

Z winylowej płyty puszczonej na gramofonie leciały utwory Chopina, a ja pisałam ten rozdział, wieszałam cukierki na pachnącej choince i robiłam tysiąc innych rzeczy w tym przedświątecznym zamęcie, podczas gdy obok komputera stał kubek z kawą, jedyną miłością mojego życia. Ach, ach, doprawdy, tak najlepiej. Coś sprawia, że będę ten moment wspominać z uśmiechem jeszcze długo.

Moje papugi, ci czterej mali terroryści, zdaje się, i tak najbardziej lubią "Cztery Pory Roku" Vivaldiego.

Moja krew! ... tak jakby.

Ekhm. 

Sindarin:
- In gwidh ristennin - The bonds cut - Przecięte więzy
- i fae narchannen
 - the spirit broken - złamany duch
  
- Ered Mithrin - Góry Szare


Quenya:
- Ekkaia - jedna z nazw ogromnego oceanu okalającego wszystkie ziemie Ardy
- Ilfirin nairelma - Undying is our regret - Wieczny jest nasz żal
- Nauva i nauva - What should be shall be - 
Co ma 
być to 
będzie

Tekst tej pieśni jest tak naprawdę początkowym fragmentem wyrwanym z Lamentu do Gandalfa, który Drużyna Pierścienia ma okazję usłyszeć w Lothlórien. (Ja taka szczwana bestia...). Jej oficjalne wykonanie jest moim zdaniem przepiękne - posłuchajcie tego,
a później wyobraźcie sobie, że Bilbo słyszy dokładnie to samo po śmierci Thorina... Boli.

Polecam także ten cudny cover Lamentu.

Oczywiście, leśne elfy nie posługiwały się Quneyą w codziennej komunikacji. One nawet tak naprawdę nie mówiły po sinadrińsku! Język elfów Mrocznej Puszczy był
w rzeczywistości daleko spokrewniony z Sindarinem i Quneyą. Wiedziałam o tym od początku, ale zastosowałam sindariński jako ich język, bo zwyczajnie poszłam na łatwiznę. Wszak w głębiach "internetów" nie ma słownika ani wykazu wyrażeń w języku elfów Mrocznej Puszczy. Ale w Sindarinie, Quenyi, Khuzdulskim i (uwaga, uwaga, świat jest nieskończenie zaskakującym miejscem) Czarnej Mowie już tak.

Ale, nawet jeżeli te elfy nie mówiły w Sindarinie i Quenyi, to dlaczego nie mogłyby w nich śpiewać?

Khuzdul:
âyzung - lover/ true love -  kochanek/ prawdziwa miłość 
- kurduh - my heart - moje serce

Do tej pory nie do końca pojmuję, dlaczego Tolkien uśmiercił całą trójkę Dziedziców. Jedynym argumentem przemawiającym za, który potrafiłam wymyślić, jest ten, że razem
z nimi umarła klątwa ich rodu - choroba złota. I WIEM, że pojęcie "fikcja literacka" pozwala mi na bardzo wiele, lecz  nie mogłam zmienić tak ważnego punktu w fabule, jakim jest śmierć Thorina, Filiego i Kiliego. Skoro Tolkien tak postanowił, to niech będzie.

Och, Dorian, mój chłopcze... z jednej strony tak szczerze mi cię żal, z drugiej jednakże....

Czy ty zawsze musisz być taki.... skomplikowany?

Pisanie rozdziału 11. (praktycznie cały z jego punktu widzenia) przyprawia mnie o ból głowy. Chcę pokazać tam, jak Dorian powoli traci zdolność racjonalnego myślenia (przez truciznę), jak żałoba przygniata go coraz bardziej i bardziej, jak z coraz większym trudem podnosi się po każdym ciosie zadanym od Losu, aż w końcu...

A doskonale wiem, że muszę dać z siebie wszystko, bo rozdział 11. to... to ma być coś,
a... a jak się staram to zawsze nawalam, i to jest wszystko takie...

stresujące.

~*~+~*~
Uruchamiam cykl pt.
PYTANIA ODWIECZNE I WIECZNE 
czyli jakie myśli napadają tolkienowskiego świra (czytaj - mnie) tkwiącego na biol-chemie.
  1. Czym w Śródziemiu byłby epikotyl? 
  2. Jak wtórnie diploidalna komórka centralna ośrodka zalążkowego brzmiałaby
    w Quenyi? 
  3. Jak długa jest ontogeneza mallronów? 
  4. A co z filogenezą Calaquendich? 
  5. Czy owoc Laureinu był owocem rzekomym? 
  6. Czy kwiat Tempelrionu miał fitochrom P730? 

~*~+~*~
Dzisiaj idę zobaczyć "Bitwę Pięciu Armii" ... Mahal, ależ się boję...
Tak czy siak, z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Ci, drogi czytelniku, po prostu szczęścia, rodzinnego ciepła i uśmiechu, a także radości dzielonej razem z najbliższymi w otoczeniu magicznej bożonarodzeniowej atmosfery,
WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! :)  

niedziela, 13 lipca 2014

Rozdział 6.

I oto jest, drodzy państwo - kolejny długi rozdział! W którym dopiero pod koniec coś się zaczyna dziać...
I tak szybko, jak na mnie, go opublikowałam, gdyż umyśliłam sobie, żeby przetłumaczyć moje "dzieło" na angielski. I z tym mi strasznie długo schodzi.
OSTRZEŻENIE: pierwsze dwa fragmenty to praktycznie czysty Thilbo Bagginshield... śmielszego napisałam tylko po angielsku... czytania pierwszego fragmentu trudno mi odradzić, gdyż, oprócz uczuć Bilba, opisane jest w nim, co - w mojej wersji - dzieje się
z Włamywaczem po opuszczeniu Ereboru. Drugi fragment to punkt widzenia Thorina, próbka jego szaleństwa, wpływ gorączki złota oraz... no właśnie. Jeżeli nie akceptujecie uczuć homoseksualistów żywionych do osób tej samej płci oraz ich związków
i kontaktów, to lepiej pomińcie ten fragment!
Serio.
Mnie ani trochę nie szokuje to, co napisałam, ale innych może, i to bardzo...
______________________________

     Jego dłonie.
     Kiedyś - delikatnie muskające jego skórę, dotykające go tak ostrożnie, jakby był zrobiony z najcenniejszego metalu, przyprawiając o rozkoszne dreszcze na całym ciele.      
     Teraz - zaciskające się wokół jego gardła niczym zabójcze szpony, odbierające mu oddech.
     Jego głos.
     Kiedyś - zniżony do pomruku, szepczący piękne słowa, obietnice wymarzonego przyszłego życia.
     Teraz - wzniesiony do krzyku, ryczący obelgi, załamujący się rozczarowaniem.
     Jego oczy.
     Kiedyś - przepełnione czułością, ciepłem i miłością, promieniujące powalającym ogromem uczucia.
     Teraz - pełne bólu i furii, zimne, wściekłe, jadowite, zabójcze.
     Różnica była przerażająca. To, co teraz, zdawało się tak prawdziwe, że zaczął myśleć, że tylko wyśnił to, co było kiedyś. W końcu wtedy, po wszystkim obudził się sam, w zimnym łóżku. Szukał swego Króla, by znaleźć go przeszukującego skarbiec.
     Mógł mu w tamtej chwili wykrzyczeć, jak bardzo czuł się upokorzony, wykorzystany, jak zwykła kurtyzana. Jednak Thorin i tak by go nie słuchał.
     Teraz mógłby się bronić przed jego oskarżeniami, byłby w stanie się wytłumaczyć, lecz Thorin nie dałby sobie przemówić do rozsądku. Zamiast tego, Bilbo bez słowa przyjmował wyzwiska płynące z ust, których smak doskonale znał.
     Marny złodziej. Zdrajca. Jeszcze niedawno - ghivashel.
     To bolało. Raniło głębiej niż najbardziej śmiercionośne ostrze. Jednakże, Bilbo nie miał zamiaru zaprzeczać swojej zdradzie, bo…  
     „Zrobiłem to dla ciebie”- pomyślał. - „Wszystko dla ciebie i twojego dobra. Bo to zawsze byłeś ty. Hobbici również prawdziwie kochają tylko raz. I to zawsze byłeś ty”.  
     Jednakże, to nie ten Thorin w tej chwili groził, że go zabije. To nie był krasnolud, któremu Bilbo oddał całego siebie.
     „Zrzuć mnie. Błagam, wyrzuć mnie przez ten mur, bym roztrzaskał się o skały. Proszę, zrób to” - mówił Hobbit w duchu, modląc się, aby jego pragnienia były jasne i widoczne dla Thorina. - „Gdyż inaczej sam umrę z upokorzenia, a poczucie klęski zniszczy mnie doszczętnie.” 
     Terapia szokowa nie podziałała. Król nie rozumiał jego motywów.
     „Powiedz mi, dlaczego?! Dlaczego?!” - krzyczało jego spojrzenie.
     „Gdyż cię kocham! Czy nie widzisz, co się z tobą stało?! Czy nie widzisz, co zrobił
z tobą jakiś ładny kamyk?!” - Bilbo chciał odpowiedzieć, lecz milczał.

     Nie, Thorin tego nie dostrzegał.
     Ale Hobbit już tak. I nie podobał mu się ten widok. Nie chciał patrzeć na to już nigdy więcej. Nie chciał widzieć, słyszeć i czuć w ogóle. Nie chciał żyć.
     „Zabij mnie, zabij mnie... tylko z twojej ręki jestem w stanie ponieść śmierć” - Bilbo już prawie powiedział to na głos, jego usta już układały się do wypowiedzenia swojego ostatniego życzenia, gdy wszystko przerwał przeklęty czarodziej.
    A potem Bilbo nagle opuszczał Erebor, zostawiając przyjaciół i… nie, po prostu Thorina, za sobą. Cała podróż do obozowiska elfów i ludzi była jedną wielką bitwą ze łzami. Ostatecznie postanowił, że nie będzie płakał, ponieważ nie było za czym
    Gdy znalazł się wśród elfickich namiotów, dotarło do niego, jak bardzo źle postąpił. Przecież mówił swojemu Królowi, że zawsze będzie u jego boku, że zawsze będzie mu wierny. A teraz…
    Nie, przecież zdecydował, że nie będzie rozpaczał. 
    A zatem siedział przy ognisku, opatulony kocem, z kielichem wina w obu dłoniach, którego użyczyły mu elfy. Tępo patrzył w płomienie, obojętny na wszystko. Z letargu wyrwał go dźwięk własnego imienia.
    Podniósł wzrok, by ujrzeć nikogo innego a Doriana i Sybil. Bilbo nie zdążył powstrzymać szczęki przed opadnięciem, gdy rodzeństwo uklęknęło po obu jego bokach. Nie spodziewał się ich tutaj- był przekonany, że zostali nad Jeziorem
    - Co wy tu robicie? - spytał Doriana z niedowierzaniem.
    Chłopak westchnął, po czym rzucił otaczającym ich żołnierzom szybkie, przestraszone (?!) spojrzenie.
    - Może zechcesz przyłączyć się do mnie i Sybil? - zaproponował. - Mamy własne ognisko na uboczu.
    Spokój odosobnienia był właśnie tym, czego Bilbo potrzebował, więc Hobbit pokiwał głową i wstał. Wręczał kielich oraz koc jednemu z elfów, mamrocząc podziękowania, kiedy zauważył dziwne napięcie wśród żołnierzy, bacznie obserwujących każdy ruch dwójki młodych ludzi.
     - Chodź z nami, Bilbo - ponagliła go Sybil. - Wszystko sobie wyjaśnimy.
     Tak więc Włamywacz dał się zaprowadzić do niewielkiego ogniska, w dużym oddaleniu od reszty. Rozłożone wokół niego były dwa ciepłe śpiwory, dwa plecaki, łuk, kołczan, co najmniej sześć różnych sztyletów i długich noży, a także miecz. Dziewczyna szybko rozłożyła jeszcze jeden śpiwór.
     - Dziwnym trafem poprosiłam o dodatkowy - wyjaśniła z uśmiechem, po czym gestem ręki zaprosiła Niziołka do zajęcia miejsca. Gdy cała trójka rozsiadła się wokół ognia, zapanowała krepująca cisza, którą w końcu przerwał Bilbo:
     - Ja… wykradłem Arcykamień.
     Sybil machnęła dłonią, uciszając go.
     - Thranduil raczył nam się pochwalić swoim osiągnięciem.
     - Widzieliście Królewski Klejnot? - Hobbit wytrzeszczył oczy.
     - Tak - Dorian odpowiedział krótko. - Król wyjaśnił nam też, jak wszedł w jego posiadanie, a od elfów podsłuchaliśmy, co wydarzyło się w Ereborze.
     Bilbo przełknął głośno i spuścił wzrok.
     - Wybaczcie, lecz nie chcę o tym rozmawiać - powiedział szorstko.
     - Nie musisz, Bilbo - odparł chłopak. - My rozumiemy.
     - Jak to? - Hobbit zamrugał, nie pojmując.
     - To nie pierwszy raz, kiedy Thorin Dębowa Tarcza został zdradzony - dziewczyna wyszeptała smutno, gorzko.
     Bilbo dosłownie zaniemówił. Patrzył po twarzach rodzeństwa, zmieszany. Na obliczach dzieci malowało się… poczucie winy. Wtedy zrozumiał.
     - CO?! W-wy.. też?! - wykrztusił. - Ale… jak?!
     Niechętnie opowiedzieli mu o całej sprawie z Azogiem, a gdy skończyli, Hobbit wykrzyknął:
     - Przecież to nie była zdrada!
     - To samo rzekłbym o twoim występku - odpowiedział Dorian.
     - Nie! - Bilbo zaprzeczył gwałtownie, a do jego oczu znów napłynęły łzy, podczas gdy gardło ścisnęło się boleśnie. - Wy… n-nie wiecie… on, T-Thorin… najpierw mówił, ż-że jestem jego…  jego J-Jedynym…
     - Eru - rodzeństwo sapnęło jednoczenie, gapiąc się na Hobbita z rozdziawionymi ustami.
     - C-co? - spytał niepewnie, nie próbując już nawet powstrzymywać wstrząsającego nim szlochu.
     - Tak mi przykro, Bilbo - wyszeptała Sybil, przytulając go.
     Hobbit spojrzał pytająco na Doriana, zastygłego w miejscu.
     - Podniesienie ręki na Jedynego to jedna z najgorszych zbrodni, jakich może dopuścić się krasnolud - wyjaśnił chłopak.
     Bilbo nie potrafił hamować płaczu po tych słowach. Targało nim tak mnóstwo uczuć na raz, że aż drżał. Na szczęście Sybil kołysała go w ramionach, szepcząc coś kojąco. Hobbit niewiele słyszał. Emocje w nim szalały. Strach, ból i smutek przemijały, ustępując czemuś innemu. Złości.
     Jak on mógł?! Jak Thorin mógł zrobić coś takiego, skoro wiedział… ach, właśnie, nie wiedział. Przecież nie był sobą. Hobbita opanowała okropna niepewność. Jak podejść do całej sprawy? Czy przez te wydarzenia między jego a Thorina na zawsze padnie cień? Czy kiedykolwiek sobie wybaczą?

     „Jeszcze nie teraz” - pomyślał.
     Bilbo był pewny, że miną lata, zanim będą mogli z Thorinem spojrzeć sobie w oczy... Tego widoku będzie mu niezmiernie brakować - oczu Thorina.

     To o jego szafirowych tęczówkach śnił, gdy Sybil ukołysała go do snu w środku dnia.
 

***
     Nic nie mogło zadać mu większego bólu.
     Nic.
     Tak, tak, właśnie to.
     Nie ma nic. Bez Niego.
     Jest pustka. Ciemność panuje w skarbcu i jego umyśle, gdy siada na przypadkowym stosie złotych monet, drżąco wydychając powietrze przez nos.
     Może skupić się tylko poczuciu straty oraz nienawiści.
     Nienawidzisz Go, nienawidzisz Go, nienawidzisz Go - mówi mu głos w jego głowie.
     Chociaż prawda jest inna. Zupełnie inna. 
     Nie, nie ma już prawdy czy kłamstwa. Jeżeli nie Jemu, nie możesz ufać nikomu. Nikomu.
     On chciał tylko twojego bogactwa, czyż nie? Uwiódł cię, a za plecami okradł
z najcenniejszej rzeczy, jaką posiadłeś. Klucza do sukcesu. Serca Góry. Twego serca.
     Żałosny złodziej oddał Arcykamień elfom, elfom

     Byłeś taki naiwny, taki głupi. Głupi, głupi, głupi. Myślałeś, że gdy Go dotkniesz, posmakujesz, to będziesz szczęśliwy. Może i mógłbyś, gdybyś tylko miał jego miłość.
    Chciałby wierzyć, że być może miał. 
     Nie, nie, nie ważne, co zrobisz, nie ważne, jak bardzo będziesz się starał, nikt cię nigdy nie pokocha, dobrze o tym wiesz.
     Jesteś teraz Królem pod Górą, twoi poddani się ciebie boją, nikt cię nie kocha, czyli jest tak, jak powinno być.
     Jest Królem, ma potężne Królestwo Ereboru i złoto, złoto, złoto, tyle złota.

     To jedyne, co ci pozostało. To jedyne, co jeszcze masz.
     Skarb.
     W twoim sercu nie może być miejsca na nic innego, tylko na złoto.
     Reszta była iluzją. Złudzeniem. On udawał. Tylko grał. Mydlił ci oczy dla własnych korzyści.

     Ale On nie byłby w stanie... Przecież był taki słaby, wątły, drobny, mały.
     I uważałeś przez to, że piękny.
     Mimo to zacisnął dłonie wokół tej Jego chudej szyi. Dusił Go. Groził, że zabije.
     Może gdyby wtedy skręcił Mu kark, uciszyłby na zawsze te usta, tak, żeby stale sączące się z nich kłamstwa już go nigdy nie zraniły.
     Jednak tego nie zrobił.   
     Ale to i tak wystarczy. Ty wiesz, wiesz, doskonale wiesz, czego się dopuściłeś. Zbrodniarzu.  
     - Mam nadzieję, że zginiesz, Bilbo Bagginsie! - ryknął Thorin, a jego głos niósł się daleko. - Obyś umarł długą, okrutną, bolesną śmiercią, najlepiej w płomieniach!
     Wyobrażenie, tego, co powiedział, które od razu przemknęły mu przez myśl, zadają mu taki ból, że zaczyna łkać. Kuli się i mocno przyciska dłonie do twarzy, próbując pozbyć się wszystkich wspomnień o Nim.
     Teraz nie wie, czy bardziej nienawidzi Jego, czy Thranduila.
     Przeklinał dzień, w którym spotkał tego Hobbita.
     A mimo wszystko…
     Gdyby pomyśleć o tym ten ostatni, ostatni raz…
     Zaprowadził go wtedy na skalną półkę wrytą w zboczu Góry, ulokowaną na wyższych piętrach, będącą dawniej tarasem widokowym. Chciał pokazać mu niezwykły krajobraz Pustkowia. Stali na chłodnym wietrze i patrzyli na świat spowity w blask miesiąca.
     Milczeli, gdyż zaparło im dech w piersiach.
     „Pod jakim Bilbo byłby wrażeniem, gdyby zobaczył, jak tutaj było dawniej” - pomyślał.
     Więc Thorin zaczął opowiadać.
     Mówił o żyznych polach uprawianych o tam, w oddali, z których Erebor czerpał zapasy. O tym, jak barwną mozaikę tworzyły. O tym, jaką ucztą były dla oczu, zanim żywność
z nich pozyskana została przyrządzona w wyśmienite posiłki.
 O łąkach, których słodki zapach nieraz docierał aż do Głównych Sal.
     Wspomniał o lasach, które otulały Górę. O tym, jak co roku pokrywały się skrzącą białą pierzyną. O tym, jak wiele można było dostrzec w nich odcieni zieleni. O tym, jak „zgubił się” tam kiedyś z Frerinem i Dis.
     O Dali, które można było najpierw usłyszeć, zanim zobaczyć. Dal rozbrzmiewała muzyką, radością, śmiechem i krzykami wesołych dzieci. O tym, jak wymykał się
z rodzeństwem na tamtejsze Targi Zabawek. Rodzice byli wściekli, ale zawsze się opłacało.

     Zaśmiał się pod nosem w tamtym momencie opowieści, po czym zerknął na swojego słuchacza.  Zdało mu się, że promienie księżyca wplotły nici mithrilu w jego miodowe włosy, a jego nieskazitelna skóra stała się mlecznobiała. Bilbo nie patrzył w dal, tylko na niego. Uśmiechał się, delikatnym uśmiechem pełnym sympatii i ciepła, i czegoś jeszcze… Thorin badawczo spojrzał w niebieskie oczy Hobbita, które w tamtej chwili przybrały kolor ciemnego szafiru. W tej głębi błękitu migotała tajemnicza iskierka…
     Wtedy zrozumiał. Stała przed nim delikatna, mała istota. Niepozorna, zaskakująca, dzielna, mądra.
     I tak niepodobna do niego. Jego... przeciwieństwo.
     Jego druga połowa. Lepsza połowa.
     Thorin ujrzał swojego Jedynego.  
     Wraz z realizacją tego faktu, przyszło to, o czym śpiewano pieśni. Wszystko znalazło swoje miejsce, nabrało sensu. A On był tym sensem.
     - Thorinie… - On  powiedział cicho. - Nigdy nie myślałem… nie podejrzewałem, że ty potrafisz dostrzec piękno tak… prostych, zwykłych rzeczy. Zawsze uważałem, że krasnoludy zachwycają się tylko kamieniami szlachetnymi, metalem i zimnymi skałami…
     - I nie mylisz się - odparł, biorąc krok w kierunku zmieszanego Hobbita. - Ja też patrzyłem na wszystko w ten niesubtelny, twardy, szorstki, krasnoludzki sposób. Aż poznałem ciebie…
     - Ojej - rzekł Bilbo, podchodząc bliżej tak, że niemal stykali się ciałami. - Przecież to na wskroś hobbickie myślenie - w jego głosie zagrała nuta łobuzerskiej dokuczliwości. - Chyba mam na ciebie zły wpływ…
     - Doprawdy? - spytał Thorin, prawie bezmyślnie obejmując talię Hobbita obiema dłońmi, pochylając głowę, głos zniżając do pomruku. - Ja osobiście nie mam nic przeciwko.
     Byli już tak blisko, że czuli na sobie swoje oddechy, a końcówki ich nosów dotykały się lekko.
     - Ja też nie narzekam - wyszeptał Niziołek, wciąż podtrzymując kpiący ton i, o Mahal, Thorin już to uwielbiał. Drobne ręce Bilba zacisnęły się wokół jego szyi, podczas gdy Hobbit powoli uniósł głowę, przymknąwszy powieki i delikatnie rozchyliwszy wargi.  
     Tego było za wiele. Więcej Thorin nie mógł już znieść. Złączył ich usta w namiętnym pocałunku, a obaj aż sapnęli na intensywność doznań.
     To było… niewiarygodne. Wspaniałe i cudowne.
     Thorin przycisnął się do Bilba tak mocno, jak to tylko możliwe. Chciał utonąć w cieple Jego ciała, zakrztusić się Jego zapachem, przypominającym woń świeżej trawy i jabłek, przeczesywać Jego jedwabiste loki i dotykać gładką skórę aż do utraty zmysłów.
     Bo Bilbo był właśnie tym, czego Thorin praktycznie nigdy nie doświadczył - delikatnością, ciepłem, łagodnością, spokojem, stabilizacją… całując Go, czuł się jak
w domu.

     Tak jak w Ettinor, jeżeli jeszcze przypominał sobie tamte czasy.
     Lecz nie pamiętał, żeby droga do jego komnat kiedykolwiek tak bardzo się przeciągała. Zapewne dlatego, że co chwila zatrzymywali się i ponownie gorąco całowali, swoimi dłońmi eksplorując ciała, pod każdy kawałeczek skóry podkładając ogień pożądania.
     A gdy w końcu mogli dać ujście swoim pragnieniom, działy się… niesamowite rzeczy.
     Po wszystkim, Bilbo, ze zmęczonym uśmiechem na Jego pięknej twarzy, tak idealnie ułożył się w ramionach Thorina… Ich budowa ciała, wygląd, charaktery - innymi słowy - wszystko, sprawiało wrażenie, jakby byli dwoma idealnie dopasowanymi kawałkami jednej całości. Thorin tak właśnie się czuł. Dzięki Hobbitowi był kompletny.
     Wtedy zalała go nagła, potężna fala uczucia do jego Jedynego, a Król zaczął obawiać się, gdyż nie wiedział, jak okazać Mu jego ogrom. Podarował już Bilbu kolczugę z mithrilu, lecz zdaniem Thorina było to zdecydowanie za mało.
     Znów znalazł się w skarbcu, rozważając, jaki następny prezent będzie odpowiedni dla Hobbita. Skończył myśląc jedynie o złocie.
     Nie potrafił jednakże udawać, że to wszystko się nie zdarzyło. Przecież miłość, którą darzył Bilba i myślał, że On odwzajemniał, była najbardziej bezcenną rzeczą, jaka kiedykolwiek została mu dana… bardziej nawet od Arcykamienia…   
     Arcykamień, och ten Arcykamień. Nie upłynęło wiele czasu, gdy Królewski Klejnot znów całkowicie opanował jego umysł, nie pozostawiając miejsca na nic innego, zupełnie nic.
     Twoje serce kurczy się boleśnie.
     To dlatego dziad nigdy nie pozwolił sobie na zaufanie komukolwiek.
     Nazywałeś Thróra szaleńcem, ale teraz widzisz, że może był mądrzejszy niż ty kiedykolwiek będziesz.
     Ból jest wszędzie, i nie wiesz już, przez co.

     Nie. Już nigdy nikomu nie zaufa.
     Patrzysz na skarb. Tak, wszystko, czego potrzebujesz, jest tutaj.
     Nie ma przy tobie nikogo. Nikogo, kto by ci przeszkodził. Nikogo, kto szeptałby ci słodkie słowa do ucha. Już zapomniałeś, jak to jest, kiedy rodzina i On byli przy twoim boku.

     Dziad byłby dumny.
     Mama by płakała.
     Starasz się nie myśleć o pustce, chłodzie i cierpieniu.
     Złoto jest takie zimne.  
     W pewnym momencie starasz sobie przypomnieć twarz ojca. Lecz zapomniałeś.
     Złoto jest takie chłodne.
     Gardło ściska ci się, ale łzy nie płyną. Bo zapomniałeś, jak się płacze.
     Złoto jest takie kojące.
     I zapomniałeś nawet, jak wyglądał twój młodszy brat.
     Jego oddech staje się coraz cięższy i bardziej nierówny, ramiona drżą, cały drży, a oczy go pieką. Lecz nie odważy się ich otworzyć, nie, to nie zrobi różnicy, wszędzie jest ciemno, a jeśli uchyli powieki, te łzy w końcu wypłyną. A nie będzie płakał. O nie. 
     Złoto jest takie… gładkie. Łagodzi ból.
     „Mój”- padasz z tą myślą na łoże z monet. Leżysz teraz na skarbie, który nigdy cię nie porzuci.
     Mimo wszystko, widmo Jego oczu wciąż tańczy na krańcach jego umysłu. 
*** 
     To, co go zastanawiało, a zarazem mocno niepokoiło, to fakt, że inni zdawali się nie wiedzieć nic a nic o nadchodzącej bitwie. Tak jakby Gandalf poinformował tylko jego
i Sybil. Ale dlaczego? Gdzie się podział ten czarodziej?
     Rozważał te kwestie wspólnie z siostrą wciąż i wciąż, kiedy Bilbo zostawił ich, by pobyć trochę z elfami, ciągle upraszającymi się o jego towarzystwo.

     W końcu uznali, że najlepiej będzie zacząć przygotowania, a odpowiedzi być może przyjdą same.
     Tak też się stało.
     Jeszcze w dzień głośnych wydarzeń w Ereborze, późnym wieczorem Dorian przechadzał się na pograniczu obozu elfów i ludzi. Będąc w drodze po wodę, usłyszał, że ktoś cicho wołał jego imię. Jego wzrok od razu padł na Belega, dowódcę oddziału Sybil. Złotowłosy elf skinieniem głowy dał znak chłopakowi, by ten za nim poszedł. Zbyt ciekawski dla własnego dobra, Dorian podążał za Belegiem, klucząc wśród namiotów ludzi. Mężczyźni rzucali im bardzo zaciekawione spojrzenia, lecz zachowali milczenie. Po dłuższym czasie, Beleg w końcu zatrzymał się. Wyprowadził Doriana poza teren obozowiska w ogóle. Odwrócił się do chłopaka z groźnym wyrazem twarzy. Podszedł bardzo blisko, położył rękę na jego ramieniu, a pochyliwszy się, wyszeptał mu do ucha:
     - Cokolwiek zaraz powiem, zostanie między nami, rozumiesz?
     Dorian pokiwał głową, a elf kontynuował:
     - Niestety, nie potrafię dbać o to, co Thranduil ze mną zrobi, czy też nie zrobi, jeżeli nawiążę z wami kontakty. Nie po tym, o czym mnie dziś poinformowano. Urządzono potajemne spotkanie, na którym obecni byli wszyscy nasi dowódcy oraz ci z Esgaroth, Król, książę Legolas, który dopiero, co wrócił, Bard i Mithrandir.
     Zaczynało robić się coraz ciekawiej.
     - Legolas, jak również Mithrandir, widzieli armie wyruszające z Dol Guldur, a potem siły przyłączające się do nich. Podobno… szacuje się, że zbliża się do nas około dziesięć tysięcy orków i goblinów oraz pięć tysięcy wargów, a także kilkaset wilków.
     Dorian zamarł w przerażeniu, nie wierząc własnym uszom.
     - Tak, Dorianie, nie przesłyszałeś się. A wiesz, co jest najlepsze? Od strony Żelaznych Wzgórz nadchodzi Dain Żelazna Stopa wraz z pięcioma setkami krasnoludów specjalnie wybranych, najlepszymi z najlepszych.
     Jego serce zmroziło się w strachu, a powietrze wydychane przez Belega (z podejrzaną domieszką zapachu wina) delikatnie łaskotało jego ucho, wysyłając dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Przez moment zdało mu się, że czuje na sobie dech samej śmierci, nadchodzącej wraz ze słowami wypowiedzianymi przed chwilą przez elfa, tym jego głębokim, ścinającym krew głosem.
     - Doskonale wiesz, co to znaczy, chłopcze, czyż nie? Nadchodzi straszna bitwa, którą, jestem pewny, nie jedna pieśń będzie opiewała… dlatego zrozum mnie, złamałem rozkazy milczenia, gdyż bardzo przepadam za wami, szczególnie za Sybil. Moje serce krajało się na myśl, że będziecie trwać w słodkiej nieświadomości.
     Dorian położył rozłożoną prawą dłoń na sercu, po czym skłonił się lekko, przekazując
w ten sposób podziękowania i ukazując szacunek. Nie wiedział tego na pewno, gdyż Beleg wciąż pochylał 
się nad nim, ale chłopak podejrzewał, że elf uśmiechnął się. Potem znów przemówił:  

     - Jest jednak coś jeszcze. Czarodziej stara się przemówić Thranduilowi do rozsądku, zachęca do podjęcia jakichkolwiek  działań, póki jest jeszcze czas, lecz Król odmawia, ten stary głupiec. Skoro ma Arcykamień w garści, nic się dla niego nie liczy. - Beleg prychnął,
a Dorian chyba nareszcie znalazł odpowiedź, skąd u Sybil wzięły się buntownicze nastroje przeciw Panu Lasu. - Wiem, że to może nie ma znaczenia, skoro i tak prawdopodobnie większość z nas zginie, ale… rozumiem, że to wszystko tak nagle, a jednak… chciałbym mieć ciebie i Sybil w swoim oddziale, kiedy to piekło się zacznie.

     Dorian długo nie potrafił wykrztusić z siebie jakiejś należytej odpowiedzi.
     - To dla nas zaszczyt - powiedział w końcu, składając kolejny ukłon. - Mimo że powinienem być przy moim właściwym dowódcy, Legolasie, to będę dumnie razem
z siostrą stał u twojego boku, nawet jeżeli przyjdzie nam ponieść śmierć.

     Elf wyprostował się i oferując chłopakowi przyjacielskie klepnięcie w ramię, rzekł:
     - Nie waż się mówić takich rzeczy! Razem z Sybil jesteście niepokonani w walce! Wystarczy, że się nie rozdzielicie i sprawa załatwiona! - Beleg zaśmiał się krótko, acz serdecznie. - No, a teraz zmykaj, chłopcze. Pozwalam ci przekazać siostrze wieści tylko
o tym, na czyje oboje jesteście rozkazy, jasne?- zakończył ostrzegawczo.

     Dorian tylko pokiwał głową, już odchodząc. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że stalowe oczy Belega odprowadzały go czujnie przez całą drogę powrotną.
     Zastał siostrę w trakcie ubierania kamizelki z utwardzanej skóry.
     - Lepiej idź poproś o zbroję - powiedział. 
     - Co? - Spojrzała na niego jak na wariata.  
     - Musisz założyć coś lepszego na siebie, choćby kolczugę.
     - Nie - odparła stanowczo.
     - Dlaczego?
     - Po pierwsze, jestem więcej niż pewna, że nie ma na mnie rozmiaru. A poza tym, zbroja czy kolczuga zbytnio mnie spowolni. - Udzieliła odpowiedzi, której się spodziewał.
     - Sybil, musisz mieć coś, co cię ochroni.
     - Ty jesteś od tego.
     Warknął, zirytowany.
     - Błagam cię nad wszystko, załóż kolczugę.
     - Nie.
     - SYBIL, DO JASNEJ CHOLERY, JESTEŚ W CIĄŻY! - ryknął.
     Nagle wszystkie elfy przy najbliższych im obozowych ogniskach znieruchomiały. Wokół zapanowała napięta cisza.
     - Możesz głośniej? Chyba w Rivendell cię nie słyszeli - wyjąkała Sybil, z zakłopotaniem kryjąc twarzw dłoniach.
     - Zrozum, zależy mi tylko na twoim bezpieczeństwie - wyszeptał, podchodząc bliżej. - Jeżeli jesteś na tyle gł… uparta, żeby iść w takim stanie na bitwę, to chociaż ubierz coś lepszego.
     Ależ oczywiście, że próbował przekonać ją, aby została. Wykorzystał wszelkie możliwe argumenty do uzmysłowienia jej, że pójście na bitwę w ciąży naprawdę nie było dobrym pomysłem. Ale nie, Sybil nie widziała problemu, skądże.
     - Nie, Dorianie. Nie przekonasz mnie.
     „Znowu” - pomyślał.
     - Mogłabym założyć kolczugę, gdyby była z mithrilu. - Prychnęła. - Inne są dla mnie za ciężkie, nie umiem w nich walczyć. Zbroja spowolniłaby mnie i przez to najpewniej bym zginęła. A od ciosów sama mogę się wybronić.

     - Ale nie od strzałów!
     - To ryzyko biorę na siebie.
     - I pożałujesz tego, zobaczysz. Mam takie przeczucie - dodał, widząc jej pytające spojrzenie. 
     - Przeczucia lubią zawodzić - wzruszyła ramionami.
     Zapłonęła w nim złość.

     - Sybil! - wysyczał. - Jak możesz?! Skąd w tobie taka nagła… ignorancja?! Jak możesz tak obojętnie obchodzić się z faktem, że nosisz w sobie cud? Jesteś teraz odpowiedzialna nie tylko za siebie! Zastanów się, co pomyślałby Fili!
     Jej reakcja była bardzo gwałtowna. Sybil nagle znalazła się tuż przed nim i, chwyciwszy go za gardło, warknęła:
     - Nie wyskakuj mi z takimi tekstami! Idę na bitwę tylko dla niego, dla nich. Nie wiesz dokładnie, co mi się śniło, ale nie dopuszczę do tego. Za wszelką cenę. Za. Wszelką. Cenę. „Życie za życie”, pamiętasz? Będę walczyć, by spłacić u nich dług. I nie musisz się martwić, że coś mi się stanie. Tak jak mówił Gandalf, nie możemy się rozdzielać, dobrze wiesz, że nie możemy. To naprawdę najgorsze, co możemy zrobić.
     Sybil puściła go z żelaznego uścisku, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Dorian nie miał zamiaru ukrywać, że teraz to ona zupełnie go nie przekonała.
     - A tak poza tym… - dodała złośliwym tonem. - Gdzie twoja kolczuga? Albo zbroja?
     Na język nasunęły mu się identyczne odpowiedzi, jakich ona sama mu dzieliła: że elfickie zbroje były za ciężkie oraz, że nie było na niego rozmiaru. Dorian bezradnie otwierał i zamykał usta, w poszukiwaniu jakiejś odpowiedniej docinki. Jego bezskuteczne starania trwały zbyt długo, gdyż Sybil wykrzyknęła tryumfalnie:
     - Ha! I tu cię mam!
     - Może po prostu się nie rozdzielajmy? - wymamrotał wymijająco, a ona zaśmiała się.
     - Więc, bracie… - Sybil klasnęła w dłonie z uśmiechem na twarzy. - Na ilu orków stawiasz? Wiem, że to nie będzie to samo, co w lesie, gdzie bardziej liczyła się taktyka, no ale… to co? Czterdziestu na głowę?
     Skrzywił się na jej entuzjazm.
     - Nie mam ochoty walczyć - mruknął, siadając przy ogniu.
     Sybil spojrzała na niego jakby był szaleńcem.
     - Tobie chyba naprawdę coś się stało w głowę.
     - Niby dlaczego? - warknął.
     - Spróbuj spojrzeć na jakiegoś orka, a później racz sobie przypomnieć, jak zginęli nasi rodzice i nie wmawiaj mi, że nie masz ochoty wyrznąć ich wszystkich do nogi!
     W tym problem. Dorian nie pragnął zemsty, bo…
     - Ja.. ja… - Przyznanie się do czegoś takiego przyszło mu z ogromnym trudem. - Nie pamiętam.
     Starał się wszelkimi możliwymi sposobami wygrzebać ze swojej pamięci coś więcej
o
tym dniu niż sam fakt, że miał on miejsce. Niestety, wszystko prócz krzyków i ognia było zamglone.

     Siostra zamrugała z niedowierzaniem.
     - Żartujesz, prawda?! Jak to „nie pamiętasz”?! - Jej słowa brzmiały oskarżycielsko.
     - Przez ten… wypadek, w Esgaroth, zapomniałem dużo rzeczy - wyznał niechętnie.
     Pokręciła głową, wzdychając.
     - Pragniesz, żebym ci powiedziała, prawda? - Jęknęła, nie potrzebując potwierdzenia. - Trzeba by przecież nie mieć serca, żeby przywrócić ci takie wspomnienia!
     Spojrzał siostrze prosto w oczy.
     - Ja chcę wiedzieć - powiedział stanowczo. - Opowiedz mi wszystko i nie waż się niczego ukrywać.
     - Ale żeby nie było, że nie ostrzegałam! - Sybil wzięła głęboki oddech. - Och, od czego zacząć? - Zrobiła długą pauzę. - To było zwykłe popołudnie, jak każde inne. Jedliśmy obiad tylko z mamą, bo już zbyt długo czekaliśmy na tatę. Załatwiał ponoć jakieś sprawy na wsi. Mama poczuła się gorzej… bliźnięta znów zaczęły kopać.
     - Bliźnięta? - powtórzył z lekkim szokiem i wytrzeszczonymi oczami.
     - Tak, mamie brakowało niecałych dwóch miesięcy do rozwiązania - wyszeptała smutno.
     Dorian nagle przypomniał sobie, jak wyczuwał wyczyny swojego nienarodzonego rodzeństwa, gdy przyłożył dłoń do podbrzusza mamy. Chłopak zastygł w bezruchu, oniemiały. Jego matka… Kora, córka Kiry, oczko w głowie ojca Edwalda… umarła, będąc w… w ciąży. Bliźniaczej. Okrucieństwo tego faktu było porównywalne do uderzenia w brzuch. Taranem. Z Mordoru. Co gorsza, Dorian miał dziwne przeczucie, że to dopiero początek. Z jakiegoś innego, dodatkowego powodu powoli zaczynał żałować, że kazał sobie odświeżyć owe wspomnienie. Lecz było za późno, by powstrzymać siostrę.
     - Tata wrócił, zaryglował drzwi, a gdy wszedł do jadalni… jego mina wzbudziła we mnie strach. Coś było nie tak. Powiedział tylko: „orkowie. Nadchodzą”. I nadeszli. Wyważyli drzwi. Przyszli do nas… i jak się potem okazało; po nas. Azog rozkazał zabić mnie, ciebie
i mamę, a tatę pojmać. Wspominali coś o niewolnictwie u Wielkiego Goblina…
Ada oczywiście stanął w obronie mamy, dobywając miecza. Do dziś podziwiam go za to.
W jego postawie nie było ani cienia strachu.
Ada nie bał się, kiedy Azog wziął miecz dla siebie od jednego z orków. Ada nie bał się, kiedy zaczęli walczyć. Ada nie bał się, gdy Azog przebił go mieczem na wylot.

     Jego serce zamarło, sparaliżowane bólem. Sybil użyła sindarińskiego słowa, znaczącego „tatuś”. Wiedziała, że określenie to dotykało go do samego rdzenia duszy.
I wykorzystała to. Widział po niej, że sprawienie mu bólu dawało jej przyjemność i nie podobał mu się taki obrót sprawy.

     - Nana podbiegła do niego, zabrała twój miecz, po czym wróciła i zasłoniła nas własnym ciałem… a wtedy… - Sybil wydobyła z siebie długi, nierówny oddech, zamykając oczy. Dorian czekał na najgorsze, a jego napięte mięśnie aż bolały. Modlił się w duchu, by siostra przestała używać sindarińskiego „mamusia”. W końcu Sybil przemówiła:
     - Odkąd to się stało, każdemu mówiliśmy, o ile w ogóle mówiliśmy, że nana została postrzelona w brzuch. Lecz to nieprawda… nie całkowicie… Fakt, ten drugi ork strzelił do niej z łuku, lecz trafił w… trafił w… łono.
     Nie. 
     To nie może być prawda. Świat nie był tak okrutny. Coś takiego nie miałoby prawa się zdarzyć, bo Valarowie w gniewie utopiliby pół Ardy, prawda?
     Prawda?

     Lecz Sybil nie kłamała, dostrzegał to aż za dobrze. Jego ciało zaczęło trząść się od nawału emocji, a łzy zamgliły mu świat. Zaszlochał, gwałtownie kręcąc głową, karząc siostrze przestać, bo on już naprawdę, naprawdę nie chciał wiedzieć nic więcej. Ale to był dopiero początek.    
     - Z jej rany popłynęła rzeka krwi, tak intensywna, że miałam wtedy wrażenie, że nana jest jej źródłem. To nie była tylko jej krew. Należała także do naszego nienarodzonego rodzeństwa, więc była to po części krew taty. A skoro mamy i taty, to i moja, i twoja. Cała nasza rodzina wykrwawiała się i umierała od tej rany. Wszystko wtedy przepadło. Jeden strzał, moment krótszy od mrugnięcia okiem zniweczył wszystko. Nana i ada tyle lat starali się o więcej dzieci.  A pamiętasz, co się działo, gdy mama zwątpiła, że może dać tacie kolejnych potomków? Pamiętasz jak ogromną, wyczerpującą walkę ada stoczył, by przywrócić ją do normalności?  Udało mu się, wszystko znów było jak dawniej, a jedno brzdękniecie cięciwy obróciło całe starania w niwecz. Patrząc wtedy na mamę, w agonii czołgającej się do martwego taty, pomyślałam, że widzę najczystszą formę cierpienia, 
w każdym tego słowa znaczeniu. 

     Dorian pomyślał z kolei, że Sybil znów patrzyła na ową „najczystszą formę cierpienia”, gdyż wpatrywała się w niego. Chłopak czuł to całym sobą, wszystkim.
     - Czy pamiętasz, braciszku? - wyszeptała jego siostra, a jej twarz była tak blisko, że końcówki ich nosów niemal się stykały. - Czy pamiętasz ten dźwięk, gdy miecz Azoga przebijał się przez ciało taty? Czy pamiętasz chrzęst łamanego kręgosłupa? Czy widzisz wyraz twarzy taty albo to, jak z jego uchylonych ust wypłynęła krew? Ach, krew… - Sybil zaczęła szczerzyć zęby jak wilk kły. - Do tej pory nie zapomniałam tego smrodu posoki, który unosił się wtedy w powietrzu. Ada leżał w kałuży ciemnej krwi, jego martwe członki groteskowo powykręcane, a nana, dygocząc w agonii lecz uparcie czołgając się do taty, swoją krwią dosłownie zalała niemały kawałek jadalni… moje buty były nią potem przesiąknięte… a ty, po zbiciu orka, który się na nas rzucił, stoisz tam, z mieczem w ręku
i nic nie robisz, tylko patrzysz. Nie docierały do ciebie moje wołania. Musiałam pociągnąć cię za nadgarstek. Nieraz zastanawiało mnie potem, czy gdy zabarykadowaliśmy się w swoim pokoju i płakaliśmy, słyszałeś Azoga i tego drugiego rozbijających się na dole? Czy słyszałeś tłuczone szkło, wywracane meble i ich śmiech… o tak, śmiali się, śmiali się do rozpuku… a potem podłożyli ogień, myśląc, że spłoniemy razem z domem. Ale uciekliśmy do Kauss… czy widziałeś jeszcze nasz dom, pożerany przez płomienie, czy może to właśnie wtedy ogarnęła cię ciemność? Albo, na przykład, czy pamiętasz ten przeraźliwy wrzask mamy, kiedy Azog zabił tatę?

     - TAK!
     To była jego jedyna odpowiedź. Dorian nie mógł zdobyć się na nic więcej, bo tam był. Właśnie teraz, przypomniał sobie wszystko tak wyraźnie, że miał wrażenie, iż znajdujdował się w tym wspomnieniu. Widział, słyszał, czuł… wszystko. Doznanie było tak nagłe, silne, powalające, że jego głowa była bliska eksplozji. Cichy pomruk samozadowolenia przemknął przez umysł chłopaka i już wiedział, że owa bolesna dokładność to była Jego sprawka.
     - Przestań! Po prostu przestań! - krzyknął, sam nie wiedząc, czy do Głosu, czy do siostry.         
     Sybil skończyła swoje tortury, pozostawiając jego psychikę roztrzaskaną na drobne kawałeczki, lecz On nie odpuścił tak łatwo. Nasuwał mu kolejne wizje, i kolejne…
     Dorian poczuł wzbierającą w nim falę sprzeciwu. Przycisnął nadgarstki do powiek, chcąc przestać cokolwiek widzieć. wWydał z siebie głośny, przeciągły krzyk, pragnąc wszystko zagłuszyć. Wraz z powietrzem z płuc umykała z niego frustracja i nadmiar emocji, gdyż Dorian znalazł sposób. Chcąc pozbyć się Głosu wystarczyło, że pomyślał o Sigrid. Jej miłej twarzy, dotyku, pięknych oczach i jej ciele wtulonym w jego własne… 
     Kiedy odzyskał panowanie nad sobą, spojrzał siostrze w oczy.
     Przestraszył się.
     Dorian pierwszy raz w życiu naprawdę przestraszył się Sybil.
     Od zawsze była mu bliska, i chociaż kłócili się oraz bili bez przerwy, a często miał jej serdecznie dość, to nie wyobrażał sobie siebie bez niej u boku. Do tej pory uważał, że znał ją na wylot.
     Jednak w jego siostrze zaszła zmiana tak diametralna, że szczerze się przeraził.
     Zawsze, gdy spoglądał w oczy siostry, znajdował w nich ukojenie oraz matczyne ciepło
i łagodność. 
W oczach Sybil można dało się ujrzeć jej duszę. Ona była zupełnie jak ich matka, a po tym dniu, i jemu była matką. Dorian zdawał sobie jednak sprawę, że za całą jej dobrocią zawsze czaiło się coś jeszcze, coś, co ujawniało się szczególnie wyraźnie, kiedy Sybil wybuchała złością.
     Widział to teraz, w całej swej okazałości.
     Jej ciemnobrązowe tęczówki, tak podobne do jego, pociemniały teraz jeszcze bardziej. Stały się niemal czarne i…
     Mroczne.
     Biła od nich gwałtowność huraganu, zdolna bezlitośnie obracać w pył wszystko na swojej drodze. Moc, która złamie cię wpół, rozniesie na drobne kawałeczki, bez skrupułów roztrzaska, zniszczy.          
     Promieniował od nich straszny, powalający na kolana gniew.

     Zastanawiał się, kiedy do tego doszło. Zastanawiał się, w którym momencie siostra porzuciła łagodną część swojej natury. Zastanawiał się, co go ominęło, więc patrzył jej
w oczy, próbując to wyczytać.

     Niestety, nie udało mu się. Sybil bezwzględnie świdrowała go wzrokiem, lecz jej spojrzenie było nieodgadnione. W miarę jak czas upływał, Dorian coraz mniej się bał.
     Gwałtowny gniew siostry zaczął opanowywać cały jego umysł i ciało, a w jego wnętrzu zamigotała iskra, która padła wprost na cały jego żal o niesprawiedliwość i szkody doznane przez niego i całą jego rodzinę, niczym na morze wyschniętych traw. Ogień wybuchł
w ciągu paru chwil, opanowując go do reszty. To już nie było złudzenie. Dorian był gotowy postawić w płomieniach cały świat i sam płonął żądzą…

     - A teraz powiedz mi… - wyszeptała Sybil. - Po tym wszystkim, powiedz mi, czego chcesz.
     - Zemsty.  
***
     - Ten napis na twojej pochwie… - Bilbo wskazał na słowa wyryte w ciemnej skórze.
     Dorian przestał naoliwiać miecz.
     - Ach, to… - mruknął, zerkając na przedmiot leżący u jego stóp. - Nie raz zastanawiało nie, co to ma znaczyć.
     - Dann hen morn - przeczytał Hobbit. - To w Quenyi! - dodał zaskoczony.
     Chłopak spojrzał na niego ze zdumieniem.
     - Rozumiesz elficki?
     - Tak - przyznał Bilbo niechętnie, łamiąc świętość skromności. - Jestem biegły
w Sindrinie, potrafię też tłumaczyć z Quenyi na Wspólną Mowę.

     - O Elbereth, w tobie jest o wiele więcej niż ktokolwiek by na pierwszy rzut oka przypuszczał! - wykrzyknęła Sybil, a jej brat energicznie pokiwał głową, przyznając jej rację.   
     - Mama mnie nauczyła - wymamrotał pan Baggins, zarumieniwszy się. - Dużo podróżowała 
i poznała elfy całkiem dobrze. Napis na twojej pochwie oznacza…
     - … oznaka zagłady - dokończył Dorian. Uśmiechnął się na widok miny Hobbita.
     - Może nie opanowałem eldarińskiego tak dobrze jak sindarińskiego, ale coś jednak rozumiem. - Zmarszczył brwi. - Oznaka zagłady? To się tyczy mojego miecza?
     - Najpewniej - powiedziała Sybil, raczej sama do siebie. - Ciekawe, czy i co chciał nam przez to powiedzieć…
     - Kto? - spytał zdezorientowany Bilbo.
     - Lord Elrond - odparła dziewczyna. - Dostaliśmy od niego kilka prezentów, gdy opuszczaliśmy Imladris.
     - Elrond Półelf to zaprawdę wspaniały i hojny gospodarz - stwierdził Hobbit.   
     Oczywiście uderzało to w samo sedno prawdy - wystarczyło spojrzeć na pochwę Doriana. Wykonana została ze skóry koloru hebanowego. Elegancie litery Tengwaru układające się w dann hen morn skrzyły się mithrilem. Brzegi pochwy były wysadzane kamieniami szlachetnymi. Z jednej strony były to rubiny przeplatające się ze złotymi zawijasami, przypominającymi jęzory ognia, a z drugiej - szafiry, między które wdzierało się srebro, do złudzenia imitujące skłębioną morską pianę. Na ostrym końcu, gdzie zderzały się dwa żywioły, widniała cienka, ciemno grafitowa linia, która oddzielała, a zarazem splatała ogień i wodę, jednocześnie będąc dobrze widoczną. Bilbo zastanawiał się, czy tak właśnie wyglądały zderzające się armie. Przeplatały się i łączyły w jedno kłębowisko tryumfu oraz rozpaczy, a może istniało jakieś wyraźne rozgraniczenie między nimi…
     Przelotnie zerknął na nadciągających wrogów, na rój nietoperzy unoszący się nad nimi niczym najczarniejsza burzowa chmura… Zdecydował, że nie chciał nic wiedzieć na ten tmat. Jednakże bitwa była nieunikniona. Dobrze przynajmniej, że Gandalf zjawił się
o czasie 
i zapobiegł konfliktowi pomiędzy elfami a krasnoludami. Bilbo, stojąc wtedy u boku Barda, będąc naocznym świadkiem tego wszystkiego, całą sytuację skomentowałby identycznie jak później Sybil, która prychnęła tylko: „awantura o kasę”, zaraz po tym, gdy opowiedział o tym jej i Dorianowi.
     Oczywiście, Bilbo wrócił do swoich młodych przyjaciół poprzedniej nocy. Był mocno już „pocieszony” elfickim winem, więc zdołał wyłapać jedynie krótki fragment ich rozmowy, coś
o byciu pod dowództwem niejakiego Belega, zanim bez słowa zawinął się w śpiwór
i zasnął. 
   
     Kolejny, a dopiero co zaczynający się dzień, obfitował w wydarzenia. Bard poprosił Bilba o jego obecność w trakcie pertraktowania z Dainem, po czym mężczyzna odesłał go, by Hobbit czekał na rozkazy, a sam poszedł na wciąż trwającą naradę wojenną.

     Więc Bilbo czekał w napięciu, jak i wszyscy. Sam był już gotowy, ubrany po prostu w to samo, co noisł w Ereborze - kolczugę z mithrilu (a o tym, kto mu ją podarował, wcale nie myślał), hełm oraz Żądło. Obserwował z żywym zainteresowaniem, jak przygotowywali się inni. Szczególnie ciekawili go ci, których miał najbliżej - Dorian i Sybil.
     Byli zastanawiająco, wręcz podejrzanie, spokojni. Chłopak skończył naoliwianie miecza,
a Sybil zawiązywała mu włosy w koński ogon. Gdy to uczyniła, jej brat przystąpił do ponownego plecenia jej pojedynczego, długiego warkocza, omijając oczywiście kłos Filiego. Wyglądali na pewnych swego, chociaż wcale nie powinni, a przynajmniej jeżeli spojrzeć pod kątem ochrony ich ciał. Mieli na sobie swoje zwyczajowe, ciemnozielone stroje. Przykryte one były stalowymi ochraniaczami na przedramiona, ramiona, golenie
i uda. Jakimś cudem znaleźli hełmy dla siebie, ale nie mieli kompletnej zbroi jak reszta elfów.  Bilbo wcale im się nie dziwił - będąc tak drobnej postury zwyczajnie by jej nie udźwignęli, a szukanie i tak nie miało sensu, bo skąd niby wytrząsnęliby coś w swoim rozmiarze? Z drugiej jednak strony, ich kamizelki z utwardzanej skóry na pewno nie były wystarczające.

     Za to ich uzbrojenie… cóż, było… imponujące. Hobbit łamał sobie głowę, gdzie Sybil
u licha zmieści te wszystkie sztylety i długie, zakrzywione noże (co najmniej tuzin). I ten jej wielki łuk. I dwa duże kołczany. Dorian również miał kołczan, lecz tylko jeden. Wyposażył się w łuk, chociaż stwierdził, że w walce będzie polegał głównie na jego mieczu
i ewentualnie sztylecie od Elronda, ukrytym w nogawce.

      Jednak Bilbo nadal nie rozumiał, jak oni mogli być tak… gotowi. Opanowani. Zupełnie jakby fakt, że są tak okropnie młodymi ludźmi idącymi na swoją pierwszą w życiu bitwę nie był żadną rewelacją. Jakby to, że mogą zginąć, nie miało znaczenia.
     Serce Hobbita zostało nagle przeszyte lodowatym ostrzem strachu. Dotarło do niego, że równie dobrze może już nigdy więcej nie ujrzeć rodzeństwa. Zapragnął odgonić od siebie tę straszną myśl, a zrobił to, jak na hobbita przystało - przypominając sobie
o zwykłych, prostych radościach codziennego życia. O kurzeniu fajki w ogrodzie, pysznych posiłkach, ciepłym łóżku…

     - Ach, właśnie! - wykrzyknął Niziołek. - Niemalże zapomniałem! Kiedy, no wiecie, skończy się to całe piekło… chciałbym ugościć was w Bag End. Z przyjemnością poczęstowałbym was wszystkim, czego tylko byście zapragnęli… może nawet spróbowalibyście fajkowego ziela?
     Dwójka młodych uśmiechała się do niego ciepło.
     - Z największą radością, Bilbo - powiedział Dorian, kładąc rękę na jego ramieniu, ściskając ją lekko. Chłopak uśmiechnął się szerzej, a Bilbo odwzajemnił gest. Sybil podeszła do nich i przytuliła Hobbita, a gdy odsunęła się, powiedziała:
     - Będziemy zaszczyceni, Bilbo. Z hobbitami jako rasą mieliśmy najmniej do czynienia wśród pozostałych Wolnych Plemion, lecz jeśli wszyscy są tacy, jak ty…
     Nie dane było jej dokończyć, gdyż rozbrzmiały sygnały wzywające do zajęcia pozycji. Wszyscy zerwali się na równe nogi w poszukiwaniu swoich dowódców. Uformowało się olbrzymie, przedziwne kłębowisko złożone z elfów, ludzi i krasnoludów, w którym bez trudu można było zaginąć.
     Bilbo przeląkł się, że zanim znajdzie Barda inni zatratują go w tej przed bitewnej gorączce. Na szczęście nietrudno było wyłowić sylwetkę Brda Łucznika z tłumu. Rodzeństwo również go zauważyło.  
     - To pod jego rozkazami jesteś? - spytał Dorian.
     - Chyba tak… - odparł.
     - Zatem żegnaj, Bilbo Bagginsie i niech gwiazdy świecą ci z nieba! - powiedziała Sybil.
     - Niech gwiazdy świecą ci z nieba - powtórzył jej brat.
     Wymienili pospieszne uściski, lecz na nic więcej nie starczyło czasu, bo Bard już zaczął oddalać się ze swoimi ludźmi.
     - Do zobaczenia! - wykrzyknął Hobbit, już odbiegając. - I pamiętajcie! Podwieczorki podaję o czwartej!
     Młodzi zaśmiali się i pomachali mu. Bilbo odwrócił się od nich, po czym popędził za Bardem.
     Gdy patrzył na tysiące nadchodzących wrogów, stojąc pośród wysokich mężczyzn na szczycie wschodniego grzbietu Góry, zerknął w górę. Niebo było szare i ponure, kolorem nie przypominało oczu Thorina.
     Thorin.
     Czy jego Król jeszcze myślał o nim? Bilbo na pewno nie mógł zapomnieć… o melodii jego niesamowitego głosu, delikatnym dotyku czy czułości, nawet jego humorach…
     Hobbit gwałtownie potrząsł głową.
     Ten krasnolud już nie istniał. Pozostał tylko w sercu Bilba, które teraz krzyczało
z samotności 
i śmiertelnego strachu.
     Pokusa założenia pierścienia jeszcze nigdy nie była tak ogromna.
***
     Orkowie. 
     Nadchodzą.
     Gobliny.
     Nadchodzą. 
     Wargowie.
     Nadchodzą.
     Były ich setki.

     Nie.
     Były ich tysiące. Może nawet dziesięć tysięcy.
     Razem z nimi zbliżało się jeszcze więcej ostrzy i włóczni gotowych w każdej chwili zadać śmierć. Setki tysięcy strzał, mogących nadlecieć z każdej strony. Jedna ogromna, potężna masa łap, pazurów i kłów sunęła prosto na nich.
     Sybil szacowała, że wrogowie mieli przynajmniej pięciokrotną przewagę liczebną.
     Dowódca krzyknął:
     - GOTUJ SIĘ!
     Nie, nie, jednak wcale nie była gotowa. Zamarła w przerażeniu, patrząc na nadciągającą powoli armię. Ich wojenne bębny uderzały w jej głowie jak młoty, nadawały jej oszalałemu sercu powolny, nieubłagany rytm nieuniknionej katastrofy. Dźwięk rogów przeciwników zmroził jej krew w żyłach, a lodowate dreszcze sunęły po całym ciele. Jej oddech przyspieszył, stał się szybki i urywany. Czuła, że zaraz zemdleje.
     - Dorian… - wydyszała. - Boję się.
     Zdołała zerknąć na brata. Ujrzała szok oraz identyczny strach na jego twarzy. Sybil bała się często i jej brat wiedział o tym, lecz starała się unikać przyznawania do tego. Tata kazał jej być silną, chronić siebie i Doriana. Robiła, co mogła, lecz teraz… nie mogła zawieść Doriana, ani Filiego, ani Kiliego czy Thorina… nie mogła dopuścić do tego… a jednak sparaliżowało ją tak wielkie przerażenie… 
     - Ja też - wyszeptał Dorian. Położył wolną rękę na jej ramieniu, po czym ścisnął mocno, uśmiechając się bardzo słabo. - Jesteśmy w tym razem. I razem pozostańmy, nieważne do jakiego końca.
     Pokiwała głową, czując, jak wracała do niej samokontrola. Znów przyglądała się nadchodzącym wrogom, krzyczącym obelgi, słyszała wycie wargów i wilków. Byli coraz bliżej…
     - STRZAŁY NA CIĘCIWY! - ryknął Beleg.
     Razem z bratem byli ustawieni na stanowisku łuczników, w skrzydle osadzonym na skałach u podnóża Góry, w trzecim szeregu. Wykonali polecenie, czekając.
     - NACIĄGNIJ!
     Zrobiła to, odmierzając odpowiedni kąt, oczekując na dalsze rozkazy. Baleg czekał… przeciwnicy zbliżyli się o kolejne sto jardów… zagrał jeden elficki róg, a po nich kolejne…
     - OGNIA!
     Pierwszy szereg uwolnił strzały, po czym uklęknął, umożliwiając to następnemu. Drugi szereg wystrzelił, robiąc miejsce dla ich linii. Wszyscy oddali strzał w tym samym momencie, a ich groty pruły przez powietrze z wściekłym furkotem, spadając na wrogów niczym gromy, niosąc strach oraz śmierć. Zdążyła zauważyć tylko, że przeciwnicy popadali jak muchy. Potem musiała uklęknąć, by później się wyprostować i, już bez rozkazu, nałożyć kolejną strzałę na cięciwę.
     Było coś hipnotyzującego i dziwnie komfortowego w takiej formie walki. Bezmyślne powtarzanie tych samych czynności pozwalało wpaść w zastanawiająco uspokajający rytm. Nałóż strzałę, naciągnij, dobierz kąt, czekaj, strzelaj, uklęknij, wyprostuj się, nałóż strzałę, naciągnij, dobierz kąt, czekaj, strzelaj…
     Jednakże, za każdym razem, kiedy szereg przed nimi ustępował im miejsca, nie dało się nie dostrzec, że wrogowie mimo wszystko byli coraz bliżej, a deszcz strzał tracił swój początkowy zabójczy efekt.
     Rogi elfów rozbrzmiały przeciągłym sygnałem, dającym znak do rozpoczęcia walki wręcz. Łuki poszły w niepamięć i wszyscy łucznicy dobyli tarczy oraz mieczy, przygotowując się na swoją kolej do pójścia w pole. 
     Patrzyła Dorianowi w oczy, a spojrzenie tych brązowych tęczówek wryło się w całość jej bytu
i już wiedziała, że właśnie nawiązali ten niezwykły rodzaj więzi między ich umysłami. Świat szybko zaczął widnieć z innej, pełniejszej perspektywy. Uzupełniali się tak idealnie, że nie musieli rozmawiać, pytać czy nawet myśleć. Po prostu walczyli i wiedzieli, co robią,
w ułamkach sekundy wspólnie ważąc następne ruchy i posunięcia, bezsłownie dochodząc do porozumienia, po czym zadając zsynchronizowane ciosy.

     Nie było już jej i Doriana. Teraz naprawdę byli wspólnie, oczekując na rzeczywiste rozpoczęcie bitwy.
     Pierwsi do ataku ruszyli włócznicy.
     Łomot zderzających się armii był ogłuszający.
     I zaczęło się.

______________________________
Ależ oczywistym było, że zakończę rozdział w takim momencie. 

Polecam  piosenkę w odniesieniu do końcówki tego rozdziału. 

Kauss to sąsiednia wioska, pół mili od Ettinor, w której rodzeństwo spędziło kilka miesięcy po tym dniu.

Być może ciekawią was moje powody na umieszczenie wątku zwanego Thilbo Bagginshield w moim "dziele".
To było jedno kliknięcie na filmik na Youtube. Przedstawiał on obrazki Bilba i Thorina w dość... intymnych sytuacjach. Prawie zwymiotowałam. Czułam obrzydzenie i złość na widok tego, do czego doprowadzono relacje między tymi dwoma wspaniałymi (i kompletnie różnymi, to przyznajcie) tolkienowskimi postaciami. Lecz oczywiście poszukałam, posprawdzałam, bo musiałam się przekonać, skąd to się wszystko wzięło. Poznałam termin "shipping" i odkryłam, że oprócz rysunków, ludzie tworzą też teksty, głównie po angielsku. Zaczęłam czytać... i spodobało mi się!
"Ale oni nie byli gejami!" - często słyszę argument. 
Ależ oczywiście, że nie byli. Wiem o tym doskonale i resztki mojego rozsądku wieszają na mnie psy za to, co wyprawiam, dodając, że Tolkien się pewnie w grobie przewraca. Pewnie tak, chociaż śmiem twierdzić, że Tolkien nie wykluczał miłości między dwoma mężczyznami. Przecież uczucie Sama do "pana Froda" było niesamowitą lojalnością i tak, miłością, lecz
w platonicznym wymiarze. 

A to tutaj... cóż, Thorin i Bilbo tak bardzo do siebie pasują! Kocham myśleć
o nich jak o parze i to 
się już nie zmieni. Fanfikcje zryły mi mózg (serio, czytałam nieraz takie rzeczy...). Oto więc jest:
Thorin Oakenshield + Bilbo Baggins = Thilbo Bagginshield. 
A że obaj są mężczyznami... ja nie widzę problemu. Jestem tolerancyjna.
A poza tym... takie coś dodaje pikanterii, czyż nie? :D
Koniec tematu. 


Co by tu jeszcze... 

Z tego, co mi wiadomo, Tolkien nie wspomniał, gdzie i z kim Bilbo walczył
w Bitwie 
Pięciu Armii... ja wybrałam Barda i ludzi, chociaż w filmie pewnie będzie to Thranduil
i elfy. Moja decyzja nie ma jakiegoś konkretnego wytłumaczenia. Pp prostu za dużo już elfów.

Wymyśliłam to potajemne spotkanie, żeby wyjaśnić co u licha robił Gandalf, jak go nie było.

A! Warto 
wspomnieć, że w powyższym rozdziale zawarte zostało sporo... symboliki.

I WIEM, że Sybil jest idiotką, nie ubierając nic lepszego. Ale serio nic by dla siebie nie znaleźli. Przecież elfy są bardzo wysokie, a oni 
wręcz przeciwnie.
Wpadł mi na moment taki pomysł do głowy, żeby Sybil poszła do ludzi Daina i poprosiła o kolczugę z tej specyficznej siatki, której wyrób był sekretem krasnoludów z Żelaznych Wzgórz. Na pewno by jej odmówili, a ona wtedy krzyknęłaby: "Noszę pod sercem potomka Durina, do cholery!". Ha, tylko, że to niemożliwe, żeby jej dali... pewnie ktoś by wziął zapasową, ale by jej nie uwierzyli. A jeżeli to was nie przekonuje to... przecież nie byłoby na to wszystko czasu!
Poza tym, wystarczy przecież, że rodzeństwo się nie rozdzieli. Sami zobaczycie, jak wymiatają, gdy walczą wspólnie.

Dlaczego mam niepokojące przeczucie, że coś pójdzie nie tak...?

We wszystkim chodzi o to, że "życie za życie" ma dwie kompletnie różne interpretacje...

OK, rozpisałam się jak nigdy. Koniec tego.

I jeszcze tylko małe ogłoszenie, że w dniach 17 - 28.07 wyjeżdżam. 
Następnego rozdziału możecie się spodziewać dopiero w sierpniu.
Ciekawe, czy ktoś do dotarł, czy usnęliście w trakcie.