Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suicidal attempt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suicidal attempt. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 czerwca 2015

Rozdział 11., cz. 2

To poniżej... Z pewnością jest intensywne, bardzotak więc uważajcie.
______________________________

     Sybil.
     Była tam.
     Wśród odoru śmierci, leżała na dywanie usłanym z trupów orków, wargów, wilków
i goblinów. Jej ciało było lekko wygięte - brzuch miała uniesiony, nogi nieznacznie podkulone. Jej głowa była odrzucona mocno do tyłu, odsłaniając długą, poranioną szyję. Jedna ręka bezwładnie opadła na bok, wciąż ściskając łuk, a druga spoczęła na jej łonie.

     Z którego wystawała strzała.
     Przyspieszył kroku, by do niej dotrzeć. Potykał się o niezliczone truchła, nie raz się przewracając. Zaczął mieć wrażenie, że grunt usuwa mu się spod stóp. Wtedy właśnie zza chmur wychynęło zachodzące słońce, oślepiając go. Zatoczył się i przesłonił oczy dłońmi. Zmrużył powieki, nie chcąc oderwać spojrzenia od siostry ani na chwilę, pomimo ostrego oraz bolesnego protestu jego zmysłu wzroku, który w końcu zadowalająco się wyostrzył. Chłopak znów mógł dojrzeć szczegóły. 
     Zaparło mu dech w piersiach.
     Promienie słońca zatopiły sylwetkę Sybil w cieniu, uwidaczniając tylko jej profil, ostro odcinający się od czerwieni nieba, która  jakby lustrowała przelaną na bitwie krew. Mimo że ziemia była zewsząd pokryta grubą warstwą martwych ciał lub ich części, resztek broni oraz zbroi, tworząc jedną potworną, powykręcaną, najeżoną stalą powłokę, ona się z niej wyróżniała. Wyraźnie odcinała się od karykaturalnych, nieregularnych, odrażających kształtów wrogów, od bezkształtnych szczątków, od wszelkiego obrzydlistwa.
     Od twarzy zaczynając, jej profil był jedną, gładką linią, nieskazitelną i idealną, której kreska mogłaby wyjść spod pióra jakiegoś wyśmienitego elfickiego rysownika. Delikatne kosmyki grzywki opadające na czoło. Prosty, zgrabny nosek, a potem rozchylone, ponętne usta. Podbródek odziedziczony po mamie, taki w sam raz, elegancka, łabędzia szyja, ramiona kryjące ogromną siłę. Małe, kształtne piersi, płaski brzuch z uwypukleniem na podbrzuszu, zgrabne nogi i nieduże, ciche stopy. 
     Sybil była obrazem subtelności, a jednoczesnej potęgi, eterycznego piękna, które emanowało boską harmonią.
     Zaburzoną przez jeden element.
     Strzała.
     Wżerała się w całość kompozycji niczym złośliwa drzazga, na kawałeczki roztrzaskując perfekcjonizm tego widoku. Bezlitośnie rozdzierała na pół wszelkie nadzieje Doriana, że tylko bajka, że widzi jedynie jakieś malowidło z księgi opowiadającej dzieje z  Drugiej Ery, kiedy to miało miejsce wiele śmierci podobnych do tej, a herosi legli podczas bitew z siłami Wroga.
     Wiele śmierci podobnych do tej.
     - Nie.
     Jego szept był tak cichy, tak słaby. Owa próba zaprzeczenia zdawała się być zduszona przez ogrom tragedii wokół. Przytłoczona. Zmiażdżona.
     Na jego klatce piersiowej znów złożony był ten niewidoczny ciężar. Dorian się dusił.  Powietrza… potrzebował powietrza… 
     Głębokie oddechy. Wdech, wydech… wdech i wydech… wdech, wydech, wdech… ale nie, jego płuca wciąż wydawały się mu puste. Sybil… siostra była mu potrzebna jak powietrze. Uderzyła go fala gorąca, paniki.
     Ona umarła.
     „Sybil nie… ona nie mogłaby”.
     Ależ oczywiście, że tak, ty głupcze.
     Machnął ręką, odpędzając Głos niczym stado natrętnych much.
     Był już blisko, znalazł się tuż przy niej. Dopiero wtedy zauważył, że z kącików ust Sybil spływał jej po policzkach zaschnięty strumyczek krwi, całe jej ubranie było poszarpane,
a w miejscu, gdzie grot wbił się w podbrzusze, jej strój był splamiony na czarno.

     Krew.
     Sereg.
     Dumû.
     Yár.
     Gijak.
     Wszędzie tylko krew
. Intensywny, żelazawy smród posoki uderzył w nozdrza Doriana, pociągając go na wymioty. Zakręciło mu się w głowie, po czym upadł na kolana przy siostrze.

     Z jej rany popłynęła rzeka krwi, tak intensywna, że miałam wtedy wrażenie, że nana jest jej źródłem. To nie była tylko jej krew - należała także do naszego nienarodzonego rodzeństwa, więc była to po części krew taty. A skoro mamy i taty, to i moja, i twoja. Cała nasza rodzina wykrwawiała się i umierała od tej rany.
     „Od twojej rany umarliśmy my wszyscy” – pomyślał, z wysiłkiem patrząc na nieruchomą twarz Sybil. Łzy przesłaniały mu wizję. „To nie była tylko twoja krew. Była po też części
i moja, mamy, taty, naszego rodzeństwa... Krew twojego dziecka… Filiego, a zatem też Kiliego, i Throina, Dis… nas…
wszystkich”.

     Wszystkich, stracił ich wszystkich.
     Nie miał już nic, i to było dla niego zbyt wiele, zbyt wiele do zniesienia…
     Chwycił siostrę za ramiona, jakby była jego ostatnim ratunkiem przed odejściem od zmysłów, po czym podniósł lekko jej tułów, głowę kładąc na przedramieniu. Trzymał Sybil jak małe dziecko kołysane do snu i czekał, aż się obudzi... Bo przecież spała.
     Tak, ona tylko… spała. Odpoczywała.
     Na jej twarzy zastygł grymas cierpienia, lecz błogi uśmiech wykrzywił wargi, jakby duchem znajdowała się w lepszym miejscu. Trochę jakby spała.
     - Obudź się - wychrypiał, nagle stając się niezdolnym do mówienia.
     Nic nie odpowiedziała. Cóż, Sybil od zawsze była śpiochem, a tylko coś bardzo ważnego mogło sprawić, żeby wstała z łóżka wcześnie. Zatem Dorian czekał cierpliwie, aż siostra w końcu się zbudzi.
     Lecz ona uparcie pozostawała nieruchoma, zupełnie jakby… bez życia?
     Życie za życie. 

     Ale to nie mogła być prawda, nie mogła… To się nie mogło zdarzyć. Nie miało prawa zdarzyć. Dorianowi nigdy nawet nie przyszło to głowy, że on i siostra mogliby zostać rozdzieleni w… w taki sposób. Przecież od zawsze byli nierozłączni… Zachowywali się tak samo, myśleli tak samo, nawet ich serca biły w tym samym rytmie…
     Chłopak przyłożył głowę do piersi siostry i nasłuchiwał.
     Oddałby wszystko, by nie usłyszeć tej ciszy.
     Nie… Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe. NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE, NIEMOŻLIWE.
     To jedno słowo wzrastało w nim, przybierało na sile, opanowywało razem
z rozpaczą, 
zastępowało bicie serca Sybil…
     Dorian zwariował. Słyszał w głowie okropny krzyk. To był… krzyk Kory, kiedy patrzyła na śmierć Brandona... Mama krzyczała i on krzyczał, tak to on krzyczał, kiwając się
w przód i w tył.

     Spojrzał na Sybil przez łzy, a ona pozostawała taka obojętna
     - TY TCHÓRZU! – ryknął na całe gardło, potrząsając nią. – MYŚLISZ, ŻE TAK PO PROSTU SOBIE UMRZESZ I MNIE ZOSTAWISZ?!
     I Dorian płakał oraz wrzeszczał jeszcze długo, ogarnięty rozpaczą, wściekłością,
a także bezradnością. Bezradnością, której tak bardzo nienawidził…

     O nie, on tak tego nie zostawi. Sprawi, że Sybil poczuje, jak on cierpiał.  
     Nie wiedział jeszcze jak… ani gdzie…
     Rozejrzał się wokół z lekką dezorientacją. Był pewny, że musiał stąd odejść i zabrać stąd siostrę, tyle, że nie miał gdzie pójść.   
     Dokąd się skierować? Nie miał pojęcia.
     Półprzytomnie spojrzał w górę, jakby oczekując, że odpowiedź zostanie zesłana mu
z nieba. Ujrzał wielkie stado wron i innego ptactwa krążące tuż nad nim. Sprawiały wrażenie, jakby to na niego patrzyły, czekały na jego następny ruch.

     Dorian skrzywił się. Potrzebował… prywatności. Nie chciał robić czegokolwiek będąc obserwowanym, otoczonym przez trupy, przez ich martwe twarze spoglądające na niego. Nic więcej na tym pobojowisku nie może się zdarzyć. To wystarczy.
     Z krótkim kiwnięciem głową oraz mocnym postanowieniem, Dorian podniósł siostrę
z ziemi. Sprawiło mu to wiele trudu.

     "Kiedy ona się zrobiła taka ciężka?"- zdumiał się w myślach. Poczuł niemal zabójcze ukłucie w sercu, gdy odpowiedział sobie, że przecież nie tylko Sybil niesie. Mroczki zatańczyły mu przed oczami i zatoczył się. Palący ból z uda rozprzestrzeniał się na całą lewą nogę, sprawiając, że odmawiała ona posłuszeństwa. Zacisnął zęby, powstrzymując krzyki cierpienia. Każdy krok był koszmarem. Dorian był bliski omdlenia z bólu. Wiedział, że to ostatni moment, kiedy ktoś mógłby skutecznie spróbować go wyleczyć. Chłopak powinien udać się do elfów i prosić o pomoc. Athelas najpewniej załatwiłby sprawę.
      Athelas, królewskie ziele, które w dobrych rękach mogło zdziałać cuda…
     Nie. Athelas zbyt przypominał mu o elfach. O ich cudnych twarzach, głosach oraz uśmiechach. Myśl o athelasie przywracała zamglone wspomnienia szczęśliwych chwil spędzonych w Leśnym Pałacu.  
     Athelas był wykluczony. Teraz nie istniało dla Doriana szczęście.
     Dorian przystanął i zmarszczył brwi. Zastanawiał się, czym tak dokładnie jest szczęście. Słowo brzmiało mu jakoś obco. Miał wrażenie, że zapomniał jego znaczenia.
     Ale to nieistotne. Świat wokół był pusty. Chciał opuścić to miejsce… pole bitwy, na którym odebrano mu wszystko. Miejsce skalane jego hańbą i tragedią.
     Kiedy dostawał nauki o historii Ardy, dowiedział się, że rasa ludzka zwykła nieświadomie zwracać swe oczy, myśli oraz kroki ku Zachodowi – tam, skąd przybyli. Jednakże Dorian czuł pociąg w zupełnie inną stronę. Skierował się na Wschód. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale coś pchało go w tamtym kierunku. Chłopak znajdował się na skraju wyczerpania, ale w owym natrętnym pragnieniu podążania ku Wschodowi znajdował
w sobie jeszcze energię, nawet na wchodzenie pod górę, gdyż teren wkrótce zaczął się wznosić.

     A zatem gdzieś szedł. To jedyne, co wiedział, co chciał wiedzieć. Ten marsz był cierpieniem, na które zasłużył.  Każdy ruch był piorunującym bólem, ostrym, oślepiającym białym światłem.
     Kolejny krok. Jeszcze jeden. I następny. Potem, będąc już bliski utraty przytomności, Dorian pozwalał sobie na chwilę oddechu. Później męka powtarzała się znowu. I znów.
I znów. I raz jeszcze.

     Ból był już nie do zniesienia.
     Ból jest twoim przyjacielem. Dzięki niemu wiesz, że żyjesz.
     Zatrzymał się na moment, marszcząc brwi. Ktoś kiedyś mu to powiedział… ale kto, tego już nie pamiętał.
     Potrząsł głową i rozejrzał się wokół. Zamrugał z zaskoczenia, odkrywszy, że naokoło panował mrok.
     Ponadto zdumiał się, gdy zauważył, że kroczył już po płaskiej ziemi. 
Zaszedł dosyć daleko. Dorian niewiele mógł dojrzeć w ciemności, ale nawet nie musiał spoglądać w lewo, by nie zdać sobie sprawy z obecności potężnej Samotnej Góry. Nadal była pełna smoczego jadu.
     Chłopak zadrżał, gdyż dopiero teraz, na pustkowiu, odczuł, jaka wrogość biła od otaczającej go krainy. Ta świadomość niemal zwaliła go z nóg.
     Był słaby, musiał odpocząć.
     Usiadł na ziemi, siostrę ostrożnie kładąc przed sobą.
     Zewsząd napierała na niego ta okropna cisza oraz nienaturalny spokój.
     Był sam.

     Nie wiedział, co ze sobą począć. Nie miał już energii, by iść.
     A więc… zostać?
     Pokręcił głową.
     Jak mógłby tak po prostu zatrzymać się tutaj? I… zostawić Sybil? Żyć dalej bez niej…
     To przecież nie było możliwe.
     Nie dla niego…
     A jednak ona miała czelność odejść… Dlaczego?
     Kiwał się w przód i w tył, z oczami wpatrzonymi w dal.
     - Dlaczego mnie zostawiłaś? – zastanawiał się na głos. – Czy chodzi o coś, co zrobiłem, powiedziałem? A może… o to, czego nie powiedziałem?
     Ale Sybil tylko milczała, uparcie tak jak zawsze, kiedy sobie coś umyśliła.  Nie znosił tego jej niemalże krasnoludzkiego uporu. Czasem go to niezwykle denerwowało.
     - Odpowiedz mi! – wysyczał wściekle. – Odpowiedz! Czy coś zrobiłem nie źle? Czy czegoś nie zrobiłem?
     Ona nic nie odparła.
     - Ach, zatem wybierasz milczenie – warknął. Wpatrywał się w nią intensywnie, lecz ona zdawała się nie czuć na sobie jego spojrzenia. Oderwał wzrok od jej twarzy, tylko na moment, bo on już nie mógł… tego znieść… jej twarz była blada, tak chorobliwie, trupio blada. Nie mógł na nią patrzeć, a tak jak zawsze gorąco tęsknił za jej widokiem, teraz nie potrafił wytrzymać… widzenia jej tak bardzo…
     Martwej.  

     Sybil nie żyje, nie żyje, nie żyje… NIE …
     Nie mógł złapać tchu, kręciło mu się w głowie i miał gorączkę. Powoli odchodził od zmysłów, a to wszystko przez…
     Spojrzał na Sybil z furią i ryknął:
     - JAK MOGŁAŚ MI TO ZROBIĆ, JAK MOGŁAŚ MNIE ZOSTAWIĆ?! NIENAWIDZĘ CIĘ, NIENAWIDZĘ, SŁYSZYSZ?!  TCHÓRZ, ZDRAJCZYNI, MORDERCZYNI!
     Zabiła dziecko. Zabiła własne, nienarodzone dziecko.
     Zdradziła go, stchórzyła. Zostawiła go samego. Kłamała. Mówiła, że nigdy tego nie zrobi. Przyrzekała na wszystko i złamała swoje śluby.
     A czy ty jesteś bez grzechu, Stauki?

     Poczucie winy nagle spadło na niego, przygniotło niczym lawina.
     Myślami cofnął się wstecz, do wydarzeń na bitwie i zrozumiał…
     Całe to nieszczęście, ta tragedia… to przez niego. Tak naprawdę wszystko było jego winą.
     Wszystko. Jego. Winą.
     Tak naprawdę to on był kłamcą. Mordercą. Zdrajcą.    
     To
on… On…    
     Dorian drżał.
Jak miał nie ugiąć się pod ciężarem tylu istnień przerwanych, tylu oczu na zawsze zamkniętych i śmiechów na zawsze uciszonych, tych najdroższych jemu samemu… 
     Zrozumiał, że nie było już nadziei, na nic. Skoro, wszystko, co dobre, odeszło ze świata, nic nie skończy się dobrze…   
     Jak miał dalej funkcjonować ze świadomością o konsekwencjach swoich czynów?  

     Nigdy nie zostanie mu wybaczone… Dorian sam sobie nie wybaczy.
     Nigdy. Na wieczność będzie nienawidził siebie za to, co zrobił.
     A wieczność była tak długim czasem.
     Syn Brandona nie przypominał sobie, aby w jego życiu kiedykolwiek zdarzył się mroczniejszy moment. Nie pamiętał bycia pogrążonym w gorszej beznadziei. Ciemność znów go pochłaniała, chłopak zapadał się w niej. Owo uczucie było mu aż nadto znane. Zareagował na nie odruchowo. Mimowolnie, z jego zaschniętego gardła wydobył się cichy, chrapliwy śpiew.


A Elbereth Gilthoniel 
silivren penna míriel
o menel aglar elenath! 

Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath,
Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!

A Elbereth Gilthoniel
o menel palan-díriel,
le nallon sí di'-nguruthos!
A tíro nin, Fanuilos!

A! Elbereth Gilthoniel!
silivren penna míriel
o menel aglar elenath,
Gilthoniel, A! Elbereth!


     Jego pieśń utonęła w ciszy, bez najmniejszego odzewu. Modlitwa do Elbereth nie dała mu żadnego  komfortu. Z tego powodu jego myśli powędrowały do wspomnień dobrych czasów, a on nie miał nad tym kontroli. Przypomniało mu się wiele miłych chwil spędzonych w Ettinor, a także w Mrocznej Puszczy pod opieką elfów…
     Nieświadomie zasięgnął pamięcią do dnia, kiedy Sybil dostała łuk od Belega…
     Bolało.
     To uczucie jakby uderzono go czymś w twarz przywróciło Doriana do rzeczywistości. Na wpół oszalałe spojrzenie chłopaka spoczęło na siostrze i na strzale wystającej z jej łona.
     Nagle ogarnęła go nieopanowana wściekłość na widok tej… tej orkowej … drzazgi.
     Jeden strzał, jedno brzdękniecie cięciwy,  moment krótszy od mrugnięcia okiem obrócił w niwecz tak wiele.
     Dorian skrzywił się z furią, po czym z determinacją przystąpił do wyjmowania strzały
z podbrzusza Sybil drżącymi dłońmi. W trakcie owej czynności wydawał z siebie nieartykułowane dźwięki złości i obrzydzenia zarazem. Starał się nie myśleć o tym, że grot przebił nie tylko ciało jego siostry. Że teraz, kiedy go usuwał, grot przechodził także przez…
     Wkrótce Dorianowi udało się dopiąć swego. Chłopak uniósł zakrwawioną strzałę na wysokość oczu i przyjrzał jej się, po czym cisnął drzazgę jak najdalej od siebie z okrzykiem odrazy. Później dyszał ciężko przez kilka minut, próbując opanować napady nudności.
     Gdy wreszcie uspokoił się odrobinę, znów patrzył na Sybil.
     „Zginęła od własnej broni” – pomyślał gorzko. „Oddała życie w obronie najbliższych”.
     Umarła zupełnie jak ich matka.
     Uświadomienie sobie tego faktu to było więcej niż Dorian mógł znieść. Głowa już bolała go od płaczu, ale mimo to z jego oczu wypłynęły rzewne, palące łzy.

     Nie wszystkie łzy są złe, tak?  Nie, nie te łzy, które właśnie ronił. One były jedynymi, których nigdy by nie mógł znieść. Nie zniesie tych łez. Nie zniesie płaczu po umarłej Sybil.
     A jednak one wciąż płynęły, nieustannie skapywały mu z policzków, parząc skórę jak trucizna, po czym wsiąkały w ziemię. Kiwał się w przód, w tył, w przód, w tył, nieustannie trząsł się oraz szlochał, a od płaczu zachrypł mu głos w zaschniętym gardle. Ból głowy doprowadzał go do szału i niech to już…

     „Przestań”.
     Niech to po prostu… przestanie. Miał już dość. Serdecznie dosyć bólu fizycznego oraz psychicznego, miał po uszy cierpienia oraz straty, i tego uczucia w sercu, jakby zostało ono rozerwane na kawałeczki prze utratę ukochanych osób…
     - Zabierz to ode mnie, zabierz - łkał, szepcząc maniacko. Jego głowa była bliska eksplozji z bólu... jak wszystko. Napadło go odczucie, że ten ból zaraz rozsadzi go od środka…
     - Nie – wymamrotał półprzytomnie. – Nie, Thorinie – wyjąkał z trudem, a palące łzy płynęły mu po policzkach. – Ból nie jest moim przyjacielem.
     To go wyniszczało, a Dorian już doprawdy, doprawdy nie miał siły. Nie miał siły z tym walczyć.
     Był wyczerpany.
     Stracił Sybil, która w jakiś sposób zdawała się być jego siłą życiową. Był słaby bez niej. Za słaby.
     Zerknął na siostrę, ale ujrzał tylko martwe ciało. Jego siostra już nie istniała wśród żywych.
     Dorian gwałtownie odwrócił wzrok od trupa i odczołgał się na odległość paru kroków. Zakręciło mu się w głowie. Dostał napadu silnych nudności. Po chwili zwymiotował resztkami czegokolwiek, co miał w żołądku. Później padł na ziemię, pozbawiony nawet krzty energii. Jego ciałem wstrząsały lekkie konwulsje, bardzo też chciało mu się pić. Bezradnie rozejrzał się wokół, lecz oczywiście w pobliżu nie znajdowała się ani kropla wody. Chłopak jęknął boleśnie, po czym z najwyższym trudem podniósł się i powoli poraczkował z powrotem tam, gdzie od zawsze było jego miejsce. U boku Sybil. Położył się przy niej i, dysząc ciężko po ogromnym wysiłku, patrzył w niebo, nic nie widząc, przytłoczony beznadzieją.
     Co miał ze sobą zrobić?
     Był zupełnie sam, otaczała go cisza. Osaczony pustką. Nie chciał tego. Chciał pozbyć się napierającej na niego ciemności.
     Były na to sposoby?
     Chyba czytał gdzieś o tym… o spaczonej przez Morgotha religii płomienia Anoru,
w istocie będącą czarną magią, która obiecywała zwycięstwo nad Łaską Ilúvatara
w zamian za odpowiednią ofiarę…
     To prawda, Stauki…
     Były sposoby.
     Życie za życie.
     Jego ręka mimowolnie powędrowała w kierunku sztyletu od Erlonda, który miał uczepiony u pasa.
     Wyjął ostrze z pochwy i przyjrzał się mu, zachwycając się nad sposobem, w jaki połyskiwało w mroku nocy. Klinga była piękna, zabójczo piękna… tak cudnie, kusząco ostra… kojąco zimna…
     Niczym balsam na jego rany. Wszystkie jego rany.
   
     Dorian przestał oddychać na moment, jego ciało znieruchomiało, a palce spoczęły na ostrzu, w które wpatrywał się intensywnie przez czas jakiś. Potem przyjrzał się pochwie sztyletu, muskając klejnoty układające się w płomienie umieszczone na jej krańcach.

     Iskra.
     Ozdobne kamienie na pochwie sztyletu Sybil wyglądały jak wiatr.
     Ostatni Powiew.
     A jego miecz w istocie okazał się być dann hen morn... 
     Dorian niemal zaśmiał się z przekąsem.
     Skoro nie ma Ostatniego Powiewu, nic już nie podsyci Iskry.
     Najwyraźniej takie przeznaczenie zostało dla niego wybrane.  
     Ale czy byłby w stanie…?
     Zmarszczył brwi, zastanawiając się głęboko.
     Czy tego naprawdę by chciał? Czy czegoś takiego pragnęliby dla niego jego matka, ojciec, jego Słońce, król, bracia, no i siostra?
     Serce mówiło mu, że to jedyny sposób, w jaki powinien skończyć. Niegodnie, w hańbie. W głębi duszy wiedział, że to jedyna rzecz, która mu pozostała. A jednak bał się. Był przerażony. Potrzebował osoby, która dodałaby mu otuchy, pocieszyła… Że po wszystkim będzie dobrze, lepiej.
     Nie było jednak przy nim nikogo. Nikogo prócz…
     Dorian po kilku próbach dał radę podnieść się do pozycji siedzącej. Potem wziął Sybil
w ramiona i przytulił się mocno do jej zimnego, sztywnego ciała.
     - Wróć do mnie – powiedział, jakoś nieśmiało ważąc się na błagalny ton. – Wróć do mnie, melda neth. Wróć do mnie, proszę. Sybil, proszę… wróć do mnie. Obiecałaś być przy mnie.
     Ale przecież jego siostra nie była jedyną, która nie dotrzymała obietnicy. On sam złamał słowo, nie dotrzymał przysięgi, zawiódł ją… I to przez niego, cała tragedia była jego winą… Gdyby nie jego żądza zemsty, tak wiele istnień by przetrwało… A Sybil…
     - Sybil – załkał znów, cichutko. Nieskończoną ilość razy wymawiał to imię na nieprzeliczoną ilość sposobów, lecz teraz dotarło do niego, jak bardzo kochał owo słowo. – Wróć do mnie, bo inaczej ja pójdę do ciebie.  – Nie brzmiało to jak pogróżka, tak jak zamierzał, a tylko umęczony lament. – Wróć do mnie, bo… bo jak nie, to ja… ja to skończę.
     Może tego właśnie potrzebował… tak, on naprawdę tego potrzebował. Końca. Nie dany mu on został przez Los… więc sam go sobie weźmie. Koniec bólu. Koniec pustki. Koniec strachu. Wszystko przeminie…
     „Boe naid bain gwannathar, boe cuil ban firitha” - w Rivendell często to powtarzano,
i choć było to samą prawdą, on nigdy nie lubił myśleć w ten sposób, lecz teraz przyniosło mu to odrobinę ukojenia. Taka była kolej rzeczy, musiał temu zaufać.
     - Ú i vethed, nâ i onnad - wyszeptał, patrząc w nocne niebo.
     Mimo owego niewielkiego pocieszenia, Dorian bał się tego, co miało zaraz nastąpić. Panicznie obawiał się mimowolnie ogarniającego go chłodu Śmierci.
     Tak, musiał z tym skończyć, nawet jeśli nie miał pewności, czy znajdzie w sobie wystarczająco energii na owy czyn.
     Mój biedny chłopcze… jesteś taki młody… Tak okrutnie młody… Siła i wiek twego ducha znacznie przerasta wiek oraz możliwości twego ciała… Jesteś w nim więźniem… Ale ty masz, masz siłę, by się uwolnić.
     „Nie jestem twój” Dorian odparł z odrazą. „Robię to dla Sybil”.
     Dla niej wszystko.

     Dygocąc agonalnie, starannie położył ciało siostry na ziemi, po czym dźwignął się na klęczki.
     „Ae ú-esteliach nad, estelio veleth”.
     To wystarczyło.
     Wycelował sztylet w klatkę piersiową.
     Cztery…
     Do końca życia bez Sybil wcale nie musi być tak długim czasem…
     Trzy…
     Ostrze było takie zimne, tak zimne… było tak pewną śmiercią …
     Dwa…
     Jego miłość do siostry była od niej silniejsza, zaraz to udowodni.
     Jeden…
     Siedem Gwiazd Elebereth odbiło się w klindze.
     - A! Elbereth! - wykrzyknął.
     Ręka nawet mu nie drgnęła, kiedy z całej siły wbił ostrze prosto w serce.
     Chłopak wrzasnął na doznanie śmiertelnego pocałunku stali.
     Padł na twardy grunt tuż obok siostry, ściskając ją za rękę, a w drugiej dłoni nadal trzymał sztylet.
     Świat wirował. Dorian poczuł się nagle niezwykle lekki, jakby ulatywał w przestworza,
a jednocześnie zapadał się w ciemność, która w końcu wygrała i pochłonęła go na zawsze.

***
     Kilka dni później pewien wędrowiec przechodził tamtędy, nieopodal zbocza Samotnej Góry. Zobaczył niepochowane martwe ciała dwójki młodych ludzi i jego serce ścisnęło się
z żalu na widok ich splecionych dłoni. W litościwym hołdzie ułożył stos kamieni na trupach Doriana i Sybil, tworząc kurhan. W zamian za tę przysługę odebrał im sztylety od Elronda oraz wszelką broń, jaką mieli przy sobie, po czym ruszył dalej w świat.
     Grobowiec rodzeństwa został szybko porośnięty przez mech, a później soczysto zieloną trawę. Naokoło wyrosły drzewa, tworząc idealny okrąg strażników, który po niedługim czasie powiększył się do rozmiarów lasu. Miejsce ich spoczynku stało się odosobnione. Szmer strumienia, który wybił nieopodal i z dwóch stron opływał grób, jak również śpiew ptaków, brzmiały tam zawsze słodko, wzruszająco, zarazem niewypowiedzialnie smutno. Drzewa szeptały dziwne rzeczy, ale nie dotarł tam żaden z tych, którzy potrafiliby te ciche słowa zrozumieć, zanim wszyscy odeszli ze świata. Każdy zaś, kto tam trafił, od razu zauważał tajemniczą roślinę, która oplotła mogiłę - drobne, liczne, białe kwiaty. Sekretem pozostaje jak symbelminë zakorzenił się w tamtym miejscu, które wkrótce nazwano Kręgiem Smutku.
     Lecz to nie koniec historii Doriana i Sybil oraz ich przodków, gdyż dzieje zawsze znajdą sposób, by zatoczyć koło, niemające początku ani końca. Przetrwał jeszcze jeden ślad istnienia tych ludzi, który odcisnął swoje piętno na świecie bardzo wyraźnie, a Życie za życie znalazło swoją kontynuację w innym życiu.  


______________________________

Sindarin:
- Sereg - Blood - 
Krew 

Boe naid bain gwannathar,
 boe cuil ban firitha - All things must pass away, all life is doomed to fade - Wszystkie rzeczy muszą odejść, każde życie jest skazane na przeminięcie
- Ú i vethed, nâ i onnad - This is not the end, it is the beginning - To nie jest koniec, to początek 

- Ae ú-esteliach nad, estelio veleth - If you trust nothing more, trust love - 
Jeśli nie ufasz niczemu 
więcej, zaufaj miłosci

Khuzdul/ Quenya/ Czarna Mowa: 

- Dumû/ 
Yár/ Gijak - Krew 

Pisanie tego rozdziału było chyba najtrudniejszym wyzwaniem, z jakim musiałam się zmierzyć w trakcie pisania całej tej przeklętej fanfikcji. Z całych sił odwlekałam dodawanie choćby jednego nowego zdania.  


Mam teraz drobne wrzuty sumienia dotyczące tego, w jaki sposób postąpiłam z Dorianem. Sybil jakoś nigdy nie było mi bardzo szkoda. 

Być może to był mój największy problem. 

Ale w końcu mam to wszystko za sobą.

Jak dla mnie, Dorian nie mógłby skończyć inaczej. 

I to nie jest koniec całej historii... To dopiero początek. 

Chociaż pod powyższym rozdziałem nie ma magicznego napisu "KONIEC" to można
w pewien sposób 
traktować go jako zakończenie historii o Dorianie i Sybil, tych draniach, przez których nie wysypiam się od bitego półtora roku. Następny rozdział jest przejściem między "Życie za życie" a "Peryár" i należy do obu opowieści. Dlatego też postanowiłam, że wyjaśnienia, dlaczego sprawy potoczyły się tak a nie inaczej, oraz moje uwagi dotyczące paru innych rzeczy, a także ogromne podziękowania, które należą się niektórym osobom, znajdą się dopiero w poście opublikowanym po kolejnym rozdziale. 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Księga III

Drodzy państwo, wracamy do gry. Oto więc jest początek końca - pierwszy rozdział ostatniej księgi. Historia niedorzecznym kołem się zatacza (co wydarzy się również
w mojej opowieści, i to  kilkakrotnie) - znów wyrażam nadzieję, że nie przyśniecie przy tym rozdziale. Ogólnie, będzie dużo o nadziei. I miłości. Co najmniej dwóch rodzajów. Rzygam tęczą, ale tylko tak trochę.

______________________________

Księga III

Rozdział 1.
     Wiosła z trudem przecinały przemarznięte wody Jeziora. Przedzieranie się przez tafle lodu przychodziło jej z coraz większym wysiłkiem, lecz nadzieja ciągle tliła się w sercu Sybil i to dodawało jej energii.
     „Nadzieja matką głupców”. 
     Przypływała na Cmentarzysko Smoka dzień w dzień. Całymi godzinami kluczyła wśród ruin Esgaroth, wokół martwego Smauga. To miejsce było przerażające. Ziało zawiścią, złem oraz śmiercią. Jak każdy, bardzo bała się tu zapuszczać. Pomimo wszystko, robiła to. Niestrudzenie wołała, krzyczała, błagała, żeby brat dał jej jakiś znak, cokolwiek, żeby mogła go odnaleźć.
     - Dorian! Sí! Im sí!    
     Cisza.

     - Melui hawn!

     Cisza.
     - Dorian, melui hawn! A chéneg! - nawoływała. - A ionneg
     Cisza.
     Niezmącona, śmiertelna, ciężka, przytłaczająca, potworna.
     „Obiecałeś! Obiecałeś, że już mnie nie zostawisz!”
     Rozpierała ją rozpacz i wściekłość, spowodowana bezradnością. Gwałtownie zerwała się na nogi, aż łódka się zakołysała.
     - TY TCHÓRZU! - wyryczała na całe gardło, a jej krzyk niósł się daleko. - MYŚLISZ, ŻE TAK PO PROSTU SOBIE UMRZESZ I MNIE ZOSTAWISZ?! OOO NIE! ZNAJDĘ CIĘ SPRAWIĘ, ŻE ZGINIESZ JESZCZE RAZ ZA TO, JAK TERAZ CIERPIĘ!
     Upadła na kolana, wyzuta z sił. Poddała się i płakała. Dla Doriana nigdy się nie poddawała. Po tym dniu starała się przezwyciężyć własny ból oraz cierpienie dla niego. Istniała dla niego, pracowała dla niego, walczyła dla niego, robiła wszystko, by żył i miał się dobrze. Jednak tak nie było. Starała się tak bardzo, a mimo to on zapadał się w ciemność. Wychodziła do pracy o świcie, a gdy wracała o zmierzchu wciąż robił to samo - siedział skulony w łóżku, ściskając mocno miecz taty, a z jego oczu płynęły ciche łzy. Nic nie mówił, nic nie jadł. W dodatku krzyczał i płakał przez sen. Tamten czas był koszmarem. Tak bardzo się bała, że i jego straci, lecz nie poddawała się - szukała sposobu, by przywrócić go z powrotem. Dopiero elfom się to udało.
     „Kiedy potrzebuję ich najbardziej, elfów nie ma”.
     Znów przepełniały ją negatywne emocje. Nie chciała tego. Pragnęła, żeby jej mały braciszek znów był przy niej. Pragnęła poczuć jego bliskość, usłyszeć jego śmiech. Czuła się jak połowa siebie bez Doriana. Połowa, która nie może funkcjonować bez tej drugiej. Często zastanawiało ją, jakim cudem funkcjonowała przez pierwsze dwa lata na świecie bez niego… Musiała być bardzo samotna.  Tak jak teraz. Życie straciło dla niej sens, bo nie miała dla kogo istnieć.
     „Masz jeszcze Thorina, Kiliego… Ach, a Fili?” - odezwał się wredny głosik w jej głowie. Fili… był wspaniały. Akceptował ją w pełni taką, jaka była. Wyszczególniał jej pozytywne cechy, a z wad czynił zalety. On trzymał ją w szachu, to on sprawiał, że zło w niej nie wygrywało. Przy nim była dobra. Dla reszty świata był groźnym wojownikiem, a dla niej - łagodny, troskliwy i czuły. Kochała go za to, jak i za wszystko inne. Lecz teraz nie potrafiła. W tej chwili była… pusta. Nie potrafiła czuć miłości bez brata. Nie potrafiła czuć bez niego niczego pozytywnego.    
     Desperacki zamiar kwitł w jej głowie od dawna, ale dopiero w piątym dniu bezowocnych poszukiwań postanowiła go zrealizować. Nadzieja wygasła. Nikt, nawet Dorian, nie przeżyłby dryfowania tyle dni w lodowatej wodzie.
     „Fili, kiedy dzisiaj żegnałam się z tobą,  stwierdziłam, że będę szukać Doriana choćby
i do końca życia. Mówiłam poważnie...” 

     Chwyciła sztylet oburącz i wycelowała prosto w serce. Szarość zimowego nieba odbiła się w ostrzu, a stal wydała się jej tak chłodna oraz wyrachowana jak sama śmierć. Ponadto zawierała w sobie obietnicę. Kuszącą obietnicę ponownego i wiecznego połączenia się
z bratem.

     Jej ręce drżały, a na klingę skapnęły łzy. Bała się tego, co miało zaraz nastąpić, ale wpatrywała się w sztylet jak zaklęta. Zdawało jej się, że do niej przemawiał. Albo to głos
w jej głowie…

     Zrób to, nie wahaj się, na co czekasz? Po prostu… jedno szybkie, proste pchnięcie i po wszystkim…
     Podjęła decyzję. Jej serce przyspieszyło niewiarygodnie, cała zaczęła dygotać. Wzięła kilka głębokich oddechów, a przez jej umysł w szalonym tempie przetaczały się najróżniejsze myśli. Miała wrażenie, że zwariowała.
     Cztery…
     Do końca życia bez Doriana wcale nie musi być tak długim czasem…
     Trzy…
     Ostrze było takie zimne, tak zimne… było tak pewną śmiercią …
     Dwa…
     Jej miłość do brata jest od niej silniejsza, zaraz to udowodni. 
     Jede…          
     Nagle coś ją tknęło. Zechciała zaśpiewać ten ostatni raz.

 A Elbereth Gilthoniel,
silivren penna míriel
   
     W oddali usłyszała niewyraźne:

o menel aglar elenath! 

    Czy jej się zdawało? Czy już zaczęła słyszeć to, czego pragnęła? Czy do reszty odeszła od zmysłów? Pozwalając sobie na odrobinę nadziei, Sybil zaśpiewała raz jeszcze, głośniej:

Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath... 

     Z uwagą wsłuchiwała się w otoczenie. Po chwili dostała odpowiedź:

Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!

     Błyskawicznie chwyciła za wiosła. Kontynuowała, śpiewając dwa wersy, a znajomy głos odpowiadał dwoma kolejnymi. Kierowała się w stronę dźwięku. Znalazła się przy samym truchle smoka. Słyszała ten głos, lecz nie mogła zobaczyć osoby, do której należał. Pieśń dobiegała końca, Sybil kiedy go nareszcie dostrzegła.
     Dorian.
     Był tam.
     Dryfował na sporym kawale drewna, który mógł być kiedyś dużymi drzwiami. Podpłynęła tuż obok niego, niemal przecierając oczy z niedowierzaniem. 
     „Czy ja śnię?”
     Nie, to nie był sen. Jej brat naprawdę żył i potrzebował pomocy.
Wciągnęła go do łódki. Był cały przemoczony, siny oraz zesztywniały. Kiedy zdał sobie sprawę z jej obecności, przeczołgał się na najdalszy skrawek rufy ze strachem. Nie poznawał jej. Patrzył na nią obłąkanym wzrokiem. Sybil spojrzała na niego uważniej i od razu zauważyła, że trawiła go gorączka.
     - Av-'osto. Udulen an edraith angin - powiedziała, klękając przy nim powoli.
     Przyjrzał się jej i zmarszczył brwi.
     - Iston i nîf lîn… - wyszeptał, ujmując dłonią jej policzek.
     Wpatrywał się w nią przez, zdawało się, wieczność. Widać było po nim, że
z najwyższym wysiłkiem przywoływał wspomnienia. 
      - Neth? - 
spytał niepewnie.    
     Pokiwała głową ze łzami w oczach. On uśmiechnął się słabo i zapłakał.
     - Melui neth! - 
wykrzyknął. - Ni 'lassui!
     W odpowiedzi przytuliła go mocno i obydwoje płakali, nie wierząc jeszcze we własne szczęście.
     - Gi melin, 
Sybil… - załkał cichutko.
     - Gi melin, 
Dorian… - odparła ze wzruszeniem.
     
Cały czas drżał. Jego ciało było śmiertelnie zimne. Narzuciła na niego futro, które dostała od mieszkańców Esgaroth oraz koc, który miała przygotowany specjalnie na tę okazję, po czym objęła go mocno i kołysała w ramionach.
     - Tolo na rengy nin! Beriathon!
     - No… - 
wyszeptał.   
     Milczeli przez dłuższy czas. Kiedy Sybil oprzytomniała, zdała sobie sprawę, że jej brat przestał się poruszać.
     - Dorian…
     Nie odpowiedział.
     - Dorian!
     Potrzęsła nim, ale on nie reagował. Jego puls był słaby i ledwo wyczuwalny, oddech praktycznie niezauważalny.
     - Nie, nie! Błagam, nie teraz!
     Zdjęła bluzę i okryła go nią, przez co została się w samej koszuli na mrozie. Zimno dopadło ją natychmiastowo, lecz nie zważała na to. Postanowiła rozgrzać się przez wiosłowanie. Do dziś nie wiedziała, że potrafiła robić to tak szybko. Jednakże, nie ważne jak bardzo się starała, port zdawał się nie zbliżać ani o cal. Czas stanął w miejscu. Wiosłowała i wiosłowała, patrząc na nieruchomego brata ze strachem. Opadała z sił ze świadomością, że każde uderzenie serca Doriana może być tym ostatnim. To był horror. Już naprawdę nie dawała rady, ale zamknęła oczy i z determinacją parła do przodu. Kiedy już myślała, że zaraz zemdleje z wysiłku, a ręce jej odpadną, dobiła do brzegu. Dziwne, ale w dokach nie było nikogo. Tłum był zgromadzony wokół jakiejś grupy. Wytężyła wzrok i aż krzyknęła z zaskoczenia, gdyż ujrzała wysokie, smukłe sylwetki elfów. Zauważyła nawet Súriona rozmawiającego z Filim.
     „A więc szczęśliwa passa trwa”.
     Z ogromnym trudem wyciągnęła Doriana z łódki. Zebrała w sobie resztki sił i krzyknęła jak potrafiła najgłośniej:
     - Boe de nestad!
     Wszystkie elfy odwróciły głowy w jej stronę. Najlepszy przyjaciel jej brata zjawił się tuż obok w mgnieniu oka.
     - Ai, Súron! Mae g’ovannen! - powiedziała słabo, po czym zachwiała się i upadłaby, gdyby Fili jej nie złapał.
     - Sybil! - wykrzyknął z niepokojem. - Co się dzieje?!
     „To przez dziecko” - pomyślała.
     Istota, która się w niej rozwijała, zabierała jej bardzo dużo energii. Z powodu „tego małego pasożyta”, jak jego/ją pieszczotliwie określała, szybko się męczyła. Złościło ją to. Normalnie taki rejs nie powinien ją kosztować tyle wysiłku.
     - Nie martw się, to nic - wydyszała, a potem dźwignęła się na nogi.
     Ujrzała, jak Tauriel torowała sobie drogę przez tłum gapiów. Elfka zastygła w bezruchu, gdy zobaczyła nieprzytomnego Doriana, a na jej pięknej twarzy odmalował się jednocześnie szok, radość oraz strach.
     - 
Êl síla erin lû e-govaned vîn, Tauriel wyszeptała Sybil z ulgą. 
     Elfka jakby oprzytomniała i spojrzała na nią przeciągle. Po chwili pokiwała głową. Dała znak Súrionowi, a ten wziął chłopca w ramiona, po czym odeszli w stronę obozowiska. Od tamtego momentu Sybil już się nie bała o los brata. Tauriel odznaczała się dużymi zdolnościami uzdrowicielskimi, na pewno wyleczy Doriana.
     Dziewczyna usiadła na ziemi, sapiąc ciężko, nie zważając na spojrzenia innych. 
Myślała tylko o tym, żeby odpocząć momencik i biec do brata. Do rzeczywistości przywróciło ją niespodziewane uczucie ciepła. Zauważyła, że Fili zarzucił na nią swoje futro.
     - Ale z ciebie wariatka - wyszeptał z niedowierzaniem.
     Nic nie odpowiedziała, tylko przytuliła się do niego. Wdychała zapach krasnoluda
i wczuwała się w to, jak jego oddech zwalnia. Wsłuchała się w bicie jego serca, powoli odzyskując spokój. Nie miała pojęcia, jak długo tak trwali. Gdy znów otworzyła oczy, naokoło panował typowy gwar - ludzie krzątali się, zbierając resztki ich dobytku, jakie woda wyrzuciła na brzeg. Słychać było odgłosy pracujących narzędzi, płacz dzieci, czasem lamenty kobiet. Ocalali po napadzie Smauga nie czekali; od razu zabrali się do organizacji obozowiska, zdobywania jedzenia 
i wszystkich potrzebnych rzeczy, aby nie umrzeć z głodu czy zimna w ciągu najbliższych dni. Sybil wyczuwała wśród nich coś nowego - nadzieję, która pojawiła się z pewnością wraz z przybyciem wesołych leśnych elfów.
     Nadzieja odżyła także w jej sercu. Uniosła głowę i spojrzała prosto w lodowate oczy Filiego, teraz pełne czułości i podziwu.
     - Dziękuję - szepnęła cicho.
     - Zawsze do usług, wariatko - zaśmiał się delikatnie. - Chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać.
     - I co… boisz się? - zażartowała.
     - Ani trochę - odparł z uśmiechem. - Muszę  przyznać, że jestem pod wrażeniem. Sam już straciłem nadzieję, a ty uparcie trwałaś przy swoim… I jednak ci się udało!
     - Tego jeszcze nie wiem - odparła.
     - Co?
     - Przecież nie wiem, czy Dorian żyje. - Zerwała się na nogi. - Gdzie on jest? Gdzie on jest?! Oooj, będzie mi się musiał gęsto tłumaczyć! - Wykrzykiwała pod adresem brata najróżniejsze groźby, kierując się w stronę miejsca, w którym z pewnością był. - Jeżeli uważa, że doprowadzanie mnie do szaleństwa ujdzie mu na sucho, to…
     Gdy weszła za prowizoryczny parawan i spojrzała na scenę wokół ogniska, urwała
w pół słowa. Pierwszym, co zobaczyła, był Kili z troską oraz niepokojem patrzący na Tauriel. Ona z kolei wydawała się być czymś bardzo zmęczona, a twarz Súriona była pełna napięcia, kiedy nieprzerwanie wpatrywał się w nieprzytomnego Doriana ułożonego na stercie ubrań.

     - Co się stało? - spytała Sybil, niemało przestraszona.
     - Prawie go straciliśmy - odparł elf grobowym tonem.
     Poczuła, że jej słabo.
     „Przecież to niemożliwe!”

     - Jak to?!
     - Nie wiem…-  rzekła elfka z zadumą. - Nie rozumiem… z trudem sprowadziłam go
z powrotem… musiało zdarzyć się coś strasznego…

     - Czyli? - dociekała dziewczyna.
     - Sybil, on jest śmiertelnie wyczerpany. Nie tylko fizycznie oczywiście, ale i psychicznie. Nie pojmuję, co mogło mu wyrządzić aż taką krzywdę.
     Zaniemówiła. Przyjrzała się bratu i znalazła odpowiedź.
     „Ogień i woda” - pomyślała od razu.

     Uklękła przy Dorianie, po czym złapała go za rękę. Jego puls nadal był wolny, lecz już mocniejszy. Wyraźnie widziała, jak jego klatka piersiowa unosiła się i opadała. Zapomniała o całym świecie, obserwując go. Z zamyślenia wyrwał ją Kili, który stanął obok, kładąc rękę na jej ramieniu. Uśmiechnęła się smutno.
     - Wszystko będzie dobrze - powiedział.
     - Oczywiście - mruknęła.
     - Sybbie, połóż się, odpocznij.
     - A co z Dorianem?
     - Ja z nim zostanę.
     - Nie. Przykro mi odbierać ci tę przyjemność, Ki, ale teraz nie odejdę od niego nawet na krok.
     Kili przewrócił oczami.
     - Skoro tak mówisz - westchnął i odszedł, kulejąc odrobinę.
     Dopiero teraz zauważyła, że nieopodal cały czas był jeszcze Fili, a Tauriel oraz Súrion zniknęli.
     Zdjęła z siebie futro krasnoluda i podała mu. Nie chciał go wziąć.

     - Tobie będzie bardziej potrzebne. - Z tymi słowami narzuciła ubranie na niego. Znowu dopadło ją zimno, ale szybko temu zaradziła, kładąc się przy Dorianie i opatulając się kocem. Zamknęła oczy i powiedziała:
     - Możesz zostawić nas samych?
     Usłyszała, że Fili się oddalił. Została sam na sam z bratem. Szybko zapadła w sen bez żadnych koszmarów.
     Obudziła się nagle. Dorian niespokojnie wiercił się i mamrotał:
     - Ogień… ogień… on…  woda, woda… onnnaa…
     - Cii, nic nie mów - szepnęła. Zaczęła nucić kołysankę, którą nauczyła ją mama.


Dlaczego nie śpisz?
Dlaczego płaczesz?
Dlaczego kulisz się w swym łóżku?

Uspokój się, maluszku.
Pomogę ci dotrzeć do krainy,
gdzie leżą najwspanialsze góry i doliny.

Już cicho, oczęta zmruż…
Ach, spójrz!
Biegasz wśród zielonych wzgórz.

Już dobrze, najukochańszy…
Odkrywaj swój cudowny  świat.
Czy słyszysz?
Wodospad toczy wokół białej piany kwiat.

Już w porządku, najdroższy…
Zatrać się w świecie snu.
Czy czujesz?
Tak, to przesłodki zapach bzu.

     Chłopak uspokoił się niemal natychmiastowo. Śpiewała jeszcze długo, po czym znów usnęła.
     Gdy ponownie otworzyła oczy, ujrzała młodą dziewczynę patrzącą prosto na nich.
     - Witaj Sigrid.
     Córka Barda Łucznika spłonęła rumieńcem.
     - Wybacz… n-nie chciałam cię budzić - wyjąkała.
     - Nic nie szkodzi… - Sybil zmarszczyła brwi po chwili zastanowienia. - Dlaczego tu jesteś?
     - Chciałam zobaczyć mojego wybawcę - odpowiedziała Sigrid nieśmiało.
     Sybil uśmiechnęła się. Wstała i opatuliła słodko śpiącego Doriana kocem, po czym narzuciła na siebie bluzę. Odeszła od brata parę kroków, a potem powiedziała:
     - Oto i on.
     Sigrid powoli podeszła bliżej. Ostrożnie usiadła obok chłopaka, wpatrując się w niego 
z niekrytą fascynacją.
     - Zostaniesz z nim? - zapytała Sybil.
     - Ja?-  wykrztusiła dziewczyna, rzucając jej szybkie, zszokowane spojrzenie. - Zawsze.
     Sybil zaśmiała się cicho odchodząc. Miała dobre przeczucia co do Sigrid. Postanowiła zostawić swojego brata pod jej opieką na jakiś czas i przekonać się, jak sytuacja się rozwinie.
     Dziewczyna skierowała się prosto do łódki, w której dziś płynęła. Leżący w niej nagi sztylet lśnił w mroku już z daleka. Sybil Wzięła przedmiot ostrożnie do ręki. Był naprawdę piękny i doskonale wykonany. Łamała sobie głowę, dlaczego Elrond je im podarował. Często wracała myślami do Imladris. W końcu przeżyła tam niezapomniane chwile.
     Zastanawiającym było to, że pochwa jej sztyletu różniła się od tej Doriana. Jej była wykonana z bordowej skóry, na brzegach wysadzana licznymi, drobniutkimi, jasnymi klejnotami, mieniącymi się kolorami tęczy. Tworzyły one subtelny, a zarazem dziwny wzór, który w odpowiednim świetle jakby imitował ruch powietrza. Pochwa należąca do jej brata była zrobiona z czarnej skóry, w podobny sposób udekorowana, tyle że jej czerwono-złote kamienie zdawały się być płomieniami ognia. Same sztylety natomiast były identyczne.
     Wpatrywała się w ostrze jak zahipnotyzowana. Wszystko wokół znikło. Było tylko światło zachodzącego słońca tańczące na krawędziach klingi, która nagle wydała się jej niesamowicie ostra, jak nigdy wcześniej.   Śmiertelnie ostra. Ale przy tym tak piękna…
     Potrzęsła głową. Trzeźwo spojrzała na trzymaną w rekach rzecz i zobaczyła jedynie sztylet.
     - Będę musiała na ciebie uważać - mruknęła, chowając broń głęboko.

______________________________
Sindarin:
- Sí! Im sí! - Here! I'm here! - Tutaj! Tutaj jestem!
- Melui hawn!-  Lovley little brother! - Kochany/Piękny braciszku!
- A chéneg! A ionneg
! - Little boy! Little one! - Mały chłopcze! Maleńki!
- Av-'osto. Udulen an edraith angin. - Don't be afraid.
I'm here to safe you. - Nie bój się. Jestem tu, by się uratować.
- Iston i nîf lîn. - I know your face. -
Znam twoją twarz.
- (Melui) Neth - (Lovley) little sister - (Kochana/Piękna) siostrzyczka
- Ni 'lassui! - Thank you! - 
Dziękuję!
- Gi melin. - I love you. - Kocham cię.
- Tolo na rengy nin!
Beriathon! - Come into my arms! Let me hold you safe - Schroń się
w moich ramionach. Pozwól mi cię ochronić.
- No. - Yes. - Tak.
- Boe de nestad! - He/she needs healing! - On/ona potrzebuje pomocy (medycznej)!
- Mae g’ovannen! - Well met! - S
zczęśliwe spotkanie!
- Êl síla erin lû e-govaned vîn. - A stars shines in a hour of our meeting. -
Gwiazdy świecą nad godziną naszego spotkania. 
  
#Co do tej kołysanki... cóż, tamta lekcja religii była wyjątkowo "porywająca". Miałam ją usunąć, ale w końcu zostawiłam. Dla Oli, która była kiedyś ciekawa, jak mi wychodzi układanie wierszy (tak, to dla Ciebie, mój Skarbie, narażam się na pośmiewisko).

Sigrid i Dorian... tak, kolejna śliczna parka nam się tu wykluwa. ^^