Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gilraen is wonderful. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gilraen is wonderful. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 sierpnia 2014

05.09.2940 r.

Zrobiłam... coś. Czuję tak ogromne obawy przed spektakularnym zniszczeniem wszystkiego, co związane jest z opisaniem nadchodzących wydarzeń w "Życie za życie", że dostaję świra. Musiałam jakoś dać ujście napięciu, więc napisałam historyjkę poniżej. Miała ona być zabawna, lekka i przyjemna, a jak wyszło, to oceńcie sami.
Tytuł to data, kiedy ma miejsce akcja. Dorian budzi się po przyjęciu urodzinowym, wspólnym jego i siostry, i cóż, może jednak zacznie słuchać Sybil...
______________________________

     Naprawdę, naprawdę powinien był wziąć tę oczywistość pod uwagę. I, chociaż urażało to jego dumę do samego jej rdzenia, posłuchać siostry. Oczywiście nigdy tego nie przyzna. Tak samo jak nie przyzna się do rzeczy, które inni będą mu wmawiać, że robił minionej nocy. A fakt, że od pewnego momentu uczty nie mógł sobie nic przypomnieć, wcale nie ułatwiał sprawy.
     Jako, że zawsze może być gorzej, nieodpowiednio okrutnie szybko zdał sobie sprawę ze swojej kondycji. Wyczynem porównywalnym z wdarciem się do lochów Morgotha wydawało mu się teraz otworzenie oczu, wstanie z łóżka i zwykłe funkcjonowanie.
     Chyba po raz pierwszy zaczął żałować, że nie żył wśród ludzi na tyle długo, by poznać przekleństwa mogące dostatecznie obrazowo wyjaśnić, jak fatalnie się czuł.
     „O Mahal” - pomyślał, drżącymi dłońmi uwalniając się z plątaniny pościeli. - „Tym razem rzeczywiście przeholowałem”.
     Zasłużył na nauczkę, prawda, ale czy aż taką? Kac-morderca, który go dopadł, był raczej przesadą, przynajmniej w jego osobistym mniemaniu. Co więcej, straszna perspektywa powrotu do życia była tylko kwestią czasu. Nawet jeżeli reszta biesiadników też musiała się pozbierać, to z pewnością już to zrobiła. Nie mógł równać się z elfami
w wytrzymałości na działanie alkoholu. Nawet nie potrzebował upewnienia, że potwierdził to zeszłej nocy. Jednak nic nie uratuje go przed codziennymi obowiązkami, a już szczególnie nie sami mieszkańcy Leśnego Pałacu.
     Jęknął na samą myśl o nadchodzących docinkach. O Eru…
     Natychmiastowo pojął, że musiał zrobić cokolwiek, by chociaż stworzyć pozory, że ma się lepiej niż w rzeczywistości. Inaczej nie przestaną mu dokuczać przynajmniej do początku zimy.
     Mógł by na przykład…
     Wstać.
     Znów jęknął.
     W istocie, musiał zwlec się ze swojego ukochanego, miękkiego, ciepłego łóżka.
     Gdy pogodził się z ową tragedią, ostrożnie uchylił powieki.
     Dziękował samemu Iluvatarowi, że w jego pokoju nie było źródła światła słonecznego, gdyż okazało się, że promienie kilku świec palących się na szafce nocnej wystarczyły, by przez jego gałki oczne dźgnięcie bólu wdarło się aż do mózgu. Syknął i już miał się odwrócić, kiedy zauważył kubek postawiony obok świec, wypełniony jakimś jasnym płynem. Wydał z siebie nieartykułowany okrzyk szczęścia. Valarowie okazali się łaskawi. Miał tak sucho w ustach, że czuł wyimaginowane ziarenka piasku na języku. Z radości nie rozważył swojego następnego ruchu. Szybko podniósł się na łokciach i wtedy to się stało.
     Uderzenie nieopisanego bólu poraziło jego czaszkę z mocą tak ogromną jak połączona siła taty i Thorina walących młotem w kowadło. Krzyknął w cierpieniu, łapiąc się za głowę. Opadł na poduszki, wciąż wyjąc z bólu. Nareszcie zrozumiał, co Fili i Kili mieli na myśli mówiąc, że „słyszysz jakby sam Aulë zrobił sobie kuźnię w twojej głowie”. Tortury trwały
i trwały, gdy nagle przez fale cierpienia przedarła się myśl, że może napój w kubku mu pomoże, cokolwiek to było. Z trudem człowieka będącego w agonii, jakimś cudem chwycił naczynie. Nie zastanawiając się wiele, zaczął pić wielkimi haustami.
     Ciecz była cudownie chłodna oraz doskonale gasiła pragnienie. Miała w sobie delikatność jesiennego poranka i bardzo szybko łagodziła ból. Dorian wypił wszystko za jednym razem. Skrzywił się z niezadowoleniem, kiedy napój się skończył. Potem powoli usiadł na skraju łóżka i przez czas jakiś wpatrywał się w kubek ze słabym uśmiechem.
     - Och Gilraen - w końcu wypowiedział swoje myśli na głos. - Słońce ty moje, czy już kiedyś mówiłem jak bardzo cię kocham?
     - Wspomniałeś o tym zeszłej nocy - odparł aksamitny głos od strony wejścia.
     Podskoczył z zaskoczenia, po czym odwrócił się w jej stronę. Uzdrowicielka opierała się o futrynę. No tak. Pewnie przyszła tutaj zaalarmowana jego krzykami. Jak zwykle biła od niej lekka słoneczna poświata, a biorąc pod uwagę jego aktualnie wyczulony zmysł wzroku, Dorian musiał zmrużyć oczy, by móc na nią patrzeć. Unosiła brwi, a w jej zielonych oczach migotały iskierki rozbawienia.
     - Mówiłem coś takiego? - spytał.
     - O tak, po nadmiarze wina stajesz się wyjątkowo wylewny - odparła elfka. - Wyznałeś mi, jak bardzo mnie cenisz, jak bardzo jesteś wdzięczny za opiekę…
     Ukrył twarz w dłoniach z jękiem upokorzenia. Jeżeli język aż tak bardzo mu się rozplątał…
     Tylko szelest szat i ciepło, które zawsze biło od jej ciała, zdradzały, że Gilraen podeszła blisko.
     - Czy żałujesz tego, co powiedziałeś? – zapytała cicho.
     Gwałtownie podniósł głowę. Elfka klęczała przy łóżku z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
     - Nie! - zaprzeczył ostro. - Moje słowa były jak najbardziej szczere, tylko… od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale w inny sposób, nie będąc…
     - Epicko pijanym? - podpowiedziała słowa, których mu brakowało.
     - Tak, właśnie - przyznał niechętnie.
     Westchnęła, kładąc rękę na jego ramieniu.
     - Zasługujesz na porządną reprymendę, Dorianie, synu Brandona - powiedziała surowo. - Lecz ja nie jestem tą, która ci ją da.
     - Co masz na myśli? - zmarszczył brwi.
     - Sybil… - odparła, a jego serce zamarło na dźwięk imienia siostry. - Ona jest… cóż, wściekła.
     Głośno przełknął ślinę.
     - Bardzo? - szepnął, odrobinę przestraszony.
     Jaśniejące oczy Gilraen przeszyły jego własne.
     - Nawet nie masz pojęcia.
     Wzdrygnął się na samo wyobrażenie Sybil tak bardzo złej. A oprócz tego, że będzie musiał stawić jej czoła, to jeszcze przeprosić i przyznać jej rację. Tak, to wygląda na wystarczającą karę.
     - Mi zrobiło się ciebie żal na samo wyobrażenie, co będziesz czuł, gdy się obudzisz… dlatego przygotowałam ci ten napar.
     - Tak, odgadłem to - nie mógł powstrzymać uśmiechu wdzięczności. - Jesteś wspaniała, wiesz?
     Jego Słońce odwzajemniło uśmiech, po czym elfka wstała.
     - Zdajesz sobie sprawę, że jest już późne popołudnie?
     Wytrzeszczył oczy.
     - Niemożliwe…
     - A jednak - odpowiedziała Gilraen z powagą. - Lepiej szybko zbierz się i pokaż
w kuchniach. Spałeś za długo.
     Energicznie pokiwał głową i zerwał się na nogi. Syknął, kiedy w jego głowie rozległy się uderzenia młotów.
     Gilraen zachichotała.
     - Zaraz powinieneś poczuć się o wiele lepiej. Lek jeszcze nie do końca zaczął działać.
     Znów kiwnął głową, tym razem mniej gwałtownie. Przymknął oczy, próbując powstrzymać wirujący świat.
     - Dobrze, już ubieram się i idę - wymamrotał. - Guren glassui, Gilraen.
     - Nie ma za co, henig - z tymi słowami wyszła, pozbawiając pokój jej błogosławionego ciepła i światła.
     Westchnął ciężko, po czym powoli, ostrożnie przystąpił do zdejmowania ubrań. Miał na sobie piękne, wyjściowe szaty, podarunek od Króla, które zwyczajnie zrujnował.
     W tamtej chwili był zdenerwowany sam na siebie. Przecież Sybil go ostrzegała…
     - Dorian, do cholery, zachowujesz się w tej chwili jak rozbrykany dzieciak, którym
w istocie jesteś! - wysyczała, pochylając się nad nim. - Próbujesz pokazać jakiś to ty dorosły, a odnosisz skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego!
     - Daj mi spokój - odwarknął. - Przecież…
     - Co? - wtrąciła kpiąco. - Skończyłeś piętnaście lat? Cóż, widziałeś zaprawdę pokaźną ilość wiosen w porównaniu do reszty zgromadzonych - szydziła.
     Najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się przed uderzeniem jej w twarz. Mocniej zacisnął palce wokół kielicha i zabijał siostrę wzrokiem, gdy przysiadła się obok niego.
     - Sybil, choć raz daj mi święty spokój! To jest nasze przyjęcie urodzinowe, mam prawo się zabawić!
     - A ty choć raz mnie posłuchaj! Czy nie widzisz, że nie masz hamulców? Już wypiłeś za dużo, a wyobrażasz sobie, co będzie potem?! Skompromitujesz się jak nigdy!
     - Czy ty nie przesadzasz? - przyłożył dłoń do jej czoła. - Może to ty przeholowałaś
i teraz widzisz rzeczy, których nie ma?
     Gwałtownie odtrąciła jego rękę, po czym ujęła ją w żelazny uścisk pod stołem.
     - Nie dostrzegasz, że pijesz za dużo, żeby to było normalne, Dorian? - szepnęła.
     Parsknął szyderczym śmiechem.
     - Tutaj wszyscy piją - wykrztusił, kiedy jako tako się opanował.
     - To nie jest wymówka - powiedziała chłodno.
     Skrzywił się.
     - Wiesz co? Po prostu… idź sobie. Psujesz mi zabawę.
     Potem wolną ręką sięgnął po kielich i pociągnął z niego długi łyk, patrząc siostrze prosto w oczy, a jego usta wykrzywił wyzywający uśmieszek. Widział po niej, że była niemal zaślepiona furią. Aż usłyszał, jak mocno zazgrzytała zębami. Poczuł, że jej paznokcie wpijają się w skórę na jego ręce prawie do krwi. Była bliska uduszenia go na miejscu, lecz jakimś cudem się powstrzymała.
     -
Pe-channas! - wycedziła przez zaciśnięte zęby, a on prychnął tylko. Wstała gwałtownie i odeszła szybkim krokiem, z twarzą wciąż pociemniałą z gniewu. Odprowadzał ją wzrokiem, kiedy mijała tańczące pary i została u wyjścia z Sali zaczepiona przez Belega. Znów prychnął, po czym wrócił do przerwanej rozmowy z Firieth.
     Po przebraniu się w codzienny strój i wielu, wielu, wielu, wielu, wielu... bardzo wielu... łykach wody, Dorian znów przysiadł na łóżku, zbierając odwagę, by pokazać się reszcie. Najwyraźniej trwało to zbyt długo, bo do jego uszu dotarł znajomy głos gwiżdżący jakąś skoczną melodię. Jęknął przeciągle. Oto nadchodził początek żartów i docinek.
     - Wiesz, jakie jest najczęściej powtarzane zdanie dzisiaj? - Z tymi słowami Súrion wkroczył do pokoju. - Dorian ylf ernedui.
     - Ego mibo orch - burknął.
     Surion zachichotał, lecz nie ruszył się z miejsca. Dorian podszedł do przyjaciela
i uściskał go.
     - Mellon nìn! - Chłopak zerknął na niego błagalnie. - Powiedz mi, że nie było aż tak źle.
     Elf ledwo powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Długo krztusił się, po czym odchrząknął i z trudno utrzymywaną powagą rzekł:
     - To zależy, jak na to spojrzeć, melui mellon. Z jednej strony nie jest tragicznie, bo nie byłeś aż tak pijany jak na przykład Imlad, który zwyczajnie zasnął. Ale… ekhm… cóż, skoro blat stołu pomyliłeś z posadzką, chciałeś konkurować z Hirlinem na najlepszego tancerza… bez butów… co chwila wznosiłeś toast za zdrowie Króla… zamieniłeś role w Balladzie
o Luthien i Berenie… i ułożyłeś pieśń na cześć Firieth… Poczekaj… jak to było? - Zastanawiał się przez moment, po czym zaśpiewał:


Czterysta lat spadały liście pod wrażeniem jej urody, 
a jej piękna nie podkreślą suknie żadnej mody. 
Włosy jej niczym płomienie uczucia, 
które rozpala w każdym bez wyczucia.


     - Nie! - wykrzyknął Dorian. - Przestań!
     Jego najlepszy przyjaciel ryknął potężnym śmiechem. Zaśmiewał się i nie przestawał, podczas gdy Dorian bezradnie stał pośrodku pokoju, upokorzony.
     - A wiesz co jest najlepsze? - wykrztusił elf, wycierając łzy z policzków. - Lavassir spisał te słowa! Teraz wszyscy nucą twoją pieśń!
     Dorianowi zachciało się jednocześnie histerycznie śmiać i płakać. Nie dość, że będzie się musiał zmierzyć z Sybil, to jeszcze przeprosić Firieth. Była ona najmłodszą mieszkanką Mrocznej Puszczy, miała niewiele ponad czterysta lat i Dorian bardzo dobrze się z nią dogadywał, ale po czymś takim…
     - Thranduil powinien zabronić mi picia wina - mruknął, próbując ignorować nieustające salwy śmiechu Súriona.
     - Och tak, to prawda, jesteś stanowczo za młody na takie wybryki. - Elf spoważniał na chwilę. - Obiło mi się o uszy, że twoja siostra rozmawiała już z nim na ten temat. Ponoć Król powiedział, że był pod wrażeniem twojego… „młodzieńczego wigoru”. Ale wiesz jaki on jest, ma do ciebie słabość i raczej nie odmówi ci niczego, co lubisz.
     - Niestety - odpowiedział z przekąsem. - Będę musiał z nim o tym pomówić...
     - O! Czyżbym był świadkiem mocnego postanowienia poprawy? - wykrzyknął Súrion.
     Dorian dał mu kuksańca w ramię.
     - Ała! - figlarnie krzyknął jego przyjaciel, żartobliwie masując bolące miejsce. - No co?! Niejedna osoba z radością usłyszy, że dostałeś nauczkę! Sybil, której wypsnęła się nader imponująca wiązanka nieeleganckich epitetów na twój temat… Firieth, która od wczoraj nie pokazała się nikomu na oczy… Oczywiście Thranduil… Ach, i Legolas, który bardzo chętnie wysłucha również twoich wyjaśnień, dlaczego nie stawiłeś się na wyjście na patrol…
     - Co?! - przerwał Dorian. - Książę wyszedł na patrol?!
     - Tak, kilka godzin temu.
     Chłopak jęknął, kryjąc twarz w dłoniach. Legolas został jego dowódcą zaledwie
w zeszłym miesiącu, a Dorian już zdążył zaliczyć wpadkę.
     - Dlaczego nikt mi nie powiedział?
     Súrion wzruszył ramionami.
     - Może myśleli, że usłyszałeś sygnał, ale nie jesteś w stanie przyjść, albo byli zbyt zajęci zachwycaniem się nad twoim poetyckim talentem.
     Elf znów zanucił pieśń swoim czystym, pięknym głosem.


Czterysta lat spadały liście pod wrażeniem jej urody, 
a jej piękna nie podkreślą suknie żadnej mody.


     Widząc mordercze spojrzenie Doriana, Súrion szybko odwrócił się na pięcie w kierunku wyjścia. Chłopak zerwał się do biegu i gonił przyjaciela, z zamysłem spowodowania poważnego uszczerbku na zdrowiu. A Súrion tylko gromko śmiał się, uciekając mu
z łatwością. Nie minęło dużo czasu, gdy elf zniknął Dorianowi z pola widzenia. Chłopak słyszał jedynie śmiech przyjaciela, radosny niczym srebrne dzwoneczki, a także słowa śpiewane na całe gardło:


Włosy jej niczym płomienie uczucia, 
które rozpala w każdym bez wyczucia.


     Postanowienie na przyszłość?
     Naprawdę częściej słuchać siostry.
____________________________

Sindarin:
- Guren glassui - dziękuję z całego serca,
- Henig - moje dziecko,
- Pe-channas - idiota,
- Dorian ylf ernedui - Dorian wypił za dużo wina,
- Ego mibo orch - idź pocałuj orka,
- Mellon nìn - mój przyjaciel/ mój przyjacielu,
- Melui mellon - kochany przyjaciel/ kochany przyjacielu.

Ustaliłam również kilka dat, które na pewno się przydadzą. Dorian i Sybil nie urodzili się w ten sam dzień. Dorian przyszedł na świat 02.09.2925 r., a Sybil 07.09.2923 r., dlatego też mieszkańcy Leśnego Pałacu wyprawiają jedną ucztę zamiast dwóch (powody praktyczne- jest to rozwiązanie wygodne,
a tak szczerze, to kto by zniósł tyle picia w tak krótkim odstępie czasu?).
Ten dzień był 08.02.2939 r., potem od lutego do kwietnia Dorian i Sybil żyli w sąsiedniej wiosce, Kauss. Od kwietnia bezcelowo tułali się po świecie. Dnia 17.07.2939 r. po raz pierwszy spotykają leśne elfy, błądząc w Mrocznej Puszczy. Od tamtej pory pozostali pod ich opieką i wychowaniem aż do 04.01.2941 r., kiedy to rodzeństwo wyrusza do Ered Luin, by odnaleźć Dziedziców Durina, którzy gościli w Ettinor od 16.01.2933 do 10.04.2934 r.
Kolejny rozdział już wkrótce... ale nie ma obaw, będzie raczej rozczarowujący. Zero akcji. (Na waszym miejscu zastanowiłabym się, czy chcecie, żebym przystąpiła do publikowania mojej wersji wydarzeń
z Bitwy Pięciu Armii, co zacznie się w rozdziale 8...).
Powyższy tekst opublikowałam również na deviantarcie, żeby może przyciągnąć kogoś na mojego bloga. Jak na razie nie wyszło. Trudno.

Dorian knows how to party hard.

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 5.

Do tej pory nie rozwinęłam wątku Doriana za bardzo… Nadszedł czas, aby to zmienić. Ten rozdział jest chyba najdłuższy ze wszystkich, jakie do tej pory napisałam, ale bardzo starałam się, żeby nie był nudny. UWAGA, JEST WYSOCE PRAWDOPODOBNE, ŻE TO, CO PRZECZYTASZ, BĘDZIE BOLAŁO.
_____________________________

     - Sybil, usiądź inaczej!
     Siostra przewróciła oczami, wyprostowała się i zaczęła jeść zgodnie ze wszystkimi wskazaniami etykiety, krojąc mięso na drobne kawałeczki, parodiując nadęte dystyngowanie sfer wyższych.
     Mama westchnęła, widząc kpinę w zachowaniu Sybil i nic nie powiedziała. Po chwili chicho syknęła. Jej oddech stał się szybki i urywany, a na twarzy rysował się ból.
     - Mamo? - spytał z niepokojem. - Co się dzieje?
     - Kopią.
     Razem z Sybil błyskawicznie zerwali się z miejsc i uklęknęli po bokach mamy. Dotknęli jej już wyraźnie wystającego brzucha.
     - Ale łobuzy! - Wykrzyknęła siostra. - Przestańcie już, mamę to boli! - 
grożąc palcem nienarodzonym dzieciom powiedziała surowo. - Będzie mieć jeszcze całe życie na wariowanie!
     - Ja osobiście wolałabym, żeby wyszalały się teraz, a po urodzeniu były spokojne - mama wydyszała z trudem. On i Sybil podali jej dłonie, chcąc dodać jej otuchy. Ścisnęła je bardzo mocno. - Nie chcę znowu przechodzić przez piekiełko, który wy dwoje mi zgotowaliście tymi ciągłymi bójkami i kłótniami.
     - Mamo… - jęknął. Ciągle to samo. Przecież ostatnio zmniejszyli ilość bójek do jednej dziennie! - A skąd jesteś pewna, że to bliźnięta?
     - Po prostu to czuję, synku - odparła z uśmiechem.
     - Ale jak? - dociekał.
     Mama zaśmiała się ciepło.
     - Nie wiem jak ci to wytłumaczyć! No nie patrz tak na mnie, zwyczajnie nie dam rady! Zaufaj mi, ty jesteś w ciąży czy ja?

     - Mamo? Dlaczego taty tak długo nie ma?
     - Dorian, zadręczysz mnie kiedyś pytaniami! - zachichotała. - Sama nie wiem… wyszedł na wieś załatwić kilka spraw…  ja też powoli zaczynam się martwić. To nie powinno trwać tak długo.
     - Już idzie - powiedziała Sybil.
     - Skąd wiesz? - spytał
     - Dlaczego ty zawsze zapominasz! - westchnęła. - Wyczuwam, kiedy tata się zbliża.
     Za chwilę słychać było, jak tata ryglował drzwi. Wbiegł do pokoju, a jego wyraz twarzy był co najmniej niepokojący. Mama zerwała się na równe nogi.
     - Brandon?
     - Orkowie. Nadchodzą.
     Mama kiwnęła głową. Odwróciła się do niego i Sybil.
     - Posłuchajcie mnie teraz uważnie! Idźcie na górę do swojego pokoju, wyjdźcie przez okno i zejdźcie po bluszczu. Weźcie konie, ty Sybil, łuk i pędźcie do sąsiedniej wioski ich ostrzec. Dołączymy tam do was.
     - Ale co się dzieje?! - krzyknęła jego siostra.
     Tata podszedł do niej. 
     - Córeczko, musisz być silna - powiedział, 
patrząc jej głęboko w oczy. - Musisz chronić siebie i brata. 
     - Ale…
     Nie znając sprzeciwu, zwrócił się do niego. 
     - Synku, musisz być dzielny. Cokolwiek zaraz się stanie, wiedz, że ja i mama bardzo was kochamy i nigdy nie opuścimy.
     - Ale tato! Ja i Sybil nigdzie nie idziemy! - krzyknął.
     Ktoś wyważył drzwi. Tata jęknął.
     - Och nie.
     Do jadalni wszedł ogromny biały potwór razem z dwoma mniejszymi. Przyglądał się im przez chwilę, po czym powiedział mrożącym krew w żyłach głosem. 
     - Kobietę i smarkaczy zabić. Mężczyznę pojmać.
     Tata dobył miecza.
     - Zostaw nas! Czy nie widzisz, że moja żona jest brzemienna? Odejdź, bo pożałujesz!
     Ten z łukiem zaśmiał się szyderczo.
     - Czy ty wiesz, do kogo mówisz, głupcze? Lepiej się nie sprzeciwiaj. Wielki Goblin nie lubi mieć w kopalniach niewolników takich jak ty.
     Tata zrobił krok do przodu.
     - Zostawcie nas! - powtórzył.
     Ten wielki, biały przemówił znowu, głosem strasznym jak sama śmierć. 
     - Masz piękny miecz, wieśniaku. Krasnoludzki. - Splunął. - Komu go ukradłeś?
     - Dostałem. W podarunku.
     Azog wybuchł śmiechem. Wyrwał miecz temu drugiemu orkowi i zaatakował. Tata odparował kilka ciosów, raniąc go nawet. To rozwścieczyło Białego Orka. Zrobił niewyobrażalnie szybkie pchnięcie.
     Mama wrzasnęła.
     - Brandon!
     Podbiegła do leżącego na ziemi, krwawiącego taty i pocałowała go w usta. Pogłaskał ją po głowie i szepnął coś do jej ucha. Podał jej miecz. Ona kiwnęła głową. Płacząc, pocałowała go raz jeszcze, po czym podbiegła do niego i Sybil. Zasłoniła ich całą sobą, unosząc miecz.
     - Jakie to żałosne - prychnął Azog.
     - Nie krzywdźcie moich dzieci! - krzyknęła.
     - Nie utrudniaj tego, kobieto!
     - ZOSTAWCIE NAS!
     Brzdęknęła cięciwa. Mama znieruchomiała, a potem osunęła się na podłogę. Strzała trafiła ją prosto w łono. Płakała, tak jak on z Sybil.  
     Spojrzała mu w oczy. Była taka przestraszona.
     - Uciekajcie. Wy musicie żyć.
     Podała mu miecz.
     - UCIEKAJCIE!
     Nie wiedział, co miał robić. Mama łkała i czołgała się w stronę taty, zostawiając za sobą strugi krwi.
     Ten z mieczem zaczął zbliżać się do niego i siostry.
     - No chodźcie tu… może Wielki Goblin was zechce…
     Zaczęli cofać się powoli w stronę schodów.
     - NO CHODŹCIE TU! - Rzucił się na nich.
     Dorian zamknął oczy i wystawił miecz przed siebie w obronnym geście. Po chwili zobaczył, że  ork się na niego nadział.
     Sybil pociągnęła go za rękę. Zabarykadowali się u siebie w pokoju i płakali. Nagle poczuli swąd dymu. Uciekli przez okno, schodząc po bluszczu. Sybil zabrała ze spichlerza swój łuk. Wsiedli na nieosiodłane konie i pędzili na oślep przed siebie. Zatrzymali się na pobliskim wzgórzu, z którego obserwowali, jak ich całe dotychczasowe życie trawiły płomienie.

     Dorian obudził się z krzykiem.

     Płomienie, płomienie, ciągle te płomienie.
     Skulił się w kłębek pod fałdami miękkiej, ciepłej pościeli. Cały się trząsł. Dlaczego zawsze kiedy znajdował eis w miłych, spokojnych miejscach miał takie sny? Jak długo będzie go męczył ten dzień?
     Tak bardzo chciał mieć małego braciszka…. A tata mówił, że za kilka najbliższych dni zabierze go na męską wyprawę, tylko ojciec i syn…
     Niezliczone łzy ciekły mu po policzkach,  kiedy wyciągnął spod poduszki miecz i gładził jego lodowate, wyrachowane ostrze.
     Był sam w swoim pokoju. Nie musiał już udawać, nie było potrzeby, aby ukrywał się za maską nienawiści i zemsty. Tutaj nie musiał się oszukiwać - był jeszcze chłopcem, który płakał właśnie za straconymi rodzicami.
     - Tato… - powiedział na głos. - Miałeś pokazać, jak być mężczyzną. Jak żyć prawo
i honorowo. Mówiłeś, że za niedługo będę na tyle dojrzały, że zaczniesz mi tłumaczyć bardzo poważne kwestie… - Zapłakał. - Powiesz, co jest właściwe, a co nie…. Gdybyś zdążył, och gdybyś zdążył, może nie okryłbym się hańbą… Tęsknię za tobą, tato. Tak bardzo żałuję, że tyle razy byłem nieposłuszny. Że nie powiedziałem, jak bardzo cię kocham i podziwiam.   

     - Mamo, mamusiu… - Wspominając ją niemal nie mógł mówić przez łzy. - Ty zawsze byłaś dla mnie taka dobra. Zawsze byłaś blisko, gotowa zrobić dla mnie wszystko.
I zrobiłaś. Byłaś taka dzielna. Ale odeszłaś. A gdzie jesteś teraz?- Szlochał. - Tata mówił, że nigdy nas nie opuścicie. Więc gdzie jesteś? Tak bardzo za tobą tęsknię. Ja cię potrzebuję. Nie chcę być zdrajcą, który przelał mnóstwo krwi. Chcę znów usłyszeć twój śmiech i to jak mówisz „kocham cię, Dorianie”.
I znów ujrzeć twoje piękne oczy. Mamusiu, czy nasze nienarodzone rodzeństwo też miałoby takie?
     Odpowiedziała mu jedynie cisza. Ona towarzyszyła mu często i nauczył się przestać jej bać. Teraz jednak znów naszedł go strach. Wpatrywał się w drewniane sklepienie, które było stworzone tak, aby imitowało splątane konary drzew. Starał sobie wyobrazić, że był
w lesie,
a źródło Zaklętej Rzeki biło nieopodal. Drzewa szeptały, a słońce przebijało się przez ich liście, rozświetlając gęsty mrok. Ptaki śpiewały cichutko…    
     To była dobra, kojąca wizja. Pomagała mu odgonić ciemność. Ona wracała, i to często.
W chwilach zwątpienia ujmowała go w swój żelazny uścisk. Nie pokazywał tego po sobie, bo nie chciał martwić Sybil. Obiecał, że już więcej tak nie zrobi, że już jej nie zostawi.
     Dzięki pobytowi w, o ironio, Mrocznej Puszczy, znalazł sposób, aby pokonać mrok.

     To wszystko się zaczęło, kiedy patrzył, jak ich dom płonie. Czuł wtedy, że odległy dym otaczał go, dusił, przesłaniając widok na cały świat. Wydawało mu się od tamtej pory, że oślepł. Choć oczy miał otwarte, widział przed sobą jedynie czarną pustą otchłań, do granic możliwości wypchaną cierpieniem. Nie wiedział, co się działo dookoła. Ciągle nawiedzała go wizja, jak mama czołgała się w stronę umierającego taty, zostawiając za sobą strugi krwi, albo straszna twarz Białego Orka. Nie wiedział, czy miał sny, ale Sybil opowiadała później, że tak, i że bardzo dużo wtedy krzyczał. Oraz, że za każdym razem budził się
z coraz większym trudem, a ona płakała, bo bezradnie patrzyła, jak opuszczała go chęć do życia. Czasami jednak Dorian wyrywał się z odrętwienia. Widział wtedy, jak Sybil potrząsała nim i łkała. Błagłaa go, żeby coś zjadł. Żeby cokolwiek powiedział, przestał bowiem mówić.
Ja i Sybil nigdzie nie idziemy było ostatnim zdaniem, ba, ostatnimi słowami, jakie wydobyły się z jego ust. Kiedy innego razu uciekł ciemności na moment, zobaczył, że siostra prowadziła go za rękę. Sam nie miał już siły iść. Życie opuszczało go powoli i nieubłaganie, a Sybil, tracąc nadzieję, stawała się coraz bardziej wyczerpana.  
     Było już naprawdę źle. Czuł, że był już bardzo słaby i za niedługo zapadnie się w mrok na dobre. Wtedy coś usłyszał. Pierwszy raz było to coś innego niż krzyk i płacz mamy oraz śmiech Azoga. Usłyszał głosy, które mówiły coś w nieznanym mu języku. Głosy były pełne czegoś, na co nie mógł znaleźć słowa. To było coś bardzo abstrakcyjnego. Długo później dotarło do niego, że słyszał w nich radość i wesołość. Miały one wielką moc, tak wielką, że ciemność zostawiła Doriana. Gdy otworzył oczy, zobaczył, że jego siostra rozmawiała
z najpiękniejszymi istotami, jakie kiedykolwiek widział w życiu. Czyjeś delikatne, a zarazem silne ręce podniosły go z ziemi. Czuł, że ktoś go niósł i słyszał, jak śpiewał cicho, tak cudnie i kojąco, że tamtego razu Dorian był pewny, że zapadł w sen. Ale śnił o
tym dniu.
A ciemność przyszła upomnieć się po niego. Zechciał się przed nią bronić, ale ona była dużo silniejsza. Znów go dusiła, przygniatała, obezwładniała… Ale wtedy jakiś aksamitny głos powiedział:

     - Wróć do nas, chłopcze.
     „Nie mam siły”, pomyślał.
     - Masz. Dziecko, pokonaj ją.
     „Nie dam rady”
     - Dasz.
Danna si fuin!
     Ujrzał światło. Gdzieś w oddali, malutki promyk przebijający się przez mrok. Stawał się coraz większy i jaśniejszy. W miarę jak głos powtarzał „danna si fuin”, ciemność faktycznie upadała. Poczuł, że zdjęto z niego ogromny ciężar. Nagle zachłysnął się krystalicznie czystym powietrzem. Ten dym, który go otaczał… zniknął. Odzyskał wszystkie zmysły
z niesamowitą ostrością. Otworzył oczy i ujrzał Słońce. Ona nim była. Uśmiechnęła się,
a on poczuł, jak coś miłego przetaczało się przez jego ciało. Odkrył, że potrafił odczuwać coś, co chyba nazywano radością.
     - Jak masz na imię, ludzkie dziecię? - spytała.
     - Przecież już mówiłam - wtrąciła Sybil, która stała tuż obok.
     - On sam musi to powiedzieć - odparła.
     „Ja zapomniałem, jak mówić”.
     - Nieprawda - szepnęła. - Jak cię zwą?
     Jej oczy były przeszywające, ale jednocześnie dobre i ciepłe. One sprawiły, że bardzo zapragnął jej odpowiedzieć. Bardzo zechciał znaleźć sposób, żeby to zrobić.
     - D-d... Doo… Doorr..iaan - wyjąkał z trudem. Ona zaśmiała się tak pięknie. - Dorian - powtórzył, dumny z siebie. -  S-syn B… - głos mu się załamał. Jego żal był zbyt świeży. Nie był w stanie wymówić imienia taty. Jednak te oczy dodały mu siły. - Syn Bran…dona.
     W końcu popłynęły łzy, a trucizna, która go zabijała od tak dawna, umykała razem
z nimi. Płakał jak małe dziecko tak długo, że rozbolała go głowa, a oczy piekły. Został ukołysany do snu. Długiego, dobrego, regenerującego snu. Kiedy się obudził, poczuł się jak nowonarodzony. Zobaczył, że Sybil siedziała tuż obok. Jego twarz wykrzywiła się
w dziwnym, obcym grymasie. Siostra odpowiedziała mu tym samym i zobaczył, że to uśmiech. 
   
     Ciemność odeszła, a on dowiedział się wszystkiego. Sybil po tym dniu nie wiedziała, co robić ani gdzie iść. Włóczyła się razem z nim bez celu przez kilka miesięcy. Zabłądziła
i znaleźli 
się w Mrocznej Puszczy. Byli bardzo bliscy śmierci, kiedy ich znaleziono. Litość wezbrała w sercach leśnych elfów i zabrały ich do Pałacu króla Thranduila. Pan Lasu rozkazał zaopiekować się nimi. Tak więc elfia uzdrowicielka, ktoś bardzo rzadko spotykany, zajęła się nimi. Z każdym dniem ich stan polepszał się. Kiedy Gilraen uznała, że byli gotowi, zostali postawieni przed królewskim majestatem. Władca Mrocznej Puszczy wyczytał ich myśli. Zobaczył, przez co przeszli. Zrobiło mu się żal tak młodych, niewinnych istot. Jak później mówił, ujrzał w nich coś jeszcze… coś niezwykłego. Postanowił to z nich wydobyć. Rozkazał dać ludzkim dzieciom gruntowne wykształcenie. Najpierw nauczono ich języka. Ku ogólnemu zaskoczeniu, Dorian zaczął mówić. Ale nie tylko to, jego wypowiedzi stały się tak płynne, pewne i spójne, jego wywody tak logiczne oraz mądre, że nikt nie chciał uwierzyć, że nie był wcześniej małym mistrzem retoryki. Później przekazano im podstawy wiedzy elfów o świecie. Okazali się być wymarzonymi uczniami - wszystko pojmowali szybko i z łatwością.  Następne były pieśni. Kiedy mieszkańcy Pałacu usłyszeli ich pierwszy publiczny występ, Król utwierdził się w przekonaniu, że postępował słusznie, wyróżniając te dzieci. Ich głosy nie były typowe dla rasy ludzkiej, gdyż niemal dorównywały elfim. Szybko zdobyli uznanie wśród mieszkańców Mrocznej Puszczy. Potem nadeszła pora nauki poruszania się po Lesie. Dorian bał się Puszczy. Dzięki Gilraen znów ujrzał światło i nie chciał wracać do mroku. Sybil mówiła, że też odczuwała strach, przebywając w nim. Elfom zajęło trochę czasu, aby nauczyć ich rozumieć Las, lecz Dorian i Sybil
w końcu pojęli. Zaczęli identyfikować się z Puszczą. Była pełna gniewu, jak oni sami. To sprawiło, że zrozumieli istotę Lasu i nie spowalniali już patroli, z którymi wyruszali. Cieszyli się życiem i ogólną sympatią elfów. Kiedy okazało się, jak biegli są w sztuce wojennej i, że nie potrzebują większego szkolenia w tej dziedzinie, zyskali też szacunek. A swoją, jak twierdził Thranduil, dobrocią i prostotą serca - zaufanie. Razem z Sybil zaznał szczęścia
i spokoju, żyjąc, ucztując, bawiąc się i śpiewając z mieszkańcami Mrocznej Puszczy, którzy stali się przyjaciółmi. Patrolowali Las razem z nimi, niszcząc atakujące go zło. Niespokojne szepty zaczęły rozbrzmiewać w Pałacu. Pająki stawały się coraz śmielsze. Donoszono, że zauważono ruch
w okolicach Dol Guldur. Niepokój powoli i cicho wkradał się do serc elfów. Tak samo jak do serca Doriana i Sybil. Pokochali elfy, ale był ktoś jeszcze, kogo nade wszystko chcieli zobaczyć. Thranduil mówił, że był zawiedziony, odrywając, jak bardzo jego ulubieńcy miłowali Dziedziców Durina. Wiedział, że nie będzie mógł powstrzymać ich pragnień na długo. Dlatego, z bólem, pozwolił im odejść i wyruszyć do Ered Luin. Ostrzegał ich jednak, że będzie to bardzo niebezpieczna podróż.
     - Chyba nie podejrzewał, że aż tak - mruknął do siebie Dorian, powracając myślami do rzeczywistości. 
     - Mellon? - rozległ się znajomy głos.
     Zaskoczony chłopak aż podskoczył i, stanąwszy na materacu łóżka, wymierzył mieczem w intruza. Kiedy zobaczył, kto to, ucieszył się wielce.
     „No tak, jak zawsze bezszelestny”.

     - Ai, Súrion! - powiedział. Odłożył miecz delikatnie i poszedł uściskać przyjaciela.
     - Ai na vedui, Dorian - tamten odparł z uśmiechem.
     Milczeli przez jakiś czas, ciesząc się po prostu tym, że znów byli razem. Súrion był elfem jakich wielu. Piękny jak każdy, ale nie wyróżniał się urodą - miał kasztanowe włosy
i jasne oczy. Podkomendny Tauriel, dobry wojownik i wspaniały kompan. Nikt nie wiedział, dlaczego ulubieniec Króla wybrał kogoś tak zwyczajnego na swojego najlepszego przyjaciela. To był po prostu fakt, ci dwaj tworzyli doskonały zespół i nikt nie miał zamiaru temu zaprzeczać.

     - Czy to znów wraca? - spytał elf z niepokojem.
     - Wraca nieustannie, co jakiś czas - przyznał Dorian, zastanawiając się, jak wiele Súrion zobaczył, a może nawet usłyszał.
     Jego przyjaciel posmutniał. 
     - Mam coś, co poprawi ci nastrój - rzekł i specjalnie nie mówił nic więcej, żeby wzbudzić ciekawość Doriana.
     - Och, nie drocz się ze mną! - zaśmiał się chłopak. - Co to takiego?
     - Za pół godziny wyrusza patr
ol do źródła Zaklętej Rzeki. Tauriel nie ma nic przeciwko, abyś poszedł z nami. Zbiórka przy bramie.
      Dorian musiał zrobić bardzo głupią minę, bo Súrion zachichotał. Miła niespodzianka,
i Tauriel nie miała nic przeciwko…
     - Przyjdę. Dasz mi czas się przygotować?
     - Oczywiście - odparł elf z uśmieszkiem, po czym wyszedł.
     „Taa, jasne, śmiej się” - warknął Dorian w myślach.

     Wyjął z szafy łuk i kołczan. Posługiwał się również i tą bronią, ale nigdy nie był w niej tak dobry jak reszta elfów i jego siostra. Przygotował dwa długie noże, które wybrał sobie ze zbrojowni. Poprzednie skradziono jemu i Sybil, gdy zostali pojmani. Te widział po raz pierwszy. Nie różniły się niczym od jego pierwszych, więc nie poświęcił im zbyt wiele uwagi. Zaczął ubierać się w strój do lasu. Miał już na sobie spodnie, a kiedy zakładał buty, wyczuł, że siostra się zbliżała. Był bez koszulki, odwrócony do wejścia plecami, gdy wkroczyła do pokoju. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.
     - Wiesz, jest niewiele ludzkich zwyczajów, które pochwalam, ale jednym z nich jest na przykład pukanie do drzwi.
     - Po pierwsze, tu nie ma drzwi. Po drugie, i tak zawsze wiesz, kiedy nadchodzę, a po trzecie, dlaczego miałabym to robić, skoro nie masz przede mną nic do ukrycia?
     - Lubię kulturalność. Mogłaś zapukać o futrynę. A może to dla mnie krępujące, jak gapisz się na mnie, gdy jestem bez koszulki?
     Prychnęła.
     – Wcale się na ciebie nie gapię. Doskonale wiem jak wyglądasz i to dla mnie nic ciekawego. Nie ma powodu, żebyś się tak czuł, spokojnie - zapewniła z ręką na sercu. - Interesuje mnie natomiast, gdzie się wybierasz?
     Założył bluzę z kapturem i odwrócił się do Sybil.
     - Pomożesz mi założyć kamizelkę?
     Kiwnęła głową, a kiedy zawiązywała sznurowania na placach, on powiedział jej, gdzie idzie.

     - Do źródła
Zaklętej Rzeki! W nasze ulubione miejsce! Ależ ci zazdroszczę! - westchnęła, czesząc jego włosy w koński ogon, żeby nie plątały się wśród gałęzi. - Wybrałabym się z wami, ale Gilraen kazała mi wypoczywać. - Parsknęła śmiechem. - Przecież nasze Słońce doskonale wie, że to niemożliwe. 
     - Właśnie, co powiedziała o sama-wiesz-czym? - spytał, zakładając noże na plecy.
     - Och, zapomniałam! Czy wspominałam już, że oberwiesz? - powiedziała groźnie.
     - Yhym, już to widzę - zakpił. - Niby za co?
     Nalał sobie wody do szklanki i usiadł na taborecie, kładąc nogi na stole.
     - Kłamałeś.
     - Kiedy? - syknął, już mocno zdenerwowany.
     - Powiedziałeś, że elfy wiedzą wszystko.
     - Bo to prawda! - bronił się.
     - A tu cię zaskoczę! - wykrzyknęła triumfalnie i opowiedziała mu o tym, co usłyszała od Gilraen.
     Dorian żuł właśnie
 lembasa, którego dyskretnie podebrał ze spiżarni. Musiał się porządnie najeść przed wyjściem. Tak jak reszta, nie zabierał ze sobą picia ani jedzenia.  Teraz chleb stanął mu w gardle. Sytuacja była poważna.
     - Cholera, co robimy?
    Sybil wyglądała na załamaną.
     - Nie wiem - jęknęła. Coś w jej głosie sprawiło, że Dorian nie do końca w to uwierzył. - Przecież nie możemy tu zostać tak długo. W ogóle, tego dziecka nie powinno być…
     - Zgaduję, co sobie myślisz - przerwał. -  Bękart, tak? Nie bój się… - podszedł do niej
i otoczył ją ramieniem. - Fili ma na tyle władzy, żeby włączyć tego małego… albo małą do linii Durina.

     W jej oczach zalśniły łzy, ale uśmiechnęła się z wdzięcznością. Wzięła miecz z łóżka
i podała mu go.

     - Rozumiem, że w Puszczy bardziej przeszkadza niż pomaga, ale nie potrafię być
o ciebie spokojna, jeżeli nie masz go ze sobą.

     Wziął od niej broń i założył na plecy. Odetchnął głęboko. Dopiero kiedy miał miecz na sobie, czuł się… kompletny. Klinga była częścią jego samego. Nie wyobrażał sobie, żeby wyruszyć gdziekolwiek bez tego miecza. Był mu bardzo drogi. Poza tym, sam w sobie był bardzo wartościowym przedmiotem.
     - Ty wiesz - westchnął. - Ja nie mam co dać temu dziecku z okazji narodzin... Ale przynajmniej zostanę ojcem chrzestnym.
     - Skąd ta pewność? - zachichotała. - No niestety, biedne maleństwo. Nie musisz nic dawać, wystarczy, że będziesz dobrym chrzestnym.
     - Czyli, że odpowiedzialnym? Ajjj, to będzie trudne.
     - No wiem. Dobra, zmykaj już. Uważaj na siebie i miłej zabawy - ostatnie dwa słowa wypowiedziała z kpiącym uśmieszkiem.
      - Oczywiście, że się będę dobrze bawił - wycedził, po czym założył kołczan i wziął łuk.
     - Och, bracie, kiedy ty się zrobiłeś taki przystojny?- zapiała z zachwytem, co miał odebrać jako złośliwość. - Nie rozumiem, jakim cudem Tauriel jeszcze tego nie zauważyła… 
     - Przestań - warknął i wyszedł, rzucając jedynie „do zobaczenia” na pożegnanie.
     - Wsłuchaj się w las, braciszku! - Usłyszał, jak Sybil woła za nim. - Musisz się dowiedzieć, w jakim położeniu są nasi ukochani!
     Przy bramie byli już wszyscy prócz Tauriel. Dorian był zaskoczony, widząc, że książę Legolas wybierał się z nimi. Jego dawni znajomi otoczyli go ze wszystkich stron, witając serdecznie. Nawet jego dowódca poprosił go na słowo. Wymieniali typowe uprzejmości. Syn króla, tak jak wszyscy, lubił jego i Sybil, ale nigdy nie okazywał większej sympatii. Gdy zjawiła się Tauriel, zainteresowanie Legolasa Dorianem stopniało momentalnie. Elfka posłała chłopakowi miłe słowa powitania oraz uśmiech, który sprawił, że zrobiło mu się tylko troszkę słabo. Uwodząc inne elfki chłopak zawsze czuł się jak ryba w wodzie, ale
z Tauriel było inaczej. Dorian głupiał przy niej. Nigdy nie wiedział, co powiedzieć, często nie uważał na to, co się działo dookoła, psując akcje na patrolach. Do tego stopnia, że Tauriel wystąpiła z wnioskiem do króla o przeniesienie Doriana do innego oddziału. Thranduil spełnił jej prośbę i uczynił chłopaka podkomendnym Legolasa, co było ogromnym wyróżnieniem. Bez Tauriel w pobliżu, Dorian niezaprzeczalnie dowiódł swojej wartości jako wojownik i wszyscy byli zadowoleni.

     Dostali sygnał do wymarszu. Wrota otwarto i wyruszyli. Droga przed nimi była bardzo długa, jednak poruszali się szybko, zwinnie i bez przeszkód. Dorian starał się skupić uwagę na czymś innym niż podziwianiu Tauriel, przemykającej przez las z lekkością i gracją ptaka, więc przyjrzał się drzewom i wsłuchał w ich szepty. Zdziwił się. Gniew i zła wola bijąca od Puszczy była niemal namacalna. Nastrój zmienił się bardzo wyraźnie odkąd razem z Sybil stąd odeszli. Ta zmiana musiała być dla elfów szokująco szybka - przecież ledwo odczuwały bieg czasu, a tu ich Las pogrążał się w mroku tak nagle.
     Wyczuł to już przy wejściu do Puszczy. Dotarli tam, gdy świtało. Dorian zmartwił się trochę, bo niemal zajeździli konie. Szeptali do uszu swoich wierzchowców przepraszające słowa przez dłuższy czas, po czym kazali im odpocząć, a po nabraniu sił wracać do pana.

     - Las choruje - tyle tylko skomentowała Sybil.
     I faktycznie, kiedy przedzierali się skrótem do Pałacu, widać to było bardzo wyraźnie. Rośliny były umęczone, a także dziwnie nieprzychylne. Poczuli się jak intruzi, co było dosyć absurdalne. Nawet zostali potraktowani jak obcy. Dorian
i jego siostra doskonale zdawali sobie sprawę, że jeżeli oni nie znajdą elfów, to elfy znajdą ich. Oczywiście tak się stało. Ale ku ich zaskoczeniu, zostali otoczeni i mierzono do nich z łuku, jakby byli wrogami. Kiedy odkryto ich tożsamość, zapanowała radość, która, kolejna niespodzianka, okazała się jedynie tymczasowa. Nie pozwolono im nawet odpocząć, tylko od razu postawiono przed Królem. Skąd tyle nieufności?
     - Widzę, że nie próżnowaliście.
     Odwrócił się i z wymownym uśmieszkiem spojrzał na Sybil.
     - Czy to cię boli, mój Królu? - zapytała.
     - Tak - odpowiedział Thranduil gorzko. - Rzecz w tym, że nigdy tak naprawdę nie będę waszym królem.
     Milczał przez jakiś czas, zaglądając w ich umysły raz jeszcze.
     - Zanim odeślę was do uzdrowicielki…
     „Gilraen, ma na imię Gilraen, do cholery”, pomyślał.

     Kiedy rozmowa schodziła na temat tej elfki, Król nigdy nie wymawiał jej imienia. Dorian jedynie domyślał się, co łączyło Thranduila i Gilraen. W końcu z umiejętnością czytania
w myślach i wyglądem charakterystycznym dla wysokiego rodu nikt jeszcze nie urodził się przez przypadek. W dodatku Gilraen żyła wyraźnie na uboczu. Praktycznie każdy elf miał zdolności uzdrowicielskie, ale takich jak ona, którzy kształcili się bardzo dogłębnie w tym kierunku, było niewielu. Elfy nie potrzebowały takich osób. Dlatego Gilraen była uznawana za wyjątkową, bo oczywiście była taka, ale nie zawsze rozumiano to słowo w pozytywnym znaczeniu. Z pewnością wielu się czegoś domyślało, ale, tak jak Dorian, nigdy nie śmiało powiedzieć tego na głos. I tak pewnie pozostanie na wieki wieków.

     - … chcę wam powiedzieć, że czego jesteście świadomi, dowiedziałem się już wystarczająco. Jestem pod wrażeniem… ale jednocześnie zawiodłem się na was.
     - To nie była zdrada! - krzyknął na cały głos, gdyż poniosły go niekontrolowane emocje.
     - Była. I nie była - odparł Thranduil spokojnie. - Wiedzcie jedynie, że straciliście moje zaufanie. Kto raz zdradził, nie zawaha się zrobić tego po raz kolejny.
     - Mój Królu…
     Thranduil podszedł bliżej i uśmiechnął się delikatnie.
     - Nie martw się, chłopcze - szepnął. - Mam nadzieje, że czas uleczy rany… a wy już mnie nie zostawicie i będziemy na nowo budować, to co nas połączyło.

     Poczuł wtedy ukłucie w sercu. Kochał Thranduila równie mocno jak Thorina. Był rozdarty między dwoma wielkimi władcami. Nie wiedział, komu miał być wierny ani któremu ma służyć.
     - Królu...- zaczęła Sybil cicho. - Dałeś nam życie. Dałeś nam wszystko. Sprawiłeś, że jesteśmy tym, kim jesteśmy…
     - Chcesz wtrącić słowo „ale”- przerwał jej. Westchnął, usiadł z powrotem na swoim tronie i rzekł:
     - Kiedy przybyliście tutaj, patrzyłem, jak z każdym dniem rośniecie, jaśniejecie, stajecie się potężniejsi i silniejsi. Radość oraz duma rozpierała moje serce. Ja nigdy się nie mylę. Zasługiwaliście na wyróżnienie. Ale , Sybil, ale… czy tak jest teraz? Mimo tego ile wam ofiarowałem, wasze serca nie poszły za głosem rozsądku, a prosta wdzięczność okazała się słabsza od niemal zapomnianego uczucia rodzinnego szczęścia. Życie, które wam dałem, ofiarowaliście istotom należącym do plemienia, które niegdyś było i mi przyjaciółmi, lecz teraz nimi nie są. Rzekłbym, że są nawet wrogami.  Oddaliście całych siebie tym, do których niechęć jest w mojej krwi, która jest zakorzeniona od zarania dziejów. Czy rozumiecie moje rozczarowanie i gorycz? - To pytanie zawisło w powietrzu. Milczeli, spuściwszy głowy. Thranduil jednak nie skończył. - Wielkie wydarzenia nadchodzą. Czas, byście opowiedzieli się, po której stoicie stronie… choć jedno z was, zdaje się, już wybrało.
     Sybil odważyła spojrzeć mu w oczy z buntowniczym wyrazem twarzy. Po chwili jej złość zniknęła i ustąpiła  miejsca smutkowi oraz poczuciu winy. 
     - Zrobię wszystko, żeby zatrzymać was przy sobie - zadeklarował. - A teraz odejdźcie.
     Zrobię wszystko, żeby zatrzymać was przy sobie.

     Te słowa tłukły się w umyśle Doriana przez cały czas. Nie wiedział, czy miał się z tego powodu 
cieszyć czy bać - w wykonaniu Thranduila mogło to oznaczać dosłownie wszystko.
     Wkrótce miał się przekonać, do czego Władca Mrocznej Puszczy był zdolny.

     W drodze do źródła
Zakletej Rzeki zniszczyli kilka pajęczych gniazd. Dorian był mile zaskoczony. Potrafił się skupić nawet przy Tauriel. Zabijał odrażające stwory ramię
w ramię z Súrionem, a wyraz uznania na twarzy elfki faktycznie poprawił mu humor.
     Jednakże posmutniał znowu, kiedy dotarli do źródła.

     Ukochał z Sybil to miejsce ze względu na moc Rzeki. Nikt oczywiście nie pił z niej wody, ale można było wyczuć jej moc. Dawała spokój i błogie zapomnienie. Uwielbiał leżeć wśród splątanych konarów z siostrą u boku i słuchać usypiającej pieśni płynącej wody, a także przyglądać się pojedynczym promieniom słońca przebijającym się przez liście, zasłuchać się w ptasią muzykę, której nawet elficka nie dorówna… 
     Ale teraz muzyka ucichła, a kojący szmer Rzeki zdawał zawierać w sobie cichą, ukrytą groźbę. Mrok zgęstniał i nie przepuszczał słońca.
     Dorian zawiódł się, nie znajdując pocieszenia w wyprawie do źródła.
     „Z czasem wszystko co plugawe powstanie”.
     Był zmęczony, ale po powrocie skierował się prosto do pokoju siostry, żeby powiedzieć jej, że wrócił. Szedł z ciężkim sercem. Ciemność znowu chciała go objąć. Wyrwał się
z ponurego zamyślenia, kiedy usłyszał odgłosy rzucania przedmiotami dobiegające
z pokoju Sybil. Był już blisko i przyspieszył kroku. Stanął jak wryty przy wejściu.
     - Co się stało?!
     - Ależ on jest…
     Posypały się soczyste wyzwiska pod adresem króla Thranduila.
     - Sybil powiedz mi, co się stało? - powtórzył.
     Kopnęła w nogę łóżka ze złością.
     - On ich pojmał i uwięził. Kompania Thorina Dębowej Tarczy jest właśnie przetrzymywana w lochach i czeka na przesłuchania.


_______________________________

No dobrze… naszemu rodzeństwo można by zarzucić, że kłamali. Mówili, że Kora zginęła, postrzelona w brzuch. Ale serio, gdy ja próbowałam się postawić w ich sytuacji, powiedzenie, że została postrzelona w nienarodzone dzieci nie przechodziło mi przez gardło. Dorian i Sybil nagięli prawdę… ale tylko troszkę.
Ai na vedui!
 - Ah, at last! - Och, w końcu!
Danna si fuin! - Night is falling! - Ciemność upada!
Ktoś się tu buja w Tauriel…
Ciemność, która ogarnęła Doriana to po prostu ciężka odmiana depresji.
Gilraen córką Thranduila z nieprawego łoża? Być może…
Thranduil jest ukazany przeze mnie jako wrażliwy, kochający i cierpiący. Na razie.
Jeżeli Dorian zostanie ojcem chrzestnym tego dziecka, to zacznijmy mu już współczuć…. A co się będzie działo, jeżeli Fili ze swojej strony wybierze Kiliego? Oh my godness… 

wtorek, 4 marca 2014

Rozdział 4.

     - Wuju! Wuju, obudź się!
     - Co znowu? - jęknął półprzytomnie.    
     - Obudź się, musisz to zobaczyć! - wykrzyknął Kili.

     Thorin niechętnie otworzył oczy. Podniósł się i ujrzał, że słońce jeszcze nie wzeszło, 
a reszta nadal spała. Spojrzał na Kiliego z irytacją. Jego siostrzeniec wyglądał na bardzo poruszonego oraz zniecierpliwionego. Thorin, chcąc nie chcąc, poszedł za młodym krasnoludem do jadalni. Spostrzegł tam Filiego, wpatrującego się z niedowierzaniem
w leżący na stole skrawek pergaminu.
     

     - Co to jest? - Król zmarszczył brwi.  
     - Sam przeczytaj. - Z tymi słowami blondyn podał mu liścik.
     Na jednej stronie było napisane:
„Do dziedziców Durina”, a na drugiej:

         Kochani!
     Z bólem serca musieliśmy was wczoraj w nocy natychmiastowo i bez pożegnania opuścić. Niestety, zaistniała pewna nietypowa sytuacja, którą koniecznie musimy wyjaśnić. Nawet jeśli poprosimy, żebyście się nie martwili, to wy i tak będziecie to robić.
      Jeżeli do tej pory nie dowiedliśmy, że potrafimy o siebie zadbać, to być może zmniejszymy trochę wasz niepokój, zdradzając wam, że wybraliśmy się odwiedzić naszych bardzo dobrych przyjaciół.
      Lepiej uważajcie na Beorna. Wścieknie się, kiedy zauważy, że pożyczyliśmy bez pytania jego konie. Powiedzcie mu, że błagamy
o wybaczenie, ale nie miały nic przeciwko. Oczywiście wrócą do swojego pana. Przekażcie mu również, że jesteśmy nieopisanie wdzięczni za gościnę. 
       Uściskajcie Bilba. To dobry i dzielny hobbit. Podziękujcie mu raz jeszcze 
w naszym imieniu, on będzie wiedział za co.
      Pozdrowienia dla całej Kompanii. Szczególnie dla Oina, któremu gorąco dziękujemy za opiekę. Oby wasze brody nigdy nie zrzedły!
      Zostawiamy was bez strachu: Azog został odwołany do Dol Guldur.
      Do zobaczenia u celu.
      Menu tessu, Thorin.    Menu tessu, Fili.   Menu tessu, Kili.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        
DiS
     To było… dziwne.
     - Co to ma znaczyć? - spytał.
     - Nawet ja i Kili nie możemy tego do końca rozgryźć - westchnął Fili. - Piszą dosyć oficjalnie, co wskazuje, że sprawa jest poważna… nie mam pojęcia, co za nietypowa sytuacja, to zupełnie nic nie mówi. Tak jak to o bardzo dobrych przyjaciołach. - Zastanawiał się przez chwilę intensywnie. - Z tego co się domyślam, Dorian i Sybil mogli zaprzyjaźnić się z najróżniejszymi istotami, ale… elfy. Tak, w Rivendell widać było wyraźnie, że lubią elfów, w dodatku z wzajemnością. 
     - Tak! - przytaknął Kili. - Kiedy pierwszy raz przyszli na ucztę, słyszałem jak jeden elf mówił do drugiego: „Spójrz, to Dorian i Sybil, przyjaciele elfów”.
     Thorin skrzywił się.
     „Jak te dzieci nisko upadły” - pomyślał.

     - Najbliższe miejsce, gdzie można spotkać elfów to… - blondyn zbladł.
     - Mroczna Puszcza - dokończył jego młodszy brat głucho. - Dlaczego akurat tam?
     Mroczna Puszcza była miejscem, które wielu napawało strachem.
     - Nie przyjrzałeś się łukowi Sybil? - odparł Fili po chwili. - Wygląda zupełnie jak ten, których używają leśne elfy. Pewnie wśród nich też mają przyjaciół.
     - Ale co jest takiego ważnego, żeby nas zostawić i, Aulë miej nas w swojej opiece, zabrać bez pytania dwa konie Beorna? - dociekał Kili.
     - Ja nie mam pojęcia, naprawdę… - odrzekł starszy brat smutkiem i zamilkł.
     Thorin był zdumiony.
     - Jestem pod wrażeniem, chłopcy - powiedział. - Znacie ich lepiej niż przypuszczałem. Dlatego z pewnością odpowiecie na kilka moich pytań…
     Fili i Kili spojrzeli po sobie z niepokojem, co z kolei zaniepokoiło Thorina.
     - Wścieknie się, gdy zauważy, że pożyczyliśmy bez pytania jego konie. Powiedzcie mu, że błagamy o wybaczenie, ale nie miały nic przeciwko - przeczytał na głos. - Jak konie mogą mieć coś przeciwko?
     Jego siostrzeńcy parsknęli śmiechem.
     - Nie zauważyłeś? Oni umieją rozmawiać ze zwierzętami - chichotał Kili. - Och, to takie elfickie!
     Thorin zaśmiał się pod nosem. Rzeczywiście, trochę to elfickie.
     Wśród krasnoludów mówienie, ze coś jest elfickie wcale nie było komplementem. Oznaczało to coś dziwnego, niepojętego, głupiego i bez sensu.
     - Uściskajcie Bilba. To dobry i dzielny hobbit. Podziękujcie mu raz jeszcze w naszym imieniu, on będzie wiedział za co - zacytował, po czym spojrzał wyczekująco na siostrzeńców.
     - Cóż, eee… - zająknął się Kili. - My tylko podejrzewamy, że… eee…    
     - Chcą mu podziękować za to, jak pomagał Oinowi! - Fili rzucił szybko.

     - Nonsens - stwierdził Thorin. - To napisaliby wprost - chłopcy stali się wyraźnie nerwowi. - Co takiego zrobił Bilbo?
     Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
     - Już zapomniałeś, wuju? - odparł Kili. - Uratował ci życie.
     Thorin zaniemówił na moment, zaskoczony odpowiedzią.
     - Co to ma wspólnego z Dorianem i Sybil? - zapytał.
     Jednakże nie wysłuchał, co synowie jego siostry mieli do powiedzenia. Nagle zaczęły potwierdzać się wszystkie jego podejrzenia. Przypomniało mu się, co mówił Dorian…
Byliśmy waszymi cieniami, od samego początku. Musieliśmy was ochronić przed szajką Azoga. Musieliśmy ci jakoś wynagrodzić to, że uratowałeś mamę i tatę. Grożono nam. Kazano przestać...  po prostu nie mogłeś o nas wiedzieć. Było za wcześnie, i pewnie nadal jest… zmusiłbyś mnie i Sybil do dołączenia do Kompanii. Właśnie! Zaraz to zrobisz, czyż nie? Ale to może mieć potworne konsekwencje… Azog wezwał nas na rozmowę… Doprawdy? - zadrwił Dwalin wtedy. - Przecież on z nikim nie rozmawia! On tylko zabija! …Dla nas zrobił wyjątek - odparł Dorian…
     „Opowiadał o planach Azoga, wyraźnie ostrożnie dobierając słowa. On cały czas uważnie dobierał słowa”. 
        
     Zostawiamy was bez strachu… Azog został odwołany do Dol Guldur
… 
     - Kłamcy! - syknął,gdyż wreszcie połączył fakty.
     „Że też dopiero teraz to spostrzegłem!" - pomyślał ze złością. 

     - Co?! - jego siostrzeńcy wykrzyknęli jednocześnie.
     - ZDRAJCY! - ryknął. - Nie rozumiecie? Oni bardzo dobrze znają Azoga, a on ich! Wiedzą o jego planach! Nie macie pojęcia, kto wam przerwał wasze pierwsze spotkanie?! Posłańcy! Wasi wspaniali Dorian i Sybil są zwykłymi marnymi szpiegami! Wcale nie jadą do elfów tylko do Dol Guldur, żeby przekazać swojemu panu nowe informacje! Jak mogliście być tak naiwni?! Pewnie powiedzieliście im wszystko o naszej wyprawie, czyż nie?! - Miny chłopców były wystarczającą odpowiedzią. - Po prostu wspaniale. - Usiadł
i ukrył twarz w dłoniach, przytłoczony bólem oraz
 rozczarowaniem.
     „Za co, Aulë?! Czy grasz w grę o nazwie „ile zniesie Thorin Dębowa Tarcza”?” 
     - Jestem zawiedziony - powiedział zimno. - Kiedy zobaczymy się u celu, wiecie, co
z nimi zrobię. Wiecie, co robi się ze zdrajcami.
   
     Myśl o wymierzenie sprawiedliwości Dorianowi i Sybil przychodziła mu z największym trudem, jednak jako władca było to jego obowiązkiem.
     - NIE! - Kili sprzeciwił się załamującym głosem. - Jak możesz?! Ty nic nie wiesz! Nie rozumiesz! Gdybyś wiedział…
     - Gdybym wiedział… co?! - warknął wściekle.
     Miał już dosyć tajemnic.
   
     - Oni nie mieli wyboru! Mogli nas śledzić albo zostać zamordowani na miejscu! - krzyczał młodszy z synów jego siostry.

     Prawda uderzyła Thorina niczym cios w brzuch.
     - Wy… - posłał siostrzeńcom mordercze spojrzenie. - Wy wiedzieliście!
     Milczeli, spuściwszy głowy.
     - Wiedzieliście o tym, że jesteśmy szpiegowani?! Że Azog żyje i chce nas zabić?! I nic nie mówiliście! 
     - Wuju… - przerwał Fili
     - O WIELE BYM WAS PODEJRZEWAŁ, NO ALE NIE O TO!
     - Wuju…
     - CZY NIE MOGĘ ZAUFAĆ NAWET WŁASNEJ RODZINIE?!
     - PRZESTAŃ! - Okazało się, że ktoś jednak potrafił go przekrzyczeć, a był nim Fili. - Zanim nas też zrzucisz ze szczytu Góry, może zechcesz łaskawie wysłuchać wyjaśnień?! Co z ciebie za król, który tak pochopnie wydaje osądy?!
     To dotknęło Thorina do żywego. Zapragnął uderzyć Filiego. To była zła myśl, która sprawiła, że momentalnie się uspokoił. Usiadł na ławie, nie patrząc na siostrzeńców.
     - Słucham - powiedział jedynie lodowatym tonem.  
     - Kiedy w Rivendell znikaliśmy na całe dnie, spotykaliśmy się z Dorianem i Sybil na ukrytej polanie, którą znalazł Kili. - Fili zaczął wyjaśniać. - Mieliśmy sobie dużo do wyjaśnienia. Nie jesteśmy tak głupi, jak uważasz. Oczywiście, że pytaliśmy, kto nam przerwał pierwsze spotkanie. Unikali odpowiedzi jak mogli, ale w końcu użyliśmy siły
i przymusu. Powiedzieli nam, że byli w drodze do Ered Luin, chcąc nas odnaleźć po latach rozłąki, ale zostali schwytani przez orków w okolicach Wichrowego Czuba. Potem zaciągnięto ich na szczyt. Nie zabito ich od razu, bo Azog rozpoznał miecz Doriana. Przypomniał sobie też Sybil i Doriana. Sybil ponoć rozumie dosyć dobrze Czarną Mowę. Azog podobno wydał już rozkaz zabicia ich, kiedy przybył zwiadowca i powiedział
o naszym obozie. Usłyszała nasze imiona i całą rozmowę, a Sybil wszystko pojęła. Wydała z siebie okrzyk przerażenia, który nie umknął Azogowi. Biały Ork domyślił się, że Doriana
i Sybil coś nami łączy. Thorinie... oni... - Fili westchnął drżąco. - Oni byli przez okrów torturowani. Uszli z życiem tylko dlatego, że Sybil przekonała Białego Orka, że mogli się
z Dorianem okazać przydatni. Że potrafiili dowiedzieć się o Kompanii wiele więcej. Dziwne, ale Azog dał się przekonać. Puścił ich wolno, nawet oddał miecz, 
ale zastrzegł, że jeżeli dołączą do Kompanii to zrobi mnie, Kiliemu i tobie coś znacznie gorszego niż skrócenie
o głowę. Zabawił się też z nimi, bo powiedział, żeby się spieszyli z dostarczeniem jakichś informacji, bo za niedługo, nawet nie określił dokładnie za ile, wyruszy pościg.
 Przez niedługi czas Sybil i Dorian faktycznie nas szpiegowali, ale jednocześnie postanowili nas chronić. Podawali posłańcom fałszywe informacje, zwodzili ich na manowce, podpuszczali. W dniu naszego pierwszego spotkania zdecydowali się na rozpalenie ogniska, bo byli skrajnie wyczerpani i musieli rozbić porządny obóz. Dorian mówił, że spotkanie ze mną i Kilim zmieniło wszystko. Że nie chciał już ukrywać, po czyjej był stronie. Zabili posłańców tamtego dnia. Dopiero długo później dotarły do nich konsekwencje tego, co zrobili. Azog zapłonął gniewem i przyspieszył pościg. Dwa dni po naszym drugim spotkaniu Dorian i Sybil dogonili orków i zaatakowali ich. Sami na ponad trzy tuziny.
A potem uciekali na uprowadzonym wargu, a kiedy musieli go zabić, biegli bez przerwy przez kilka godzin. Dotarli do Rivendell przed nami i wybłagali Elronda, żeby przyszedł nam z pomocą. Czy to nazywasz zdradą?! - Fili zakończył z furią. 

     Zapanowała ciężka cisza. Thorin nie znał słów na określenie tego, co usłyszał. Przypomniał sobie, jak mówił Balinowi: Lojalność, honor, waleczne serce. Nie mogę prosić o więcej.
     Dorian i Sybil dali mu znacznie więcej - własne życia. Chronili go ponad wszystko,
a zarazem zdradzili.

     Pokochał te dzieci jeszcze bardziej, ale miłość ta nabrała gorzkiego posmaku. Nigdy im nie zapomni, nie wiedział, czy przebaczy. Długo wpatrywał się w słowa „Menu tessu, Thorin” nim wiedział, co powiedzieć.
     - Menu gamut khed, DiS - szepnął ochrypłym głosem. 
***
     Oczy Gilraen były piękne. Jaśniały blaskiem promieni słońca przeświecających przez wiosenne liście. Ona cała nim promieniowała. Jej włosy były barwy słonecznego ognia,
a jej uśmiech jasny i wesoły niczym słońce w południe. Z jej cery i postawy biła delikatna poświata, jakby pierwszy brzask świtu. 
Jej wzrok był przeszywający, lecz nie nieprzyjemny, a kojący i ciepły.
     Trudno powiedzieć, kim dla Sybil była Gilraen. Więcej niż opiekunką, więcej niż nauczycielką, przyjaciółką, siostrą, matką. W najczarniejszej godzinie to wspomnienie Gilraen rozświetlało drogę. Gilraen była światłem. Była radością. Ciepłem, nową nadzieją, otuchą, siłą, niezłomną wolą życia. Życiem. Jej Słońcem.
     Owa uzdrowicielka była tak niepodobna do innych ciemnych elfów leśnych. Wyglądała i zachowywała się, jakby widziała Światło. Co więcej, Sybil miała wrażenie, że na elfkę mogła paść iskra z legendarnego Laureinu. 
     Gdy tylko Sybil ją ujrzała, od razu zapragnęła opowiedzieć jej wszystko, co się wydarzyło od czasu, kiedy odeszli. Jednakże doskonale zdawała sobie sprawę, że nie było to konieczne. Elfy zawsze były pierwszymi, które słyszały nowiny. Może dowiedziały się już wszystkiego od ptaków albo usłyszały to w szeptach drzew?
     Gilraen i Sybil miczały zatem, patrząc sobie głęboko w oczy.

     - Widzę w tobie wiele nowego, najdroższa przyjaciółko - rzekła Gilraen w końcu. - Bagaż nabytych doświadczeń i coś jeszcze… - Jej aksamitny głos zniżył się do szeptu. Uklękła przy Sybil i dotknęła jej łona bardzo delikatnie. Twarz elfki rozjaśnił uśmiech, promienny niczym słońce. - Nosisz w sobie nowe życie!
      Sybil zachciało się płakać.
     - Dlaczego się smucisz?  Wszak twoje dziecko jest niezwykłe… - mówiła Gilraen cicho, wpatrując się w jej podbrzusze. - Bardzo silne… Widzę, jakie rany ci zadano. Gdyby to było normalne dziecko, już dawno byś poroniła. Nawet byś nie zauważyła, że byłaś
w ciąży. Ale nie… istota, która w tobie rozkwita, jest bardzo… uparta. Kurczowo trzyma się życia. W istocie, bardzo uparta, zupełnie jak…

     Elfka zaniemówiła. Wpatrywała się w Sybil zszokowana i zdegustowana.
     - Krasnolud - wycedziła.
     Uzdrowicielka zaczęła chodzić po pokoju bardzo szybko, nie odzywając się. Była wyraźnie zdenerwowana.

     Sybil poczuła się niemal winna.
     - Gilraen? 
     - Przecież to niemożliwe! - wykrzyknęła piękna istota, bardzo poruszona. - Nikt nigdy nie zanotował takiego przypadku! Ludzi i krasnoludów zawsze łączyły interesy
i ewentualnie przyjaźń, ale to… - Zatrzymała 
się, sfrustrowana. - Sybil… bardzo mi przykro, ale nie wiem, co ci powiedzieć.
     Dziewczynie odebrało mowę.
     „Ile razy będę jeszcze powtarzać „przecież to niemożliwe”?” - żachnęła się Sybil
w myślach. 

     - Ale… jesteś uzdrowicielką elfów! Ty zawsze wszystko wiesz…
     - Niestety - odparła Gilraen z ponurym westchnieniem. - Nie powiem ci, jak twoje dziecko będzie wyglądać, nie zapewnię, że będzie zdrowe. Pierwszy raz spotykam się z czymś takim…
     Sybil ukryła twarz w dłoniach.
     „Co ja mam dalej zrobić?”

     - Zostań z nami aż do rozwiązania - elfka odpowiedziała jej myślom. - Z radością będę się opiekować tobą i tym małym uparciuchem - zachichotała. - Więc… kim jest ten szczęściarz?
     - Fili, syn Dis. Z rodu Durina - dziewczyna zaakcentowała ostatnie słowa.
    Gilraen spoważniała.
    - Sprawa jest bardziej skomplikowana niż przypuszczałam - rzekła. Podeszła do przyjaciółki i przytuliła ją. - Sybil, cokolwiek nadchodzi, pamiętaj, że we mnie zawsze masz oparcie.
     Lecznicze ciepło jej ciała spłynęło na Sybil, która uśmiechnęła się błogo. 
     - Dziękuję Gilraen - wyszeptała. - Jesteś wspaniała.
     Elfka zaśmiała się.
     - A ty będziesz wspaniałą matką.
     Sybil nic nie odpowiedziała, tylko mocniej wtuliła się w ramiona przyjaciółki. Nie mogła dopuścić do siebie nadchodzącej myśli, żeby elfka jej nie odgadła. Nie… nikt nie mógł się dowiedzieć o tym, co miała zamiar zrobić.
______________________________

W przydługim monologu Filiego dowiadujemy 
się, jak to było z tą zdradą. Musze przyznać, że Azog tak łatwo dał się przekonać... to takie nieazogowate. Ale, jak już wcześniej wspominał Dorian, Sybil potrafi manipulować orkami.
A co zrobi z ciążą? Jedyne, co powiem, to to, że Sybil powoli zwraca się w stronę zła... 
Laurein - Młodsze Drzewo Valinoru. Wikipedia powie,co trzeba. Ale lepiej przeczytać Silmarillion.