wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 6.

Ten dział to dopiero długi! Mam wrażenie, ze wypadłam z formy. Miał być bardzo emocjonujący, a… raczej nie jest. OSTRZEŻENIE: w poniższym tekście zawarłam sporo erotyki. Postarałam się, aby było jak najmniej wulgarnie, no ale ostrzegam.
_____________________________

     Była z siebie dumna. Zachichotała szaleńczo na tę myśl.
     „Czy jestem zła?”
     Siedziała na podłodze, oparta o swoje łóżko, a w rękach ściskała kielich z ciemnym płynem.    
     Zrobiła wszystko w tajemnicy przed elfami. To było duże osiągnięcie.

     Leśne elfy nie miały w swoich składzikach dużej ilości ususzonych roślin, bo nie było takiej potrzeby. Jednak znalazła tam wszystkie potrzebne zioła do sporządzenia trucizny.
     Zanim nadszedł ten dzień, była już bliska wieku, w którym powinna była zostać wydana za mąż. Zaręczono ja nawet z synem rządcy Ettinor. Chłopak był w porządku - całkiem przystojny, spokojny, miły i małomówny. Sybil miała nawet nadzieję na szczęście małżeńskie. Z kimś takim miłość mogłaby przyjść z czasem. Ale była pewna, że przede wszystkim czekałaby ją nuda.
     Kiedy ogłoszono ich zaręczyny, kilka „życzliwych” kobiet było łaskawych zapoznać ją
z recepturą miesięcznej herbaty. „Tak na wszelki wypadek”. Nie uszło bowiem niczyjej uwadze, że cieszyła się powodzeniem wśród chłopców z okolicy, 
choć nie zawsze tak było. Kiedy zaczynała być zakompleksioną nastolatką, w ogóle nie cieszyła się sympatią płci przeciwnej. Ignorowali ją, ewentualnie z niej kpili.

     Tylko tata mówił: Jesteś piękna, Sybil.
     To się zmieniło, kiedy grupka chłopców podejrzała ją i brata w trakcie ich potajemnych treningów. Ona i Doiran wybierali się wtedy do pobliskiego lasu. Brat mówił jej, do czego ma strzelić, a ona to robiła. Na początku nauki, razem z Kilim, była kiepska. Jednakże nie poddawała się, nabierała wprawy i w tamtym czasie potrafiła urządzić już całkiem spektakularne widowisko ze swoim łukiem. Z mieczem natomiast zawsze była do niczego
i to się nie zmieniło. Była nienajlepszym partnerem do ćwiczeń i Dorian przeważnie bił się
z kukłą.      

     Tamtego dnia poszło jej wyjątkowo dobrze. Zastrzeliła biegnącą wiewiórkę prosto
w oko. Razem z bratem wracała do domu rozradowana. Wiewiórka była idealna na kolację. Tata był z niej bardzo dumny.  Pod wieczór mama wysłała ją na wieś po coś jeszcze. Wtedy chłopaki otoczyli ją, powiedzieli, co widzieli, mówili, żeby pokazała im jeszcze raz, mówili, żeby poszła na z nimi, że chcieli się zabawić. Jednak ona wybroniła 
się - pobiła swoich napastników. Wieść się rozeszła, a Sybil została zmuszona do wystartowania w konkursie strzeleckim na najbliższym jarmarku. Pokonała nawet rządcę. Od tamtej pory chłopcy wprost ją oblegali, a ona ich wszystkich spławiała. Dlaczego? Po pierwsze, mama słusznie ją ostrzegała, że tak naprawdę chcieli tylko jednego. Po drugie, wszyscy byli nudni. Nie potrafili jej zaimponować. Mama chciała, żeby ona sama wybrała sobie męża, ale widząc, że jej córce nie spieszno do tego, wzięła „najlepszą partię”. Sybil nie kwestionowała tej decyzji - wiedziała, że powinna być wdzięczna. Udawała, całkiem przekonująco, że tak rzeczywiście było.

     Ale potem nadszedł ten dzień. Do tej pory widziała w snach, jak Azog przebija tatę mieczem. Jego wzrok pełen bólu. Dźwięk przedzierającej się stali przez ciało. Jak bezwładnie upada. Jak leży w kałuży ciemnej krwi. Płacz mamy i jej rozpacz. Jej okrutna śmierć.
     Zostali z niczym, a Dorian w ogóle nie pomagał. On też umierał. Sybil tak bardzo się bała. Nie wiedziała, co ma robić. Nie uczestniczyli w odbudowie Ettinor. Udała się z bratem do sąsiedniej wioski, sprzedała konie, a za zarobione pieniądze zdołała ich utrzymać przez jakiś czas, ale nie na długo. Potem próbowała pracować w gospodzie, jednak szybko ją zwolniono. Dokuczał jej głód, chłód i samotność. Pod koniec była tak zdesperowana, że aż gotowa sprzedać się. Do tego jednak nie doszło. Poszła razem z bratem tułać się w dziczy, a spotkanie z elfami zmieniło wszystko. Mieszkańcy Mrocznej Puszczy stali się ich rodziną.
     Oczywiście, Dorian i Sybil mogli udać się do dalszej rodziny, ale nie była ona zbyt liczna. Tata nie miał rodzeństwa, a swoich rodziców praktycznie nie znał - większość czasu wychował się w sierocińcu. Mama pochodziła z bardzo bogatej kupieckiej rodziny. Poznała tatę, kiedy razem z matką, ojcem i siostrą - Karen, przejeżdżała przez Ettinor. Reszta historii mamy i taty, to, jak mówili z chichotem, „jedno wielkie splunięcie w twarz”. Dorian
i Sybil mieli dowiedzieć się szczegółów, gdy dorosną.

     Sybil nie pamiętała swojej ciotki za dobrze. Ostatni raz widziała ją kilka miesięcy przed odejściem Dziedziców Durina z ich domu. Odwiedziła ich, żeby ogłosić smutne nowiny - rodzice mamy oraz małżonek Karen umarli.
     - Jak na moje oko, to ona ma po prostu chrapkę na twojego męża - powiedziała Dis, dziarskim krokiem wkraczając do kuchni.
     - Dis, co ty mówisz?! - syknęła mama.
     - Prawdę - odparła. - Czy nie widzisz, jak Karen na niego patrzy?
     - Moja siostra nie zrobiłaby mi czegoś takiego.
     – Skoro tak twierdzisz - Dis westchnęła.  
     Na pożegnanie Karen podarowała mamie rzadkie owoce, które Kora ponoć uwielbiała - granaty. Kiedy po ich zjedzeniu Korę zaczęły dręczyć dziwne objawy, prawie doprowadzające ją do śmierci, okazało się, jak Dis niedaleka była od prawdy. Gdyby mama umarła, Karen w swojej wspaniałomyślności wyszłaby za tatę, zostając jednocześnie macochą Doriana i Sybil.
     O nie. Z tamtą kobietą Sybil nie chciała mieć nic do czynienia. Karen była kolejnym powodem, aby nie ufać własnej rasie.
     Wiedząc, co zaraz zrobi, Sybil sama ze sobą nie chciała mieć nic wspólnego.
     „A może jednak jestem usprawiedliwiona?”
     Bękart. Tak będą nazywać jej dziecko. Nawet jeżeli Fili włączy jego… albo ją do linii Durina, dziecko nie będzie społecznie akceptowane. Dziedzicem Durina może być tylko czystej krwi krasnolud, to nie podlegało dyskusji.
     „Czystej krwi krasnolud. O Yvanno, jak to brzmi”.
     Jeśli 
wierzyć Gilraen, nigdy nie spotkano jeszcze takich stworzeń - potomstwa człowieka i krasnoluda. Nic o nich nie wiadomo.

     A co jeżeli dziecko urodzi się chore? Albo upośledzone? Czy wtedy Fili będzie tak samo skory do zaakceptowania maleństwa? 
     A co jeżeli będzie cudowne? Co jeżeli będzie najwspanialszą, najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek spotka? Mama mówiła, że każda kobieta czuje coś takiego do swojego dziecka.
     - W takim razie ja jestem potworem, mamo - mruknęła. - Nie czuję nic oprócz niechęci.
     Zamknęła oczy i przywołała wspomnienia.
     Jego futro, a zaraz potem skórzana tunika wylądowały na ziemi. Zaczęła rozwiązywać mu koszulę, kiedy on podniósł fałdy jej sukni i przesunął szorstką dłonią po wewnętrznej stronie jej uda.
     Poczuła niechęć.
     - Fili, przestań.
     - Hm? - mruknął tylko, zbyt zajęty całowaniem jej szyi.
     - Przestań! - Zerwała się z ławki z krzykiem.
     - Co się dzieje?- Był bardzo zaskoczony. - Zrobiłem coś nie tak? - Zaczęła się od niego oddalać. - Ej, gdzie idziesz?!
     - Stój tam i ani kroku dalej. Jeżeli się ruszysz, to ucieknę, choć na razie nie mam takiego zamiaru.
     Prychnął ze zdenerwowaniem, ale ani drgnął.
     Skierowała się w miejsce, gdzie blask księżyca rozświetlał kawałek polany. Stanęła
w świetle, odwróciła się do krasnoluda i powiedziała:

     - Mam obawy. Boj
ę się, nie, jestem niemal pewna, że zawiodę twoje oczekiwania. 
     - Nie mów tak! - zaprzeczył gwałtownie.
     - Nie przerywaj mi! Chcę po prostu powiedzieć, że… - Nie mogła znaleźć odpowiednich słów, więc jednym szybkim ruchem zrzuciła z siebie suknię. Była teraz całkiem naga.
     - Spójrz na mnie, Fili.
     Odgarnęła wszystkie swoje włosy na plecy, żeby mógł dokładniej ją zobaczyć.
Z największym wysiłkiem powstrzymała się przed zakryciem się 
rękami i zacisnęła pięści. Zamknęła oczy
i czekała, czując na sobie jego wzrok.  

     Zawsze uważała, że jej ciało nie należało do atrakcyjnych. Nie miała kobiecych kształtów - nie mogła się pochwalić obfitym biustem ani szerokimi biodrami. Była wychudzona i koścista. To, co ją wyróżniało z wyglądu od Doriana bardzo wyraźnie, to jej mlecznobiała skóra. Miała jasną karnację, co jeszcze bardziej uwidaczniało blizny na całym ciele. Najgorsze były te na brzuchu. Kiedy Azog ją torturował, rozkazał przywiązać wiadro do jej brzucha denkiem do góry i uwięzić szczura w środku. Gdy ona uparcie nie odpowiadała na pytania, wiadro podgrzewano, a przerażony gryzoń torował sobie jedyną drogę ucieczki - podkopanie się pod nim. Ponadto była z, jeżeli można to tak określić, finezją nacinana w czułych miejscach, ostrzami o kształtach dziwacznych, ale stworzonych do zadawania bólu. Jej skóra była kiedyś ładna i gładka, lecz stała się poryta okropnymi szramami. Wyglądało to bardzo odpychająco. Płakała, kiedy pierwszy raz zobaczyła siebie w takim stanie. Tak samo płakała, gdy właściciel gospody, w której pracowała, ją dotykał. Naszedł Sybil pewnego dnia i bardzo nalegał. Wiedziała, że nie było sensu się broni
ć,
a mimo to próbowała. W końcu jednak poddała się. Jeżeli chciała mieć za co wykarmić siebie oraz brata, musiała utrzymać posadę kelnerki. Gruby, podstarzały mężczyzna dostał więc, czego chciał. Niestety, nakryła ich jego żona. Sybil wyrzucono z hukiem, a ona została z niczym oprócz uczucia upokorzenia. Ono z resztą zawsze towarzyszyło jej, gdy przychodziło do tych spraw. Spała z kilkoma innymi 
mężczyznami, ale oni nigdy nie wydawali się być z niej zadowoleni. Kiedy z nią kończyli, porzucali jak zniszczoną zabawkę. Czuła się wtedy wykorzystana.                  
     Straciła szacunek do samej siebie. Dlatego myśl o sprzedawaniu się przyszła 
z taką łatwością. 
     W końcu jednak pomyślała sobie, że straciła wszystko, ale nie pozwoli odebrać sobie honoru.
     Wybrała dla siebie oraz Doriana tułaczkę.
     Panowała cisza,  dokuczliwa i nieznośna. Odważyła się otworzyć oczy i ujrzała, że Fili zbliżał się powoli w jej kierunku. Zrobiła krok do tyłu, gotowa do ucieczki. On natychmiastowo zatrzymał się, po czym powiedział:
     - Jesteś piękna, Sybil.  
     A potem zatracili się w sobie.
     Łza popłynęła po jej policzku.
     Jej dziecko będzie uważane za bękarta, a ona za ladacznicę. Jej też nie zaakceptują. Zwykła ludzka kobieta ze Wschodu. Nie była godną żoną dla dziedzica Durina. „Królewska k…” albo inne gorsze wyzwiska. Przychodziły jej do głowy straszne rzeczy, które będą
o niej mówić. Będzie żyła w hańbie razem z dzieckiem, nawet Dorian na tym ucierpi.

     „Nie”. 
     Poświęciła Filiemu wszystko. Życie i serce.
     Ale nie odda mu swojego honoru.
     „Kiedy namierzyłaś już cel, nie czekaj na odpowiedniejszą chwilę. Skąd wiesz czy taka nadejdzie? Jeżeli wyczuwasz, że nadszedł ten moment, nie wahaj się. Strzelaj” - tak ją uczył Kili.
     Nie wahaj się.
     Wypiła miesięczną herbatę jednym haustem.
     Obrzydliwy w smaku płyn powoli spływał w dół przełyku i…
     Nic.
     Nie czuła kompletnie nic.
     Wstała, odłożyła kielich na stół i położyła się do łóżka. Zasnęła, tak po prostu.
     Mamie brakowało dwa miesiące do rozwiązania. Bliźnięta stawały się coraz bardziej rozbrykane  i dokuczały jej nawet przy śniadaniu. Twarz mamy wykrzywiła się w grymasie wielkiego bólu. Sybil wymieniła z Dorianem zaniepokojone spojrzenia.
     - Mamo? Wszystko w porządku? - spytał.
     - N-nie, to nic, nic - wyszeptała z trudem.    
     Podeszła do mamy i przytuliła ją.

     - Ja nigdy nie będę mieć dzieci - oświadczyła.
     - Dlaczego tak mówisz, córeczko?
     - Bo widzę jak cierpisz.
     Mama spoważniała. Wzięła kilka głębokich oddechów i powiedziała:
     - Sybil, bez cierpienia nie można dostrzec piękna.
     - Co przez to rozumiesz?
     - Zapamiętaj to sobie, córeczko: możliwość dania życia jest największym z honorów, nawet wtedy,a może szczególnie wtedy, gdy dochodzi do tego w bólach. Dlatego każda matka powinna być traktowana z najwyższym szacunkiem. Sybbie, posłuchaj… posiadanie dziecka to największy zaszczyt jaki może kogokolwiek spotkać w życiu. Dziecko to dar. Wymagający dar, o który trzeba dbać i pielęgnować go. Kiedy sama zostaniesz matką, zrozumiesz, że nie ma nic wspanialszego od patrzenia, jak twoje maluchy rosną, stają się mądrzejsze i doroślejsze.
     - W szczególności, jeżeli ma się takie dzieci jak wy. - Tata pojawił się znikąd i dał jej całusa w policzek, potargał czuprynę Doriana, po czym pocałował mamę w usta. Następnie porwał ze stołu jabłko i zabierał się do wyjścia.
     - Tato, ty jeszcze nie w pracy? - zapytała Sybil.
     - A ty nie ze swoim narzeczonym? - Zachichotał na widok jej rumieńca. - Przecież dzisiaj miałaś spędzić calusieeeńki dzień ze swoją przyszłą teściową…
     - Tato!
     Parsknął śmiechem.
     - Lepiej śpiesz się, mówię to dla twojego dobra, nie chcesz w jej oczach wyjść na spóźnialską. 
     Już miał wychodzić, kiedy Dorian stanął u jego boku, także gotowy do wymarszu.
     - A ty gdzie, synku? - spytała zaskoczona mama.
     Już miał coś powiedzieć, ale tata trącił go łokciem. Sybil spojrzała na miny tych dwóch
i od razu nabrała podejrzeń.

     - Co wy knujecie?
     - To tajemnica, drogie panie - odarł tata z szelmowskim uśmieszkiem i mrugnął. Poklepał Doriana po ramieniu, po czym wyszli, życząc miłego dnia.
     - Nie mogę cię zostawić samej, mamusiu.
     Mama westchnęła.
     - Nie martw się, nasza sąsiadka ma zaraz przyjść. Będziemy razem piec chleb na sprzedaż. Idź już, wierz mi, naprawdę nie chcesz wyjść na spóźnialską w oczach żony rządcy.
     - Nie ruszę się z miejsca, dopóki Rosaline się nie pojawi.
     - Ależ jesteś uparta! - Mama zaśmiała się tak ładnie. - Jesteś wspaniałą osobą, córeczko.
     Sybil obudziła się i zerwała na nogi. Zobaczyła, że krew spływała po jej udach. Spanikowała.
     „Przecież to tylko krew”. 
     Gdy siedziała wtedy z Dorianem na drzewie, rozważając wszystkie za i przeciw odwiedzenia Beorna, brat próbował coś zrobić z jej krwawiącymi plecami. Ona bagatelizowała sprawę. Przecież to tylko trochę krwi.
     Niewyobrażalny ból przygiął ją do ziemi. Niemal straciła świadomość na moment.
     W szaleńczym porywie zerwała się do biegu. Schodami w dół i w dół, aż do źródła podziemnej rzeki, gdzie elfy zażywały kąpieli. Teraz nie było tam nikogo - wszyscy
z pewnością śpiewali wieczorne pieśni. Zrzuciła z siebie ubrania i wskoczyła do lodowatej wody. Wszędzie wokół zobaczyła krew. Zaczęła cała się trząść i czuć, że traci zmysły. Targnął nią szloch.

     - Spóźniłaś się, mamo - załkała. - Jestem potworem, jestem potworem, jestem potworem! - wykrzykiwała. - TCHÓRZ, ZDRJCZYNI, MORDERCZYNI!
     Wyczołgała się na brzeg i skuliła się przy samym źródełku, naga na twardych skałach. Płakała. Cały czas traciła krew i coraz bardziej słabła.
     - Jestem tchórzem.
     - Jestem zdrajcą.
     - Jestem mordercą.
     Szeptała te zdania w kółko, wciąż i wciąż, jak w amoku szaleńca.
     - Men gajmu, men gajmu, men gajmu, men gajmu - zaczęła cały czas powtarzać to zdanie, kiwając się w przód i w tył, jakby była niespełna rozumu.
     Nagle poczuła dokuczliwy chłód, który ją otrzeźwił. Wstała, ale zakręciło jej się w głowie i wpadła do wody. Zaczęła krzyczeć jak ranne zwierzę, nie dbając już, czy ktoś ją zobaczy. Niemal rwała sobie włosy z głowy i płakała, płakała, płakała, drżąc.
     - Co ja narobiłam? - wyszeptała. - Kim ja się stałam?
     - To dobre pytanie, Sybil, córko Kory - powiedział Thranduil chłodno, stając nad brzegiem strumienia. 
     Pytanie „ile widziałeś?” nie miało oczywiście sensu. Momentalnie zasłoniła się rekami, próbując zakryć swoją nagość. Kolejny raz poczuła się upokorzona.
     - Czy naprawdę uważasz, że skoro przejrzałem twój umysł to nie wiem, jak wygląda twoje ciało?
     Nuta kpiny w jego głosie sprawiła, że Sybil znalazła w sobie odwagę. Podniosła się
i podeszła do Króla elfów tak blisko, że czuła na sobie jego oddech. Chciała wprawić Thranduila
w zakłopotanie, lecz tylko on patrzył jej w twarz, nieporuszony. Mierzyli się wzrokiem, kiedy elf niespodziewanie wysunął dłoń przed siebie i musnął opuszkiem palca jej bliznę po, jak to określał Azog, „zabawie ze szczurem”.

     To było leciutkie dotknięcie, a Sybil poczuła, jak przetaczała się przez nią potężna fala energii, która niemal zwaliła ją z nóg. To było niesamowite. Jakby uderzono ją czymś składającym się z gwałtowności ognia, opanowania wody, stałości ziemi oraz zmienności powietrza. Każdy cal jej umęczonego ciała pobierał łapczywie tę moc i wchłaniał. Poczuła się silniejsza, ponownie natchniona życiem. Spojrzała Królowi w oczy raz jeszcze
i z przerażeniem odkryła w nich jedynie chłód gwiazd oraz zimną furię.

     - Zapłacą mi za to - wyszeptał, po czym odwrócił się do niej plecami, a następnie powiedział:
     - Zarzuć coś na siebie, jesteś wychłodzona i osłabiona.
     Szybko ubrała bluzę. Zauważyła, że krwotok ustał i nie było jej już tak zimno. Stała przez jakiś czas w milczeniu, wpatrując się w lśniące włosy Króla elfów. Czekała na jego wyrok.
     - O wiele bym cię podejrzewał - przemówił w końcu. - Ale nie o brak odwagi… bak odwagi do ponoszenia, zgoła nieoczekiwanych co prawda, konsekwencji swoich czynów. Faktycznie, stchórzyłaś. I tak, tym razem naprawdę zdradziłaś. Nie tylko Filiego, rzecz jasna. Matkę i ojca także. Oddali życie za ciebie, a ty wzgardziłaś ich naukami. Życie to najcenniejszy z darów, a ty odmówiłaś przekazania go niewinnej istocie w twoim łonie. Chcąc ją zabić.   

    Odwrócił się, a jego oczy pełne gwieździstego blasku przeszyły ja na wskroś.
    - Widzę w tobie niejedną walkę… Zwierzęta przepadają za twoim towarzystwem,
a rośliny nachylają się nieznacznie ku melodii twego głosu. Nie zachowują się tak przy kimś o złym sercu. Zabicie niewinnych zwierząt, nawet jeżeli oznacza to twoje własne przetrwanie, jest dla ciebie trudne. Nie jesteś morderczynią. Albo przynajmniej ta dobra część ciebie. Toczy się bowiem w tobie walka między dobrem a złem. Znajdujesz przyjemność w zabijaniu orków, co jest zrozumiałe. Ale jest coś jeszcze… zło cię pociąga. Ty je rozumiesz. Pojmujesz samolubność, złośliwość i zawiść swoich wrogów. Sprawia to, że sama to wszystko odczuwasz. To dlatego z taką łatwością manipulujesz orkami.
I dlatego nie masz trudności w dosiadaniu warga ani w rozumieniu Czarnej Mowy. Co więcej, jesteś też przebiegła. Kiedy usłyszałaś, że Dorian wyrusza, nie wahałaś się ani chwili dłużej… zrobiłaś to wieczorem, kiedy wszyscy są na pieśniach…

     Przestał nad sobą panować, a w jego oczach zalśniła wściekłość.
     - Za to, czego się dopuściłaś, powinienem wygnać cię z mojego królestwa i wyrzec się wszelkich związków z tobą, przekląć cię na wieki, a także ogłosić całemu światu, co zrobiłaś! - Zrobił krótką pauzę. - Jednak nie zrobię tego. Toczy się w tobie jeszcze jedna walka, dokładnie w tej chwili. Twoje dziecko walczy o życie. Jak powiedziała już uzdrowicielka…
     „Gilraen, ma na imię Gilraen, do cholery”. 
     - …ta istota jest niezwykle uparta i kurczowo trzyma się życia. Wisiało ono na włosku, aż do momentu, w którym cię dotknąłem. Zrobiłem do specjalnie. Dziecko dostało moje… błogosławieństwo. Stało się jeszcze silniejsze niż przedtem. Teraz nic już na nie nie podziała. Jeżeli dane mu będzie umrzeć, to jedynie ze starości, a jeżeli miałoby to się jakimś tajemniczym sposobem stać w twoim łonie, to wiedz, że dziecko zginie tylko razem  tobą.
     Świat zawirował.
     - Myślę, że patrzenie jak twoje dziecko rośnie z nieustającym poczuciem winy będzie wystarczającą karą. Nie zaznasz szczęścia. Strach przed prawdą będzie cię trawił bez przerwy. I wiedz, że pewnego dnia wszystko wyjdzie na jaw, a dopiero wtedy poznasz, co to hańba.
     Zrobiło jej się słabo.
     - Ponadto, jako że cechuję się większą przenikliwością niż uzdrowicielka, domyślam się, jak będzie wyglądało twoje dziecko, czy będzie zdrowe na ciele i umyśle, ale… nic ci nie powiem.
     Poczuła bezsilną wściekłość na widok jego władczego spojrzenia. Zacisnęła pieści
i milczała.

     - Tak, nic nie mówisz… będziesz z kamienną twarzą milczała o całej sytuacji. Dosyć zabawne…
     - Co takiego?
     - Nadajesz się na wojownika bardziej od twojego młodszego brata. Potrafisz mocnej
i skuteczniej zagłuszyć swoją wrażliwość, która, muszę przyznać, jest niemała. To spowodowało, że, jako, że na Wschodzie byliście bliżej powstającego Mroku, zaczęłaś odwracać się w jego stronę. Kim się staniesz zależy teraz tylko od ciebie, od twojej siły woli oraz tego, jak bardzo ich kochasz.

     - Nad życie.
     - Bardzo szlachetnie. Masz coś na punkcie szlachetności, honoru oraz dobrego imienia. Zdaje mi się, że to właśnie cenisz ponad wszystko… przynajmniej wnioskując po tym, co przed chwilą zrobiłaś… A co na to twój brat? Pomyślałaś o tym? 
     - Błagam cię, panie - przerwała mu. - Nie mów Dorianowi.
     Kąciki jego ust uniosły się lekko.
     - Nie, nie powiem.
     Odetchnęła z ulgą
     - Chroń tego chłopca, on jest tego warty.
     Zabolało.
     - Czy wolisz jego ode mnie, panie?
     - Być może…
     - Dlaczego go faworyzujesz?
    - Można rzec, że oddaję mu pewną sprawiedliwość. Wasz ojciec zawsze wyróżniał ciebie, więc teraz ja wywyższam jego. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki ma o to żal.
     - Ja sama mam o to żal do taty.      Thranduil westchnął.
     - Z pewnością żal będziesz miała też o to, że dosłownie przed chwilą zamknąłem Kompanie Thorina Dębowej Tarczy w lochach…
     - CO?!
     - Z pewnych źródeł dowiedziałem się, że krasnoludy będą przechodzić przez moje ziemie… zarządziłem ucztę niedaleko trasy ich podróży…  cóż, jako że umierali z głodu
i pragnienia, pobiegli w stronę światła, zakłócając spokój mój oraz moich poddanych…

     - Dowiedziałeś się… od nas! - Nie mogła w to uwierzyć. - Jak mogłeś?! I dlaczego, tak naprawdę, ich pojmałeś?
     - Mogłem, ponieważ… mogłem. To sprawa miedzy mną a przywódcą krasnoludów.
     Prychnęła.
     - Coś jeszcze, mój panie? - zapytała, z trudem kryjąc wściekłość.    
     - Możesz odejść - zezwolił łaskawie.

     Szybkim ruchem chwyciła resztę swoich ubrań, po czym zaczęła wspinać się schodami w górę, do swojego pokoju. Nie dbała o to, że miała na sobie samą bluzę. Gwałtownie porzuciła trzymane rzeczy przy wejściu do pokoju i zakopała się w miłej pościeli.
     To była długa, bezsenna noc, samotna i nieprzyjemna, pełna ponurych rozmyślań
i płaczu.

     „Czy można bardziej spieprzyć sobie życie?”
     Rozpacz dopadła ją w godzinach przedpołudniowych. Zachciało jej się krzyczeć, więc zawyła długo, przeciągle, aż prawie straciła głos. Momentalnie zjawiła się Gilraen i bez słowa ją przytuliła. Potem elfka wstała, wzięła do ręki kielich i powąchała resztki woni, jakie pozostawiła będąca w nim ostatnio ciecz. Zrozumiała wszystko. Spojrzała na Sybil 

z niedowierzaniem, po czym cisnęła naczyniem o ziemię, tłukąc je na drobne kawałeczki. 

     - Czy mi wybaczysz? - spytała z żalem. 
     - Jeszcze nie wiem - odparła Gilraen chłodno i wyszła. 
     Kto raz zdradził, nie zawaha 
się zrobić
 tego po raz kolejny.    
     - Przecież ty się nigdy nie mylisz, mój królu - wycedziła, rzucając krzesłem. 

_____________________________

Jeżeli ktoś tu dotarł...
Men gajmu 
- przepraszam po krasnoludzku.
Copyright - psychoanaliza Sybil by Thranduil The Elvenking...   

Być może szerzej opiszę historię Brandona i Kory w osobnym opowiadaniu. 

Jakby ktoś 
do tej pory nie zaczaił - miesięczna herbata to zioła na poronienie. 
Sybil wybierze dobro czy zło? Odpowiedź jest raczej oczywista... (a może nie?)
Thranduil taki badass - mógł, bo mógł. xD
Jeżeli kogoś uraziłam erotyką, to uroczyście błagam o wybaczenie. 
I przysięgam, że knuję coś niedobrego...

piątek, 7 marca 2014

Rozdział 5.

Do tej pory nie rozwinęłam wątku Doriana za bardzo… Nadszedł czas, aby to zmienić. Ten rozdział jest chyba najdłuższy ze wszystkich, jakie do tej pory napisałam, ale bardzo starałam się, żeby nie był nudny. UWAGA, JEST WYSOCE PRAWDOPODOBNE, ŻE TO, CO PRZECZYTASZ, BĘDZIE BOLAŁO.
_____________________________

     - Sybil, usiądź inaczej!
     Siostra przewróciła oczami, wyprostowała się i zaczęła jeść zgodnie ze wszystkimi wskazaniami etykiety, krojąc mięso na drobne kawałeczki, parodiując nadęte dystyngowanie sfer wyższych.
     Mama westchnęła, widząc kpinę w zachowaniu Sybil i nic nie powiedziała. Po chwili chicho syknęła. Jej oddech stał się szybki i urywany, a na twarzy rysował się ból.
     - Mamo? - spytał z niepokojem. - Co się dzieje?
     - Kopią.
     Razem z Sybil błyskawicznie zerwali się z miejsc i uklęknęli po bokach mamy. Dotknęli jej już wyraźnie wystającego brzucha.
     - Ale łobuzy! - Wykrzyknęła siostra. - Przestańcie już, mamę to boli! - 
grożąc palcem nienarodzonym dzieciom powiedziała surowo. - Będzie mieć jeszcze całe życie na wariowanie!
     - Ja osobiście wolałabym, żeby wyszalały się teraz, a po urodzeniu były spokojne - mama wydyszała z trudem. On i Sybil podali jej dłonie, chcąc dodać jej otuchy. Ścisnęła je bardzo mocno. - Nie chcę znowu przechodzić przez piekiełko, który wy dwoje mi zgotowaliście tymi ciągłymi bójkami i kłótniami.
     - Mamo… - jęknął. Ciągle to samo. Przecież ostatnio zmniejszyli ilość bójek do jednej dziennie! - A skąd jesteś pewna, że to bliźnięta?
     - Po prostu to czuję, synku - odparła z uśmiechem.
     - Ale jak? - dociekał.
     Mama zaśmiała się ciepło.
     - Nie wiem jak ci to wytłumaczyć! No nie patrz tak na mnie, zwyczajnie nie dam rady! Zaufaj mi, ty jesteś w ciąży czy ja?

     - Mamo? Dlaczego taty tak długo nie ma?
     - Dorian, zadręczysz mnie kiedyś pytaniami! - zachichotała. - Sama nie wiem… wyszedł na wieś załatwić kilka spraw…  ja też powoli zaczynam się martwić. To nie powinno trwać tak długo.
     - Już idzie - powiedziała Sybil.
     - Skąd wiesz? - spytał
     - Dlaczego ty zawsze zapominasz! - westchnęła. - Wyczuwam, kiedy tata się zbliża.
     Za chwilę słychać było, jak tata ryglował drzwi. Wbiegł do pokoju, a jego wyraz twarzy był co najmniej niepokojący. Mama zerwała się na równe nogi.
     - Brandon?
     - Orkowie. Nadchodzą.
     Mama kiwnęła głową. Odwróciła się do niego i Sybil.
     - Posłuchajcie mnie teraz uważnie! Idźcie na górę do swojego pokoju, wyjdźcie przez okno i zejdźcie po bluszczu. Weźcie konie, ty Sybil, łuk i pędźcie do sąsiedniej wioski ich ostrzec. Dołączymy tam do was.
     - Ale co się dzieje?! - krzyknęła jego siostra.
     Tata podszedł do niej. 
     - Córeczko, musisz być silna - powiedział, 
patrząc jej głęboko w oczy. - Musisz chronić siebie i brata. 
     - Ale…
     Nie znając sprzeciwu, zwrócił się do niego. 
     - Synku, musisz być dzielny. Cokolwiek zaraz się stanie, wiedz, że ja i mama bardzo was kochamy i nigdy nie opuścimy.
     - Ale tato! Ja i Sybil nigdzie nie idziemy! - krzyknął.
     Ktoś wyważył drzwi. Tata jęknął.
     - Och nie.
     Do jadalni wszedł ogromny biały potwór razem z dwoma mniejszymi. Przyglądał się im przez chwilę, po czym powiedział mrożącym krew w żyłach głosem. 
     - Kobietę i smarkaczy zabić. Mężczyznę pojmać.
     Tata dobył miecza.
     - Zostaw nas! Czy nie widzisz, że moja żona jest brzemienna? Odejdź, bo pożałujesz!
     Ten z łukiem zaśmiał się szyderczo.
     - Czy ty wiesz, do kogo mówisz, głupcze? Lepiej się nie sprzeciwiaj. Wielki Goblin nie lubi mieć w kopalniach niewolników takich jak ty.
     Tata zrobił krok do przodu.
     - Zostawcie nas! - powtórzył.
     Ten wielki, biały przemówił znowu, głosem strasznym jak sama śmierć. 
     - Masz piękny miecz, wieśniaku. Krasnoludzki. - Splunął. - Komu go ukradłeś?
     - Dostałem. W podarunku.
     Azog wybuchł śmiechem. Wyrwał miecz temu drugiemu orkowi i zaatakował. Tata odparował kilka ciosów, raniąc go nawet. To rozwścieczyło Białego Orka. Zrobił niewyobrażalnie szybkie pchnięcie.
     Mama wrzasnęła.
     - Brandon!
     Podbiegła do leżącego na ziemi, krwawiącego taty i pocałowała go w usta. Pogłaskał ją po głowie i szepnął coś do jej ucha. Podał jej miecz. Ona kiwnęła głową. Płacząc, pocałowała go raz jeszcze, po czym podbiegła do niego i Sybil. Zasłoniła ich całą sobą, unosząc miecz.
     - Jakie to żałosne - prychnął Azog.
     - Nie krzywdźcie moich dzieci! - krzyknęła.
     - Nie utrudniaj tego, kobieto!
     - ZOSTAWCIE NAS!
     Brzdęknęła cięciwa. Mama znieruchomiała, a potem osunęła się na podłogę. Strzała trafiła ją prosto w łono. Płakała, tak jak on z Sybil.  
     Spojrzała mu w oczy. Była taka przestraszona.
     - Uciekajcie. Wy musicie żyć.
     Podała mu miecz.
     - UCIEKAJCIE!
     Nie wiedział, co miał robić. Mama łkała i czołgała się w stronę taty, zostawiając za sobą strugi krwi.
     Ten z mieczem zaczął zbliżać się do niego i siostry.
     - No chodźcie tu… może Wielki Goblin was zechce…
     Zaczęli cofać się powoli w stronę schodów.
     - NO CHODŹCIE TU! - Rzucił się na nich.
     Dorian zamknął oczy i wystawił miecz przed siebie w obronnym geście. Po chwili zobaczył, że  ork się na niego nadział.
     Sybil pociągnęła go za rękę. Zabarykadowali się u siebie w pokoju i płakali. Nagle poczuli swąd dymu. Uciekli przez okno, schodząc po bluszczu. Sybil zabrała ze spichlerza swój łuk. Wsiedli na nieosiodłane konie i pędzili na oślep przed siebie. Zatrzymali się na pobliskim wzgórzu, z którego obserwowali, jak ich całe dotychczasowe życie trawiły płomienie.

     Dorian obudził się z krzykiem.

     Płomienie, płomienie, ciągle te płomienie.
     Skulił się w kłębek pod fałdami miękkiej, ciepłej pościeli. Cały się trząsł. Dlaczego zawsze kiedy znajdował eis w miłych, spokojnych miejscach miał takie sny? Jak długo będzie go męczył ten dzień?
     Tak bardzo chciał mieć małego braciszka…. A tata mówił, że za kilka najbliższych dni zabierze go na męską wyprawę, tylko ojciec i syn…
     Niezliczone łzy ciekły mu po policzkach,  kiedy wyciągnął spod poduszki miecz i gładził jego lodowate, wyrachowane ostrze.
     Był sam w swoim pokoju. Nie musiał już udawać, nie było potrzeby, aby ukrywał się za maską nienawiści i zemsty. Tutaj nie musiał się oszukiwać - był jeszcze chłopcem, który płakał właśnie za straconymi rodzicami.
     - Tato… - powiedział na głos. - Miałeś pokazać, jak być mężczyzną. Jak żyć prawo
i honorowo. Mówiłeś, że za niedługo będę na tyle dojrzały, że zaczniesz mi tłumaczyć bardzo poważne kwestie… - Zapłakał. - Powiesz, co jest właściwe, a co nie…. Gdybyś zdążył, och gdybyś zdążył, może nie okryłbym się hańbą… Tęsknię za tobą, tato. Tak bardzo żałuję, że tyle razy byłem nieposłuszny. Że nie powiedziałem, jak bardzo cię kocham i podziwiam.   

     - Mamo, mamusiu… - Wspominając ją niemal nie mógł mówić przez łzy. - Ty zawsze byłaś dla mnie taka dobra. Zawsze byłaś blisko, gotowa zrobić dla mnie wszystko.
I zrobiłaś. Byłaś taka dzielna. Ale odeszłaś. A gdzie jesteś teraz?- Szlochał. - Tata mówił, że nigdy nas nie opuścicie. Więc gdzie jesteś? Tak bardzo za tobą tęsknię. Ja cię potrzebuję. Nie chcę być zdrajcą, który przelał mnóstwo krwi. Chcę znów usłyszeć twój śmiech i to jak mówisz „kocham cię, Dorianie”.
I znów ujrzeć twoje piękne oczy. Mamusiu, czy nasze nienarodzone rodzeństwo też miałoby takie?
     Odpowiedziała mu jedynie cisza. Ona towarzyszyła mu często i nauczył się przestać jej bać. Teraz jednak znów naszedł go strach. Wpatrywał się w drewniane sklepienie, które było stworzone tak, aby imitowało splątane konary drzew. Starał sobie wyobrazić, że był
w lesie,
a źródło Zaklętej Rzeki biło nieopodal. Drzewa szeptały, a słońce przebijało się przez ich liście, rozświetlając gęsty mrok. Ptaki śpiewały cichutko…    
     To była dobra, kojąca wizja. Pomagała mu odgonić ciemność. Ona wracała, i to często.
W chwilach zwątpienia ujmowała go w swój żelazny uścisk. Nie pokazywał tego po sobie, bo nie chciał martwić Sybil. Obiecał, że już więcej tak nie zrobi, że już jej nie zostawi.
     Dzięki pobytowi w, o ironio, Mrocznej Puszczy, znalazł sposób, aby pokonać mrok.

     To wszystko się zaczęło, kiedy patrzył, jak ich dom płonie. Czuł wtedy, że odległy dym otaczał go, dusił, przesłaniając widok na cały świat. Wydawało mu się od tamtej pory, że oślepł. Choć oczy miał otwarte, widział przed sobą jedynie czarną pustą otchłań, do granic możliwości wypchaną cierpieniem. Nie wiedział, co się działo dookoła. Ciągle nawiedzała go wizja, jak mama czołgała się w stronę umierającego taty, zostawiając za sobą strugi krwi, albo straszna twarz Białego Orka. Nie wiedział, czy miał sny, ale Sybil opowiadała później, że tak, i że bardzo dużo wtedy krzyczał. Oraz, że za każdym razem budził się
z coraz większym trudem, a ona płakała, bo bezradnie patrzyła, jak opuszczała go chęć do życia. Czasami jednak Dorian wyrywał się z odrętwienia. Widział wtedy, jak Sybil potrząsała nim i łkała. Błagłaa go, żeby coś zjadł. Żeby cokolwiek powiedział, przestał bowiem mówić.
Ja i Sybil nigdzie nie idziemy było ostatnim zdaniem, ba, ostatnimi słowami, jakie wydobyły się z jego ust. Kiedy innego razu uciekł ciemności na moment, zobaczył, że siostra prowadziła go za rękę. Sam nie miał już siły iść. Życie opuszczało go powoli i nieubłaganie, a Sybil, tracąc nadzieję, stawała się coraz bardziej wyczerpana.  
     Było już naprawdę źle. Czuł, że był już bardzo słaby i za niedługo zapadnie się w mrok na dobre. Wtedy coś usłyszał. Pierwszy raz było to coś innego niż krzyk i płacz mamy oraz śmiech Azoga. Usłyszał głosy, które mówiły coś w nieznanym mu języku. Głosy były pełne czegoś, na co nie mógł znaleźć słowa. To było coś bardzo abstrakcyjnego. Długo później dotarło do niego, że słyszał w nich radość i wesołość. Miały one wielką moc, tak wielką, że ciemność zostawiła Doriana. Gdy otworzył oczy, zobaczył, że jego siostra rozmawiała
z najpiękniejszymi istotami, jakie kiedykolwiek widział w życiu. Czyjeś delikatne, a zarazem silne ręce podniosły go z ziemi. Czuł, że ktoś go niósł i słyszał, jak śpiewał cicho, tak cudnie i kojąco, że tamtego razu Dorian był pewny, że zapadł w sen. Ale śnił o
tym dniu.
A ciemność przyszła upomnieć się po niego. Zechciał się przed nią bronić, ale ona była dużo silniejsza. Znów go dusiła, przygniatała, obezwładniała… Ale wtedy jakiś aksamitny głos powiedział:

     - Wróć do nas, chłopcze.
     „Nie mam siły”, pomyślał.
     - Masz. Dziecko, pokonaj ją.
     „Nie dam rady”
     - Dasz.
Danna si fuin!
     Ujrzał światło. Gdzieś w oddali, malutki promyk przebijający się przez mrok. Stawał się coraz większy i jaśniejszy. W miarę jak głos powtarzał „danna si fuin”, ciemność faktycznie upadała. Poczuł, że zdjęto z niego ogromny ciężar. Nagle zachłysnął się krystalicznie czystym powietrzem. Ten dym, który go otaczał… zniknął. Odzyskał wszystkie zmysły
z niesamowitą ostrością. Otworzył oczy i ujrzał Słońce. Ona nim była. Uśmiechnęła się,
a on poczuł, jak coś miłego przetaczało się przez jego ciało. Odkrył, że potrafił odczuwać coś, co chyba nazywano radością.
     - Jak masz na imię, ludzkie dziecię? - spytała.
     - Przecież już mówiłam - wtrąciła Sybil, która stała tuż obok.
     - On sam musi to powiedzieć - odparła.
     „Ja zapomniałem, jak mówić”.
     - Nieprawda - szepnęła. - Jak cię zwą?
     Jej oczy były przeszywające, ale jednocześnie dobre i ciepłe. One sprawiły, że bardzo zapragnął jej odpowiedzieć. Bardzo zechciał znaleźć sposób, żeby to zrobić.
     - D-d... Doo… Doorr..iaan - wyjąkał z trudem. Ona zaśmiała się tak pięknie. - Dorian - powtórzył, dumny z siebie. -  S-syn B… - głos mu się załamał. Jego żal był zbyt świeży. Nie był w stanie wymówić imienia taty. Jednak te oczy dodały mu siły. - Syn Bran…dona.
     W końcu popłynęły łzy, a trucizna, która go zabijała od tak dawna, umykała razem
z nimi. Płakał jak małe dziecko tak długo, że rozbolała go głowa, a oczy piekły. Został ukołysany do snu. Długiego, dobrego, regenerującego snu. Kiedy się obudził, poczuł się jak nowonarodzony. Zobaczył, że Sybil siedziała tuż obok. Jego twarz wykrzywiła się
w dziwnym, obcym grymasie. Siostra odpowiedziała mu tym samym i zobaczył, że to uśmiech. 
   
     Ciemność odeszła, a on dowiedział się wszystkiego. Sybil po tym dniu nie wiedziała, co robić ani gdzie iść. Włóczyła się razem z nim bez celu przez kilka miesięcy. Zabłądziła
i znaleźli 
się w Mrocznej Puszczy. Byli bardzo bliscy śmierci, kiedy ich znaleziono. Litość wezbrała w sercach leśnych elfów i zabrały ich do Pałacu króla Thranduila. Pan Lasu rozkazał zaopiekować się nimi. Tak więc elfia uzdrowicielka, ktoś bardzo rzadko spotykany, zajęła się nimi. Z każdym dniem ich stan polepszał się. Kiedy Gilraen uznała, że byli gotowi, zostali postawieni przed królewskim majestatem. Władca Mrocznej Puszczy wyczytał ich myśli. Zobaczył, przez co przeszli. Zrobiło mu się żal tak młodych, niewinnych istot. Jak później mówił, ujrzał w nich coś jeszcze… coś niezwykłego. Postanowił to z nich wydobyć. Rozkazał dać ludzkim dzieciom gruntowne wykształcenie. Najpierw nauczono ich języka. Ku ogólnemu zaskoczeniu, Dorian zaczął mówić. Ale nie tylko to, jego wypowiedzi stały się tak płynne, pewne i spójne, jego wywody tak logiczne oraz mądre, że nikt nie chciał uwierzyć, że nie był wcześniej małym mistrzem retoryki. Później przekazano im podstawy wiedzy elfów o świecie. Okazali się być wymarzonymi uczniami - wszystko pojmowali szybko i z łatwością.  Następne były pieśni. Kiedy mieszkańcy Pałacu usłyszeli ich pierwszy publiczny występ, Król utwierdził się w przekonaniu, że postępował słusznie, wyróżniając te dzieci. Ich głosy nie były typowe dla rasy ludzkiej, gdyż niemal dorównywały elfim. Szybko zdobyli uznanie wśród mieszkańców Mrocznej Puszczy. Potem nadeszła pora nauki poruszania się po Lesie. Dorian bał się Puszczy. Dzięki Gilraen znów ujrzał światło i nie chciał wracać do mroku. Sybil mówiła, że też odczuwała strach, przebywając w nim. Elfom zajęło trochę czasu, aby nauczyć ich rozumieć Las, lecz Dorian i Sybil
w końcu pojęli. Zaczęli identyfikować się z Puszczą. Była pełna gniewu, jak oni sami. To sprawiło, że zrozumieli istotę Lasu i nie spowalniali już patroli, z którymi wyruszali. Cieszyli się życiem i ogólną sympatią elfów. Kiedy okazało się, jak biegli są w sztuce wojennej i, że nie potrzebują większego szkolenia w tej dziedzinie, zyskali też szacunek. A swoją, jak twierdził Thranduil, dobrocią i prostotą serca - zaufanie. Razem z Sybil zaznał szczęścia
i spokoju, żyjąc, ucztując, bawiąc się i śpiewając z mieszkańcami Mrocznej Puszczy, którzy stali się przyjaciółmi. Patrolowali Las razem z nimi, niszcząc atakujące go zło. Niespokojne szepty zaczęły rozbrzmiewać w Pałacu. Pająki stawały się coraz śmielsze. Donoszono, że zauważono ruch
w okolicach Dol Guldur. Niepokój powoli i cicho wkradał się do serc elfów. Tak samo jak do serca Doriana i Sybil. Pokochali elfy, ale był ktoś jeszcze, kogo nade wszystko chcieli zobaczyć. Thranduil mówił, że był zawiedziony, odrywając, jak bardzo jego ulubieńcy miłowali Dziedziców Durina. Wiedział, że nie będzie mógł powstrzymać ich pragnień na długo. Dlatego, z bólem, pozwolił im odejść i wyruszyć do Ered Luin. Ostrzegał ich jednak, że będzie to bardzo niebezpieczna podróż.
     - Chyba nie podejrzewał, że aż tak - mruknął do siebie Dorian, powracając myślami do rzeczywistości. 
     - Mellon? - rozległ się znajomy głos.
     Zaskoczony chłopak aż podskoczył i, stanąwszy na materacu łóżka, wymierzył mieczem w intruza. Kiedy zobaczył, kto to, ucieszył się wielce.
     „No tak, jak zawsze bezszelestny”.

     - Ai, Súrion! - powiedział. Odłożył miecz delikatnie i poszedł uściskać przyjaciela.
     - Ai na vedui, Dorian - tamten odparł z uśmiechem.
     Milczeli przez jakiś czas, ciesząc się po prostu tym, że znów byli razem. Súrion był elfem jakich wielu. Piękny jak każdy, ale nie wyróżniał się urodą - miał kasztanowe włosy
i jasne oczy. Podkomendny Tauriel, dobry wojownik i wspaniały kompan. Nikt nie wiedział, dlaczego ulubieniec Króla wybrał kogoś tak zwyczajnego na swojego najlepszego przyjaciela. To był po prostu fakt, ci dwaj tworzyli doskonały zespół i nikt nie miał zamiaru temu zaprzeczać.

     - Czy to znów wraca? - spytał elf z niepokojem.
     - Wraca nieustannie, co jakiś czas - przyznał Dorian, zastanawiając się, jak wiele Súrion zobaczył, a może nawet usłyszał.
     Jego przyjaciel posmutniał. 
     - Mam coś, co poprawi ci nastrój - rzekł i specjalnie nie mówił nic więcej, żeby wzbudzić ciekawość Doriana.
     - Och, nie drocz się ze mną! - zaśmiał się chłopak. - Co to takiego?
     - Za pół godziny wyrusza patr
ol do źródła Zaklętej Rzeki. Tauriel nie ma nic przeciwko, abyś poszedł z nami. Zbiórka przy bramie.
      Dorian musiał zrobić bardzo głupią minę, bo Súrion zachichotał. Miła niespodzianka,
i Tauriel nie miała nic przeciwko…
     - Przyjdę. Dasz mi czas się przygotować?
     - Oczywiście - odparł elf z uśmieszkiem, po czym wyszedł.
     „Taa, jasne, śmiej się” - warknął Dorian w myślach.

     Wyjął z szafy łuk i kołczan. Posługiwał się również i tą bronią, ale nigdy nie był w niej tak dobry jak reszta elfów i jego siostra. Przygotował dwa długie noże, które wybrał sobie ze zbrojowni. Poprzednie skradziono jemu i Sybil, gdy zostali pojmani. Te widział po raz pierwszy. Nie różniły się niczym od jego pierwszych, więc nie poświęcił im zbyt wiele uwagi. Zaczął ubierać się w strój do lasu. Miał już na sobie spodnie, a kiedy zakładał buty, wyczuł, że siostra się zbliżała. Był bez koszulki, odwrócony do wejścia plecami, gdy wkroczyła do pokoju. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.
     - Wiesz, jest niewiele ludzkich zwyczajów, które pochwalam, ale jednym z nich jest na przykład pukanie do drzwi.
     - Po pierwsze, tu nie ma drzwi. Po drugie, i tak zawsze wiesz, kiedy nadchodzę, a po trzecie, dlaczego miałabym to robić, skoro nie masz przede mną nic do ukrycia?
     - Lubię kulturalność. Mogłaś zapukać o futrynę. A może to dla mnie krępujące, jak gapisz się na mnie, gdy jestem bez koszulki?
     Prychnęła.
     – Wcale się na ciebie nie gapię. Doskonale wiem jak wyglądasz i to dla mnie nic ciekawego. Nie ma powodu, żebyś się tak czuł, spokojnie - zapewniła z ręką na sercu. - Interesuje mnie natomiast, gdzie się wybierasz?
     Założył bluzę z kapturem i odwrócił się do Sybil.
     - Pomożesz mi założyć kamizelkę?
     Kiwnęła głową, a kiedy zawiązywała sznurowania na placach, on powiedział jej, gdzie idzie.

     - Do źródła
Zaklętej Rzeki! W nasze ulubione miejsce! Ależ ci zazdroszczę! - westchnęła, czesząc jego włosy w koński ogon, żeby nie plątały się wśród gałęzi. - Wybrałabym się z wami, ale Gilraen kazała mi wypoczywać. - Parsknęła śmiechem. - Przecież nasze Słońce doskonale wie, że to niemożliwe. 
     - Właśnie, co powiedziała o sama-wiesz-czym? - spytał, zakładając noże na plecy.
     - Och, zapomniałam! Czy wspominałam już, że oberwiesz? - powiedziała groźnie.
     - Yhym, już to widzę - zakpił. - Niby za co?
     Nalał sobie wody do szklanki i usiadł na taborecie, kładąc nogi na stole.
     - Kłamałeś.
     - Kiedy? - syknął, już mocno zdenerwowany.
     - Powiedziałeś, że elfy wiedzą wszystko.
     - Bo to prawda! - bronił się.
     - A tu cię zaskoczę! - wykrzyknęła triumfalnie i opowiedziała mu o tym, co usłyszała od Gilraen.
     Dorian żuł właśnie
 lembasa, którego dyskretnie podebrał ze spiżarni. Musiał się porządnie najeść przed wyjściem. Tak jak reszta, nie zabierał ze sobą picia ani jedzenia.  Teraz chleb stanął mu w gardle. Sytuacja była poważna.
     - Cholera, co robimy?
    Sybil wyglądała na załamaną.
     - Nie wiem - jęknęła. Coś w jej głosie sprawiło, że Dorian nie do końca w to uwierzył. - Przecież nie możemy tu zostać tak długo. W ogóle, tego dziecka nie powinno być…
     - Zgaduję, co sobie myślisz - przerwał. -  Bękart, tak? Nie bój się… - podszedł do niej
i otoczył ją ramieniem. - Fili ma na tyle władzy, żeby włączyć tego małego… albo małą do linii Durina.

     W jej oczach zalśniły łzy, ale uśmiechnęła się z wdzięcznością. Wzięła miecz z łóżka
i podała mu go.

     - Rozumiem, że w Puszczy bardziej przeszkadza niż pomaga, ale nie potrafię być
o ciebie spokojna, jeżeli nie masz go ze sobą.

     Wziął od niej broń i założył na plecy. Odetchnął głęboko. Dopiero kiedy miał miecz na sobie, czuł się… kompletny. Klinga była częścią jego samego. Nie wyobrażał sobie, żeby wyruszyć gdziekolwiek bez tego miecza. Był mu bardzo drogi. Poza tym, sam w sobie był bardzo wartościowym przedmiotem.
     - Ty wiesz - westchnął. - Ja nie mam co dać temu dziecku z okazji narodzin... Ale przynajmniej zostanę ojcem chrzestnym.
     - Skąd ta pewność? - zachichotała. - No niestety, biedne maleństwo. Nie musisz nic dawać, wystarczy, że będziesz dobrym chrzestnym.
     - Czyli, że odpowiedzialnym? Ajjj, to będzie trudne.
     - No wiem. Dobra, zmykaj już. Uważaj na siebie i miłej zabawy - ostatnie dwa słowa wypowiedziała z kpiącym uśmieszkiem.
      - Oczywiście, że się będę dobrze bawił - wycedził, po czym założył kołczan i wziął łuk.
     - Och, bracie, kiedy ty się zrobiłeś taki przystojny?- zapiała z zachwytem, co miał odebrać jako złośliwość. - Nie rozumiem, jakim cudem Tauriel jeszcze tego nie zauważyła… 
     - Przestań - warknął i wyszedł, rzucając jedynie „do zobaczenia” na pożegnanie.
     - Wsłuchaj się w las, braciszku! - Usłyszał, jak Sybil woła za nim. - Musisz się dowiedzieć, w jakim położeniu są nasi ukochani!
     Przy bramie byli już wszyscy prócz Tauriel. Dorian był zaskoczony, widząc, że książę Legolas wybierał się z nimi. Jego dawni znajomi otoczyli go ze wszystkich stron, witając serdecznie. Nawet jego dowódca poprosił go na słowo. Wymieniali typowe uprzejmości. Syn króla, tak jak wszyscy, lubił jego i Sybil, ale nigdy nie okazywał większej sympatii. Gdy zjawiła się Tauriel, zainteresowanie Legolasa Dorianem stopniało momentalnie. Elfka posłała chłopakowi miłe słowa powitania oraz uśmiech, który sprawił, że zrobiło mu się tylko troszkę słabo. Uwodząc inne elfki chłopak zawsze czuł się jak ryba w wodzie, ale
z Tauriel było inaczej. Dorian głupiał przy niej. Nigdy nie wiedział, co powiedzieć, często nie uważał na to, co się działo dookoła, psując akcje na patrolach. Do tego stopnia, że Tauriel wystąpiła z wnioskiem do króla o przeniesienie Doriana do innego oddziału. Thranduil spełnił jej prośbę i uczynił chłopaka podkomendnym Legolasa, co było ogromnym wyróżnieniem. Bez Tauriel w pobliżu, Dorian niezaprzeczalnie dowiódł swojej wartości jako wojownik i wszyscy byli zadowoleni.

     Dostali sygnał do wymarszu. Wrota otwarto i wyruszyli. Droga przed nimi była bardzo długa, jednak poruszali się szybko, zwinnie i bez przeszkód. Dorian starał się skupić uwagę na czymś innym niż podziwianiu Tauriel, przemykającej przez las z lekkością i gracją ptaka, więc przyjrzał się drzewom i wsłuchał w ich szepty. Zdziwił się. Gniew i zła wola bijąca od Puszczy była niemal namacalna. Nastrój zmienił się bardzo wyraźnie odkąd razem z Sybil stąd odeszli. Ta zmiana musiała być dla elfów szokująco szybka - przecież ledwo odczuwały bieg czasu, a tu ich Las pogrążał się w mroku tak nagle.
     Wyczuł to już przy wejściu do Puszczy. Dotarli tam, gdy świtało. Dorian zmartwił się trochę, bo niemal zajeździli konie. Szeptali do uszu swoich wierzchowców przepraszające słowa przez dłuższy czas, po czym kazali im odpocząć, a po nabraniu sił wracać do pana.

     - Las choruje - tyle tylko skomentowała Sybil.
     I faktycznie, kiedy przedzierali się skrótem do Pałacu, widać to było bardzo wyraźnie. Rośliny były umęczone, a także dziwnie nieprzychylne. Poczuli się jak intruzi, co było dosyć absurdalne. Nawet zostali potraktowani jak obcy. Dorian
i jego siostra doskonale zdawali sobie sprawę, że jeżeli oni nie znajdą elfów, to elfy znajdą ich. Oczywiście tak się stało. Ale ku ich zaskoczeniu, zostali otoczeni i mierzono do nich z łuku, jakby byli wrogami. Kiedy odkryto ich tożsamość, zapanowała radość, która, kolejna niespodzianka, okazała się jedynie tymczasowa. Nie pozwolono im nawet odpocząć, tylko od razu postawiono przed Królem. Skąd tyle nieufności?
     - Widzę, że nie próżnowaliście.
     Odwrócił się i z wymownym uśmieszkiem spojrzał na Sybil.
     - Czy to cię boli, mój Królu? - zapytała.
     - Tak - odpowiedział Thranduil gorzko. - Rzecz w tym, że nigdy tak naprawdę nie będę waszym królem.
     Milczał przez jakiś czas, zaglądając w ich umysły raz jeszcze.
     - Zanim odeślę was do uzdrowicielki…
     „Gilraen, ma na imię Gilraen, do cholery”, pomyślał.

     Kiedy rozmowa schodziła na temat tej elfki, Król nigdy nie wymawiał jej imienia. Dorian jedynie domyślał się, co łączyło Thranduila i Gilraen. W końcu z umiejętnością czytania
w myślach i wyglądem charakterystycznym dla wysokiego rodu nikt jeszcze nie urodził się przez przypadek. W dodatku Gilraen żyła wyraźnie na uboczu. Praktycznie każdy elf miał zdolności uzdrowicielskie, ale takich jak ona, którzy kształcili się bardzo dogłębnie w tym kierunku, było niewielu. Elfy nie potrzebowały takich osób. Dlatego Gilraen była uznawana za wyjątkową, bo oczywiście była taka, ale nie zawsze rozumiano to słowo w pozytywnym znaczeniu. Z pewnością wielu się czegoś domyślało, ale, tak jak Dorian, nigdy nie śmiało powiedzieć tego na głos. I tak pewnie pozostanie na wieki wieków.

     - … chcę wam powiedzieć, że czego jesteście świadomi, dowiedziałem się już wystarczająco. Jestem pod wrażeniem… ale jednocześnie zawiodłem się na was.
     - To nie była zdrada! - krzyknął na cały głos, gdyż poniosły go niekontrolowane emocje.
     - Była. I nie była - odparł Thranduil spokojnie. - Wiedzcie jedynie, że straciliście moje zaufanie. Kto raz zdradził, nie zawaha się zrobić tego po raz kolejny.
     - Mój Królu…
     Thranduil podszedł bliżej i uśmiechnął się delikatnie.
     - Nie martw się, chłopcze - szepnął. - Mam nadzieje, że czas uleczy rany… a wy już mnie nie zostawicie i będziemy na nowo budować, to co nas połączyło.

     Poczuł wtedy ukłucie w sercu. Kochał Thranduila równie mocno jak Thorina. Był rozdarty między dwoma wielkimi władcami. Nie wiedział, komu miał być wierny ani któremu ma służyć.
     - Królu...- zaczęła Sybil cicho. - Dałeś nam życie. Dałeś nam wszystko. Sprawiłeś, że jesteśmy tym, kim jesteśmy…
     - Chcesz wtrącić słowo „ale”- przerwał jej. Westchnął, usiadł z powrotem na swoim tronie i rzekł:
     - Kiedy przybyliście tutaj, patrzyłem, jak z każdym dniem rośniecie, jaśniejecie, stajecie się potężniejsi i silniejsi. Radość oraz duma rozpierała moje serce. Ja nigdy się nie mylę. Zasługiwaliście na wyróżnienie. Ale , Sybil, ale… czy tak jest teraz? Mimo tego ile wam ofiarowałem, wasze serca nie poszły za głosem rozsądku, a prosta wdzięczność okazała się słabsza od niemal zapomnianego uczucia rodzinnego szczęścia. Życie, które wam dałem, ofiarowaliście istotom należącym do plemienia, które niegdyś było i mi przyjaciółmi, lecz teraz nimi nie są. Rzekłbym, że są nawet wrogami.  Oddaliście całych siebie tym, do których niechęć jest w mojej krwi, która jest zakorzeniona od zarania dziejów. Czy rozumiecie moje rozczarowanie i gorycz? - To pytanie zawisło w powietrzu. Milczeli, spuściwszy głowy. Thranduil jednak nie skończył. - Wielkie wydarzenia nadchodzą. Czas, byście opowiedzieli się, po której stoicie stronie… choć jedno z was, zdaje się, już wybrało.
     Sybil odważyła spojrzeć mu w oczy z buntowniczym wyrazem twarzy. Po chwili jej złość zniknęła i ustąpiła  miejsca smutkowi oraz poczuciu winy. 
     - Zrobię wszystko, żeby zatrzymać was przy sobie - zadeklarował. - A teraz odejdźcie.
     Zrobię wszystko, żeby zatrzymać was przy sobie.

     Te słowa tłukły się w umyśle Doriana przez cały czas. Nie wiedział, czy miał się z tego powodu 
cieszyć czy bać - w wykonaniu Thranduila mogło to oznaczać dosłownie wszystko.
     Wkrótce miał się przekonać, do czego Władca Mrocznej Puszczy był zdolny.

     W drodze do źródła
Zakletej Rzeki zniszczyli kilka pajęczych gniazd. Dorian był mile zaskoczony. Potrafił się skupić nawet przy Tauriel. Zabijał odrażające stwory ramię
w ramię z Súrionem, a wyraz uznania na twarzy elfki faktycznie poprawił mu humor.
     Jednakże posmutniał znowu, kiedy dotarli do źródła.

     Ukochał z Sybil to miejsce ze względu na moc Rzeki. Nikt oczywiście nie pił z niej wody, ale można było wyczuć jej moc. Dawała spokój i błogie zapomnienie. Uwielbiał leżeć wśród splątanych konarów z siostrą u boku i słuchać usypiającej pieśni płynącej wody, a także przyglądać się pojedynczym promieniom słońca przebijającym się przez liście, zasłuchać się w ptasią muzykę, której nawet elficka nie dorówna… 
     Ale teraz muzyka ucichła, a kojący szmer Rzeki zdawał zawierać w sobie cichą, ukrytą groźbę. Mrok zgęstniał i nie przepuszczał słońca.
     Dorian zawiódł się, nie znajdując pocieszenia w wyprawie do źródła.
     „Z czasem wszystko co plugawe powstanie”.
     Był zmęczony, ale po powrocie skierował się prosto do pokoju siostry, żeby powiedzieć jej, że wrócił. Szedł z ciężkim sercem. Ciemność znowu chciała go objąć. Wyrwał się
z ponurego zamyślenia, kiedy usłyszał odgłosy rzucania przedmiotami dobiegające
z pokoju Sybil. Był już blisko i przyspieszył kroku. Stanął jak wryty przy wejściu.
     - Co się stało?!
     - Ależ on jest…
     Posypały się soczyste wyzwiska pod adresem króla Thranduila.
     - Sybil powiedz mi, co się stało? - powtórzył.
     Kopnęła w nogę łóżka ze złością.
     - On ich pojmał i uwięził. Kompania Thorina Dębowej Tarczy jest właśnie przetrzymywana w lochach i czeka na przesłuchania.


_______________________________

No dobrze… naszemu rodzeństwo można by zarzucić, że kłamali. Mówili, że Kora zginęła, postrzelona w brzuch. Ale serio, gdy ja próbowałam się postawić w ich sytuacji, powiedzenie, że została postrzelona w nienarodzone dzieci nie przechodziło mi przez gardło. Dorian i Sybil nagięli prawdę… ale tylko troszkę.
Ai na vedui!
 - Ah, at last! - Och, w końcu!
Danna si fuin! - Night is falling! - Ciemność upada!
Ktoś się tu buja w Tauriel…
Ciemność, która ogarnęła Doriana to po prostu ciężka odmiana depresji.
Gilraen córką Thranduila z nieprawego łoża? Być może…
Thranduil jest ukazany przeze mnie jako wrażliwy, kochający i cierpiący. Na razie.
Jeżeli Dorian zostanie ojcem chrzestnym tego dziecka, to zacznijmy mu już współczuć…. A co się będzie działo, jeżeli Fili ze swojej strony wybierze Kiliego? Oh my godness…