środa, 12 lutego 2014

Rozdział 6.

     Tak blisko, a tak daleko.
     Dorian patrzył z okna swojego pokoju na siedzącą na tarasie Kompanię.
     Niemożność zejścia do nich i powiedzenia im, że wszystko było w porządku, doprowadzała go do szału.
     Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo Fili i Kili musieli być zmartwieni.
     Niestety, nawet wstanie z łóżka było dla niego ogromnym wysiłkiem. Czuł dokładnie każdy cios, jaki otrzymał, a było ich wiele. Gdy teraz myślał o tym, jak długo i szybko biegli, zdało mu się to niemożliwe, tak samo jak to, że dosiadali skradzionego warga przez czas jakiś.
     Odczuwał ogromny ból i zmęczenie. W żaden sposób nie były mu one obce, co nie zmieniało faktu, że były tak samo dokuczliwe jak awsze.
     Stan Sybil był jeszcze gorszy. Spała bez przerwy do chwili, gdy odzyskał przytomność, czyli co najmniej od dwóch dni, i spała nadal, a zapadał zmierzch. Ireth, ich opiekunka, informowała go na bieżąco o kondycji siostry. Ponoć na początku dużo krzyczała przez sen, a dokładniej wykrzykiwała trzy imiona: Dorian, Fili, Kili. Teraz już się uspokoiła. Dorian bał się o nią. Jego siostra była silna, ale były jakieś granice wytrzymałości. Bał się, że ciężar trosk przygniecie Sybil. 
     Poczuł, że mu słabo i położył się. Gdy leżał w wygodnym łóżku (już prawie zapomniał jak to jest - spać w cieple, w normalnym posłaniu, pod dachem, z pełnym brzuchem i bez strachu), będąc pochłonięty podziwianiem kwiecistych wzorów na suficie, Ireth weszła do pokoju.
     - Twoja siostra się obudziła - oznajmiła elfka. - Zastanawiającym jest, że od razu wstała na równe nogi, zapytała co z Kompanią, a dowiedziawszy się, że wszystko z nimi
w porządku, beztrosko oświadczyła, że jest głodna.
     Dorian zachichotał.
     - Bardzo mnie to cieszy i wcale nie dziwi. Powiedz jej, proszę, że na razie nie jestem
w stanie się z nią spotkać i żeby przez myśl jej nie przeszło, aby przychodziła do mnie. Niech o nic się nie martwi i wypoczywa.
     - Przekażę jej co do słowa, jednak nic nie obiecuję. Stała się nagle tak pełna energii, że podejrzewam, iż nie będzie w stanie usiedzieć w miejscu przez dłuższy czas – powiedziała Ireth z uśmiechem, a potem dodała:
     - Przyniosłam ci kolację, misę z wodą i lekarstwa. Jeśli będziesz potrzebował przed snem czegoś więcej, zawołaj mnie.
     Dorian uśmiechnął się z wdzięcznością.
     - Dziękuję.
     Gdy Ireth wyszła, Dorian z entuzjazmem zajął się pochłanianiem pysznego jedzenia.
     Nigdy nie zrozumie, dlaczego Thorin tak nie znosił elfów.

***
     Elfy były z pewnością niesamowite. Gdy tylko Sybil oświadczyła, że jest głodna, do jej pokoju natychmiast dostarczono tacę wypełnioną najróżniejszymi owocami i warzywami, pachnącym chlebem oraz grzankami z miodem, w dodatku dostała jeszcze duży kawałek masła, białego i żółtego sera, dzban z wodą, sokiem, a także niezwykłym, orzeźwiającym złotym napojem.
     Na początku nie wierzyła w to, co widzi. Od długiego czasu nie miała takiej ilości jedzenia tylko dla siebie. Gdy Ireth zobaczyła ją łapczywie pochłaniającą wszystko, co jej podano, uśmiechnęła się z zadowoleniem. Powtórzyła  swojej podopiecznej słowa jej brata i zobaczyła zmartwienie na jej twarzy.
     - Nie martw się, córko Kory! Twój brat szybko powróci do zdrowia po zażyciu leków, które i tobie przynoszę. Rozumiem, że trudno ci będzie nie ruszać się z pokoju
i odpoczywać, jak przykazał ci Dorian. Jeśli naprawdę czujesz się na siłach, aby swobodnie chodzić po Rivendell, to jestem zobowiązana przekazać ci, że Lord Elrond pragnie… - Sybil przeszedł dreszcz na te słowa. - abyś ubrała się w jedną z sukni, która znajduje się
w szafie.

     Ireth uśmiechnęła się jeszcze szerzej na widok szoku na twarzy swojej podopiecznej.
     - Jeśli będziesz potrzebować czegoś jeszcze, zawołaj mnie - powiedziała, po czym wyszła.
     Sybil natychmiastowo zapomniała o jedzeniu. Zanim  zapomniała o całym świecie, zdążyła jeszcze zażyć leki, którymi były dwa napary z nieznanych jej ziół. Kiedy wypiła pierwszy z nich, nagle poczuła jak delikatny chłód, lecz nie nieprzyjemny, a kojący, powoli przetacza się przez jej ciało. To było zupełnie tak, jakby woda obmywała powoli popękaną, spragnioną ziemię. Sybil miała wrażenie, że napar łagodzi każdą ranę i bolące miejsce. Po wypiciu drugiego odczuła nagły przypływ ciepła i energii. Miała wrażenie, że jest
w zupełności zdrowa.

     Podbiegła do szafy, wzięła głęboki oddech i zajrzała.
     Niemożliwe.
     Zamknęła i otworzyła drzwi jeszcze raz, i jeszcze. A więc nic jej się nie zdawało. Nigdy nie widziała tak pięknych rzeczy. Owszem, jej mama miała kilka ładnych sukni na ważne okazje, ale żadna z nich nawet w połowie nie dorównywała tym.
     Było ich tam co najmniej dziesięć. Były w przeróżnych kolorach i kształtach, bardzo bogato zdobione.
     (Brak czasu i miejsca na dokładny i możliwie najbardziej wiarygodny opis ich wszystkich).
     I w co się tu ubrać?
     Jakże to był trudny wybór!
     W końcu uznała, że najodpowiedniejszą będzie biała suknia, być może ze względu na to, że wyglądała najskromniej. Zrobiona była z delikatnej wełny, o ile Sybil dobrze pamiętała, ten materiał nazywał się kaszmir. Miała proste obcisłe rękawy i była przepasana pod biustem. Miała też delikatne czarne akcenty - wąski czarny pas i zakończenia rękawów, a także brzegi sukni były obszyte czarnymi perłami. Gdy Sybil pietyzmem założyła ją na siebie, tak samo jak miękkie białe pantofelki, rozejrzała się po swoim pokoju w poszukiwaniu lustra.
     Gdy zobaczyła te dziewczynę, aż krzyknęła.
     Skąd on wzięła się w moim pokoju?!
     Długo później Sybil z szokiem odkryła, że patrzy na własne odbicie. No, no... Ktoś ją wykąpał i rozczesał jej włosy, tak, że teraz delikatnymi falami spływały jej na plecy.
     Prezentowała się niezwykle… kobieco. Nigdy nie chciała zostać damą, przez co doprowadzała czasem mamę do szału. Jednak teraz Sybil rozumiała doskonale, że wśród Eldarów musi się zachowywać jak na damę przystało.
     Jak to szło? Plecy wyprostowane, łopatki złączone, głowa lekko uniesiona,  ręce przy sobie i uśmiech. Kiedy po kilkukrotnym przećwiczeniu odpowiedniej postawy efekt był zadowalający, Sybil wyszła zwiedzać Rivendell.
     Zdziwiła się, że nie spotkała żadnych elfów ale, czego się domyślała, znajdowały się właśnie na wieczerzy.
     Ten dom był naprawdę błogosławiony. Leczył ze smutku, zwątpienia oraz strachu.
     Ale nie Sybil. Najpierw musi zobaczyć Doriana całego i zdrowego.

***
     Bilbo spacerował już od dłuższego czasu i napawał się magiczną aurą tego miejsca. Zdał sobie sprawę, że to jest to, za czym tęsknił - dom i wszelkie jego wygody.
     Z ociąganiem zbierał się do powrotu do swoich krasnoludzkich towarzyszy. Szedł, myśląc o niebieskich migdałach, gdy nagle ktoś na niego wpadł. Bilbo w ostatniej chwili został uratowany przed upadkiem przez czyjeś silne, drobne ręce. Kiedy osoba, która na niego wbiegła, odezwała się, Hobbit doznał szoku.
     - Och, błagam o wybaczenie panie… - jęknęła Sybil
     - Baggins, Bilbo Baggins - wyratował ją z opresji.
     - Panie Baggins. Szukam właśnie kogoś, to dla mnie bardzo ważne, jest mi niezwykle śpieszno i... Jeszcze raz przepraszam, panie Baggins. Och, co za niezręczna sytuacja. Jak mogę panu wynagrodzić moją nieuwagę? - spytała z rozbrajającym uśmiechem.
     - Jest coś takiego… Powiedz mi jakim cudem dotarłaś tu z bratem tak szybko?
     Dziewczynie opadła szczęka. Otwierała i zamykała usta, nie wiedząc co odpowiedzieć.
W końcu wykrztusiła:
     - Skąd… jak… się pan o nas dowiedział?
     - Wstyd mi przez to, ale kiedy Fili i Kili wymknęli się ostatnio zabierając duże ilości piwa, poczułem się zobowiązany, aby ich odnaleźć. Obserwowałem was przez dłuższy czas. Bardzo ładnie tańczysz - zakończył z przepraszającym uśmiechem.
     Sybil spłonęła rumieńcem aż po koniuszki włosów. Nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Przez jej twarz przetaczała się cała gama emocji: od niedowierzania, przez zakłopotanie
i skrępowanie, do złości. Kiedy w końcu się opanowała, powiedziała chłodno:
     - Panie Baggins, to były bardzo intymne chwile, nieprzeznaczone dla niczyich uszu ani oczu. Liczę, że w zamian za śledzenie nas, zachowa pan przynajmniej dyskrecję.
     - Zapewniam, że tak właśnie będzie - odparł Bilbo. Nie chciał rozstawać się z Sybil
w takiej wrogiej atmosferze, zapytał więc:
     - Czy mam coś przekazać Filiemu i Kiliemu?
     Dziewczyna uśmiechnęła się radośnie i powiedziała:
     - Proszę przekazać, że jesteśmy tutaj, cali i zdrowi, oraz, że za niedługo się zobaczymy. Niech będą czujni. - Mrugnęła łobuzersko. - Ja tymczasem idę zobaczyć się z Dorianem, mój brat nie ma siły wstać z łóżka - westchnęła, po czym rzekła:
     - To był zaszczyt pana poznać, panie Baggins. - Dygnęła i odeszła szybkim krokiem.
     - Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedział Bilbo, zastanawiając się, co chwalebnego Sybil i Dorian uczynili tym razem. Liczne rany na dłoniach, szyi i twarzy dziewczyny nie uszły bowiem uwadze Hobbita.
     Kiedy powrócił do swoich towarzyszy, zobaczył, że Fili i Kili siedzieli z dala od reszty
i dyskutowali o czymś cicho, z ożywieniem. Bilbo postanowił zażartować z nich dosyć okrutnie. Podkradł się do chłopców, a kiedy stał tak blisko, że mógłby ich dotknąć, powiedział: 
     - Wiecie, właśnie wracałem tutaj z przyjemnej przechadzki … -  bracia aż podskoczyli
i odwrócili się błyskawicznie. - kiedy wpadła na mnie Sybil. Dosłownie. Wyraźnie się gdzieś spieszyła. Zastanawiające, ale wyglądała na zdrową i wypoczętą, czemu kłam mogłyby zadać świeże rany na jej dłoniach, szyi i twarzy. Szkoda, że jej nie widzieliście, bo dużo was ominęło. Była ubrana w elfią białą suknię i wyglądała bardzo ładnie. Przepraszała mnie wielokrotnie i bardzo grzecznie. Rozmawialiśmy przez chwilę, po czym poprosiła mnie, abym przekazał wam te słowa: jesteśmy tutaj, cali i zdrowi, za niedługo się zobaczymy. Bądźcie czujni.  Potem powiedziała, że idzie zobaczyć się z Dorianem, bo jest za słaby, aby wstać z łóżka. Ukłoniła mi się pięknie i odeszła.
     Miny Filiego i Kiliego były tak bezcenne, że Bilbo do końca życia wybuchał śmiechem na ich wspomnienie.

***
     W przedpołudnie następnego dnia, Ireth z ciężkim sercem szła do pokoju Doriana. Miała mu do przekazania bardzo smutne i poważne wieści. Jednakże, kiedy przekroczyła próg pokoju swojego podopiecznego, stanęła jak wryta, mrugając z niedowierzaniem. Po chwili elfka parsknęła śmiechem.
     Ireth od świtu postawiła na nogi połowę Rivendell, nawet wysłała jeźdźców do przeszukania okolicy, po tym jak odkryła, że nie może nigdzie znaleźć Sybil. Tymczasem dziewczyna siedziała na podłodze przy łóżku, w którym leżał jej brat, i śpiąc, rodzeństwo trzymało się za ręce. 
______________________________

Cóż... jeżeli do tej pory opowiadanie było nudne, to obiecuję, że się rozkręci. 

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 5.

     Biegli. Biegli tak szybko, tak długo i tak niestrudzenie jakby wstąpiła w nich nadludzka siła.
     Krew, ich krew była wszędzie - we włosach, na ubraniu, na rękach i nogach, na twarzy.
     Wszystko ich bolało, całe ciało, ale to nie miało znaczenia.
     W płucach mieli ogień, ale to się nie liczyło.
     Biegli i biegli, bo od tego zależy życie tych, których kochają. 
     Biegli i biegli, jakby goniła ich sama śmierć, przed której wyrokiem uciekali uparcie od tak dawna.
     Potrzebowali pomocy.
     Dorian i Sybil zdali sobie sprawę, jak niewiele byli w stanie zdziałać w pojedynkę. Jak śmiesznie małe były ich możliwości.
     W pościgu Azoga wzięło udział wielu więcej orków niż przypuszczali. Rodzeństwo zaatakowało szajkę Plugawcy w nocy, jednak nie przemyśleli wystarczająco dobrze oraz trafnie przebiegu tamtej potyczki. Zostali otoczeni, pogryzieni, poranieni i postrzeleni. Pod koniec zrobiło się naprawdę groźnie. Jedynie szalony pomysł Sybil, aby dosiąść warga pozbawionego pana, uratował ich przed najgorszym. Od tamtej pory uciekali praktycznie bez przystanku.
     Zabili wiele plugawych stworów tamtej nocy. I chociaż nadal zostało ich około dwa tuziny, to gniew Białego Orka był ogromny. Powodowało to, że zbliżał się do Thorina i jego Kompanii bardzo szybko. Za szybko. Jeśli Thorin nie da się namówić na wejście do Rivendell, wszyscy będą straceni.

     Rivendell. Imladris. Ostatni Przyjazny Dom na wschód od Morza. Jedynie tam mogli mieć nadzieję na znalezienie pomocy. Być może było to zbyt śmiałe, bezczelne, naiwne
i głupie, aby wpadać tam biegiem i błagać o pomoc nieznającego ich wcale Lorda Elronda Półelfa. Sybil i Dorian nigdy gościli w jego domu, choć znali do niego drogę. Słyszeli wszystko, co najlepsze o gospodarzu Rivendell. Zdali się na fakt, że po mieczu pochodził on z rodu Eldarów - tak więc z całą pewnością cechowała go światłość oraz dobroć. Po kądzieli zaś rodu ludzkiego - co czyniło go jakby bliższym. Być może nie pozostanie głuchy na ich błagania. Rozumieli, że byli nikim, zwykłymi ludźmi, w porównaniu z Elfami Wysokiego Rodu zamieszkującymi Imladris. Dlaczego te wspaniałe istoty miałyby narażać się na niebezpieczeństwo w walce z orkami, po to, by chronić
krasnoludy, na prośbę dwojga dzieci?
     Ale to była ich ostatnia, płonna nadzieja, której będą trzymać się kurczowo do ostatniej chwili.
     Kiedy czuli, że zaraz serca pękną im z wysiłku, nogi odpadną i wyplują własne płuca, wkroczyli do Ukrytej Doliny.
     Dorian i Sybil stanęli jak wryci. 
Zaparło im dech w piersiach, to miejsce… to miejsce było… zabrakło im słów. W niemym zachwycie patrzyli na Ostatni Przyjazny Dom jaśniejący w promieniach wschodzącego słońca i zapomnieli o wszelkich troskach. Niesamowita aura Imladris zadziałała na nich od razu. Błogie uśmiechy wstąpiły im na twarze. Mogliby upajać się widokiem Doliny przez wieczność całą, lecz musieli się śpieszyć.
     Na drżących nogach ruszyli w stronę wspaniałego domostwa. Elf, którego zdaniem było najwyraźniej przyjmowanie gości, wyszedł im naprzeciw, rozłożył ramiona w powitalnym geście, po czym rzekł:

     - Witajcie w naszej dolinie, przyjaciele elfów! Na imię mi Lindir. Widzę, że potrzebujecie gościny. Udzielimy wam jej z radością. Czujcie się jak u siebie w domu i zostańcie z nami ile zechcecie. Lord Elrond, pan tego miejsca, z przyjemnością powita tak młodych ludzi. Od lat nie widzieliśmy tu kogoś wam podobnego. Lecz najpierw pozwólcie się sobą zaopiekować, jesteście poważnie ranni - zakończył z nutą troski w głosie.
     Rodzeństwo skłoniło się nisko.
     - Bądź pozdrowiony Lindirze! Jestem Dorian, syn Brandona, a to moja siostra Sybil, córka Kory. - Wskazał na Sybil, która dygnęła. - Czujemy się zaszczyceni tak dobrym przyjęciem. Naszą pierwszą prośbą jest chwila prywatnej rozmowy z czcigodnym Lordem Elrondem, najlepiej natychmiast. Mamy do niego sprawę niecierpiącą zwłoki - mówił szybko.
     Czas uciekał, czas uciekał!

     Wielkie zdziwienie odmalowało się na pięknej twarzy Lindira.
     - Jeśli takie jest wasze życzenie. Pozwólcie za mną - powiedział tylko.
     Prowadził ich przez zachwycający ogród pełen wodospadów, strumieni i altan, następnie przez wielkie, cudowne komnaty, aż do miejsca, gdzie przy kamiennym stole stał Elrond Półelf, odwrócony do nich plecami, patrzący z góry na Dolinę. 
     - Poczekajcie tu - Lindir powiedział cicho do rodzeństwa, a następnie podszedł bliżej do swojego władcy i rzekł:
     - Mój panie, przed chwilą przybyło do nas dwoje dzieci. Mówią, że mają do ciebie sprawę niecierpiącą zwłoki.
      Lord Elrond odwrócił się i spojrzał na młodych ludzi, a Sybil i Dorian nagle poczuli się niezwykle onieśmieleni jego pięknem i majestatem. Dotarło do nich, jacy byli mali, śmieszni,  nic nie znaczący oraz niewiele wiedzący. Zdawało im się również, że niesamowite oczy półelfa przeszywały ich dusze na wskroś. Po chwili ciszy pan Rivendell rzekł:
     - Zaiste, niezwykłymi jesteście gośćmi, dzieci Brandona i Kory. Podejdźcie.
     Tak też rodzeństwo uczyniło, kłaniając się bardzo nisko, podczas gdy Lindir oddalił się.
     Zapanowało milczenie. Elrond przyglądał się uważnie jego nowym gościom, a z ich oczu wyczytał bardzo wiele. Zobaczył ich tragedię, a także poświęcenie dla dziedziców Durina. Ujrzał twarze ich rodziców, których nade wszystko kochali i utracili, a także oblicza tych, którzy wyrządzili im tyle krzywdy. Zdał sobie sprawę, jak bardzo szlachetne mieli serca i jak wielki hart ducha, jak bardzo byli waleczni i nieustępliwi. Momentalnie nabrał szacunku do tych dzieci. Ponadto zdziwił się wielce.
     „Nie spotyka się już ludzi takich jak oni. W dodatku są jeszcze tacy młodzi, za młodzi, aby tyle przecierpieć” - pomyślał, lecz na głos powiedział jedynie:

     - A więc dramatycznie potrzebujecie pomocy. I nie chodzi wam o pomoc dla waszych umęczonych, poranionych ciał. Pragniecie pomocy dla tych, których życia cenicie ponad własne.
     Dorian przerwał mu szybko:
     - Lordzie Elrondzie, bądź łaskaw wybaczyć nam naszą zuchwałość, ale Thorin, syn Thraina, i jego towarzysze są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ściga ich Biały Ork
i około dwa tuziny innych, wszyscy dosiadają wargów…  Nie wiemy, czy Thorin ma zamiar zawitać do twojego błogosławionego domu, jednakże jeśli tego nie zrobi i nikt nie przyjdzie z pomocą, Król pod Górą zostanie razem z towarzyszami wycięty w pień - mówił rozgorączkowany.

     - Czego zatem dokładnie ode mnie pragniecie?- zapytał Elrond, doskonale znając odpowiedź.
     - Błagamy cię panie, abyś wyruszył  ze swoimi rycerzami  jak najszybciej i zabił orków ścigających Thorina Dębową Tarcze oraz jego ludzi - Sybil prosiła, niemal wpadając
w płacz.
     - Słusznie bym postąpił, spełniając waszą prośbę. Jest to niepokojące, aby grupa orków odważyła się przekroczyć  Brunien i wtargnąć na moje ziemie. Uczynię to, co chcecie, chociaż jestem pewien, że od krasnoludów nie usłyszę słowa podzięki - powiedział Elrond z nutą goryczy w głosie, a później dodał:
     - Zrobię to ze względu na was.

     Ulga. Niesamowita ulga zalała ciepłą fala serca rodzeństwa. Dokonali wręcz niemożliwego. Dokonali! Nagle poczuli z całą mocą, jak bardzo byli wycieńczeni, ranni, słabi. Stali się śmiertelnie zmęczeni, tak bardzo, że nie mogli utrzymać się na nogach
i padli na kolana przed Elrondem.

     - Jeśli to coś znaczy, masz nasze największe podziękowania, panie - wyszeptał Dorian
     - Czy kiedykolwiek wynagrodzimy ci twoją wspaniałomyślność i dobroć, lordzie Elrondzie? -spytała Sybil.
     - Podziękowania od istot tak dobrych jak wy znaczą dla mnie bardzo wiele. Jeśli powrócicie do pełni sił i będzie gośćmi w moim domu przez najbliższe dni, poczuję się wystarczająco nagrodzony. Tymczasem poddajcie się opiece moich ludzi. Ja wyruszam natychmiast - rzekł Elrond, i, przywoławszy elfkę imieniem Ireth, rozkazał jej zaopiekować się Sybil i Dorianem. Następnie odszedł szybkim krokiem.
     Zanim padli bez życia, Sybil i Dorian usłyszeli piękny dźwięk elfich rogów bojowych przeszywający poranne  powietrze.

***
     To było słodko-gorzkie spotkanie.
     Ciekawość jest zaiste pierwszym stopniem do piekła.
     Jednak Fili i Kili czuli się, jakby znajdowali się w jego najokropniejszych czeluściach.
     Wieść o śmierci Brandona  i Kory oraz o spaleniu Ettinor rozdarła serca krasnoludów na drobne kawałki. 
     Czuli się, jakby stracili członków własnej rodziny.
     I dom.
     Jak mogli przez dwa lata żyć, bawić się i spać spokojnie, podczas gdy ich kochani Dorian i Sybil głodowali, marzli i ocierali się o śmierć, pozostawieni sami na pastwę Losu?
     W dodatku poświęcili swoje życia dla nich.
     Fili i Kili ustalili, że nie godzili się na to. Ich zdaniem Dorian i Sybil powinni zostać wyniesieni ponad wszelkie ziemskie zaszczyty.
     I tak się stanie. Nie wiedzieli jak, nie wiedzieli kiedy, ale byli pewni, że, kiedy Thorin zostanie Królem pod Górą, to ci dwoje ludzi będą jedynymi, którym Król się pokłoni. Fili
i Kili już o to zadbają, nieważne, jak trudne to sie okaże.  

     Jednak teraz najtrudniej było trzymać język za zębami, wiedząc, że Azog Plugawca żyje i ich ścigał! Ale obiecali zachowanie milczenia Dorianowi i Sybil, kiedy się z nimi rozstawali.
     Nie pamiętali, jak wrócili do obozu po tym spotkaniu. Świadomość powróciła do nich
z całym swoim okrucieństwem, kiedy rano zostali obudzeni. Koszmarnie bolały ich głowy. Przede wszystkim od płaczu. Ale mieli też lekkiego kaca.
     Ten poranek to był jeden z niewielu momentów, gdy Kili chciał być osobą nieprzyciągającą uwagi otoczenia. Czuł na sobie spojrzenia kompanii, kiedy w milczeniu funkcjonował przez cały dzień. Nic nie kombinował, nie śmiał się ze wszystkimi, chodził ze spuszczoną głową, często wpatrywał się w dal i grzecznie słuchał Thorina.
     To było wystarczająco dziwne zachowanie, aby wywołać poruszenie wśród reszty. Jedynie Bilbo zdawał się nie być zdziwiony, a ponadto był równie milczący jak on i Fili.
     Fili też bardzo szybko to zauważył.
     On sam nie chciał przyjąć prawdy do wiadomości. Chciał mieć pewność, że to mu się przyśniło. Że Brandon i Kora żyją i prowadzą szczęśliwy żywot na jaki sobie po stokroć zasłużyli. Fili chciał, aby to wszystko było niczym więcej niż sennym koszmarem.
     A z drugiej strony nie. Pragnął, żeby jego taniec z Sybil nie był jedynie snem.
     Fili próbował, tak bardzo się starał zachowywać normalnie, ale z marnym skutkiem. Wiedząc o tragedii, jaka dotknęła Sybil i Doriana, nie potrafił myśleć o niczym innym. Nawet odzyskanie Ereboru straciło na znaczeniu. To musiało być po nim widać, gdyż zobaczył rosnące napięcie wśród członków kompanii. Szeptali między sobą o nim i Kilim. Tylko Bilbo tego nie robił. Ich Włamywacz coś wiedział.
     Trzeba będzie to wyjaśnić.
     Tego Fili obawiał się najbardziej - czasu na wyjaśnienia.  Nie był na to gotowy.
     Jednak zanim takowy czas nadszedł, dopadł ich pościg Azoga.
     Serca Filiego i Kiliego ścisnął ogromny strach. Nie bali się o własne życia, lecz o ich rodzeństwo. Skoro wyznaczyli oni sobie za zadanie powstrzymać orków, czy to znaczy, że polegli?
     Gdy Lord Elrond razem z garstką swoich rycerzy zabił ich prześladowców, a potem ugościł Kompanię Thorina Dębowej Tarczy w Rivendell, Fili i Kili jako jedyni nie zaznali spokoju.
     Dorian, Sybil, gdzie jesteście?
______________________________

 Kilka dni po słodko-gorzkim spotkaniu, nasze kochane rodzeństwo zapłaciło za swoją zuchwałość.
Ale formy to im trzeba pogratulować.
Elrond wyda wam się niezbyt istotny, ale będzie miał ogromne znaczenie w mojej opowieści.
To już połowa pierwszej księgi.
Błagam o opinie! Nie wiem, czy mam publikować dalej....

Rozdział 4.

UWAGA! WĄTEK THILBO BAGGINSHIELD!
______________________________

     Bilbo tym razem nie daruje tym łobuzom. Znowu zniknęli! W dodatku przepadło sporo piwa, ku przerażeniu mającego nad nim pieczę Bombura, z którym Hobbit właśnie zakończył wartę… To musiało mieć ze sobą jakiś związek. Bilbo nie miał pojęcia jakim cudem chłopcy wymknęli się z obozu niezauważeni, na dodatek wykradając tyle trunku, ale to nie wróżyło nic dobrego.
     Hobbit czuł się wyjątkowo zobowiązany, aby dbać o bezpieczeństwo siostrzeńców Thorina. Thorin… ten majestatyczny, silny krasnolud, o nieziemskim głosie i cudnych szafirowych oczach, Król pod Górą, wspaniały lider…
     Bilbo potrząsnął głową. Nie czas na takie myśli! Najważniejsze teraz było pytanie - gdzie ci dwaj mogli udać się z piwem?
     Wszędzie. Niziołek westchnął z irytacją. No pomocne, doprawdy.
     Pan Baggins wypatrywał wszelkich znaków na niebie i na ziemi mogących doprowadzić go do drogich mu krasnoludów. A wtedy jego bystre hobbickie oczy wypatrzyły światło. Jakiś jasny punkt znajdujący się dosyć daleko od miejsca gdzie stał, przynajmniej milę.
     I co teraz począć? Zawiadomić kogoś o tym, czy sprawdzić samemu? Po niedługiej wewnętrznej walce, ostatecznie w Bilbie zwyciężył Tuk, co go akurat nie zdziwiło.
     Będący teraz na warcie Oin i Gloin oraz reszta Kompanii raczej nie zauważą jego nieobecności. Na pewno nie, jeśli tylko ułoży koce w swoim śpiworze w odpowiedni sposób, tak jak Fili i Kili. Ponadto wartownicy byli zbyt pochłonięci rozważaniami, czy aby na pewno Bombur sam nie wypił całego zaginionego trunku.
     Zdawałoby się, że wieczność całą zajęło mu zbliżenie się do tamtego jaśniejącego punktu, który, tak jak Hobbit podejrzewał, okazał się być ogniskiem. Już z oddali Niziołek usłyszał dwa znajome śmiechy oraz dwa obce. Co to miało znaczyć? Hobbit przyspieszył kroku i podkradł się bardzo blisko, niezauważony.
     Na widok osób zgromadzonych wokół ognia opadła mu szczęka.
     Fili, Kili oraz...
     Bilbo zamrugał. Potem zamrugał znowu. I raz jeszcze. 
Następnie przetarł oczy, lecz przekonał się, że wciąż patrzył na to samo. Wzrok go zatem nie zawodził. Hobbit zmarszczył brwi.   
     „Coś tu nie gra" - myślał intensywnie. - "Fili i Kili zabierają piwo, wymykają się z obozu tylko po to by napić się go z… kim oni są, tak właściwie?". 
     Skupił swoją uwagę na dwójce nieznajomych. Wyglądali oni po części jak elfy, po części jak ludzie i byli niewielkiego wzrostu, mimo to przerastali chłopców o głowę… Elfy to istoty wysokie (dosłownie i w przenośni), a więc chłopak i dziewczyna byli młodymi ludźmi! I to nie takimi zwyczajnymi ludźmi, o nie.
     "Muszą być kimś wyjątkowym dla Filiego
i Kiliego" - stwierdził Bilbo w myślach 
     Widać to było na pierwszy rzut oka. Hobbit nie widział do tej pory młodych dziedziców Durina tak szczęśliwych. Zachowywali się niesamowicie swobodnie w towarzystwie tych dwojga, jakby znali się z nimi od zawsze. To samo tyczyło się ludzi. Przepychanki, zapasy, kawały, żarty i kpiny, śmiechy i radosne śpiewy - to wszystko ujrzał Bilbo obserwując lekko wstawioną czwórkę.        
     Nagle ktoś wpadł na pomysł konkursu tanecznego bez muzyki. Hobbit przewrócił oczami na tak niedorzeczne zajęcie, lecz 
ciekawsko przyglądał się pierwszej parze startującej w konkurencji. 
     Chłopak i dziewczyna.   
      „Z twarzy i wzrostu są praktycznie identyczni! Rodzeństwo,
z pewnością” - pomyślał pan Baggins.

     Ustawili się naprzeciw siebie.
     - Sybil - chłopak ukłonił się z gracją.
     - Dorianie - dziewczyna dygnęła wdzięcznie.
     - Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zatańczysz ze mną?
     - Z miłą chęcią, bracie - odparła dziewczyna, z trudem zachowując powagę.
     Zatańczyli jeden z tańców ludzi, którym otwierano większość balów. Układ był dosyć poważny i stonowany, wymagający gracji oraz umiejętności. Rodzeństwo radziło sobie znakomicie. Tańcząc nawet  na królewskim dworze przynieśliby chlubę swej rodzinie. Gdy skończyli, rozległy się żywe oklaski.
     Następnie startowało drugie rodzeństwo. Fili i Kili zatańczyli jeden z tańców krasnoludów, bardzo wesoły, żywiołowy i spektakularny. Wśród „publiczności” wielokrotnie rozbrzmiało pełne napięcia  „ooch!” i „aach!”, a potem gromkie brawa.
     Bilbo nie miał pojęcia komu przyznałby w tym monecie laur zwycięzcy.

     Potem Kili i Dorian tańczyli razem, lecz to nie był taniec, to było przedstawienie! Chłopcy zachowywali tyle powagi i dworności, gdy tańczyli poważny taniec ludzkich elit. Później jeszcze nawiązał się między nimi zabawny dialog parodiujący sposoby wysławiania się wyższych sfer. Fili i Sybil płakali ze śmiechu. Bilbo również uśmiał się co nie miara, po cichu, ale jednak.
     Kolejną parą byli Kili i Sybil. Tańczyli taniec krasnoludów, w którym, ku uciesze wszystkich, to Kili znajdował się na miejscu partnerki, i zostawał co chwila wyrzucany
w powietrze jak dziecko. Och, jakież to komiczne! Bilbo również, tak jak Fili i Dorian, płakał ze śmiechu, chociaż nadal starał się siedzieć cicho. 

     Przedostatnią parą biorącą udział w konkursie byli Dorian i Fili. Ku zaskoczeniu Bilba, zatańczyli taniec hobbicki! Prosty, wesoły i radosny taniec, często praktykowany na urodzinach i tego typu okazjach. Patrzyło się na to z przyjemnością, aż serce rosło. Gromkie brawa, gromkie brawa!
     Ale to ostatnia para wygrała. Fili i Sybil zatańczyli taniec elfów. Bilbo początkowo nie mógł się nadziwić, skąd oni znali ten taniec, jednakże nie przejmował się tym przez czas dłuższy niż parę chwil. Jedyne, co mógł zrobić, to nie odrywać od nich wzroku. Ta para wzbudzała czysty zachwyt. Szczerze, Bilbo nie spodziewał się po Filim takiego wdzięku. Biło do niego królewskie dostojeństwo. Dziewczyna natomiast przewyższała gracją niejedną elfkę. To był taniec elit wśród elit, ale nie zatańczony dla kpiny. Układ wprost urzekał, a muzyka jakby sama zaczynała grać w uszach.
     Gdy skończyli, ogłoszono ich zwycięzcami.

     Kiedy Sybil i Fili ukłonili się po raz setny, a oklaski ucichły, w końcu, cała czwórka tarzała się po ziemi i śmiała do łez. Bilbo nie pochwalał takiej nieostrożności.
     - Jak wspaniale się z wami zobaczyć. Było nam bez was smutno i trudno - rzekł Dorian.
     - Uwierz mi, nam również - odparł Fili.
     Milczeli przez dłuższą chwilę, wpatrując się w niebo.
     - Mam wrażenie, że jesteśmy prawdziwym  rodzeństwem, a wy? - powiedział Kili.
     - W rzeczy samej. I w końcu jesteśmy w komplecie! - Sybil przytaknęła radośnie, rozkładając ramiona ku niebu.
     - Może będziemy się tak spotykać co każde siedem dni? - zaproponował Fili
     - Tak! - Chórem odpowiedziała reszta.
     - Ale za kilka najbliższych dni wypada, że będziemy w Rivendell - mruknął Kili
     - Daj spokój, wuj nie da się na to namówić! - sprzeciwił się Fili.
     - A jeśli tak, to co? - zapytał młodszy krasnolud.
     - To przybędziemy do Rivendell - powiedział Dorian z uśmiechem
     - I ujawnicie się?! - krzyknął Kili
     - Być może… - Sybil odparła tajemniczo
     - Błagamy was! - jęknął Fili
     - Zobaczymy - Dorian uciął rozmowę ze złowieszczym uśmiechem.
     - Co knujecie? - zapytał Kili z podejrzliwością w głosie.
     Bilbo zachichotał. A więc istniał ktoś, kto potrafił przewyższyć synów Dis w snuciu intryg.
     - Przekonacie się sami - Sybil stwierdziła stanowczo, ucinając dyskusję.
     Potem długo panowała cisza.
     - Ykhm, zamierzacie tu z nami spać? - warknęła Sybil.
     - A dlaczego nie? - odparł Fili wyzywająco.
     - Och, no tak, zapomniałem, że jesteśmy podobnym stopniu szaleni - stwierdził Dorian, lekko sarkastycznie.
     Reszta zaśmiała się.
     - Odejdziemy, gdy powiecie nam jedno - rzekł Kili.
     - Cóż to takiego? - mruknęła Sybil niepewnie.
     - Co rozumiecie przez ,,życie za życie"? - zapytał Fili.
Sybil i Dorian wymienili spojrzenia, jakby pytając siebie nawzajem, czy odpowiedzieć krasnoludom, czy też nie.    
     W końcu Sybil zaczęła powoli:

     - Nie pamiętacie? Thorin uratował naszą matkę i ojca od strasznej śmierci, sam ryzykując życie. Nie wiem, co by się z nami stało, gdyby nie on… Jesteśmy mu za to tak nieopisanie wdzięczni - przez głos dziewczyny przelała się fala smutku, która zaniepokoiła krasnoludów i sprawiła, że Kili spytał:
     - Właśnie, jak się mają wasi wspaniali rodzice?     Dorian i Sybil znieruchomieli, a na ich obliczał rysował się wielki smutek oraz ból. Dorian zacisnął usta i wpatrywał się tępo w ziemię, milcząc. Natomiast Sybil wzięła głęboki oddech, zacisnęła pieści i przymknęła oczy, po czym rzekła:
- Rzecz w tym, że Azog i jego banda zawitali do wioski i-i… i tata zginął w obronie mamy przebity mieczem przez samego Azoga, a-a mama umarła zasłaniając nas własnym ciałem, przeszyta s-strzałą przez jednego z podkomendnych Białego Orka. Potem… chcieli pojmać nas, ale poświencenie rodziców nie poszła na marne i zdołaliśmy uciec. Nie mieliśmy do czego wracać. Splądrowali i spalili wszystko…
     Sybil wybuchła płaczem, kryjąc twarz w dłoniach.  

     Fili i Kili patrzyli na Doriana i Sybil z wytrzeszczonymi oczami, oniemieli, z kącików ich oczu wypływały łzy.
     - To było ponad dwa lata temu - odezwał się Dorian załamującym się głosem, przytuliwszy Sybil. - Od tamtego czasu tułamy się po świecie bez celu. Ale teraz wy staliście się sensem naszego życia. Odkąd odkryliśmy spisek Azoga, by zabić Thorina… Nie pytajcie w jakich okolicznościach… - Sybil załkała, a chłopak westchnął drżąco, po czym zaczął kiwać się w przód i w tył z siostrą w ramionach. - Robimy wszystko aby temu zapobiec. Polega to głównie na uprzykrzaniu temu potworowi życia. Wy, Dis, a przede wszystkim Thorin, daliście nam tyle szczęścia. Kili pokazał Sybil jak się strzela z łuku. Ty, Fili mnie, jak się walczy na miecze. Gdy spotkaliśmy was po raz pierwszy, niezwykle zaimponowała nam wasza umiejętność posługiwania się bronią, dlatego tak błagaliśmy was, aby nam pokazać, jak to się robi. Po waszym odejściu doskonaliliśmy to, czego nas nauczyliście. Gdyby nie wy, zginęlibyśmy razem z rodzicami, albo niedługo potem. Ponadto, gdyby Thorin nie wykuł tego wspaniałego oręża w podarunku dla naszego ojca, wielokrotnie poniósłbym śmierć. Nasze życie poświęcamy wam, dlatego, że dzięki wam wciąż istniejemy. Nie spoczniemy, dopóki nie będziemy pewni, że jesteście bezpieczni.
     Fili i Kili zaniemówili. Byli wyraźnie zdruzgotani na wieść o śmierci tego małżeństwa.
Z niedowierzaniem i nie mniejszym współczuciem wpatrywali się
w Doriana i Sybil. 
     - Wy… wy nie zasługujecie na taki los! - sprzeciwił się Kili. - Jesteście młodymi ludźmi, którzy powinni cieszyć się życiem! Dlaczego ponosicie tak wielką ofiarę?   
     Sybil uwolniła się z uścisku brata i odparła już spokojnie:
     - To była moja i Doriana wspólnie podjęta decyzja. Po ataku orków nie mieliśmy domu, ani pieniędzy na jego zakup, ani umiejętności na ich zarobienie. Wszędzie byliśmy niechciani. Dwa koszmarne lata walczyliśmy o przetrwanie. Gdy zrozumieliśmy, co zamierza Azog, zgodziliśmy się, że nie możemy przyglądać się temu bezczynnie. Nie możemy pozwolić, aby zło tym razem zwyciężyło. Aby wasza rodzina została rozdarta. Chociaż nasze możliwości są niewielkie… to zrobimy co się da, aby nie pozwolić was skrzywdzić - oświadczyła z zaciętością. 
     Bilbo był zdumiony. Nie znał Dużych Ludzi od tej strony. Jak to się stało, że te praktycznie dzieci dźwigały tak wielkie brzemię? Że ta szlachetna decyzja została podjęta przez tak młode osoby?
     Bilbo poczuł wzrastającą w nim złość na myśl o rodzinnej tragedii Doriana i Sybil. Uważał, że to niedopuszczalne, aby tacy wspaniali ludzie tyle cierpieli. Podziwiał to rodzeństwo. Bilbo zrozumiał, dlaczego Fili i Kili darzyli Doriana i Sybil uczuciem. Zdał sobie również 
sprawę, że usłyszał wystarczająco.
     Ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem obserwował, jak cała czwórka przytulała się teraz i szlochała. Hobbit zrozumiał, że czas na niego. Fili i Kili na pewno poradzą sobie
z powrotem do obozu.

     Jednakże Hobbit przede wszystkim potrzebował teraz chwili samotności, by zmierzyć się z natłokiem myśli. Czuł się przytłoczony ciężarem nowo poznanego sekretu. Jak długo zdoła go utrzymać? Nie chciał być posiadaczem tej wiedzy.
_____________________________

Po prostu musiałam wmieszać naszego poczciwego hobbita w intrygę.
#Co do tych tańców - nie widzę nic zdrożnego w tym, że tańczą ze sobą dwaj chłopcy.
#Uważam, że Thilbo Bagginshield (czyli rzekomy romans Bilba Bagginsa
i Thorina 
Dębowej Tarczy) jest chorą nadinterpretacją, co nie zmienia faktu, że uwielbiam ten wątek. Będzie zawarty w moim "dziele" wielokrotnie. Bawi mnie, jeżeli kogoś tym wkurzyłam.
#Co do tagów (czy też etykiet) poniżej, to są one po angielsku, bo... bo tak. Po prostu po angielsku zużywam mniej słów, by wyrazić to, co chcę (a etykiety mają niewielki limit długości).  

Rozdział 3.

     Na początku były ich głosy sławiące Elbereth.

A! Elbereth Gilthoniel!
silivren penna míriel
o menel aglar elenath,
Gilthoniel, A! Elbereth!

   
 Usłyszał swój własny głos:  - DORIAN?! SYBIL?! 

     Słyszał ich wspólny śmiech, niemal czuł to szczęście…
     Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, żeby spłacić dług u Thorina Dębowej Tarczy...
     Życie za życie...
     A nie powinniśmy po prostu się ujawnić?
     I walczyć razem z Thorinem i jego kompanią?
     My… nie chcemy, żeby on o nas wiedział.
     Czy to, co robimy ma sens?
     W pościgu będzie brało udział przynajmniej dwa, może trzy, tuziny orków.
     Nas jest tylko dwoje.
     Jak mamy ich ochronić?
     My mamy zadanie do wykonania.
     Musimy zatrzymać Azoga.
     On wie, że Thorin jest tutaj.
     On chce go zabić…
     To oni!
     Nie rozumiecie, zabiją was, jeśli was z nami zobaczą!
     To nie jest czas na wyjaśnienia, znaczenie ma tylko wasze bezpieczeństwo!
     Na Aulëgo, proszę was, odejdźcie!
     Już ich widzę!
     UCIEKAJCIE!

     Potem był krzyk. Jego własny. To z nim się zbudził.
     Kili miał koszmary od spotkania z Dorianem i Sybil, ciągle słyszał te urywki rozmów.
     Młody krasnolud rozejrzał się dookoła. Nie obudził nikogo. Jedynie Gandalf, który pełnił wartę, uklęknął przed nim i z wyrazem troski na twarzy zapytał:
     - Wszystko w porządku, Kili?
     - W jak najlepszym - skłamał. Czarodziej nie dał się nabrać i po prostu patrzył mu
w oczy przez chwilę, jakby chcąc zajrzeć w myśli krasnoluda, po czym się oddalił.
     Coraz więcej członków kompanii coś podejrzewało. On i Fili niezwykle rzadko byli tacy milczący, zamyśleni i nieskorzy do zabawy oraz żartów. Kili obawiał się, że wkrótce zaczną zadawać pytania o przyczyny takiego ich stanu. 
     Te same zmartwienia zaprzątały myśli Filiego, gdy wybudzał się z nieprzyjemnego snu, którego nie pamiętał. Był jeszcze bardziej zmęczony niż przed położeniem się spać. 
     Dzisiaj wypadał dzień kolejnego spotkania.
     Zaplanowali z Kilim z związku z tym coś specjalnego. Będzie to wymagało dużo zachodu, ale może w końcu on i jego brat zaspokoją ciekawość.

***
     Czuła jedynie poczucie winy. Ogromnie przytłaczające poczucie winy. Sybil zdała sobie sprawę, jak wielki będzie gniew Azoga i jak bardzo ucierpią na tym krasnoludy.
     Nie miała pretensji do Doriana. On zawsze lepiej nadawał się do rozmów i negocjacji. Poza tym, w jego sytuacji zachowałaby się tak samo.
     Posłańców było ośmiu, każdy dosiadał warga. Liczba przeciwników nie była już błaha
i tamta potyczka wymagała dobrego rozegrania. Na szczęście dogadywała się z bratem bez słów i zabili wrogów bez większych problemów. Skończyli z zadrapaniami, potłuczeniami, nie odnieśli żadnych poważniejszych ran.

     Ale musieli potem odpocząć. Nie mogli sobie pozwolić na rozpalenie ogniska, oczywiście.
     W koronach drew było bezpiecznie.

     Dorian nie znosił tak sypiać. Bał się, że w każdej chwili spadnie, a lina, którą był zawsze przywiązany do gałęzi, nie przekonywała go.
     W dodatku dysponowali jedynie ciepłem własnych ciał. Dlatego też często przemarzali do szpiku kości, nocując w ten sposób, przykryci tylko lichymi kocami, które wyżebrali, znaleźli czy nawet ukradli.
     Nie skarżyli się, bo nie mieli komu.
     Ich marnego samopoczucia nie polepszał fakt, że znowu dopadły ich oznaki zwykłej ludzkiej śmiertelności - mimo że starali się dotrzymać kroku Kompanii Thorina, to nie potrafili za nimi nadążyć. Krasnoludy są wytrzymałe, a w dodatku miały kucyki.
Nawet tyle miesięcy tułaczki, głodu oraz chłodu nie przygotowały Doriana i Sybil do takiego tempa podróży.
     Ponadto byli przygnębieni psychicznie. Świadomość, ile zła wyrządzili zabijając posłańców, zabijała też ich samych. Tylko myśl o tym, że jeszcze mogli to naprawić utrzymywała ich na nogach.
     Siedem dni od ostatniego spotkania z Filim i Kilim były jednym niekończącym się pasmem zmęczenia, głodu, smutku, strachu, zziębnięcia oraz niewystarczającej ilości snu
i tak przepełnionego koszmarami.

     Dorian jakby doskonale wiedział, ile maksymalnie wytrzymają wędrując w ten sposób. Jeszcze jeden dzień więcej i ona oraz jej brat nie daliby rady.
     Siódmy dzień był dla nich istnym błogosławieństwem. Jeszcze tylko krok, dwa, trzy, jeszcze tylko sto jardów, mila, dwie, jeszcze tylko troszeczkę, a znów się najedzą, wykąpią i ogrzeją.
     Kiedy w oddali ujrzeli Kompanię robiącą postój na noc, Dorian i Sybil z energią nie wiadomo skąd przystąpili do przygotowywania własnego noclegu. 
     Brat zbierał drewno na ognisko i je rozpalał. Ona polowała, oporządzała i gotowała zwierzynę, podczas gdy Dorian pilnował, czy jest bezpiecznie. Po kąpieli w lodowatym strumieniu i upraniu ubrań, uzupełnieniu zapasów wody, przystępowali do uczty. Ten schemat mieli już na pamięć wypracowany.
     Po zjedzeniu aż dwóch królików 
w potrawce z dziką pietruszką, która była jeszcze lepsza od poprzedniej, Dorian i Sybil czekali.
     Dlaczego Fili i Kili się nie zjawiali?
     Rodzeństwo wyczesało sobie włosy bez takich emocji jak ostatnio.
     Z nudów Dorian zaczął ostrzyć i naoliwiać swój wspaniały miecz. Był on tak wielki, że musiał nosić go na plecach. Oręż zdawał się świecić własnym blaskiem. Zrobiony został 
z najprzedniejszej stali, miał prostą, niemiłosiernie ostrą klingę. W dodatku idealnie dopasowywał się do trzymającej go ręki. Było to arcydzieło sztuki wyrobu mieczy.
   
     Sybil natomiast chciała wystrugać sobie kilka strzał, lecz nie mogła się skupić.
     Chciała zobaczyć się z braćmi!

     Z Filim w szczególności.
     Wypolerowała swój łuk, umyła naczynia, zrobiła wszystko pożyteczne, co się dało.
     A ich nadal nie było!
     Rodzeństwo zaczął trawić niepokój. Rozumieli, że nie tak łatwo było ot tak, po prostu, wykraść się z obozu pełnego innych krasnoludów, ale w końcu byli umówieni, czyż nie?
     - Dorian…
     - Hm?
     - Boję się.
     - Że się nie zjawią?
     - Tak... może… zaśpiewajmy do Eleberth? Mi to zawsze pomaga…
     - Dobrze więc - westchnął, po czym podjął pieśń:


A Elbereth Gilthoniel, 

silivren penna míriel 
     Sybil dołączyła do brata:

o menel aglar elenath!

     Potem śpiewali wspólnie:

Na-chaered palan-díriel
o galadhremmin ennorath,
Fanuilos, le linnathon
nef aear, sí nef aearon!


     - Nigdy nie przestawajcie - rozległ się znajomy głos, a właściwie połączenie dwóch głosów.
     Fili i Kili pojawili się znikąd. Zapanowała ogólna radość, wszyscy wymieniali uściski, uśmiechy i żarty. Zabawa osiągnęła wyższy poziom, gdy Fili i Kili z triumfem ogłosili, że weszli w posiadanie sporej ilości piwa.
     To było bardzo przebiegłe, w istocie sprytne. Upić ludzi. Można wtedy wyciągnąć z nich wiele informacji bez większego oporu.

______________________________

Szykuje 
się niezła impreza. :D 

Rozdział 2.

     Młodzi ludzie przeklęli spektakularnie i w następnej sekundzie cała czwórka mierzyła do siebie bronią. Nastąpił moment pełn napięcia. Rodzeństwo krasnoludów obserwowało rodzeństwo ludzi, i wzajemnie, a przez umysły wszystkich przemknęła ta sama myśl: 
     „Ja was skądś znam!”.
     Gdy coraz dłużej wpatrywali się w swoje twarze, ludzkie rodzeństwo opuściło broń,
a potem, ze łzami w oczach i uśmiechami na ustach, wykrzyknęli:
     - FILI?! KILI?!
     Zanim krasnoludy zdążyły zareagować, nieznajomi wpadli im w objęcia. Zbyt zszokowani, by cokolwiek zrobić, Fili i Kili dali się ująć w długi i mocny uścisk.

     - Nie mogę oddychać - jęknął Kili.
     Po chwili Fili ryknął:
     - PUŚĆCIE NAS! - To też ludzie uczynili. - Co to ma znaczyć? Czy jesteście szpiegami? Skąd nas znacie? Jak śmiecie mówić w ten sposób o Thorinie Dębowej Tarczy?! - starszy z braci zachował rozsądną dozę nieufności.
     - Właśnie! I skąd wiecie o Azogu, a tym bardziej, jego planach?! - dopytywał dalej Kili. - Przecież Biały Ork nie żyje! O jakim pościgu mowa? Życie za życie?! Co to ma być?
     Na twarzach ludzi odmalował się smutek.
     - A więc nie pamiętacie nas - stwierdził chłopak.
     - Niby skąd? - Fili prychnął.
     - Otóż, osiem lat temu nasza rodzina miał zaszczyt poznać waszą, o potomkowie Durina - odparł tamten. - Sam Thorin Dębowa Tarcza razem z siostrą Dis i jej synami zatrzymał się w naszej wiosce, aby świadczyć usługi kowala. Gościliście w naszym domu przez przynajmniej rok. Potem musieliście odejść. Wiele złego przydarzyłoby się naszej rodzinie, gdyby nie wy. Thorin uratował życie naszemu ojcu i naszej matce. W dodatku… wykuł ten wspaniały miecz.
     Krasnoludy wytrzeszczyły oczy.
     - To nie może być prawda! - szepnął Kili, powoli zdając sobie sprawę z kim właśnie rozmawiał.   
     - Pamiętam czas spędzony w wiosce Ettinor, ale nie pamiętam was - ciągnął uparcie Fili, nie przyjmując prawdy do wiadomości.
     - Jesteśmy zwykłymi ludźmi, Fili, synu Dis - odpowiedziała dziewczyna. - W naszych żyłach nie płynie krew Numénoru. Rośniemy, starzejemy się i umieramy szybko. Osiem lat temu ja miałam wiosen dziesięć, mój brat osiem. Pamiętacie nas pewnie jako dzieci Brandona i Kory. 
     Brandon i Kora! Fili i Kili pamiętali doskonale tych ludzi! Byli bardzo uprzejmi, życzliwi
i gościnni, ponadto bardzo dobrze wykształceni jak na zwykłych mieszkańców wsi. Brandon był ciężko pracującym, inteligentnym mężczyzną o ogromnym poczuciu humoru oraz ciągłej chęci robienia sobie żartów ze wszystkiego i wszystkich. Jego żona - Kora - była damą, doskonałą gospodynią, przemiłą, mądrą kobietą i wspaniałą matką. Aż ciężko było uwierzyć, że w ich żyłach nie płynęła szlachetna krew. Synowie Dis uwielbiali ich dom. Czuli się tam tak bezpiecznie i dobrze jak nigdzie indziej na świecie. Uwielbiali też ich dzieci. Nie dało się ich nie kochać. Dzieciaki były tak bardzo ciekawe świata, waleczne, miały hart ducha. Nic tylko chciałyby uczyć się posługiwania bronią i wyruszać na przygody! Jednocześnie były przy tym tak rozkosznie niewinne. Fili i Kili doskonale pamiętali wielkie brązowe oczy tych dzieci, pełne uwielbienia, wlepione w nich, kiedy opowiadali im te wszystkie historie na dobranoc. Przez osiem lat rozłąki to wspomnienie wywoływało uśmiech na twarzach braci. Po odzyskaniu Ereboru mieli nadzieję zajrzeć do Ettinor i zobaczyć, co u rodziny, jak się mają te kochane urwisy.
     Ale teraz ci młodzi ludzie deklarowali, że byli tymi małymi łobuzami.
     - DORIAN?! SYBIL?! - krzyknęły krasnoludy, jednak nie rzuciły się im w objęcia.
     Fili i Kili stali w miejscu, zszokowani. Jak to możliwe? Jak przez tak krótki czas, jakim jest osiem lat, ktoś może tak bardzo się zmienić?
     I po pierwsze i najważniejsze - jakim cudem znajdowali się akurat tutaj i teraz? Co się mogło dziać z Dorianem i Sybil przez ten czas, że podróżowali tak daleko od domu, będąc tak bardzo... zmienieni? 
     Kili spojrzał na Doriana. Chłopak miał dopiero szesnaście lat, więc według krasnoludzkich miar wiekowych byłby jeszcze maleństwem. Ale nie, Dorian był już praktycznie mężczyzną, niskim jak na człowieka i krępym, dobrze zbudowanym,
o przystojnej twarzy z pierwszym zarostem. Gdzie podział się ten mały chłopiec, który przez cały dzień, zamiast pomagać ojcu, wolał wymigiwać się od obowiązków niezwykle kreatywnymi wymówkami, jak na przykład konieczność ratowania świata przed firankowym potworem? Uczyć się od Filiego walki na miecze? Gdzie ten chłopczyk, który był wyjątkowo wrażliwy i mądry? Który wzbudzał opiekuńcze instynkty u każdej napotkanej osoby? Mały, słodki Dorian wyglądał groźnie z tym mieczem. Bardzo podobny stał się do swojego ojca - od pierwszego wejrzenia zdawał się być elokwentny, a jednocześnie skory do żartów, bez wątpienia był również odważny i silny. Jedyne, co się w nim nie zmieniło, to błysk inteligencji w jego brązowych oczach.
     Fili przyjrzał się Sybil. Pragnął zobaczyć małe uparte dziewczę, cały czas rozczochrane
i umorusane, które za nic w świecie nie chciało zostać małą damą i spełnić tym samym pragnień matki. Chciał zobaczyć dziewczynkę, która z przejęciem czytywała księgi
i marzyła o wyruszeniu w świat.  Pragnął ujrzeć dziecko, które z takim zapałem uczyło się strzelania z łuku od Kiliego. Ale nie. Zobaczył bardzo ładną młodą kobietę, niskiego wzrostu, o szczupłej sylwetce. Nie chciał myśleć w ten sposób, ale pociągającej sylwetce. Z twarzy stała 
się bardzo podobna do swej matki. Lecz jej matka była damą, a Sybil była wojowniczką. Sybil była atrakcyjna i niebezpieczna. Jednakże, jej ciemnobrązowe oczy niemalże promieniowały dobrocią i ciepłem, zupełnie jak oczy Kory, po których za nic
w świecie nie można by się spodziewać zagrożenia.
   
     - Urośliście… - mruknął Kili

     - Tak mi przykro zawieźć twoje oczekiwania - odparła Sybil kpiąco.

     - Za to wy niewiele się zmieniliście… Może trochę urosły wam brody - Dorian zachichotał.
     Reszta wybuchła śmiechem na ten komplement i wszyscy śmiali się do łez, tarzając na ziemi, nie wiedząc nawet dlaczego. Rozpierało ich tak ogromne szczęście!
     Kiedy w końcu się uspokoili, Dorian powiedział:
     - Nie macie pojęcia jak za wami tęskniliśmy, synowie Dis.
     - My za wami też! - odpowiedział Fili. - Nawet wuj wspomina o was od czasu do czasu, nasza matka częściej… zdarza się, że mówi do nas: ,,dlaczego nie możecie być posłuszni jak dzieci Kory?”.

     Młodzi ludzie wytrzeszczyli oczy.
     - Naprawdę?! - wykrzyknęli jednocześnie.
     Kili uśmiechnął się i rzekł:

     - Och tak, nasza matka uwielbia was do tej pory, jestem tego pewien. Wuj Thorin także, ale ani myśli tego po sobie pokazać...-  Kili zerwał się na nogi. - Jakże on się ucieszy, kiedy się z wami zobaczy! - wykrzyknął z ekscytacją .

     Sybil i Dorian spojrzeli po sobie.
     - My… nie chcemy, żeby o nas wiedział.
     - CO?! - krasnoludzccy bracia krzyknęli jednocześnie.
     - My mamy zadanie do wykonania - odparła Sybil, ściszając głos. - Musimy zatrzymać Azoga. On wie, że Thorin jest tutaj. On chce go zabić - wyszeptała.
     Zaległa martwa cisza. Fili i Kili pomyśleli, że Sybil i Dorian oszaleli.
     - Przecież Biały Ork nie żyje! Thorin zabił go w bitwie o Morię - sprzeciwił się Kili.
     - Nie, Kili - odpowiedział Dorian stanowczo. - Widzieliśmy go na własne oczy, słyszeliśmy, jak wydaje rozkazy w tej plugawej Czarnej Mowie… - chłopaka przeszedł dreszcz.
     Fili już miał coś powiedzieć, ale…
     Rozległ się przeszywający krzyk. Orkowie byli blisko.
     - To oni! - jęknęła Sybil. - Musicie iść - rozkazała synom Dis, którzy nie zwykli słuchać rozkazów.
     - Ale… - zaczął Kili.
     - Nie rozumiecie, zabiją was, jeśli was z nami zobaczą! - Dorian przerwał mu szybko.

     - Co?! - krzyknął Fili, mrugając z niedowierzaniem. 

     - To nie jest czas na wyjaśnienia, liczy się tylko wasze bezpieczeństwo! Na Aulëgo, proszę was, odejdźcie! - błagała Sybil.
     Prośbie na Aulëgo krasnolud odmówić nie może, dziewczyna dobrze o tym wiedziała. Gdy Fili i Kili odchodzili, Dorian zagrodził im drogę mieczem.
     - Nic nie widzieliście, jasne? - mruknął ostrzegawczo.
     Widząc pełne sprzeciwu spojrzenia braci Sybil nałożyła strzałę na cięciwę.

     - JASNE?!
     W trakcie ich krótkiego spotkania Fili i Kili nauczyli się, że lepiej było jej nie denerwować.
     - Tak, ale chcemy się z wami jeszcze raz zobaczyć! - Kili nie ustępował.
     - Zgoda… za siedem dni, po północy - Dorian wyszeptał nerwowo, opuszczając miecz.
     - Już ich widzę! UCIEKAJCIE! - głos Sybil był pełen takiego przerażenia, że Fili i Kili posłuchali od razu. Biegli przed siebie bez tchu aż znaleźli się po środku doliny. Gdy spojrzeli za siebie, ognia już nie było.
     Tylko krzyki.

     Kiedy wrócili do obozu, czekała na nich porządna reprymenda.

     - Jesteście wreszcie! Co wy do licha robiliście tak długo?! - syczał Hobbit. - Martwiłem się! Słyszałem krzyki orków! Thorin obdarłby mnie żywcem ze skóry, gdyby coś wam się stało! Znaleźliście cokolwiek przynajmniej?

     - Nie - Fili odparł ze złością.

     Coś w jego tonie sprawiło, że Bilbo mu nie uwierzył, lecz nie drążył tematu.


***
     Dorian był wściekły. Posłańcy przybyli w tak szczęśliwej chwili. Czy oni zawsze musieli zjawiać się w najmniej dogodnym momencie?  
     Otaczali ich ze wszystkich stron ciasnym kręgiem, dosiadając wargów. Gdy Dorgh zsiadał ze swojego monstrum, Dorian miał ochotę go po prostu zgładzić.
     Spotkanie z Filim i Kilim zmieniło wszystko. Chłopak był zmęczony ciągłym udawaniem, że jest po stronie tych potworów. Był zmęczony ciągłym strachem o życie swoje i siostry, gdy podawał im nieistotne informacje albo zwodził na manowce. Koniec z tym. Czas, żeby Azog przekonał sie, kim dzieci Brandona i Kory były naprawdę.
     Dorian stanął twarzą w twarz z obrzydliwym dowódcą orków, który warknął
w splugawionej Wspólnej Mowie:
     - Co nowego powiecie mojemu panu?
     „Broń podnoś w ostateczności” - usłyszał w głowie zdanie, które wpajała mu Sybil.

     Nie powstrzyma się. Nie tym razem.
     Dał znak. Trzy razy lekko uderzył mieczem w udo. Sybil zapewne właśnie kwestionowała słuszność jego decyzji, ale Dorian dobrze wiedział, że siostra podporządkuje się jej. Kaszlnęła lekko, przez co odpowiedziała, że rozumie, co jej brat zamierzał, i była na to gotowa.
     Orkowie nie podejrzewali niczego.
     Znakomity krasnoludzki miecz przebił się bez trudu przez lichą zbroję dowódcy.
     - Przekaż Azogowi, że… - Dorian szepnął, patrząc jak z oczu Dorgha uchodzi życie. - zemsta jest zaiste słodka. 
     Potem zabijali jednego orka po drugim, dopóty żaden z posłańców nie mógł donieść ich wiadomości. 

     Dopiero długo później zdali sobie sprawę ze strasznych konsekwencji ich występku.

______________________________

Tak... oczywiście, Dorian i Sybil: 
1) Nie są święci (bo postacie kryształowe są jak dla mnie niezbyt realistyczne, a także nieciekawe),
2) Byli bardzo blisko z dziedzicami Durina. Gdy niegdyś potężny lud tułał się po świecie, doszło do zawiązania niezwykłej miłości i przyjaźni miedzy rasami. W wymyślonym przeze mnie Ettinor, położonym na Wschód od Samotnej Góry, przeżywali szczęśliwe chwile. To był niewiele ponad rok, ale wyjątkowo się ze sobą zżyli. Być może zastanawiacie się jednak, jakim cudem Dorian i Sybil pamiętali twarze Dziedziców po tak długim czasie, zwłaszcza, że ostatni raz widzieli ich, kiedy byli jeszcze małymi dziećmi? Hm... Cóż, odpowiedź na to pytanie poznacie później.... dużo później. Szczerze, to odpowiedzi na to pytanie udzielę tak późno, że zapomnicie, że się w ogóle nad tym głowiliście. :D 

Dorgh to postać przeze mnie wymyślona, tak samo jak to, że prośbie na Aulëgo krasnolud odmówić nie może. Imię Dorgh brzmi chyba wystarczająco plugawo jak na orka, a, jako, że Aulë był stworzycielem krasnoludów, to zupełnie jakby Sybil prosiła na samego Boga.