wtorek, 4 marca 2014

Rozdział 3.

     Zastał drzwi domu Beorna otwarte, a kiedy wszedł do środka, ujrzał, że krasnoludy siedziały na swoich śpiworach i rozmawiały o czymś.
     „Niespodzianka!” - pomyślał ze zdumieniem czarodziej. 
     Wśród Kompanii znajdował sie również Dorian. Gandalf, musiał przyznać, był zaskoczony. Nie spodziewał się, że rodzeństwo się ujawni. Przynajmniej w końcu zrobili coś, co pochwalał.
     - Gdzie jest Fili i Sybil? - usłyszał pytanie Noriego.
     Kili odchrząknął.
     – No, cóż, oni… ymm…
     Czarodziejowi zachciało się śmiać na widok skrępowania na twarzy młodego krasnoluda. Przeczuwał, że nadchodząca sytuacja będzie komiczna, dlatego stał cicho
w miejscu tak, aby nikt go nie zauważył. 
   
     Z rogu domu dobiegł wściekły krzyk. 

     - DORIAN! - wrzasnęła Sybil.
     - KILI! - ryknął Fili.
     Chłopcy zachichotali. 
     - Coo? - zapytał Dorian niewinnym tonem.
     - JUŻ TY DOBRZE WIESZ CO! - odparła jego siostra.
     - Dlaczego się tak złościcie? - zapytał Kili. - Od teraz możecie być nierozłączni - dodał cicho.    
     - SŁYSZAŁAM TO, KI!   
     Młodzieńcy zaśmiali się ponownie.

     - No i co z tego? - spytał Dorian.
     Fili i Sybil wyłonili się zza parawanu.
     - To był bardzo uroczy gest - stwierdziła przesłodzonym tonem. - Ale…
     - Lepiej uciekajcie - dokończył Fili.
     Fili i Sybil zerwali się do biegu. Dorian i Kili za późno zrozumieli, co im grozłio, i zostali, ku uciesze całej Kompanii, spektakularnie powaleni na ziemię. Rozpętała się regularna bójka między starszym a młodszym rodzeństwem. Obserwujące to krasnoludy miały nie lada uciechę. Kibicowały swoim faworytom i były bliskie stawiania zakładów, kto wygra. Wszyscy widzowie musieli przyznać, że cała czwórka wiedziała, jak się bić. To było widowisko, które jednakże szybko dobiegało końca. Fili i Kili po krótkim czasie uspokoili się i uściskali na zgodę. Natomiast ludzkie rodzeństwo wyraźnie nie miało zamiaru przestać. Sybil leżała na ziemi, przygnieciona siedzącym na jej klatce piersiowej bratem. Dorian przyciskał jej ramiona kolanami. 
     - I co, poddajesz się? - Uśmiechnął się tryumfalnie. 
     - Nigdy.
     Sybil próbowała się wyswobodzić, ale bez skutku.
     - To niesprawiedliwe! - fuknęła. - Mam bardzo mocno zawiązane bandaże i nie mogę się normalnie ruszać.
     - Sama zaczęłaś.
     - Dorianie, synu Brandona, przywołuję cię do porządku! W każdej chwili moje rany mogą się jeszcze raz otworzyć. Byłoby ci smutno, gdybym wykrwawiła się na śmierć.
     - Ani trochę.
     Dziewczyna prychnęła. Zarzuciła nogami, oplotła je wokół ramion brata i zrzuciła go
z siebie. Obydwoje momentalnie podnieśli się z ziemi i już mieli zacząć dalsze zapasy, kiedy Sybil dostrzegła wysoką 
sylwetkę kryjącą się w cieniach u wejścia domostwa. 
     - Dorian…
     Odwrócił się we wskazywanym przez siostrę kierunku.
     - Och! - wykrzyknął.
     Młodzi ludzie zaczerwienili się. Wpatrywali się w czarodzieja z wytrzeszczonymi oczami. Zaniemówili na dłuższą 
chwilę. Patrzyli raz na siebie, potem na Gandalfa, na siebie, na Gandalfa, znowu na siebie i znowu na Gandalfa.
     - Czy ty jesteś tym, którego zwą Mithrandir? - w końcu wykrztusił chłopak. 
     - Jestem znany pod wieloma imionami, ale tak, elfy zwykły nazywać mnie Szarym Pielgrzymem - czarodziej odparł Dorianowi.
     - To dla nas zaszczyt - powiedziała Sybil i razem z bratem skłoniła się nisko. 
     Gandalf uśmiechnął się i podszedł bliżej. Kompania od razu zasypała go pytaniami. 
     - Gdzie ty się podziewałeś tak długo?
     - Dlaczego nas zostawiłeś bez słowa? 
     - Co ci zajęło tyle czasu? 
     - Litości, przyjaciele! - wykrzyknął czarodziej. - Dajcie mi najpierw posilić eis i odpocząć.
     Niedługo potem kolacja została podana i wszyscy zasiedli do stołu. W czasie posiłku Gandalf uważnie, choć ukradkiem, przyglądał się ludzkiemu rodzeństwu.
     - Ai, mellon! - powiedziała Sybil wesoło, kiedy podszedł do niej wielki kasztanowy pies.
     - Mellon? - spytał Dorian z niedowierzaniem.
     - Daj spokój! - prychnęła. - Nie mów mi, że nadal boisz się dużych psów!
     - Nie! - chłopak zaprzeczył gwałtownie. - Tylko… zastanawiająco dobrze dogadujesz się ze zwierzętami.
     - Co w tym złego? - warknęła, rzucając psu trochę jedzenia.
     - Nie, nic! Ale, jak ty to robisz?
     - Po pierwsze, mówię po elficku, geniuszu. Po drugie… - ale tutaj przerwała, bo na ramiona wdrapała jej się srebrzystoszara kocica. - Daro, bain! - zachichotała dziewczyna.
     - Bain é - przyznał Dorian i pogłaskał kocicę po łbie. Zwierzę momentalnie przeszło na jego barki i zaczęło się łasić o jego głowę. Chłopak zaśmiał się.
     - Widzisz? To nie takie trudne - rzekła Sybil, spoglądając na brata z delikatnym, czułym uśmiechem. Potem pogłaskała siedzącego u jej stóp, warczącego z zazdrości psa, szepcząc coś do niego uspokajająco.
     Gdyby Gandalf nie miał wystarczająco własnych zmartwień, spytałby, skąd ci dwoje tak dobrze znali elficki. Domyślał się tego jedynie, jak wielu rzeczy. I w tych domysłach chciał się w spokoju pogrążyć, kurząc fajkę i wydmuchując z ust najróżniejsze koła. Minęło trochę czasu, zanim wrócił myślami do rzeczywistości. Kiedy trzeźwo rozejrzał się dookoła, jego oczom ukazał się ciekawy widok.
     Krasnoludy usadowiły się wokół paleniska, podczas gdy Fili, Kili, Sybil i Dorian siedzieli w kółku blisko ognia, a każdy czesał każdemu włosy - Sybil Kiliemu, Kili Dorianowi, Dorian Filiemu, Fili Sybil. Czarodziej uśmiechnął się.
     „Może jest nadzieja dla świata, skoro taka przyjaźń i miłość między rasami nadal istnieje”.
     - Sybil? - zapytał Kili ni stąd, ni zowąd.
     - Hmmm?
     - Zaśpiewacie coś?
     - Eee, no nie wiem… - odparła niepewnie. - Wiesz, większość pieśni jakie znamy są elfickie… Chyba niektórym tu obecnym to by się nie spodobało… - powiedziała, zerkając na Thorina.
     - Ci niektórzy przekonają się zatem, jaki popełniają błąd - stwierdził Fili.
     Sybil westchnęła, zastanowiła się przez moment, po czym zaczęła pieśń. 

Zielone liście, zieleń traw, 
Wysoki jasny szalej -
A na polanie światło gwiazd
Na tle cienistych alej.
Tinuviel wiedzie tutaj tan
(Ton fletni - słyszysz - bliski), 
A na jej włosach światło gwiazd
I w sukni gwiezdne błyski. 

     Kolejną zwrotkę śpiewał Dorian. 


Beren tam przyszedł z mroźnych gór, 
Wędrował wciąż pod liśćmi-
Aż ujrzał Rzeki Elfów brzeg
I rzek: gdzież dalej iść mi? 
I spojrzał przez szaleju liść: 
Na płaszczu złoto słońca
I fala włosów niby cień
Za głową szła - tańcząca. 

     Potem rodzeństwo śpiewało wspólnie swymi pięknymi, czystymi głosami, które idealnie wypełniały się i splatały w jeden, o niezwykłym brzmieniu.

Zmęczonym stopom jakiż lek! 
Wędrówek dość bez końca! 
Więc ruszył naprzód poprzez bór,
Chwytając blask miesiąca. 
A ją przez elfów mroczny las
Tańcząca stopa niesie-
A on samotny tak jak wprzód
W milczącym błądzi lesie. 

A czasem słyszy szelest stóp
Wśród liści lip leciutki-
A czasem jak z podziemnych grot
Melodii cichej nutki. 
Szaleju liść już dawno zwiądł
A z bukowego drzewa
Czerwone liście lecą w krąg
I zimny wiatr je zwiewa. 

Szukał jej wszędzie, szukał wciąż, 
Gdzie leżał liść pokotem, 
Gdy w mroźnym niebie księżyc lśnił
I gwiazdy przy nim złote. 
W miesięcznym blasku lśnił jej płaszcz, 
Gdy na pagórku, w dali
Tańczyła mając u swych stóp
Srebrzystą mgłę z opali. 

Wróciła, gdy był zimy kres,
By przyjście głosić wiosny, 
Swym śpiewem jak skowronka lot
jak rzeki plusk radosny
U stóp jej - patrz - rozkwita kwiat, 
Już Beren urzeczony
Z nią tańczyć chciałby pośród traw
I z kwiatów pleść korony. 

I znów uciekła - Beren w głos
"Tinuviel - woła - miła".
Myślała, że to może elf, 
Więc główkę odwróciła. 
Ten głos snadź rzucił na nią czar-
Stanęła urzeczona, 
I wtedy spełnił się jej los,
Gdy padła mu w ramiona. 

A gdy w jej oczu spojrzał toń, 
Jak na niebieskim łanie, 
Oczarowany ujrzał gwiazd
Srebrzyste migotanie. 
Tinuviel, najpiękniejsza wśród
Odwiecznych elfów grona-
Zarzuca nań swych włosów sieć
I srebrne swe ramiona. 

I długą drogą los ich wiódł
Przez grozę gór Północy,
Żelaznych sal i czarnych wrót
Przez puszcze wiecznej nocy
Choć ich rozdzielił bezkres Mórz, 
Raz jeszcze się spotkali... 
I w las odeszli, dawno już,
Ze śpiewem - i bez żalu. 
               
     Kiedy skończyli, zapadła głęboka cisza. Zdawało się, że krasnoludy,
o dziwo, 
pragnęły usłyszeć więcej elfickich ballad.
     - Teraz wasza kolej - rzekł Dorian. Spojrzał błagalnie na Thorina. - Zaśpiewaj, proszę. Twój głos jest taki niesamowity - zwrócił się do niego błagalnie. 
     Kompania wymieniła zszokowane spojrzenia na tak śmiałe wyznanie w stosunku do Króla, ale on uśmiechnął się tylko i zanucił. 

Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt, 
By jaskiniom, lochom, grotom
Czarodziejskie wydrzeć złoto!

     Młodzi ludzie wlepili oczy w Thorina i zdawało się, iż chłonęli każdą nutę. Gdy do śpiewu włączyli się inni członkowie Kompanii, błogie uśmiechy wstąpiły na ich ładne twarze. Wsłuchując się w słowa pieśni, wszyscy przenieśli się do odległych krain, pełnych bogactwa, niemal ujrzeli je na własne oczy, zapragnęli ich... 
     Po długim i pięknym czasie pieśń dobiegła końca. 
     - Dziękuję - Sybil wyszeptała cicho. 
     Wstała na równe nogi i ziewnęła.
     - Robi się późno. Dorian, chodźmy już spać - spojrzała na leżącego na ziemi brata. - Doooriaan!- zawołała głośno. Kiedy nie otrzymała odpowiedzi, parsknęła śmiechem. - Twój głos zawsze go usypiał Thorinie.
     - Dobrze, że chociaż to się nie zmieniło - odparł Król. Patrzył na śpiącego chłopca
z rozczuleniem przez moment. - Może go nie budź… Jakoś zaniesiemy go na jego posłanie…

     - Och nie, nie! - przerwała mu szybko, a jej uśmieszek zdradzał łobuzerskie zamiary. - Jeszcze mu się nie odwdzięczyłam za jego poprzedni kawał…- Z tymi słowami nachyliła się nad bratem i dmuchnęła mu w ucho.
     Dorian obudził się z krzykiem. Gdy zobaczył śmiejącą się siostrę, spojrzał na nią wyraźnie zdegustowany. Jego wzrok sprawił, że dziewczyna zaśmiała się jeszcze głośniej.

     - Ty… - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Pożałujesz tego!
     W mgnieniu oka obezwładnił ją i zaczął łaskotać po brzuchu. Udaremniał wszelkie jej histeryczne próby uwolnienia się.
     - I co? Hm..? - syczał cicho z sadystyczną przyjemnością w głosie. - Miło ci?
     - Prze… hahaha… Dorian, nie… haha… Przest…. aaaań! Aaa, PRZESTAŃ! - ryknęła, kopiąc i  machając rękami.
     - Najpierw przysięgnij, że już mnie tak więcej nie obudzisz!
     - Chciałbyś! - warknęła i zdjęła brata z siebie, tak samo jak w trakcie ich poprzedniej bójki. Już miała mu się odwdzięczyć…
     - Dzieci! - krzyknął Thorin. Obydwoje zamarli w bezruchu. - Już wystarczy! Lepiej idźcie wypocząć.
     - No dobra… - mruknął Dorian. Dyszał głośno razem z siostrą, a kiedy już się uspokoili, przytulili się z Filim i Kilim, a Sybil pocałowała blondyna w policzek dyskretnie. Potem, wedle ludzkiego zwyczaju, ściskali każdemu krasnoludowi dłoń. Ukłonili się Gandalfowi
i złożyli szybki, przelotny ukłon przed Królem, po czym j
uż odchodzili w kierunku parawanu. 
     - Dobranoc wszystkim! - rzucił Dorian na pożegnanie.
     - Słodkich snów, Bilbo! - dodała Sybil z uśmiechem.
     - A o mnie zapomnieliście?
     Natychmiastowo się zatrzymali. Odwrócili się i zobaczyli, że Thorin patrzył na nich wyczekująco, jakby zawiedziony. Dorian i Sybil wymienili niepewne, pytające spojrzenie. Potem jednocześnie kiwnęli głowami i zaczęli biec w kierunku Thorina. Wpadli krasnoludowi w objęcia, niemal go przewracając. Król pod Górą sapnął głośno, na poły
z zaskoczenia, a także z powodu siły uderzenia. Na początku wyraźnie widać było, że nie wiedział, co ze sobą zrobić. Jednak po chwili objął dwójkę ludzi powoli, ujmując ich
w mocny uścisk. 

     - Moje drogie dzieci… tak mi przykro. - Jego szept dotarł do nielicznych uszu. 
     - Wiemy, Thorinie, wiemy -  Dorian odparł załamującym się głosem.
     Sybil zaszlochała cicho, a zaraz po niej jej brat. Thorin zaczął głaskać rodzeństwo po głowach i szeptać kojąco:
     - Szsz… Już wystarczająco płakaliście. Od teraz już wszystko będzie dobrze, zobaczycie. - Dziewczyna załkała jeszcze głośniej. - No już, cśś…
     Po kilku chwilach Dorian i Sybil uspokoili się. Kiedy Thorin uwolnił ich ze swoich objęć, cała trójka uśmiechała się do siebie smutno. Król wytarł łzy z policzków dzieci. 
     - Idźcie już, i żeby chociaż wasze sny były przyjemne - powiedział. 
     Dorian i Sybil przytulili go jeszcze raz, a potem bez słowa, nie patrząc na nikogo, odeszli szybko. 
     - Ach, Dorianie! - zawołał Thorin.
     Chłopak odwrócił się błyskawicznie.
     - Twój miecz - powiedział Król i podał oręż chłopakowi, gdy ten podszedł.
     Dorian wysunął miecz z pochwy powoli. Piękno przedmiotu oczarowało wszystkich dookoła.
     - Mój? - wykrztusił, lustrując wzrokiem każdy cal klingi, jakby ujrzał ją po raz pierwszy. - Przecież należał do mojego taty, a skoro on poległ, oddałem go tobie…
     - Wiem, że to był podarunek dla Brandona, ale niech od teraz przechodzi w waszej rodzinie z ojca na syna, jako symbol tego, co nas połączyło - ogłosił Thorin uroczyście.
     Dorian uściskał krasnoluda jeszcze raz.
     - No już, zmykaj chłopcze - zaśmiał się Król.
     Dorian podbiegł do siostry, cały podekscytowany. Sybil, z wyrazem ogromnej dumy na twarzy, otoczyła brata ramieniem i razem odeszli za parawan.
     W tamtym momencie Gandalf przyjrzał się Thorinowi. Król wpatrywał się w miejsce, gdzie młodzi ludzie zniknęli za parawanem. Uśmiechał się, ale w kącikach jego pełnych żalu oczu zbierały się łzy.
     - Mithranirze!
     Galadriela jaśniała zachwycająco w promieniach słońca.
     - Dlaczego Niziołek?
     - Nie wiem. Saruman uważa, że tylko wielka moc zdoła trzymać w szachu wielkie zło. Ja jestem innego zdania. Odkryłem, że to małe rzeczy, codzienne starania zwykłych ludzi,  nie dopuszczają złego
. Proste dowody miłości i dobroci.

***
     Wsłuchiwała się w spokojnych oddech śpiącego brata.
     „Co ja tu jeszcze robię?” - zastanowiła się z paniką. 
     Wstała i uklękła przy bracie.  
     - Dorian, wyruszamy - szepnęła, potrząsając nim.
     - Csooo? - jęknął, po czym zagrzebał się głębiej w sianie.
     Zerwała z niego koc.
     - Musimy tam jechać w tej chwili.
     - Ogarnij się Sybil! - burknął. - Jest środek nocy! Daj normalnym spać!
     Siłą postawiła go na nogi.
     - Wyjeżdżamy. Pakuj się, już!
     - Co ty wyprawiasz?! Dlaczego akurat teraz?
     - Muszę się z nim zobaczyć.
     - I powiedzieć mu o Panu w Dol Guldur? Daj spokój! - prychnął. - On przecież doskonale o nim wie! Jego las pogrąża się w mroku i on aż za dobrze zdaje sobie z tego sprawę! Tak jak cała reszta. W sumie to nie wiem, po co upierasz się, aby tam w ogóle jechać… To są elfy, one wiedzą wszystko!
     - Właśnie… Dorian, muszę się zobaczyć z Gilraen.
     - Co? To z Gilraen czy z nim? Z kim w końcu? - Jej brat świdrował ją wzrokiem.
     - No dobra - przyznała. - Wcale nie z nim. Z Gilraen.
     - Dlaczego? Sybil, co się dzieje? - Zmartwił się. - Źle się czujesz? Jesteś chora?
     - Czy to, co mi dolega to choroba,  jest kwestią sporną. Ale od zarania dziejów wzbudza strach u niezliczonej ilości kobiet. To jest ich największe błogosławieństwo i zrazem przekleństwo…
     - O czym ty mówisz? - zmarszczył brwi. 
     - Dorian, nie wiedziałam, że jesteś aż takim idiotą! Lubisz zagadki, czyż nie? Pomyśl! Musiałeś zauważyć…  wilczy apetyt, huśtawka nastrojów…
     - Nadal nie załapałem. - Pokręcił głową. 
     - Błagam cię, nie każ mi tego mówić wprost! - Po wyrazie twarzy brata widziała, że nie odgadł. - Dobra! - warknęła z irytacją. - Ostatnia wskazówka: powiedzmy, że…
w najkrótszą noc roku nie tylko… rozmawialiśmy
z Filim.
     Dorian głośno wypuścił powietrze z płuc i aż usiadł z wrażenia.
     - Nie…  Sybil… jaja sobie ze mnie robisz!
     - No oczywiście - parsknęła. - To jest wprost idealny temat do żartów.
      - Ale jesteś tego pewna? Przecież to w gruncie rzeczy… niemożliwe.    
     - Dlatego właśnie muszę porozmawiać z Gilraen.

     - A jeżeli się okaże, że to prawda to…  co z tym zrobisz?
     - Nie wiem… - Westchnęła ze znużeniem. - Nie mówmy o tym, na razie. Trzeba się upewnić.
     Spakowali się w pośpiechu i wymknęli z Drewnianego Dworu najciszej jak potrafili, zostawiając po sobie tylko list. Gdy pędzili przez ciemność na pożyczonych bez pytania koniach, Dorian ciągle chichotał.
     - Co jest takie zabawne, braciszku?- zapytała jadowitym tonem, kiedy pokłady jej cierpliwości się w końcu wyczerpały.
     - Sybil, znam cię całe życie, a ty nadal nie przestajesz mnie zaskakiwać! Wbrew wszelkim oczekiwaniom, kiedy trzeba, zachowujesz się jak należy, jak dama. Potem okazuje się, że potrafisz manipulować orkami! Nagle umiesz jeździć na wargu…  A teraz to! Mam ciarki, jak sobie pomyślę, co będzie dalej!
______________________________
TAK, wiem, że Gandalf tak naprawdę przyszedł, kiedy Kompania spożywała kolację, no ale... fikcja literacka.
Dorian i Sybil darzą Gandalfa słusznym szacunkiem. Pewnie nasłuchali się od elfów o tym, jaki to on wielki. Bo faktycznie był wielki. Miał rację... proste gesty dobroci i miłości. Oto, co oczarowało Króla pod Górą. Oto, dlaczego tak bardzo pokochał zwyczajnych ludzi. Przez rok mieszkał z nimi
i posmakował ciepła rodzinnego domu... proste gesty dobroci i ciepła okazywane przez Brandona i 
Korę podziałały na niego najbardziej...
Mellon znaczy przyjaciel. 
Bain é. - Beautiful indeed. - Rzeczywiście, piękna. 

Mój wybór Ballady o Luthien i Berenie nie jest przypadkowy. Wczytajcie się, ona jest TAKA wspaniała!
Sybil nie chciała powiedzieć tego wprost, wiec ja to zrobię: jest w ciąży!
AAAA, już słyszę te piski i okrzyki radości. (sarkazm) Ale wstrzymajcie się z toastami.
Przecież to niemożliwe, czyż nie? Ludzie i elfy mogą mieć potomstwo, aczkolwiek uznawano to za dosyć... nieprzyzwoite, aby Pierworodni mieli potomków z Drugimi Dziećmi Iluvatara.
A skoro krasnoludy to dzieci Aulego... no nie, to normalnie by 
się nie zdarzyło. Ale... fikcja literacka.
Dobra. Możecie hejtować.  

Rozdział 2.

UWAGA! W TYM ROZDZIALE JEST BARDZO DUŻO MIŁOŚCI. OSOBIŚCIE RZYGAM TĘCZĄ.
____________________________
 
     Piękna srebrzystoszara kocica wpatrywała się w nią swymi wielkimi, złotymi oczami. Sybil czuła na sobie jej spojrzenie, które nie pozwalało dziewczynie jeść w spokoju. Podniosła wzrok znad talerza i ujrzała, że zwierze siedziało na stole, tuż obok usadowionego naprzeciwko Sybil Bifura. Kompania spożywała właśnie podwieczorek. Thorina nie było ani śladu, Kili i Dorian też gdzieś zniknęli. Sybil nie przejmowała sie tym. Stworzenie naprzeciw niej do reszty przykuło jej uwagę. Dziewczyna doskonale rozumiała, jakie były zamiary kocicy. 
     - Ú, cath - mruknęła, patrząc w jej ślepia. Powiedziała to po elficku, żeby zwierzę na pewno zrozumiało.    
     Ślicznotka jakby na złość podeszła bliżej, zaintrygowana, że ktoś oprócz jej pana potrafił się z nią porozumieć. Miauknęła bardzo uroczo. 

     - Ego, cath - powiedziała Sybil, nie mogąc powstrzymać się od uśmiechu. 
     Kocica zaczęła mruczeć, po czym śmiało wdrapała się po ręce na ramiona Sybil
i bezczelnie łasiła się o jej głowę. Dziewczyna zaśmiała się ciepło. 

     - Daro! - zachichotała.
     Ślicznotka zaczęła mruczeć jeszcze głośniej i ocierać się 
o jej głowę mocniej. 
     - Il matha, bain - szepnęła Sybil, rzucając kawałek chleba na podłogę.
     Kocica zamiauczała 
z wdzięcznością i spektakularnie skoczyła po zdobyty kąsek. Nawet nie zdążyła dotknąć jedzenia, kiedy znikąd pojawił się duży pies. Biegł prosto na kocicę, warcząc głośno. Ślicznotka uratowała się w ostatniej chwili, wdrapując się na ramiona Sybil. Psisko szczekało wściekle, bezsilnie skacząc i próbując złapać kotkę. Psu brakowało bardzo niewiele do osiągnięcia tego celu, co denerwowało go jeszcze bardziej. Dziewczyna siedziała spokojnie, wiedząc, że nic jej się nie stanie, jednak po pięciu minutach szczekania i prychania za uchem miała tego dość. 
     - Far! - krzyknęła.
     Zwierzęta uspokoiły się natychmiast. Ślicznotka zeskoczyła z jej pleców na stół, siadając obok jej talerza. Pies zaczął warować u jej stóp z pokornym skomleniem. Przyjrzała się mu. To był bardzo piękny pies, z długą, gładką, lśniącą sierścią w kolorze kasztanowym. Jego bursztynowe oczy patrzyły na nią z szacunkiem.

     - Maer hû - powiedziała cicho, głaszcząc go po łbie.
     On polizał jej dłoń, a ona z uśmiechem rzuciła mu kawałek chleba. Pies zjadł go błyskawicznie, po czym, merdając ogonem, położył głowę na kolanach Sybil, która zaśmiała się lekko i wróciła do jedzenia.

     - Jak to zrobiłaś? - Usłyszała pytanie Glóina.
     Dopiero teraz Sybil spojrzała na krasnoludów siedzących przy stole. Wyglądali na nader zdumionych. 
     - Co? - Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc. Co w tym dziwnego? Przecież tylko rozmawiała z psem i kotem.
     - To są zwierzęta Beorna i wyłącznie jego powinny słuchać - odparł ognistowłosy krasnolud.
     - Znowu jakieś elfickie czary - prychnął Bifur po Kuzdzulsku.
     - Sam widziałeś, co one potrafią - odpowiedziała mu w tym samym języku.
     Kompanii opadły szczęki. Ich miny wyrażające czysty szok oraz oburzenie były wprost bezcenne.                
     Krasnoludy skrywały swój 
język przed innymi plemionami. Chroniły go przed poznaniem przez inne rasy - wolały posługiwać się obcymi językami, niż uczyć inne istoty własnego. Jakże to było niedopuszczalne, że posługiwała się nim jakaś prosta, młoda dziewczyna. A co by było, gdyby Sybil powiedziała im, że sam Thorin nauczył ich trochę krasnoludzkiego... Zachciało jej się śmiać na tę myśl, ale była zbyt głodna, by wcielić ów pomysł w życie. Wykorzystała moment ciszy i zabrała się za jedzenie.
     Wtedy na kolację jak burza wpadli Dorian i Kili i usiedli siedli obok niej. Wystarczyło, że raz na nich spojrzała, a już wzrosła w niej podejrzliwość. 
     - No dobra, co knujecie? - spytała.  
     - Ależ nic! - odrzekł Dorian z uśmieszkiem. - Skąd takie przypuszczenia, siostrzyczko?
     Nie chciała wdawać się z nimi w dyskusje. Wolała jeść, co też uczyniła. W trakcie spożywania posiłku cały czas czuła, że Kili bacznie się jej przyglądał. Młody krasnolud zagwizdał z wrażenia. 
     - Uau, Sybil, co za apetyt! - wykrzyknął. 
     W tamtym momencie zakręciło jej się w głowie. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Wstała od stołu i wybiegła na werandę. Powietrza! Złapała się drewnianego filara, próbując opanować ataku nudności.
     To niemożliwe. Przecież to niemożliwe.
     - Wszystko w porządku? - Usłyszała za plecami zatroskany głos Filiego.
     „Odejdź” - pomyślała.
     - Nic mi nie jest - odpowiedziała szorstko, nawet się do niego nie odwracając.
     - Sybil, czy coś się zmieniło? - zapytał odrobinę urażonym tonem
     - Nie… Fili, nic się nie zmieniło. Po prostu… - Spojrzała na niego. Co miałą mu powiedzieć? - Boję się. 
     Usiadła na najbliższej ławce i ukryła twarz w dłoniach. Zbierało jej się na płacz.
     „Co się ze mną dzieje?”
     Fili stanął tuż przed nia. Bez namysłu, Sybil schroniła się w jego silnych ramionach. Położyła głowę na jego piersi i szlochała.
     - Przepraszam za moje zachowanie, Fili…  Ja się zwyczajnie boję. I nie wiem czego… - „Czyżby?” - Strach nie daje mi spokoju…
     - Cśś, już dobrze. Już nic nie mów - szepnął.
     Pocałował Sybil w czoło i zaczął delikatnie głaskać ją po głowie. Westchnęła. Czuła się bezpiecznie w jego ramionach. Już się nie bała. Sybil zdała sobie sprawę, jak bardzo tego potrzebowała. Cieszyła się jego bliskością i dopiero po dłuższym czasie wyswobodziła się
z uścisku i spojrzała na Filiego.

     Te oczy… Tata miał podobne. Też były lodowato niebieskie, ale na nią zawsze patrzyły czule. Tata potrafił mieć taki straszny wzrok, kiedy był zły. Ale nie potrafił się złościć na swoją córeczkę.
     Tęskniła za tym. Za tym, jak na nią patrzył. Za tym, jak się o nią troszczył. Za nim.
      - Fili, tęskniłam za tobą.
     Uśmiechnął się. Wytarł łzy z jej policzków, po czym odgarnął włosy na jej plecy
i pocałował
w odsłoniętą szyję. Potem składał na niej delikatne pocałunki od dołu do góry, a kiedy dotarł do ucha, szepnął:
     - Ja za tobą bardziej.
     „Och, słodka Yvanno, jak ja mam nad sobą panować?”
     Znowu wypełniał ją ogień. Oczywiście uznała, że nie było mowy, aby się powstrzymała. Pocałowała Filiego w usta zaciekle. Poczuła, że był tą zachłannością zaskoczony, ale szybko się dostosował. Na szczęście po krótkim czasie wyczerpali zapasy powietrza. Sybil była bliska zaczęcia rozbierania krasnoluda.
     - Co jeśli ktoś zobaczy? - wydyszał Fili, kiedy opierał swoje czoło o jej.
     - Pytasz dla zasady - stwierdziła z uśmiechem.
     - Oczywiście. - Z tymi słowami pocałował ją znowu, lecz tym razem cieszyli się sobą powoli.                    
     Czuła przyjemne dreszcze, kiedy Fili dłońmi zataczał kręgi na jej plecach. Ona
w zamian masowała mu kark. 
Nie trzeba dodawać, że było im idealnie.
     Jednak nagle Fili przerwał pocałunek. Odsunąwszy się od dziewczyny, jęknął z bólem. Widząc jej pytające spojrzenie, pokazał Sybil swoje dłonie. Były całe ubrudzone we krwi.
     - Wybacz! - krzyknął. - Musiałem otworzyć twoje rany! Tak mi przykro! Co ja narobiłem?! Ale ze mnie idiota!
     - Rzeczywiście, jesteś idiotą - odparła sarkstycznie. - Zachowujesz się, jakby świat miał się skończyć. To nic wielkiego. Chodź, pójdziemy do Oina, on się mną zajmie. 
     Tak więc wrócili do domu, przywołali uzdrowiciela, który momentalnie przystąpił do działania. Zabrał Sybil i Filiego  za parawan. Rozkazał przynieść misę z gorącą wodą, którą Bilbo błyskawicznie dostarczył. Później Oin szybko zrobił napar z ziół. 
     - Fili, Bilbo, wyjdźcie, zaraz zdejmę jej bandaże - powiedział krasnolud.
     Hobbit wyszedł, ale Fili nie ruszył się z miejsca.
     - Chcę zobaczyć - rzekł. 
     - Przecież już widziałeś - warknęła Sybil
     - Chcę zobaczyć - powtórzył uparcie.
     Dziewczyna prychnęła z irytacją, ale zrzuciła z siebie zakrwawiony koc. Cały jej tułów, pierś i ramiona były zabandażowane. W miarę jak Oin sprawnie ściągał bandaże, oczy Filiego zaszły łzami. Patrzył na plecy Sybil i czuł na sobie jej razy. Zdał sobie sprawę, że kiedy widział jej rany po raz pierwszy, nie zobaczył wszystkiego. Myślał, że jej plecy były praktycznie obdarte ze skóry. Ale one faktycznie zostały jej pozbawione.
     Oin szybko przemył rany naparem i zabandażował Sybil tak mocno, że zdawało jej się, iż założono jej gorset. Przed oddaleniem się, uzdrowiciel przykazał jej się położyć i nie ruszać oraz dużo pić. Bardzo chętnie to uczyniła. Poczuła się zmęczona. Ułożyła się wygodnie na miękkim sianie, a jej nowy przyjaciel, piękny pies o kasztanowej sierści, od razu przyniósł jej wielki kufel pełen mleka. Pijąc je łapczywie, nagle zauważyła, że Fili stał w miejscu jak posąg z zaciętym wyrazem twarzy. 
     - Fili? - spytała niepewnie. 
     - Gorbag mi za to zapłaci - powiedział załamującym się głosem.
     - Tak...
     - Jak ty w ogóle wyszłaś z tego żywa? Przecież ludzie są słabi…
     - Dziękuję ci bardzo…
     - I to wszystko dla nas! Tyle cierpisz…
     - Menu tessu, Fili.
     To zdołało go uciszyć. Wpatrywał się w nią z uwielbieniem, milcząc.
     - Fili? - zapytała po chwili. - Zostaniesz ze mną? 
     Nie musieli się obawiać gadania. Za parawan nie wchodził nikt oprócz Doriana, który
o wszystkim wiedział, oraz Bilba i Oina, a oni sprawiali wrażenie, że można było im zaufać.

     - Zawsze - odpowiedział. 
     Położył się obok niej. Po niedługim czasie obydwoje zasnęli, wtuleni w siebie. 
***
     Kiedy znowu otworzył oczy, odkrył, że słońce zachodziło. Wziął głęboki, drżący oddech
i podniósł się na nogi z najwyższym wysiłkiem. Przez ostatnie godziny tylko leżał na ziemi w bezruchu, w myślach wspominając swych drogich przyjaciół i w ciszy oddając im hołd,
a mimo to czuł 
się wyczerpany. Dotarło jednak do niego, że musi żyć. Nie dla Filiego
i Kiliego. Ani dla Dis, Sybil czy Doriana. Nawet nie dla Ereboru. Dla zemsty. Brandon
i Kora zostaną przez niego pomszczeni, a w Królestwie Ereboru każdy będzie znał ich imię. 

     Powlókł się powrotem do domu Beorna. Nie spieszył się - musiał się ostatecznie opanować. Jego ludzie nie mogli go zobaczyć w takim stanie. Musiał zachować kamienną twarz. Był Królem, nie można było go złamać. Niech jego ludzie pozostaną niezachwiani
w tym przekonaniu.

     Gdy wyszedł zza zakrętu, zobaczył Filiego i Sybil przytulających się na werandzie. Zaskoczył go ten widok, lecz tylko trochę. Nie było nic złego w obejmowaniu się. Ponadto, nie musiało być w tym zachowaniu nic więcej oprócz wyrazu przywiązania. W tym nie musi się nic kryć. Zupełnie tak jak z nim i Bilbem.
     Oczywiście, że podszedł bliżej. I to najciszej jak potrafił.
     - Fili, tęskniłam za tobą. - W głosie Sybil była nuta, której się nie spodziewał.
     Później Thorin ujrzał, jak jego siostrzeniec delikatnie całował szyję dziewczyny od dołu do góry, a potem szepcze coś do jej ucha. Król przewrócił oczami z irytacją.
     „Na litość Mahal, Fili,
znowu?!” .
     Thorin powoli miał tego dość. Gdziekolwiek się zjawili, Fili i Kili uwodzili młode panny. Ileż było z tego problemów!

     „A ile będzie problemów z tego!” - pomyślał, gdy ujrzał  Filiego i Sybil całujących się
z ewidentnym pożądaniem.
     Thorin odwrócił wzrok. To było dosyć niestosowne, aby oglądał takie sceny
z udziałem własnego siostrzeńca. On sam odwrócił się od miłości tego rodzaju. Miał zbyt wiele obowiązków, żeby zaprzątać sobie tym myśli. Kiedy odzyskają Samotną Górę, będzie musiał poślubić jakąś krasnoludzką kobietę. Miał już potomków, ale wymagany będzie od niego jakiś korzystny sojusz polityczny. To był kolejny królewski obowiązek. Być może miłość przyjdzie wraz z małżeństwem. A jeśli nie, to cóż, do tej pory dobrze się bez niej obchodził. Nie potrzebował jej. 
     Fili i Sybil przestali i dyszeli głośno, stykając się czołami. Thorin zastanawiał się, dlaczego Fili to robił. Przecież krzywdził Sybil. Nawet jeśli było między nimi coś więcej niż zwykłe młodzieńcze zauroczenie, związek krasnoluda i człowieka nie miał prawa bytu. To się zwyczajnie nie zdarzało.
     - Co jeśli ktoś zobaczy? - zapytał Fili.
     - Pytasz dla zasady - stwierdziła z uśmiechem.
     - Oczywiście.
     Tym razem Król był zdumiony. Fili i Sybil całowali się teraz bardzo czule oraz powoli.
     Thorin zmarszczył brwi.
     „Pytasz dla zasady? To ile razy wy to już robiliście?”.
     Przypomniał sobie, jak Fili kłócił się z Sybil. Mówił wtedy… powiedz mi kto, a go 
zabiję,
i jeszcze: dla mnie liczy się tylko to, że jesteś ranna. To były słowa wskazujące na ogromne przywiązanie. Fili był gotów zamordować dla Sybil, bardzo zależało mu na niej. Widoczne to było również teraz - zwyczajnie spanikował, odkrywając, że dziewczyna krwawiła. To oznaczało tylko jedno…
     Szok zalał Thorina potężną falą.
     „Fili, jak mogłeś być tak… młody?”.
     Przecież to bez sensu. Sybil to tylko człowiek. Zestarzeje się i umrze, zanim Fili przeżyje połowę życia. To się nie mogło skończyć szczęśliwie.

     „Jak to się stało, że akurat ją wybrałeś?”
***
     - Oni tak na poważnie? - spytał Kili z niedowierzaniem.
     - Na to wygląda - westchnął Dorian. 
     Gapili się na Sybil i Filiego śpiących obok siebie, trzymających się za ręce.
     Kili wiedział, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Że pojawi się dziewczyna, która sprawi, że nie będzie już dla brata najważniejszy. Ale kompletnie nie spodziewał się, że stanie się to właśnie teraz i tą dziewczyną będzie Sybil. Dokładnie ta sama Sybil, którą jeszcze osiem lat temu nosił na rękach i śpiewał z nią wesołe piosenki. Której opowiadał bajki na dobranoc. To było surrealistyczne.
     To samo tyczyło się Doriana. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś zjawi się chłopak, który zepchnie go na drugi plan. Ale za nic w świecie nie spodziewał się, że będzie to Fili. Ten sam Fili, z którym osiem lat temu układał plany unicestwienia firnakowego potwora i którego zadręczał pytaniami o wszystko. Ten sam Fili, który kołysał go do snu. To było niewiarygodne.
     Dorian i Kili chcieli zażartować z tej sytuacji, póki jeszcze mogli.
     - Jesteś pewny, że się nie obudzą? - spytał Dorian szeptem.
     - Jeśli się zamkniesz, to tak - odparł młody krasnolud i ostrożnie przystąpił do dzieła.

***
     Sybil napawała się chwilą. Czuła się po prostu dobrze. Fili leżał obok niej i trzymał ją za rękę. Przyjemne ciepło biło od jego ciała. Zapragnęła, by mogło tak zostać na zawsze - ona i Fili, sami.
     Ale odkryła, że były z nimi ktoś jeszcze. Leniwie otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Ślicznotka leżała na brzuchu dziewczyny. 
     - Ai, bain! - powiedziała.
     Kocica zaczęła mruczeć, słysząc słowa powitania. Sybil pogłaskała kotkę po jej miękkim futerku. Potem próbowała usiąść, ale coś pociągnęło ją za włosy.

     - Fili! - syknęła, potrząsając nim.
     - Hmmm? - mruknął półprzytomny.
     - Puść moje włosy.
     - Hę? Przecież ja.. ała! - Próbował się od niej odsunąć, jednak coś go boleśnie powstrzymało.
     Oboje jednocześnie odkryli, ze ich włosy są zaplątane w jednym miejscu. I oczywiście
w tym samym momencie zderzyli się głowami, chcąc sprawdzić, co im się stało.

     - Czekaj, najpierw ja - powiedział Fili. Powoli odwrócił głowę, wybadując to miejsce rękami. - Oooo, nie… - warknął. - Małe dranie za to dostaną.
     - Co?
     - Sama sprawdź.
     Złote włosy Filiego przeplatały się z brązowymi włosami Sybil w długim, misternym warkoczu.
_____________________________
Hah, Kili i Dorian, tacy żartownisie, hahahah.
Wiem doskonale, że w powyższym rozdziale znajdują się pewne niezrozumiałe zdania. Och, no wiem, ja wiem, że nie powinnam ufać internetowi w tej sprawie, ale... no to jest elficki...
Ú
, cath. - No, cat. - Nie, kocie.
Ego, catch. - Go away, cat. - Odejdź kocie.
Daro! - Stop! - Przestań!
Il matha, bain. - You wield, beautiful. - Ty rządzisz, piękna.
Far! - Enough! - Dosyć! Maer hû. - Good dog. - Dobry pies.
Ai, bain. - Ah/ Hail, beautiful. - Ach/ Witaj, piękna. 

poniedziałek, 3 marca 2014

Księga II

Tutaj miałam duże problemy. Tyle dylematów... Nie wiedziałam, co Dorian i Sybil mają zrobić. W końcu zdecydowałam. Od teraz fabuła będzie o wiele bardziej naciągana, no ale trudno. Mam nadzieję, że nie uśniecie przy tym przydługim rozdziale.
______________________________

Księga II 

Rozdział 1.

     Decyzja została podjęta.
     Serca biły im jak szalone. Bali się tego, co miało się za chwilę zdarzyć.
     Nie wiedzieli, czy albo kogo tam zastaną.
     Nie wiedzieli, czy postępowali słusznie.
     Nie wiedzieli, czy nie było za wcześnie.
     Nie wiedzieli, czy on kiedykolwiek powinien się dowiedzieć.
     Kiedy go zobaczyli, zrozumieli, że popełnili fatalny błąd.
     Tak bardzo się ucieszyli na jego widok.
     Tak bardzo chcieli podbiec do niego i go przytulić.   
     I już go nie puścić, nie pozwolić mu odejść.

     Ale nie mogli patrzeć na niego bez poczucia winy.
     Tak bardzo go kochali, a jednak zdradzili.
     Zapragnęli uciec.
     Powinni byli pozostać w ukryciu.
     Powinni być już daleko stąd.

***
     Cała Kompania siedziała na werandzie wychodzącej na ogród Beorna, paląc fajki
i zażywając upragnionego spokoju.

     No, może nie wszyscy.
     Thorin myślał tylko o tamtej nocy, kiedy przyleciała strzała z liścikiem.
     Czyżby jego siostrzeńcy byli szpiegami?
     Menu gamut khed, Dis?
     Spojrzał na Filiego i Kiliego. Palili w zamyśleniu tak samo jak reszta. Jak gdyby nigdy nic.
     - Fili, Kili, chcę z wami porozmawiać na osobności…
     Ale Thorinowi przerwano. Dlaczego?
     Dlaczego zawsze gdy o chciał o nich zapytać, coś mu przeszkadzało?
     Drzwi Drewnianego Dworu otworzyły się.
     - Halo? - Rozległ się głos chłopaka. - Czy jest ktoś w domu?
     Filiemu i Kiliemu fajki wypadły z rąk. Zerwali się na nogi. Ich oddechy przyspieszyły,
a oczy się rozszerzyły.        
     Wymienili spojrzenie pełne szoku i radości (?!).

     - To niemożliwe! Po. Prostu. Niemożliwe - szepnął Kili z wzrastającą z każdym słowem ekscytacją
     - Haaloo…? Jest tu kto? - powiedziała dziewczyna.
     - NIE. WIERZĘ - stwierdził Fili z promiennym uśmiechem.
     Reszta krasnoludów (i Bilbo) patrzyła po sobie niepewnie. Wyraźnie nikt nie wiedział,
o co tu chodziło.

     Synowie Dis wbiegli do domu szybko jak błyskawice.
     Gdy reszta Kompanii poszła w ich ślady i wszyscy znaleźli się w środku, ich oczom ukazał się ciekawy widok.
     Przy wejściu stała dwójka młodych ludzi. Ubrania mieli nadpalone, poszarpane
i przesiąknięte krwią. Dziewczyna nałożyła strzałę na cięciwę, chłopak dzierżył miecz. Obydwoje dyszeli ciężko. Patrzyli jedynie na Filiego i Kiliego, uśmiechając się szeroko.

     Kompania z trudem rozpoznała owych tajemniczych „zwykłych znajomych” z Rivendell.
     Fili i Kili stali naprzeciw tej dwójki, w rozkroku, ze skrzyżowanymi rękami. Miny mieli takie jak zawsze, gdy coś kombinowali. Patrzyli na ,,nieznajomych", nie odwzajemniając ich uśmiechów. 
     W końcu Fili przemówił tonem pełnym podejrzliwości oraz nieufności:
     - Kim jesteście i co robicie w tym domu?
     - Och, zamknij się - prychnęła dziewczyna.
     Cała czwórka powoli wybuchła ogromnym śmiechem. Ludzie odrzucili broń, a Fili i Kili zerwali się do biegu i wpadli swoim „zwykłym znajomym” w objęcia.
     Patrzącym na to członkom Kompanii zdało się, że teraz tylko ci czworo istnieli na świecie. Przytulali się i przytulali, i trwało to tak długo, że chyba ani myśleli przestać. Kiedy w końcu się od siebie oderwali, Kili zapytał:
     - Na litość Mahal! Cóż wam się stało?
     - To nic, Ki…- odparł chłopak.
     - I co wy tu w ogóle robicie? - przerwał mu Fili.
     - Lepiej powiedz, gdzie on jest - zażądała dziewczyna.
     - Tutaj, z nami. - odpowiedział jej blondyn. - Żyje i nic mu nie jest.  
     Chłopak i dziewczyna odetchnęli z ulgą. Po chwili przyjrzeli się reszcie Kompanii
i utkwili wzrok na Królu pod Górą. Ich twarze nabrały dziwnego wyrazu - malowała się na nich radość, jakby zobaczyli kogoś im drogiego po długim czasie, ulga, być może skrywana tęsknota oraz… strach? Chęć ucieczki?
   
     - Tak mi przykro przeszkadzać, ale… - warknął Dwalin. - Co tu się u licha wyrabia?!
    Fili, Kili i dwójka ludzi spojrzeli po sobie i, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, ustawili się w szeregu. Potem Kili wystąpił na przód.   

     - Szanowne krasnoludy, a przede wszystkim ty, Thorinie - zaczął, jakby był jakimś showmanem. - Mam zaszczyt i ogromną przyjemność przedstawić wam…
     - Doriana, syna Brandona! - wykrzyknął, wskazując na chłopaka, który się ukłonił.
     - Oraz Sybil, córkę Kory! - obwieścił, pokazując na dziewczynę, która dygnęła.
     - CO?! - wykrztusił Król.    
     Przecież to niemożliwe.    
     To nie mogli być oni! 
     Nie…
     Po prostu nie 
     Thorin zgłupiał. Przez jego umysł przetaczało się tyle myśli, że można rzec, iż nie myślał wcale.
     Patrzył na nich, jakby ich ujrzał po raz pierwszy, kiedy teraz się do niego zbliżali. Olśniło go. Zauważył podobieństwa.
     On miał ten błysk inteligencji w oku, tak jak ojciec. Ona miała oczy tak samo ciepłe
i dobre jak matka. 
On był podobny do Brandona z postawy, ona do Kory z twarzy.
     Ale przecież…  
     Co oni robili tutaj, setki mil od Ettinor, cali zakrwawieni i poparzeni? Dlaczego
w Imladris unikali kontaktu z nim, natomiast z Filim i Kilim nie?
Jakim cudem urośli tak szybko? Co to wszystko miało znaczyć, na miłość Aulëgo?    
     Dzieci Brandona i Kory stanęły naprzeciwko niego.
     - Thorinie Dębowa Tarczo… - zaczęła Sybil.
     - … jak miło cię znów zobaczyć - dokończył Dorian.
     Nie wiedział, czy zdawali sobie sprawę, jak piorunujące wrażenie wywołało na nim ich zachowanie, kiedy klęknęli przed nim, pochylili głowy, a Dorian złożył miecz u jego stóp.
     - Jak? - sapnął jedynie, nie mogąc się zdobyć na nic więcej.
     - Lepiej ty powiedz mi jak - Sybil spojrzała na niego wściekle. - Jak mogłeś być tak… tak… gł… nierozsądny?! Przecież wiedziałeś, musiałeś wiedzieć, że nie masz szans
z Azogiem! Nie masz pojęcia… nawet sobie nie wyobrażasz, jak się czułam, kiedy kazał cie ściąć! Kiedy zabierały cię orły, niedającego znaku życia! Dorian, trzymaj mnie, bo zaraz naprawdę dam mu w twarz!

     A chłopak to zrobił. On rzeczywiście wstał, klęknął naprzeciw siostry i objął ją.
     - Uspokój się - potrząsnął nią lekko, gdy dyszała z furii, wpatrując się morderczym wzrokiem w Króla. - Thorin żyje, czy to nie jest najważniejsze? Spójrz na mnie - szepnął, ujmując jej twarz w dłonie. - Teraz mamy pewność. Po prostu pomyśl, że wszystko się dobrze skończyło.
     - Dzięki, braciszku - westchnęła, łapiąc kilka głębokich, uspokajających oddechów, po czym położyła głowę na jego ramieniu.
     Młodzi ludzie milczeli, obejmując się, a wszyscy wokół gapili się na nich jak ogłupiali...

     - SYBIL, KTO CI TO ZROBIŁ?! - nagle wrzasnął Fili.
     Dziewczyna momentalnie zerwała się na nogi. Odwróciła się twarzą do Filiego, żeby nie mógł więcej zobaczyć jej pleców. Wtedy z kolei ujrzała je reszta Kompanii. Rozległy się ciche jęki i syki. Zaczęła rozglądać się we wszystkie strony w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby zakryć jej plecy pełne śladów po biczu. Niestety, nie miała jak ich ukryć. Jej długie włosy były zaplątane w warkocz.
     - T-to nic…- wyjąkała. 
     - NIC?! - ryknął. - SYBIL, POWIEDZ MI KTO, A GO ZABIJĘ! 
     Patrzyła na niego z niedowierzaniem, zszokowana jego furią.
     - Fili, to… - Dała za wygraną. - Po prostu… Gorbag to uwielbia…
     - Gorbag? Co za Gorbag?- spojrzał na nią z groźnym błyskiem w oku. - Brzmi jak imię orka… Sybil? 
     - Ja i Dorian zaraz wszystko wyjaśnimy…- mamrotała, nie spoglądając mu w oczy. 
     - Nie - przerwał jej. - Najpierw Oin zajmie się twoimi ranami… i Doriana.
     - To nic poważnego, wolałabym najpierw…
     - Nic poważnego! - prychnął. - Sybil, twoje plecy są praktycznie obdarte ze skóry!
     - Fili! Przestań mi przerywać! Wcale nie jest tak źle! Dostałam tylko parę razy! Najpierw chcę wszystko wyjaśnić! Większość osób w tym pomieszczeniu nie ma bladego pojęcia, co się tutaj dzieje!
     - To nie ma w tej chwili znaczenia! - odpowiedział. - Dla mnie liczy się tylko, że jesteś ranna!   
     Dziewczynę zatkało na moment, ale niemal natychmiast potrzęsła głową.
     - Ktoś tu choruje na szlachetność… - powiedziała śpiewnym, złośliwym tonem.  
     - Trafiłaś w samo sedno! To jest po prostu idealny opis ciebie! - syknął Fili, wskazując na nią palcem.
     - Wcale nie! Fili… do jasnej cholery! Ależ ty się uparłeś! - warknęła zirytowana, widząc jego spojrzenie.
     - Przecież zawsze uważałaś, że krasnoludy są najbardziej uparte - odparł złośliwie.
     Zachichotała szaleńczo, wyrzucając gwałtownie ręce w powietrze.
     - No dobra, tym razem wygrałeś! - przyznała wściekle. Potem zamknęła oczy, jakby
w cichej modlitwie
o uspokojenie się. Po chwili odwróciła się do reszty Kompanii.
     - Który z państwa to Oin? - zapytała miłym głosem.
     Wszystkim obecnym opadły szczęki. Mieli wrażenie, jakby właśnie byli świadkami małżeńskiej kłótni 
     - Coś mi się zdaje, że wy obydwoje chorujecie na szlachetność - rzekł Bofur po chwili napiętego milczenia. To stwierdzenie rozładowało negatywne emocje; wszyscy zaśmiali się lekko.
     - Oin, do usług - uzdrowiciel wystąpił na przód z ukłonem.
     Dorian i Sybil zostali przez niego zabrani w bardziej ustronne miejsce, w rogu domu. Zasłoniono je prowizorycznym parawanem i nikt tam nie podchodził. Oin od czasu do czasu prosił tylko o przyniesienie gorącej wody. Do wypełnienia tego zadania zgłosił się, ku zaskoczeniu prawie wszystkich, Bilbo. Reszta Kompanii zasiadła do obiadu podanego przez niezwykłe zwierzęta Beorna. Atmosfera przy stole była gęsta, panowała cisza…

     - Fi, co to było? - spytał Kili.
     - Nie mam pojęcia, Ki - westchnął blondyn. - Nie rozumiem, co w nią wstąpiło…
     - Nigdy się tak łatwo nie wściekała, wiem - powiedział młodszy brat. - Do tej pory nie wdawała się w kłótnie. Myślałem, że uważa je za bezcelowe… To do niej kompletnie niepodobne. Naprawdę by uderzyła Thorina, gdyby nie Dorian - zachichotał. - Swoja drogą, nie wiedziałem, że on potrafi być taki… spokojny.
     - Fakt, to też było dziwne - przytaknął Fili. - Spodziewałbym się po nim, że przywali wujowi zaraz po niej…
     - Ja to słyszę - warknął Thorin.
     - My wszyscy, jakbyście nie wiedzieli - poinformował Bombur.
     - Zdaje się, że nie są zwykłymi znajomymi, czyż nie? - spytał Balin z uśmiechem.
     - A mi się zdaje, że to najwyższy czas na wyjaśnienia - powiedział Thorin mrożącym krew w żyłach tonem.

***
     - Dorian, źle wybraliśmy - szepnęła tak, żeby Oin nic nie usłyszał. 
     - Taa, wiem - burknął. - Teraz już za późno.
     - Co my tu jeszcze robimy? Musimy ruszać.
     - Sybil, siedzieliśmy na tym cholernym drzewie całą noc, kolejny dzień i jeszcze jedną noc, zastanawiając się, co począć. Pytasz, co my tu jeszcze robimy? Ujawniamy się!
     - To był błąd. On nam nie uwierzy. Thorin będzie pytał, do póki nie powiemy mu prawdy. Wiesz, jaki ma stosunek do zdrajców…
     - Jeżeli ma mózg, to zrozumie, że to wcale nie była zdrada…
     - Już udowodnił, że go nie ma!
     - Sybil, dlaczego się tak wściekasz? Co się z tobą dzieje? Jeszcze ta kłótnia z Filim! Co ci się stało?
     „Daj mi spokój” - pomyślała, i już miała to powiedzieć, ale Bilbo przyszedł z misą
z gorącą wodą.

     Dorian wstał i ukłonił się Hobbitowi bardzo nisko.
     - Masz lwie serce, panie Bagginsie. Jesteśmy ci bezgranicznie wdzięczni. Gdyby nie ty, wszystko poszłoby na marne. Jesteśmy z siostrą pełni podziwu dla twojej odwagi.
     Bilbo zarumienił się.
     - T-to… ja po prostu musiałem - wymamrotał.
     Oin wziął od Niziłka misę z wodą, po czym nasypał do niej ziół. Powiedział, żeby Sybil zdjęła górną część ubrania i położyła się na brzuchu. Dziewczyna spojrzała na brata
 i Hobbita znacząco, a tamci momentalnie wyszli za parawan.
     Rany Doriana zostały już opatrzone. Miał dużo niegroźnych oparzeń, kilka głębszych zadrapań, oprócz tamtego uderzenia w głowę nie stało mu się nic poważnego. Kiedy stał się na tyle przytomny, żeby bez pomocy Sybil siedzieć w siodle, byli już u kresu podróży
i Gorbag nie miał jakoś głowy do biczowania go.

     Idąc przez Drewniany Dwór, Dorian ujrzał, że po niezwykłym domostwie przechadzało się mnóstwo zwierząt. Koty, psy, kozy, owce, kuce… Po bliższej obserwacji chłopak zrozumiał, że one… sprzątały ze stołu! Kiedy otrząsnął się z szoku, zobaczył, że Kompania znów siedziała na werandzie i milczała. Tylko Kili mówił:
     - Pierwszy raz spotkaliśmy ich kilkanaście mil od granicy Shire…
     - Co za idiota! - syknął Dorian i kopnął pobliski drewniany filar.
     - Jak to? - spytał zdezorientowany Bilbo, stojący obok cały ten czas.
     - Mógł powiedzieć, że pierwszy raz zobaczyliśmy w Rivendell! Teraz musimy opowiedzieć wam więcej, niż to było w planie!

***
     - Mieliśmy wtedy wartę z Filim. Nie byłem pewny, ale zdawało mi się, że zobaczyłem ogień po drogiej stronie doliny. Poszliśmy to sprawdzić. Siedzieli przy ognisku… - Kili opowiadał o ich pierwszym spotkaniu; o kłótni przy czesaniu, pieśni do Elbereth, o dziwnej rozmowie. - Kiedy usłyszeliśmy „życie za życie”, po prostu musieliśmy przekonać się, kim oni są - mówił, a nikt mu nie przerywał. Powiedział o tym, jak zrozumieli, że to Dorian
i Sybil. (Kompania wiedziała o ludzkich przyjaciołach Thorina, Dis i jej synów, chociaż nie przypisywała temu faktowi z życia dziedziców Durina dużej wagi). O tym, jak jacyś „oni”  przybyli. Dalej, kiedy spotkali się tydzień później. Jak się bawili, tańczyli, jak umówili się
w Rivendell. O tym, kiedy mieli już odejść. - Wtedy Fili zażądał, żeby powiedzieli, co rozumieją przez „życie za życie” i… - przerwał, próbując powstrzymać łzy. - Fi, ty to powiedz, ja nie dam rady.

     Thorin podniósł wzrok znad ułożonego na jego kolanach miecza. Jedno spojrzenie na siostrzeńców wystarczyło, żeby zmroził go strach.
     - Co się wtedy stało? - zapytał. Odpowiedziała mu cisza.
     - Co się wtedy stało? - powtórzył.
     - Lepiej będzie, jeżeli usłyszysz to ode mnie - stwierdził Dorian, wkraczając na werandę razem z Bilbem. Miał na sobie dużo bandaży i wyglądał na dosyć poważnie poranionego, ale pewnie stał na nogach. Cała Kompania skupiła swoją uwagę na tym niezwykłym chłopcu. Młodzieniec usiadł na ziemi, wziął głęboki oddech, po czym zaczął swoją opowieść.  
     - Ponad dwa lata temu Azog odwiedził Ettinor. Rozesłał swoje zuchy, żeby wchodziły do każdego domu, by zabierały niewolników, plądrowały, zabijały i paliły. Do nas przyszedł on sam, razem z dwoma innymi. Chcieli zabić mnie, Sybil i mamę, a tatę wziąć do pracy
w kopalni. Tata bronił mamę, ale przegrał pojedynek z Azogiem... Plugawca przebił go mieczem. Mama... umarła postrzelona w brzuch, gdy zasłoniła mnie i Sybil własnym ciałem. Jedyne, co ocalało po spaleniu domu, to miecz. Potem tułaliśmy się po świecie, aż spotkaliśmy naszych barci. - Uśmiechnął się do Filiego i Kiliego ze smutkiem.

     Następnie przez długi czas panowało ciężkie milczenie, aż w końcu Thorin powiedział:
     - Dlaczego nie powiedzieliście mi wcześniej? Dorianie, byliście w Rivendell a unikaliście mnie. Dlaczego? Po co ta cała gra? - Jego głos był martwy, zupełnie jakby to, co przed chwilą usłyszał go zabiło i przemawiał właśnie ze świata nienależącego do żywych.
     - Thorinie…   po prostu nie mogłeś o nas wiedzieć. Było za wcześnie, i pewnie nadal jest… zmusiłbyś mnie i Sybil do dołączenia do Kompanii. Właśnie! Zaraz to zrobisz, czyż nie? Ale to może mieć potworne konsekwencje…
     - O czym ty mówisz, chłopcze? - Król zmarszczył brwi.
     
- Byliśmy waszymi cieniami, od samego początku. Musieliśmy was ochronić przed szajką Azoga. Musieliśmy ci jakoś wynagrodzić to, że uratowałeś mamę i tatę. Grożono nam. Kazano przestać…
     - Ale mimo to wyruszyliście z Rivendell i byliście zawsze bardzo blisko, czyż nie? - powiedział Thorin.
     - Skąd o tym wiesz, wuju?-  spytał Fli, któremu, tak jak jego młodszemu bratu, opadła szczęka.
     - Specjalnie nie spałem w noc przed bitwą kamiennych olbrzymów. Usłyszałem, jak dostaliście strzałę z liścikiem… Menu gamut khed, Dis?
     - Dis naprawdę jest wspaniałą osobą! - zachichotał Dorian. - Uwielbiałem jej kuchnię!
I jej śmiech! I jak stroiła sobie z tatą żarty ze wszystkiego i wszystkich! Jej historie na dobranoc były niesamowite! Ale „DiS” w tym przypadku jest to skrót od „Dorian i Sybil”.

     - Miło by jej było to usłyszeć - stwierdził Thorin tym samym grobowym tonem. - Ale jak trafiliście tutaj tak szybko? Przecież my przeprawiliśmy się na orłach…
     - Cóż, po bitwie kamiennych olbrzymów krążyliśmy z Sybil cały dzień po pobojowisku… Kiedy zrozumieliśmy, że przejścia nie ma, po prostu usiedliśmy w miejscu, ogarnięci beznadzieją. Usłyszeliśmy krzyki orków i wtedy zostałem uderzony kamieniem w tył głowy. Straciłem przytomność… Pamiętam, tylko jakieś przebłyski… Sybil trzymała mnie na rękach i powiedziała, że nas pojmali… Jechałem z nią na jednym wargu… Orkowie wlewali we mnie jakiś okropny rozgrzewający trunek…  Azog wezwał nas na rozmowę… Potem znowu jechaliśmy, potem znowu dali mi pić tego czegoś… Pod koniec byłem na tyle przytomny, że mogłem bez pomocy usiedzieć w siodle i Sybil przesiadła się przede mnie. To nie moja krew jest na przedzie mojej koszuli! Goniliśmy was razem z resztą, bo nasz warg był przywiązany do bestii Gorbaga… Później wybuchło to szaleństwo i uciekliśmy…
     - Ale jakim cudem jesteście tu tak szybko? - wtrącił Dori. 
     - Jechaliśmy na wargu.
     Z tymi słowami Sybil weszła na werandę. Stała pewnie na nogach, ad pasa w górę była szczelnie owinięta kocem, a jej włosy były rozpuszczone. Patrząc na nią teraz, można by rzec, że właśnie wyszła spędzać miłe popołudnie w cieple i spokoju, jakby nic się jej nie stało. 
     - CO?! - Chyba pięciu krasnoludów wykrzyknęło naraz.    
     Sybil uśmiechnęła się tajemniczo, a potem zajęła miejsce obok swojego brata
i wyjaśniła:
     - Kiedy Dorian dostał kamieniem w głowę, przerzucili go nieprzytomnego przez siodło takiego mizernego warga. Mnie przywiązali do niego liną i kazali za nim nadążyć. Wargowie potrafili wywęszyć drogę wśród pobojowiska. Tamten odcinek podróży zapamiętałam jako dosyć… karkołomny. Bardzo się zmęczyłam, żeby dotrzymać kroku wargowi i jednocześnie nie zginąć. Gdy szlak stał się mniej niebezpieczny, Gorbag oddał się swojemu hobby popędzania mnie biczem…- Opowiedziała im o sytuacji z Białym Wargiem. - Wtedy zauważyłam, że bura bestia uległa mojemu wpływowi i skierowała się
w tę samą stronę co ja. Kiedy w końcu przekonałam Gorbaga, że będzie szybciej, jeśli go dosiądę, zaczęłam powoli odkrywać, jak się taką bestią kieruje… Dałam mu na imię Słabeusz, bo rzeczywiście nim był. Chociaż szybko biegał, był bardzo uległy i inne wargi się na nim wyżywały. Mogłam się z moim wierzchowcem trochę zsolidaryzować, bo Gorbag wyżywał się na mnie. Mimo, że poruszaliśmy się w identycznym tempie jak on, przywiązani do jego czarnego warga, ten kretyn nadal uważał, że się wleczemy. Dorian siedział przede mną, półprzytomny no i… - zrobiła krótką pauzę. - Orkowie byli niezmordowani. Jechaliśmy bez zatrzymywania przez całą noc. Postój był dopiero w ciągu dnia, i wtedy Azog uciął sobie z nami pogawędkę…

     - Doprawdy? - zadrwił Dwalin. - Przecież on z nikim nie rozmawia! On tylko zabija!
     - Dla nas zrobił wyjątek - odrzekł Dorian i opowiedział o planach Azoga, ostrożnie dobierając słowa. - Także, postanowił w swojej łaskawości wyrządzić nam większą krzywdę, niż zabijając nas. Jego wspaniały plan wziął w łeb, kiedy nie zastał umówionych goblinów przy wejściu do jaskini. Chyba nie jest taki głupi, za jakiego uważałem go do tej pory, bo domyślił się, że coś się stało i trzeba było sprawdzić wyjścia z tuneli… No i dalej już wiecie, otoczono was, wybuchł pożar…
     - To my! - jęknął Ori. - Rzucaliśmy palącymi się szyszkami. Prosto w was!
     - Nie obwiniaj się, panie krasnoludzie! Bardzo nam pomogliście! - odparł Dorian
i pokazał poparzenia na dłoniach. - Dzięki temu nasz warg oderwał się od Gorbaga i dzięki temu uwolniliśmy skrępowane ręce. Chcieliśmy uciec od razu, ale zobaczyłem co wyprawia Thorin i… to była tortura; móc tylko patrzeć… Kiedy zabrały go orły, odkryłem, że nie miałem miecza. Sybil powiedziała, że Gorbag go zabrał, tak jak wszystkie nasze rzeczy. - Później Dorian opowiedział koniec historii; o tym jak dopadli orka, jak jechali na Słabeuszu, o spotkaniu z Beornem, o tym, że postanowili jednak tu przyjść.

     Zaległa cisza. Thorin wstał i wyszedł do ogrodu, zabierając miecz. Nikt za nim nie poszedł.
     Krasnoludy i Bilbo wpatrywali się w Doriana i Sybil z mieszaniną podziwu oraz niedowierzania, co nadawało ich twarzom komiczny wyraz. Dorian i Sybil popatrzyli na nich, na siebie, po czym wybuchli gromkim śmiechem. Następny zaczął się śmiać Kili, a po nim Fili.
     - Sybil, ty.. tak.. po prostu.. hahaha… jechałaś na wargu? - wykrztusił młodszy krasnolud pomiędzy atakami śmiechu.
     - Taa… haha… ona mówi… że to… hahaha… łatwiejsze niż się wydaje… - Dorian płakał ze śmiechu.
     - To zdradź nam, kochana… hahaha… jak na przykład… wstrzymać takiego wierzchowca… kiedy... hahaha… kiedy zauważył biegnącą sarnę? - Fili niemal się dusił.
     - To.. hahaha… proste, mój drogi… trzeba mu odciąć łeb - odparła, rycząc ze śmiechu.
     Wszyscy czworo zaczęli tarzać się po ziemi na te słowa. Ich śmiech był wprost nieopanowany. Kiedy już się uspokajali, zaczynali na nowo. Inni członkowie Kompanii stopniowo wchodzili do domu. Uznali, że najlepiej ich tak zostawić, dopóki się nie opanują… jeśli w ogóle to zrobią.
***
     Szedł przez ogród chwiejnym krokiem. Dookoła latały ogromne pszczoły. W powietrzu unosił się odurzający zapach kwiatów i ziół. Odszedł już daleko od domu, kiedy dał za wygraną i usiadł na ziemi.
     Słyszał śmiech Filiego, Kiliego, Doriana i Sybil, czy to tylko echo dawnego szczęścia odbijało się w jego umyśle?
     Położył miecz przed sobą. Był ubrudzony krwią, a mimo to odbijał światło słonecznie
z niesamowitymi refleksami. Jego ostrze było jak kryształ - mieniło się kolorami tęczy.

     To był podarunek. Ten miecz miał był urzeczywistnieniem ich przyjaźni. Mieli go mieć przy sobie jako symbol. To miało być na zawsze. Na zawsze z nimi. Myślą i sercem. 
     Obiecali, że już nic się im nie stanie. Że miecz ich ochroni.
     Wspomnienia powróciły z całą mocą.
     - Kora! Nie możesz się poddać, nie możesz! - jego głos był tak zrozpaczony.
     Jej pełen bólu krzyk.
     - Ja już nie dam rady! Brandon! Pozwól mi, pozwól mi odjeść!
     Jego płacz.
     - Nigdy! Myślisz sobie, że tak po prostu sobie umrzesz i mnie zostawisz?!
     - Ja tak nie myślę. Ja właśnie to robię.
     - NIE! Walcz!
     - Za późno na to…
     Jej oczy się zamknęły.
     - I wtedy… wtedy ja…-  Thorin szepnął do siebie. - Ja powiedziałem...
     - Chyba wiem jak ją uratować.
     Jego spojrzenie było oszalałe z rozpaczy.
     - Mów.
     Jako członek rodu królewskiego, musiał dużo wiedzieć o truciznach. Była to broń często stosowana na królewskich dworach. Broń tchórzy, kobiet i cichych morderców, co czyniło ją groźną. Gdy przybył Smaug, Thorin był jeszcze bardzo młody. Kiedy jego lud tułał się, głodował, nawet umierał, nikt nie miał głowy do tego, żeby kształcić księcia w znajomości trucizn. Mimo to, do tamtej pory sporo pamiętał z tego, czego już zdążył się nauczyć. Postanowił to wtedy wykorzystać.
     - Przynieś mi wszystkie zioła, jakie macie. Natychmiast.
     Brandon zrozumiał. W mgnieniu oka wybiegł z pokoju.
     Jej puls był ledwo wyczuwalny. Oddech - płytki i urywany. Serce trzepotało bardzo słabo. Piana toczyła się z jej ust. Umierała.
     
     Usłyszał cichy szloch. Dis i dzieci też byli w pokoju.
     - Zabierz ich, siostro. Przynieś mi gorącej wody.
     Kiwnęła głową i zrobiła, co kazał.

     Brandon wrócił.
     - Błagałem Aulëgo - mruknął do siebie. - Durina, ojców moich ojców, wszystkich królów
i przodków, żebym tylko znalazł…

     Królewskie ziele.
     Kiedy zrobił już wszystko, co mógł, stał przy jej łóżku i wpatrywał się z napięciem w jej twarz. Brandon trzymał jej rękę przyłożoną do ust. Mężczyzna milczał i wpatrywał się pustym wzrokiem w dal.
     Jej oczy się otworzyły. Spojrzała prosto na niego.
     - Jesteś bohaterem, Thorinie Dębowa Tarczo.

     Thorin powrócił do rzeczywistości. Podniósł miecz z ziemi. Przyjrzał się swojemu odbiciu w ostrzu.
     „Moje oczy są martwe”. 
     Postanowił, że nie pozwoli tej łzie popłynąć. Za nic w świecie. Królowi nie przystawało płakać.
     „Jak moi przyjaciele”. 
     Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem… Thorin w końcu przestał liczyć. Łzy spływały po klindze i lśniąc w promieniach słońca, zmywały przelaną przez Doriana krew.
     Wytarł miecz rękawem. Dopiero teraz można było dostrzec całość piękna tego przedmiotu. Włożył w niego mnóstwo serca, pracy, czasu, umiejętności i pieniędzy. Kiedy go stworzył, był z siebie bardzo dumny. Wydał mu się odpowiednim podarunkiem dla jego najdroższych przyjaciół.
     Cisnął mieczem o ziemię ze złością. Miał ich ochronić, a tego nie zrobił.
     - ONI NIE ŻYJĄ! - wrzasnął wściekle na całe gardło, płosząc ptaki z pobliskich drzew.
     Przepełniała go jednocześnie rozpacz i furia. Miał wrażenie, że zaraz wybuchnie. Wydał z siebie przeciągły ryk, dając ujście wściekłości, a potem ukrył twarz w dłoniach i płakał, płakał, płakał. Płakał jak nigdy wcześniej, jakby nie był dumnym krasnoludem ani sławnym wojownikiem. Jego ciałem targał nieopanowany szloch, a przez myśl przetaczały mu się tylko bezradne pytania. 
     Dlaczego oni umarli, a ktoś taki jak Azog przeżył? Dlaczego świat wciąż istnieje, skoro został pozbawiony najwspanialszych ludzi, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi? Dlaczego Mahal patrzył na to bezczynnie?

     Zło tak wiele mu odebrało. Erebor, dziada, ojca, brata, niewinnych poddanych. Myślał, że już nie można stracić więcej, że został wystarczająco skrzywdzony i zło zostawi go
w spokoju. Mylił się,
znowu. Czuł się tak bardzo bezsilny wobec wyroku śmierci, jaki spadł na Brandona i Korę. Jak miał żyć dalej z bolesną pustką w sercu, którą zajmowali? Zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu było się poddać. Nie mógł sobie pozwolić na słabość. Nie mógł zawieść swojego ludu, musiał pozostać ich królem i oparciem.   
     Ale to zadanie zdało mu się teraz niewykonalne. Śmierć dziada i Frerina oraz niezliczonych poddanych, zaginięcie ojca, utrata Ereboru, lata tułaczki i upokorzenia. Nie ugiął się pod ciężarem tych tragedii. Śmierć dwójki ludzi, dobrych i życzliwych mieszkańców zwyczajnego Ettinor - owej straty nie był w stanie znieść.
     Położył się na ziemi, zamknął oczy i wsłuchując się w dźwięki otaczającej natury, pozwolił sobie pogrążyć się w żałobie.
______________________________
Gandalfa i Beorna nie ma w domu, to oni wbijają. Nieładnie.
Nie wiem, czy u Beorna były koty, ale je sobie dodałam, bo dlaczego nie?
Wiemy już, jak Thorin uratował Korę.
Co do Brandona to się jeszcze okaże.
Taak, wiem, za dużo opisów, za mało akcji. Trudno się mówi.